Może spać spokojnie

October 12th, 2004

Józef Dankowski, trener drugoligowego Piasta Gliwice zostaje na swoim stanowisku. – Szkoleniowiec może spać spokojnie. Doszliśmy do wniosku, że za słabe wyniki przede wszystkim odpowiedzialność ponoszą zawodnicy – twierdzi Marcin Żemaitis, prezes gliwickiego klubu.

Piłkarze z Gliwic spisują się ostatnio znacznie poniżej oczekiwań. W tabeli drugiej ligi zajmują dopiero czternastą pozycję. Przegrali trzy ostatnie mecze, w lidze, na wyjeździe z Ruchem Chorzów i u siebie z Jagiellonią Białystok, oraz w Pucharze Polski z czwartoligową Olimpią Sztum. W klubie uznano to za kompromitację.

Sympatycy popularnych „Piastunek” za słabe wyniki obwinili sztab szkoleniowy. Podczas mecz z Jagiellonią wywiesili transparent z napisem „Dankowski, Majka wyp… rowadzka” i przez całe spotkanie nie przebierając w słowach obrażali trenerów. Dankowski po spotkaniu oddał się do dyspozycji zarządu, a szef Piasta mówił: – Będziemy o tym wszystkim rozmawiać na posiedzeniu zarządu. Pierwsze pytanie na jakie musimy sobie odpowiedzieć brzmi: czy Józef Dankowski wyczerpał możliwość pracy z tym zespołem?

Zarząd klubu zebrał się wczoraj po południu. Dyskutowano ponad dwie godziny, ale wiążących decyzji nie podjęto.
– To było takie robocze spotkanie. Ale na dzień dzisiejszy jedno jest pewne. Józef Dankowski nadal będzie prowadził drużynę – wyjaśnia Żemaitis. – Kolejny raz spotkamy się w środę i wówczas na pewno zapadną kolejne decyzje – dodaje.
Szefowie klubu doszli do wniosku, że słabe wyniki nie są winą tylko szkoleniowca, ale przede wszystkim zawodników. – Najsmutniejsze jest to, że niektórzy piłkarze dobrze grają do momentu podpisania kontraktu. Po nim nagle zapominają jak się gra w piłkę – denerwuje się sternik gliwickiego klubu. – Sytuacja jest bardzo delikatna. Nie mamy bowiem tak licznej kadry jak Wisła Kraków i decyzje musimy podejmować rozważnie. Najchętniej trzech, czterech zawodników wyrzuciłbym natychmiast z Piasta – dodaje. Żemiatis nie chciał zdradzić o jakich zawodników chodzi, ani czy piłkarze ci zostaną ukarani finansowo, czy raczej przesunięci do rezerwy. – Przez ustanowienie okienek transferowych jesteśmy trochę bezsilni. Dzięki nim piłkrze czują się bezkarni. Mogą być pewni zatrudnienia. Czasami to dobrze na nich wpływa, ale niestety dla naszego klubu ma negatywny wpływ – żałuje Żemaitis.

W gronie piłkarzy, którym grożą kary z pewnością nie ma pozyskanych latem Macieja Michniewicza i Marcina Kocura. Jak mówią działacze, obaj do swoich obowiązków podchodzą profesjonalnie.

Autor artykułu: mim

Strumień w pionie

October 12th, 2004

Rodzina Bonków z Rudy Śląskiej nie zgadza się ze sposobem rozliczania wody przez Górniczą Spółdzielnię Mieszkaniową „Nasz Dom”. Bonkowie nie chcą płacić za wodę, którą zużywają inni lokatorzy.

Józef Bonk i jego żona co miesiąc płacą za wodę ryczałtem. Zużywają ok. 12 metrów sześc. Ewentualne nadpłaty i niedopłaty mają rozliczane pod koniec roku. Ale od 2002 r. rachunki przestały się zgadzać.

– We wrześniu zauważyłem, że mój wodomierz wykazuje większe zużycie niż dotychczas. Myślałem, że jest zepsuty, więc postanowiłem go wymienić – opowiada pan Józef. – Zapłaciłem za wszystko, ale i tak w rozliczeniu za ostatnie półrocze kazano mi dopłacić za 12 metrów sześc.


Licznik pokazał za wiele

O tym, że uszkodzenie licznika nastąpiło nie z winy Bonków, lokatorzy dowiedzieli się kilka miesięcy później. W marcu 2003 r. chcieli wyjechać do sanatorium i próbowali zakręcić zawór wody. Nie dało się tego zrobić, bo była uszkodzona uszczelka.

– Fachowcy, którzy przyjechali to naprawić powiedzieli, że prawdopodobnie kawałek uszczelki wpadł do poprzedniego wodomierza i uszkodził go, dlatego pokazywał błędne odczyty – opowiada Józef Bonk.

