Być może nastąpi koniec impasu w Zwardoniu. Wczoraj gestorzy tutejszych wyciągów spotkali się na Skalance z przedstawicielem Grupy Beskidzkiej GOPR i rozmawiali o zabezpieczeniu służby ratowniczej. GOPR przywiózł nawet gotowe umowy do podpisania.
Jeśli gestorzy zgodzą się na warunki finansowe, to już w lutym ratownik będzie stacjonował w dyżurce tuż przy wyciągu Skalanka.
- To z naszej strony ustępstwo, bo dyżurka na Skalance jest w pewnym sensie prowizorką, ale robimy to dla dobra sprawy. Nie może być tak, że nie ma ratownika w Zwardoniu, do którego przyjeżdża wielu narciarzy – uznał Jerzy Siodłak, naczelnik Grupy Beskidzkiej GOPR w Szczyrku.
Ratownik będzie codziennie dojeżdżał z Rajczy. Zdaniem naczelnika, nie ma na Skalance warunków do noclegu.
- Za dobrze tu nie jest, ale ważne, że coś w ogóle jest. Pokoik jest ciepły, bo obok jest gastronomia. Stoi wersalka, można się przespać – uważa Mieczysław Śliwa, właściciel wyciągu orczykowego na Skalance, zresztą ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR. Nie może on jednak pełnić roli ratownika do dyspozycji wszystkich, bo nie ma z GOPR odpowiedniej umowy. – Muszę pilnować swojego interesu – mówi Mieczysław Śliwa.
- Podpisałem już umowę, bo GOPR musi tu być. Będę spokojniejszy o swoich gości i narciarzy. Myślę, że wszyscy właściciele zrzucą się na ratownika. Ja zapłaciłem ok. 400 zł – powiedział Mieczysław Talik, współwłaściciel wyciągu na Dużym Rachowcu.
Umowa opiewa na miesiąc, ale jest możliwość jej przedłużenia, jeśli zima i narciarze dopiszą.
O braku zgody między GOPR a gestorami 14 zwardońskich wyciągów informowaliśmy już od roku. Ci ostatni skąpili pieniędzy na sfinansowanie ratownika, uważali, że GOPR jest za drogi, szukali ratowników prywatnych oraz w innych grupach, np. Jurajskiej. Narzekali, że zima marna, nie ma narciarzy, po co zatem ratownik na trzy miesiące. Dodatkowo dzierżawca schroniska PTTK Dworzec Beskidzki, w którym od lat zimą urządzano goprówkę, zażądał 800-złotowego czynszu. To zdenerwowało GOPR.
- Ratownik musi być podległy grupie GOPR z danego terenu, to nie może być osoba prywatna, pracująca na własną odpowiedzialność. Powinien też być zatrudniony na cały sezon, a nie w ostatniej chwili, tylko na miesiąc – komentował pomysły właścicieli Jerzy Siodłak.
Choć rozmowy są trudne, GOPR wierzy, że gestorzy wyciągów złożą się na ratownika, gdyż to na nich spoczywa prawna odpowiedzialność za bezpieczeństwo narciarzy.
- Kolega wręczył właścicielom umowy razem z rachunkami płatnymi z góry. Jeśli w ciągu trzech dni nie będą zapłacone, ratownika nie będzie. Jeśli będą wpłaty, zobaczymy ilu gestorów złożyło się, po ile i które wyciągi będziemy obsługiwać – poinformował Tomasz Jano, zastępca naczelnika Grupy Beskidzkiej GOPR.
Zwardoń powoli zapełnia się narciarzami. Oby ktoś czuwał nad ich bezpieczeństwem.
***
W Zwardoniu działa 14 wyciągów. Etat ratownika kosztuje miesięcznie ok. 3 tys. zł. Opłacany jest z tego ZUS, wyposażenie ratownika, dyżurki, środki medyczne i paliwo do skutera. Według Jerzego Siodłaka płacić zamierzają właściciele ośmiu zwardońskich wyciągów: Duży Rachowiec, Trawers, Pod Mytem, Bór, przedsiębiorstwa “Japon”, Cuplik, Jawornik I i II. Płaciliby w zależności od ilości posiadanych wyciągów, średnio od 390 do 1100 zł. Za trzy dni wszystko będzie wiadome.
Autor artykułu: Barbara Swadźba