Archive for April, 2001

ŻORY: Mistrzostwa w rugby na wózkachTutaj piłka jest okrągła

Saturday, April 28th, 2001

W hali sportowej w Żorach ośmiu młodych mężczyzn lawiruje na wózkach w pogoni za białą piłką. Mimo że zawodnicy grają w rugby, piłka nie ma kształtu jaja, ale jest okrągła. To tylko jedna z różnic, jakie zwykłe rugby oddzielają od quand rugby – wersję gry dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich.

Na żorskim parkiecie królują od wczoraj “Sitting Bulls” – najlepsza w Polsce drużyna w tej dyscyplinie sportowej. Założycielem grupy jest Sławek Sękowski z Wodzisławia. Jego koledzy pochodzą z całego województwa: od Częstochowy po Mysłowice. Najmłodszym stażem zawodnikiem “Siedzących Byków” jest Tomek Wilk z Częstochowy. Rozgrywane w Żorach III Otwarte Mistrzostwa w Rugby na Wózkach to pierwsza tak duża impreza, w której bierze udział.

Tomek jest niepełnosprawny od czterech lat. O możliwości grania w rugby na wózku dowiedział się na obozie aktywnej rehabilitacji (właśnie w ten sposób Sławek Sękowski ściągnął do drużyny większość graczy – jeżdżąc po sanatoriach i obozach rehabilitacyjnych). Po trzech i pół roku bezczynności w domu, Tomek zaczął przyjeżdżać na treningi.

- Do tego czasu to tylko na ulicę mogłem sobie wyjechać – mówi. Mimo że z boiska dochodzą ostre odgłosy uderzeń wózka o wózek i piski hamowania, Tomek przekonuje, że rugby nie jest ani brutalne, ani niebezpieczne dla graczy. Potwierdzają to inni zawodnicy.

- Bardzo trudno tu złapać kontuzję, choć zdarzają się nawet wywrotki – stwierdza Sławek.

Autor artykułu: miks

WODZISŁAW ŚLĄSKI: Sprzedać się nie damy!

Saturday, April 28th, 2001

Wodzisławskie II LO przy ulicy Wałowej to, zdaniem uczniów i ich rodziców, najlepsza placówka w mieście. Wśród uczniów i młodzieży zawrzało, kiedy starostwo powiatowe ogłosiło plany reorganizacji sieci szkół. Zgodnie z nimi II LO miało zostać przeniesione do budynku przy ulicy Kardynała Wyszyńskiego, gdzie mieści się III LO.

- Na poziom nie można narzekać, a atmosfera jest tu prawie rodzinna. Moja starsza córka tu się uczyła, teraz uczy się młodszy syn. Nauczyciele pamiętają o obydwu – mówi Aniela Kozielska, matka jednego z licealistów, szefowa szkolnej Rady Rodziców.

- Moja córka, jak usłyszała plotki, że mają przenieść szkołę, zagroziła, że przestanie do niej chodzić – dodaje Janina Kałuża.

Aż trudno uwierzyć, że w szkole przy Wałowej panują tak dobre warunki dla uczniów, biorąc pod uwagę, że w budynku mieści się podstawówka, gimnazjum, liceum i studium medyczne. – To rzeczywiście może dziwić, ale tu nie ma żadnych konfliktów – mówi Krzysztof Widz, członek Rady Rodziców.

- Do szkoły nic nie mamy, ale nasze dzieci miałyby utrudniony dojazd. Większość uczniów dojeżdża z pobliskich wsi. Na Wyszyńskiego musieliby dojeżdżać drugim autobusem. Albo przejść pół miasta, a teraz przecież na ulicach rządzą szalikowcy – tłumaczą rodzice.

Po protestach w niemal wszystkich szkołach średnich, które miały być objęte reorganizacją, powiat wycofał się chwilowo z planowanych zmian, ale spokoju w II LO to nie przywróciło. Rodziców wciąż niepokoi pomysł przekazania przez powiat budynku przy Wałowej na rzecz miasta. W zamian za to starostwo przejęłoby budynek przy Wyszyńskiego. Rodzice boją się, że uczniowie zostaną sprzedani wraz z budynkiem, a nauczyciele, o których mają wysokie mniemanie, stracą pracę.
Dziś na sesji Rady Powiatu ma być głosowana uchwała w sprawie ,wyrażenia woli” zamiany mienia przy Wałowej (należącego do powiatu) na mienie przy Wyszyńskiego (będącego własnością miasta).