Pan Józef napisał pismo do spółdzielni, w którym zaprotestował przeciwko doliczeniu mu kolejnych 12 metrów sześc. zużycia, wynikających z różnicy między wskazaniami licznika głównego i liczników indywidualnych. Twierdzi, że nadpłacił już za więcej wody niż zużył, bo rachunek był wystawiony według wskazań wadliwego licznika. Jest przekonany, że różnica wynika z nieuczciwości niektórych lokatorów. Zaproponował, by spółdzielnia częściej sprawdzała wodomierze i plomby, odczytywała wszystkie liczniki w ciągu tego samego dnia, a lokatorów, którzy nie udostępnią wodomierzy obciążała kosztami strat wody. Chce też, żeby wprowadzić dodatkowe liczniki w pionach, by łatwiej można było stwierdzić, gdzie następują straty.

– Do dzisiaj nie otrzymałem odpowiedzi. Byłem osobiście w spółdzielni, ale nic to nie dało – żali się Czytelnik.


Nie chce płacić za innych

Tymczasem w lipcu 2003 r. przyszło rozliczenie zużycia wody za kolejne pół roku. Wynikało z niego, że Józef Bonk dopłacić za kolejne 8 metrów sześc. W międzyczasie podniesiono mu wysokość zaliczki za wodę, mimo że jej średnie miesięczne zużycie się nie zmieniło. Po proteście lokatora cofnięto tę podwyżkę.

– Kolejny raz zaprotestowałem, kiedy przysłali mi rozliczenie wody za drugie półrocze 2003 r. – mówi pan Józef. – System, w którym straty wody na głównym liczniku rozdziela się proporcjonalnie do zużycia w każdym mieszkaniu jest nieuczciwy i niesprawiedliwy. Mam podejrzenia, że niektórzy lokatorzy pobierają wodę poza licznikiem. A ja nie zamierzam płacić za złodziei, ani za tych, którzy nie płacą – tłumaczy nasz Czytelnik.


Czy spółdzielnia lekceważy?

Bonk postanowił nie zapłacić ostatniej należności. Nie zmienił zdania również po tym, jak spółdzielnia przysłała mu wyjaśnienie, że taki sposób rozliczeń wynika z uchwały Przedstawicieli Członków Spółdzielni.

– Ja nie mogę być członkiem, bo część budynku w którym mieszkam jest tylko w zarządzie spółdzielni ze względu na nieuregulowanie własności gruntu – wyjaśnia Bonk. – Ale czy to powód, żeby spółdzielnia nas lekceważyła?


Co na to spółdzielnia?

Zygmunt Doliński i Sonia Sekuła, zastępcy prezesa GSM „Nsz Dom”:

Brak terminowej odpowiedzi na pismo z 17 marca 2003 r. jest wynikiem zaniedbania pracownika działu rozliczeń. Po interwencji lokatora pracownik został ukarany, a pan Józef Bonk przeproszony przez członka zarządu. Wątpliwości wynikające z pisma zostały wyjaśnione w naszym piśmie z 5 kwietnia 2004 r., na spotkaniach z członkiem zarządu, poprzez wielokrotne rozmowy telefoniczne oraz za pośrednictwem Rady Osiedla.

Wymiana wodomierzy należała do obowiązków lokatora. Pan Bonk zwrócił się z prośbą o rozplombowanie starego i zaplombowanie nowego licznika. Z protokołu odbioru technicznego nie wynika, że był uszkodzony.

Spółdzielnia rozlicza się z dostawcą wody na podstawie zużycia wykazanego przez liczniki główne. Wskazania wodomierzy głównych zawsze różnią się od wskazań wodomierzy indywidualnych. Zgodnie z obowiązującą ustawą o spółdzielniach mieszkaniowych, koszty mediów należy rozliczać na poszczególne nieruchomości. Zebranie Przedstawicieli Członków podjęło decyzję, by różnice do końca 2003 r. były rozliczane proporcjonalnie do zużycia indywidualnego. Począwszy od 2004 r. wprowadziło nową metodę rozliczania, poprzez podział różnicy równomiernie na ilość lokali w budynku.

Dłużnicy są obciążani dokładnie tak samo jak wszyscy. Mieszkania o podejrzanie niskim zużyciu wody są wyrywkowo monitorowane. Dotychczas w naszej spółdzielni nie stwierdziliśmy przypadków poboru wody poza licznikiem.

Autor artykułu: Anna Góra

Nie zauważył tramwaju

October 12th, 2004

Fatalnie zakończyła się podróż do Sosnowca dla młodego kierowcy z Wrocławia. Przed godz. 10 na rondzie w centrum prawdopodobnie nie zauważył nadjeżdżającego tramwaju nr 15 i wjechał tuż pod niego swym peugeotem partnerem. Tylko szybkiej reakcji motorniczego, który zaczął hamować, zawdzięcza uratowanie życia. Z drobnymi obrażeniami głowy i rąk trafił do szpitala, a po opatrzeniu został zwolniony do domu.

– Stałam w końcu tramwaju. Poczuliśmy mocne szarpnięcie, ale nikomu nic się nie stało. Wyglądało to tak, jakby tramwaj tylko wypadł z szyn. Dopiero, gdy wyszliśmy, zauważyliśmy zniszczony samochód – mówi młoda kobieta.

Po uderzeniu samochód pchany był przez tramwaj jeszcze kilka metrów. Ściął przy tym znak i uderzył w barierkę przejścia podziemnego, na której na szczęście się zatrzymał. Usuwanie skutków wypadku trwało ponad godzinę.

Autor artykułu: ps

Afera zamiast referendum

October 11th, 2004

Kompletnym zaskoczeniem zakończyła się sesja Rady Miasta w Czeladzi, w punkcie dotyczącym referendum na temat utworzenia powiatu grodzkiego. Radni mieli publicznie przeprosić mieszkańców za zaistniałe nieporozumienia, które doprowadziły do tego, że termin referendum wciąż nie jest określony, a całą sprawą musi się teraz zajmować Wojewódzki Sąd Administracyjny. Ale nie przeprosili.

Przygotowano nawet dwie wersje tekstu oświadczenia, jakie miało być zamieszczone w prasie, w których czytamy m. in.: „Rada miejska przeprasza mieszkańców Czeladzi i członków grupy inicjatywnej, że nie podjęła w ustawowym terminie niezbędnych działań formalnych”. Ostatecznie tekst trafił do kosza, bo jego wydźwiękowi sprzeciwiło się kilku radnych.
– Dlaczego rada ma brać za to odpowiedzialność? Ja się nie czuję winna! – protestowała radna Anna Horzelska-Matyja
– Ja też nie uważam się za winnego! – mówi radny Andrzej Krugły, który proponował, aby powstałe zamieszanie zwalić na zły obieg dokumentów w urzędzie, spowodowany wprowadzonym systemem jakości ISO.

Przypomnijmy, że rada nie podjęła w ustawowym terminie decyzji o przeprowadzeniu referendum i nie zawiadomiła o tym wojewody. Szukając winnych radni wskazywali a to burmistrza Marka Mrozowskiego, a to na przewodniczącego rady Janusza Gątkiewicza i jego zastępcę Mariana Kitę. Ostatecznie, dyskusję zakończyło spostrzeżenie, że ewentualna uchwała i tak byłaby nieważna, bo brakowało podpisu radcy prawnego. Radca się nie podpisał, bo jego zdaniem powiat grodzki nie może powstać w mieście liczącym poniżej 100 tys. mieszkańców.

Autor artykułu: ps

Będzie erka

October 11th, 2004

Nową karetkę za ponad 280 tys. zł dostanie piekarski Zakład Opieki Zdrowotnej od gminy. Będzie z niej korzystać i szpital, i pogotowie. – To dla nas fantastyczna wiadomość – cieszy się Henryk Myrcik, szef ZOZ. – Mamy dwie, z czego jedna to złom. Czy można ratować ludzi 60-tysięcznego miasta jedną erką?
Pieniądze na zakup erki miały początkowo pójść na zakup wozu strażackiego. Okazało się jednak, że wojewoda nie dofinansuje prezentu dla strażaków.

– Pomyślałem, że jeśli dołożymy 50 tys. zł do 231 tys., które chcieliśmy wydać na wóz, to będzie można kupić karetkę wraz z wyposażeniem – tłumaczy Jerzy Krauza, jeden z radnych i pomysłodawca zakupu.

Autor artykułu: ika

Po(d)pis architekta

October 11th, 2004

Winicjusz Kulej, szef miejskiego Wydziału Architektury w Wodzisławiu Śląskim, po godzinach urzędowania udziela się jako projektant, choć już dwa lata temu oficjalnie zawiesił działalność gospodarczą. Kulej jest podpisany m.in. pod projektem nowego budynku przy ul. Kubsza w centrum miasta. Urzędnik broni się, że robi to nieodpłatnie, by… pomóc młodszym kolegom po fachu.


Lubi mieć wpływ

– Oblicze nowo powstałych tworów architektury świadczy nie tyle o samym mieście, co o architekcie miejskim – wyjaśnia górnolotnie Winicjusz Kulej i daje do zrozumienia, że nie podoba mu się obecne prawo. – Obowiązujące przepisy jednak uniemożliwiają mu bezpośredni wpływ na architekturę obiektów – utyskuje w oświadczeniu do żądającego wyjaśnień prezydenta Adama Krzyżaka.