- Sama wola nie jest jednoznaczna z likwidacją szkoły. W tej chwili żadnych kroków w kierunku likwidacji bądź przeniesienia II LO nie ma – uspokaja tymczasem Józef Szymaniec, rzecznik Starostwa Powiatowego w Wodzisławiu. – Uchwała nie jest skierowana przeciwko uczniom i nauczycielom Liceum nr 2. Spowoduje tylko normalizację prawną w bliżej nieokreślonej przyszłości – tłumaczy rzecznik.
Rodzice zapowiadają, że nie pogodzą się z decyzjami zawieranymi za ich plecami. Protest popiera dyrekcja szkoły, która przyznaje, że też nie wie, jaka będzie przyszłość liceum.

- Na razie wiemy, że jeszcze przez rok mamy pozostać w tym budynku. Co będzie potem, nie wiadomo. Rodzice mają prawo się niepokoić – mówi dyrektor II LO Aleksandra Mrajca.

Autor artykułu: Mirosława Książek

Spokojnie, to tylko woda

Wednesday, April 25th, 2001

Od czasu do czasu ulicą 3 Maja płynie rzeka i jak wynika z wyjaśnień przedstawicieli Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Rybniku, będzie płynęła tędy, ilekroć na ulicy Kościuszki zdarzy się awaria.

Kierowcom nie pozostaje więc nic innego, jak przyzwyczaić się do tego zjawiska. Zresztą, jak się zdaje, woda płynąca wartką strugą na ulicy 3 Maja i Piłsudskiego mało kogo już dziwi, bo pojawia się tutaj dość często. Podobnie było wczoraj. – Czy to jest jakaś awaria, czy tam coś siadło w kanalizacji? – zadzwonił do nas z pytaniem jeden z Czytelników.

Kierowców zaniepokoiło głównie to, że przy dworcu PKS – u woda zbierała się w pokaźne zalewisko w którym zanurzały się koła samochodów. – Dużo tej wody ucieka. Ciekawe, komu to doliczą do rachunku? – pytał dalej nasz rozmówca.

- To technologiczny zabieg – wyjaśnia Alojzy Nikiel, dyrektor Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Rybniku. – Jeśli na ulicy Kościuszki jest awaria, to trzeba spuścić wodę, a miejsce odwadniania znajduje się w najniższym punkcie. Taka jest specyfika miasta, że woda, która naturalnie płynie na dół, na asfaltowanych czy brukowanych powierzchniach nie ma gdzie spływać. A taką ilość wody studzienki kanalizacyjne przyjmują wolno. Stąd zalewisko – dodaje.

Autor artykułu: izis

Tomasz Prasnal na cz@cie

Tuesday, April 24th, 2001

Tomasz Prasnal pomocnik Górnika Zabrze będzie czekał na Wasze pytania w piątek 27 kwietnia od godz. 12.30 pod adresem http://chat.naszemiasto.pl.

Na stronie internetowej wystarczy wpisać swój nick i hasło (wybieracie je sami i możecie go używać również w kolejnych rozmowach on-line).

Tematy rozmowy zależą tylko od Was, a takie okazje zdarzają się przecież rzadko.
Zapraszamy!

Autor artykułu: m

Powrót do przeszłości

Tuesday, April 24th, 2001

Niecodziennych przeżyć dostarczyła wszystkim pasażerom przejażdżka odrestaurowanym zabytkowym tramwajem N+4ND, który poruszał się w sobotę niemal wszystkimi liniami w Zagłębiu.

Wagon trząsł się i skrzypiał, jednak nie była to oznaka jego kiepskiego stanu technicznego. Ten typ po prostu w ten sposób się zachowuje.