Mieszkańcy protestują

Traf chciał, że po postawieniu budynku przy ul. Kubsza mieszkańcy sąsiedniego bloku napisali protest. Uznali, że budynek obniżył standard ich mieszkań – przesłaniając widok z okien. – Niech pan spojrzy, jak ciemno w dziecinnym pokoju – żali się Joanna Bochniak, mieszkająca na parterze. Kilkanaście metrów za oknem wznosi się ściana nowo powstałego obiektu. Mieszkańcy zażądali od Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej i Remontowej obniżenia czynszu. A ZGMiR zwrócił się m.in. o opinię w tej sprawie do miejskiego architekta, którego nazwisko… widnieje na tablicy informacyjnej jako jednego z projektantów.


Tylko firmował…

Winicjusz Kulej nie chciał z nami rozmawiać. Odsyła do rzecznika miasta. Odnosząc się do budynku przy Kubsza stwierdził, że nie on jest projektantem, a jego młodszy kolega. – Wyjaśnił, że on tylko firmował projekt swoim nazwiskiem, bo ma odpowiednie uprawnienia, których jego kolega nie posiada – wyjaśnia Leszek Nowakowski, rzecznik wodzisławskiego magistratu.

– Nie ma takiego określenia jak firmowanie projektu – dziwi się Piotr Zamarski, Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Wodzisławiu Śląskim, którego poprosiliśmy o komentarz. Kto z punktu widzenia prawa jest odpowiedzialny za projekt, gdzie jest więcej niż jeden autor? – Ten, który go weryfikuje, podpisuje i posiada stosowne uprawnienia – nie pozostawia złudzeń Zamarski.

Kulej, jako miejski architekt wydaje decyzje o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. Pozwolenie na budowę wydaje starosta – a wszystko nadzoruje Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego. Zapytaliśmy Zamarskiego, czy oprócz wymienionych przez nas budynków, Kulej pojawia się jako projektant w innych inwestycjach? – Jego nazwisko się przewija – stwierdza oględnie, nie wdając się w szczegóły. W ilu przypadkach? – Nie mogę powiedzieć, bo nie jest pan stroną w sprawie – ucina temat powiatowy inspektor.


Nie pozwolę!

Artykuł 18 ustawy o pracownikach samorządowych mówi wprost, że urzędnik nie może wykonywać zajęć, które pozostawałyby w sprzeczności z jego obowiązkami, albo mogłyby wywołać podejrzenie o stronniczość lub interesowność. Kulej zawiesił działalność już z końcem 2002 roku, co nie przeszkodziło mu dalej projektować.

– Prezydent nie będzie tolerował tego rodzaju praktyk i zażądał definitywnego zaprzestania wszelkiego rodzaju aktywności mogącej rzucać cień na uczciwość i bezstronność urzędnika – powiedział nam Leszek Nowakowski, rzecznik miasta.


Pomagam, pogłębiam wiedzę

Winicjusz Kulej w oświadczeniu do prezydenta zaznacza, że nie prowadzi działalności gospodarczej i broni się. – W branży architektonicznej panuje zwyczaj udzielania pomocy młodszym kolegom z branży, w postaci sprawdzania projektów, firmowania ich swoimi uprawnieniami – tłumaczy. Uważa, że jego działalność nie stoi w w sprzeczności z wykonywaną funkcją w urzędzie, gdyż za „zatwierdzanie projektów odpowiedzialny jest starosta”.

Zdaniem Izby

Pogwałcenie etyki

Michał Buszek, przewodniczący Śląskiej Okręgowej Izby Architektów w Katowicach:

Firmowanie projektu osobie, która nie ma uprawnień? Nie ma takiego pojęcia, to po prostu pogwałcenie etyki zawodowej. Przecież osoby bez uprawnień, nie będące członkiem Izby, nie mogą projektować. Ta sprawa nadaje się do rzecznika dyscypliny zawodowej.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Wszystko na sprzedaż

October 8th, 2004

Choć władze Warszawy wydały zakaz organizacji międzynarodowych targów Eroticon 2004 wraz z „seksualnymi mistrzostwami świata”, impreza wczoraj rozpoczęła się zgodnie z planem. Piąta edycja Eroticonu odbywa się w warszawskiej hali EXPO. W trakcie imprezy trzy kandydatki staną do rywalizacji o tytuł seksualnej mistrzyni świata. Będą musiały pobić ustanowiony poprzednio przez Mariannę Rokitę rekord, czyli odbyć więcej niż 759 stosunków z mężczyznami. Oprócz tego odbędą się pokazy mody i wystawy związane z szeroko pojętą erotyką.

– O tytuł walczyć będzie Lisa Sparxxx ze Stanów Zjednoczonych, Patricia z Brazylii i jedna Polka. Na razie nie mogę zdradzić jej tożsamości, ale nie jest to Marianna – powiedział Krzysztof Garwatowski z wydawnictwa PinkPress, rzecznik prasowy Eroticonu 2004. – Poza tym zamierzamy przeciwko urzędnikom z magistratu w Warszawie wnieść doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Zostaliśmy zniesławieni. Nikt nie ma prawa nazywać nas sutenerami, a naszych dziewczyn prostytutkami.

Decyzję o zakazie organizacji imprezy wydał dyrektor Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Miasta Lucjan Bełza. Podjęto ją, ponieważ nie zostały spełnione wymogi wynikające z ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych, m. in. informacja o organizowaniu targów nie została zgłoszona 14 dni wcześniej do urzędu miasta.
Targi Eroticon 2004 potrwają do 10 października. Dwa lata temu targi erotyczne połączone z biciem rekordu odbyły się w Katowicach.


Czuję wstręt

Prof. Jacek Wódz, socjolog:
Dla mnie osobiście imprezy takie jak Eroticon są kompletnie niezrozumiałe. I nie wynika to bynajmniej z mojej pruderii, bo taki nie jestem. Są jednak pewne granice, których nie należy przekraczać. Targi erotyczne już w samej nazwie naruszają ludzką godność. Oczywiście można powiedzieć, że człowiek jest tylko ssakiem, ale przyrównywanie go do buhaja po prostu jest obraźliwe. Polska od czasów transformacji ustrojowej jakoś nie potrafi się odnaleźć. Eroticon to tylko kolejny przykład na marazm w naszym kraju. Zakazy prawne oczywiście niczego tutaj nie zmienią, a pomysł Lecha Kaczyńskiego, aby je odwołać, dodaje tylko całej sprawie pikanterii. Uczestnictwo w takiej imprezie ma tylko cel marketingowy i pokazuje, że wszystko może być wystawione na sprzedaż. Dla mnie jednak takie zabawy są zupełnie z innej bajki i budzą wyłącznie wstręt.

Autor artykułu: mah

Pisorz

October 8th, 2004

Rozmowa z Wojciechem Kuczokiem, pisarzem, autorem nagrodzonej „Nike” powieści „Gnój”.

Jak się pan czuje jako gwiazda mediów? Czy to dla pisarza komfortowa sytuacja?
Nie ukrywam, że to duży dyskomfort. Moje pisanie wynika z tendencji do tego by się ukrywać i chować za bohaterami, tekstem. Nie jestem przygotowany, by nagle znaleźć się w centrum zainteresowania, by odpowiadać na przeróżne, dziwne pytania związane z różnymi dziedzinami życia.

Np. na stałe pytanie dotyczące tego, czy tak jak bohater „Gnoju” był pan bity przez ojca. Czy to pytanie uznaje pan za najgłupsze w tej klasyfikacji?
Pozwalam je sobie ignorować.

Założył pan, że będzie pan żył z pisania. Czy to w Polsce łatwe do zrobienia?
Jak jeździłem gdzieś w związku przekładami i byłem podejmowany w Niemczech, czy Francji trudno było nie zauważyć, że życie jest tam wyraźnie łatwiejsze. Pisarze też mają tam status bardziej gwiazdorski, czy nawet będąc pisarzem, autorem książek całkiem poważnych można być jednocześnie gwiazdą popkulturową niemalże. W Polsce jest też kilkanaście osób, które żyją wyłącznie z pisania i genialnej sprzedaży swoich książek. Mówiąc o sobie myślałem o tym wszystkim, co się z pisaniem wiąże. Myślałem też o tekstach użytkowych, pisanych np. do gazet za pieniądze.

Do niedawna mieszkał pan w „depresyjnym mieszkanku” w Krakowie. Czy przestał pan służyć krakowski spleen?
Mieszkałem w Krakowie przez rok. Teraz wszystko się zmieniło. Ostatnie pół roku mieszkałem w Bytomiu, a niebawem przeprowadzam się znowu, już mam nadzieję na zawsze, do swojego rodzinnego Chorzowa, ze swoją rodziną, z moim synkiem.

„Gnoju” nie byłoby bez śląskich klimatów…
Czuję się na Śląsku jak u siebie w domu. Z domu wynosi się wszystko najważniejsze.

Łatwiej może niż gdzie indziej pisze się tu książki?
Faktem jest, że gdziekolwiek nie byłem, zawsze wracałem na Śląsk. Ciągle właściwie kursowałem między domem tymczasowym, a Śląskiem. Być może kiedyś takim samym najważniejszym miejscem będzie jakaś chatka w Tatrach.

Jest pan pisorzem, a nie pisarzem. Tak pan o sobie mówi. Czy kryje się za tym jakiś dystans do własnej twórczości?
Wolę tak o sobie mówić. To podkreśla rodowód, a tak w ogóle wyczytałem to na wizytówce świetnego pisarza Janusza Rudnickiego i zakochałem się w tym określeniu bez pamięci. To piękne, że zmiana tylko jednej literki wystarczy, aby pokazać dystans i autoironię do tego, co się robi.

Z Magdaleną Piekorz, reżyserką filmu „Pręgi”, który powstał na podstawie „Gnoju” tworzycie świetny duet twórczy „wyswatany” przez Krzysztofa Zanussiego. Czy łatwo zgodził się pan, by wykorzystać książkę jako podwaliny filmowego scenariusza? Nie wszyscy pisarze to lubią.
Napisałem przecież zupełnie inną rzecz, która zaczyna się tylko w tym samym miejscu, co „Gnój”. Niejako z niego wyrasta, ale idzie swoimi drogami. Nie było tu problemu z adaptacją. Mogłem pozwolić sobie na pełną swobodę.

Ma pan w planach kolejne scenariusze filmowe? „Pręgi” zachwycają, są nominowane do Oskara.
Tak. Mam kilka propozycji, czasem z różnej bajki. Ale szczegółów nie zdradzam. Umówiliśmy się z Magdą, że ona będzie mieć pierwszeństwo przy ewentualnej realizacji.

Trzeba iść za ciosem… „Pręgi”, „Gnój” to opowieści o pokoleniu trzydziestolatków, z którym pan się identyfikuje. Jakie jest to pokolenie? Pokrzywione? Stracone? A może piekielne zdolne. Jakie pan widzi punkty wspólne? Teraz to pokolenie rozkwita. Patrząc na pana, na Magdalenę Piekorz.
No nie wszyscy mają tak dobrze. (śmiech) Dyskusja o tej generacji trwa od dawna, o tzw. generacji „nic”. Myślę sobie, że pokolenie moich rówieśników to pokolenie, które gdzieś się spóźniło trochę, w tym wyścigu do koryta. Wszystko przeszło obok, intratne oferty pracy, kariery. To jest trochę też pokolenie desperatów. Nie realizują się jak chcieli. Ludzie, z którymi studiowałem kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim nie robią tego o czym marzyli, nie realizują się tak jak planowali. Często wylądowali w różnych dziwnych miejscach. To pokolenie, które natychmiast na starcie osiągnęło metę.

Pan też miał opinię trudnego, niedostosowanego. To był jakiś wyraz buntu?
To pytanie do moich nauczycieli, którzy byli wobec mnie bezradni, ale ferowali wyroki, wyrzucali ze szkół i spisywali na straty.

Dzisiaj widać kto miał rację. Na rynku wydawniczym reklamowany jest właśnie „Widmokrąg”. To miała być ta żelazna rezerwa, o której pan mówił, gdy otrzymywał paszport „Polityki”. I jeszcze powiedział pan wtedy, że najbardziej boi się chwili, gdy poczuje się wypisany. Mam nadzieję, że ta sytuacja nam nie grozi?
W przyszłym roku ukaże się zbiór moich opowiadań oraz książka o kinie, gdzie weryfikuję trochę historię myśli filmowej pt. To piekielne kino. Czeka mnie premiera „Dr Fausta” w teatrze „Studio” w reżyserii Magdy Piekorz. No i co tam, co tam? No za dwa i pół roku ukaże się moja nowa powieść. Już pomyślałem jak będzie wyglądać, ale to wszystko co na ten temat powiem.

Tego pytania nie można nie zadać. Kiedy pan poczuł, że będzie pisarzem. Nie, że z pisania, ale dla pisania będzie pan żyć.
Momentem przełomowym była nominacja do Nike za „Opowieści słychane”. Wtedy pomyślałem, że teraz jest te pięć minut, które trzeba wykorzystać na maksa. Podjąłem to ryzyko uśmiercenia głodowego rodziny i siebie. (śmiech), ale udało się przetrwać.

A czy do pisania potrzebuje pan świętego spokoju? Różnie to z pisarzami bywa. Niektórzy tylko ołówkiem, inni nocą.
Mnie się najlepiej pisze w zaciszu domowego ogniska. Jednak nie w idealnej ciszy. Ja takiej ciszy nie potrzebuję. Lubię jak zza ściany dolatują odgłosy krzątaniny mojej ukochanej, śmiech dzieci. Ja muszę być sam, ale nie samotny.


Wojciech Kuczok
rocznik 1972 roku. Debiutował jako poeta. „Opowieści samowite” ukazały się w 1996 roku. Tom opowiadań „Opowieści słychane” był nominowany do NIKE w 1999 roku. Potem wydał „Szkieleciarki” i “Gnój” – najgłośniejszy debiut ubiegłego roku – za który otrzymał Nike w tym roku.
„Gnój” to opowiedziana przez dziecko „historia o przemocy w rodzinie z tradycyjnym Śląskiem” jak reklamuje się tę antyautobiografię.

Autor artykułu: Agata Pustułka

Szpital tonie

October 8th, 2004

“Czy Śląsk to gorsza kategoria ludzi? Czy mieszkańcy Śląska nie mają tej samej Konstytucji co w województwie mazowieckim? Czy wraz z aktem urodzenia na Śląsku trzeba wydawać akt zgonu? ” – pytają pracownicy Szpitala Wojewódzkiego nr 5 im. św. Barbary w Sosnowcu, w apelu do ministra zdrowia, Marka Balickiego.

Pracownicy i dyrekcja postanowili szukać pomocy u ministra, rozżaleni brakiem reakcji ze strony Urzędu Marszałkowskiego i Narodowego Funduszu Zdrowia.

– Zaciskamy pasa, ale jest coraz gorzej. Miesięczne limity na środki czystości i sprzęt jednorazowego użytku, taki jak rękawiczki, wystarczają tylko na pięć – siedem dni. Bardziej oszczędzać się nie da – mówi Anna Koczotowska, przewodnicząca zakładowego Związku Pielęgniarek i Położnych.


Koszty niedoszacowane

Załoga od dwóch dni prowadzi protest. Szpital jest oplakatowany i oflagowany. Pacjentom rozdawane są ulotki informujące o przyczynach wybuchu niezadowolenia. Na szczęście, w żadnym wypadku skutki takich akcji nie dotykają pacjentów.

– Leżę tu drugi dzień, ale nie odczułem żadnych niedogodności związanych z protestem. Pielęgniarki pomagają mi pić i jeść. Są na każde wezwanie – mówi Leszek Radzik, który uległ wypadkowi na kopalni Staszic.

Jak napisano w apelu do ministra, wszystkiemu winne jest niedoszacowanie procedur medycznych – zarówno kosztu punktu, jak i ilości punktów za poszczególne zabiegi. W naszym województwie jeden punkt opiewa na 9,25 zł, a na przykład w mazowieckim nawet 14,25 zł.

– Narodowy Fundusz Zdrowia ma w uzasadnionych okolicznościach możliwość zwiększenia ceny punktu. Gdyby to zrobił do wskaźnika 1,2, to nasz szpital dostałby dodatkowo 9,16 mln zł rocznie, co pozwoliłoby na częściowe spłacenie dłużników. Piszemy w tej sprawie do NFZ już od maja, ale bez skutku – mówi Piotr Sośnierz, asystent dyrektora ds. ekonomicznych.


Oszczędniej się nie da

– Nikt z obecnych właścicieli nie był uprzejmy zobaczyć, że szpital to nie tylko oddziały, ale ogromne miasto pod ziemią. Ludzi już nie da się bardziej zredukować, bo i tak brakuje już pełnych obsad technicznych – mówi Mieczysław Urgacz, przewodniczący ZZ Pracowników Służb Technicznych i Pomocniczych.

Przewodniczący wyliczył, że gdyby zwolnić całą załogę szpitala i ustawić maszyny opiekujące się chorymi, wykonujące operacje i zastępujące służby techniczne, to i tak szpital nadal pogrążałby się w długach. Co więcej, gdyby faktycznie doszło do tzw. restrukturyzacji zatrudnienia, od razu ruszyłaby lawina żądań finansowych, bo cała załoga posiada niezrealizowane prawomocne wyroki, zasądzające wzrost wynagrodzenia z tytułu ustawy 203. Zamiast oszczędności, szpital musiałby poszukać dodatkowych pieniędzy na zaspokojenie roszczeń komorniczych.

Pracownicy szpitala dają ministrowi zdrowia kilkanaście dni na podjęcie odpowiednich działań. W specjalnej uchwale pracowników szpitala zapisano, że jeśli protest nie wzbudzi jakichkolwiek reakcji, zostanie rozszerzony do strajku okupacyjnego włącznie.



Michał Olejczyk, dyrektor naczelny Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 5 w Sosnowcu:

Dziwię się, że restrukturyzacja zatrudnienia nadal uważana jest za sposób na zaradzenie kłopotom finansowym naszego szpitala. Przykłady innych szpitali wyraźnie wskazują, że w ten sposób koszty wcale raptownie nie spadają. Faktycznie wskaźnik zatrudnienia wypada nam kiepsko i wynosi 2 osoby na jedno łóżko. Ale po pierwsze szpital ma tak wysoki standard, że utrzymanie liczby załogi na obecnym poziomie jest konieczne. Po drugie przemawia za tym szczególny charakter przyjmowanych pacjentów – leczymy urazy wielonarządowe z terenu całego województwa. Po trzecie w szpitalu funkcjonuje kilkanaście poradni wysokospecjalistycznych, stacja dializ oraz wiele pracowni diagnostycznych. Odliczając osoby w nich zatrudnione, wskaźniki zatrudnienia wyglądałyby znacznie lepiej.


Ryszard Stelmaszczyk rzecznik prasowy Śląskiego Oddziału Wojewódzkiego Narodowego Funduszu Zdrowia:

Faktycznie NFZ ma w uzasadnionych okolicznościach możliwość zwiększenia ceny punktu. Z tego rozwiązania jednak nie skorzystaliśmy, bo nie było nas na nie stać. W ślad za uchwałą nie poszły dodatkowe pieniądze. Ta sama uchwała Zarządu NFZ mówi, że zwiększenie wskaźnika może nastąpić tylko w ramach planu finansowego. Szpital św. Barbary nie jest wyjątkiem. Większych pieniędzy z tego tytułu nie otrzymały także inne szpitale i kliniki w województwie.
W tym roku pierwotny kontrakt szpitala wynosił 42 mln 738 tys. zł W wyniku renegocjacji umowy został zwiększony o 3 mln 094 tys. zł. Aktualnie toczą się kolejne renegocjacje i do podziału na wszystkie placówki jest 28 mln zł. Nie można mówić, że NFZ nic nie robi, aby pomóc szpitalowi.


Sergiusz Karpiński, wicemarszałek województwa śląskiego

Marszałek, jako organ założycielski, nie ma absolutnie żadnej możliwości udzielania pomocy finansowej na bieżącą działalność dla placówek służby zdrowia.

Owszem uznaliśmy, że należy szpitale wesprzeć finansowo i udzieliliśmy pożyczek. Ale te mogłyby być przeznaczone tylko na inwestycje. Z takiej pożyczki Szpital nr 5 w Sosnowcu także skorzystał.

Poprawa sytuacji finansowej możliwa jest albo poprzez zwiększenie dochodów, albo zmniejszenie kosztów. Wiemy, że to pierwsze jest trudne do uzyskania. Istotnym udziałem kosztów są wynagrodzenia pracowników, więc oczywiście wskazujemy potrzebę ograniczenia zatrudnienia. Jeśli szpital w Sosnowcu ma 100 łóżek mniej niż szpital w Bytomiu, a jednocześnie zatrudnia 300 osób więcej, to o czymś to świadczy. Nie możemy nakazać dyrektorowi zwolnienia ludzi, ale proporcje mówią same za siebie. Not. ps

Pod foto
Pracownicy szpitala twierdzą, że komuś celowo zależy na doprowadzeniu tej jednej z najnowocześniejszych placówek do upadku. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że do dziś nie przelano pełnej kwoty za narodowy program leczenia chorych na wirusowe zapalenie wątroby typu C, gmina Sosnowiec nie zgadza się na umorzenie podatku od zawyżonej wartości nieruchomości, a Rada Społeczna szpitala wspólnie z Urzędem Marszałkowskim jedyne wyjście z kryzysu finansowego widzi w zwalnianiu pracowników? – pytają.

Autor artykułu: Marcin Twaróg

Ślub będzie później

October 7th, 2004

25 obowiązkowych katechez przedmałżeńskich dla 17-latków wprowadzono w całej diecezji sosnowieckiej. Kończyć się będą egzaminem. Bez niego zawarcie kościelnego ślubu już od października jest niemożliwe.

Katechezy mają wszechstronnie przygotować młodzież do czterech etapów życia – zawiązywania sympatii, narzeczeństwa, małżeństwa i powstania rodziny. Diecezja sosnowiecka jest pierwszą w naszym regionie i jedną z pierwszych w całym kraju, która wprowadziła taki obowiązek.
– Wiek 17 lat to akurat ten okres, kiedy młodzi ludzie zaczynają ze sobą chodzić. Stąd pomysł, aby katechezę wprowadzić w szkołach ponadgimnazjalnych – mówi ks. dr Andrzej Cieślik, dyrektor wydziału duszpasterstwa rodzin w diecezji sosnowieckiej.

Katechezy przedmałżeńskie mają się odbywać dwa razy w miesiącu; nie w szkole, a w parafiach, i trwać po jednej godzinie. Według twórców programu, nie będą to sztywne wykłady. Spotkania opierać się mają o konspekt i polegać głównie na rozmowach ze specjalistami – pedagogami, psychologami, a także zaproszonymi małżonkami, dającymi praktyczne świadectwo życia w chrześcijańskim małżeństwie. Stąd wśród tematów nie zabraknie spraw dotyczących zachowań seksualnych, aborcji, a także kryzysu małżeństwa.

– Teraz w dużych miastach Zagłębia na dziesięć zawieranych małżeństw cztery się rozpadają. Wierzę, że lepsze przygotowanie do życia w małżeństwie przyczyni się do zmniejszenia tego zatrważającego wskaźnika – mówi ks. dr Andrzej Cieślik.

Kto z ważnych powodów nie ukończy cyklu 25 katechez małżeńskich, będzie miał okazję odbyć kurs skrócony do 10 katechez na kilka miesięcy przed datą ślubu. Jeśli nie dopełni i tego obowiązku, ostatnią deską ratunku będzie prośba o wstawiennictwo u proboszcza własnej parafii, który tylko w wyjątkowych sytuacjach może zgodzić się na indywidualne przygotowanie do tego sakramentu.

Autor artykułu: ps