- Na pewno się nie rozleci – uspokajał pasażerów Adam Śnieżek z Klubu Miłośników Transportu Miejskiego organizującego przejazd. – To wszystko musi się tak trząść, bo wszystkie elementy tramwaju zrobione są z żelaza i drewna. Te materiały nie odkształcają się tak jak plastik. Taki już urok N-ki.
Pasażerowie stojący na kolejnych przystankach nieufnie spoglądali na wolno sunący pojazd. Dopiero, gdy dowiadywali się, że przejazd jest bezpłatny, wchodzili do środka. Wszyscy podróżni otrzymywali pamiątkowy bilet skasowany przez konduktora oraz ulotkę zachęcającą do korzystania z komunikacji tramwajowej.

- Jadę już 15 minut i coraz bardziej zaczyna mi się podobać. Szkoda, że muszę już wysiadać, bo z chęcią pojechałabym jeszcze parę przystanków. Przypomniało mi się, jak właśnie takimi tramwajami 30 lat temu jeździłam do pracy. Tak samo rzucało i trzeba się było mocno trzymać poręczy, żeby nie upaść – powiedziała Maria Mojstowicz, która przejechała kilka przystanków w Będzinie.

Tramwaj niemal wszystkie części ma oryginalne, lub wykonane według dawnego wzoru – twarde drewniane siedzenia dla pasażerów, mosiężne numery identyfikacyjne, ręcznie poruszaną wycieraczkę przedniej szyby, a nawet skórzaną linkę spełniająca funkcję dzisiejszego dzwonka informującego motorniczego o zamiarze wysiadania.

- Gdy zaczynałem pracę w latach osiemdziesiątych, to jeszcze takim typem jeździłem – mówił motorniczy Maciej Gołkowski z zajezdni w Będzinie, siedząc na przenośnym żelaznym trójnogu.

- Wszystko trzyma się w rękach – hamulec w prawej, a nastawnik w lewej. Staram się bardzo, ale już mnie trochę ręce bolą. W nowych tramwajach jest łatwiej, bo są pedały na nogi. Szczęście, że jutro pracuję od południa, to trochę odpocznę.

Tramwaj odrestaurowany został w tym roku w Zakładzie Usług Technicznych i Komunikacji Tramwajowej w Chorzowie Batorym. Jego sobotni przejazd był możliwy dopiero po opracowaniu specjalnego rozkładu jazdy. Jadąc zgodnie z normalnym rozkładem z pewnością nie zmieściłby się w czasie, gdyż maksymalna prędkość tramwaju to zaledwie ok. 30 km/h.

Autor artykułu: ps

ROWIEŃ: Tylko koni brak

Saturday, April 14th, 2001

Strażacy z rowieńskiej OSP sami zebrali pieniądze i rozpoczęli remont pompy z początku XX wieku. Naprawę wspomogli mieszkańcy i jest szansa, że 3 maja, podczas obchodów 120-lecia żorskiej straży pożarnej, odnowiony wóz gaśniczy przejedzie główną drogą miasta.

- Ta sikawka od 15 lat stała na postumencie przed remizą. Była już w tak złym stanie, że do warsztatu ściągaliśmy ją na lawecie. Z niektórych części pozostały szczątki – mówi strażak – ochotnik Benedykt Davia, potrząsając trzymanym w ręce kawałkiem spróchniałego drewnianego koła.

Zabytkowa pompa znajduje się w warsztacie innego żorskiego strażaka Władysława Kurtyło. Nad jej odnowieniem czterech zapaleńców pracuje od trzech miesięcy.

- Przychodzimy tu po pracy i siedzimy do wieczora. Żeby to jakoś wyglądało, trzeba dopasować części według oryginału. W sumie pracujemy już nad pompą z 300 godzin – ocenia Jan Galec, który z wykształcenia jest mechanikiem, ale przyznaje, że z niektórymi częściami ma kłopoty.

- To zabytek sprzed stu lat. Koła musiał nam robić kołodziej, choć bardzo trudno było go znaleźć. Dzisiaj takimi rzeczami już nikt się nie zajmuje. Nawet ze znalezieniem pary koni do wozu mieliśmy kłopot, bo w całym Rowniu jest jeden koń – dodaje strażak.

Rowieńska pompa strażacka pochodzi prawdopodobnie z 1909 lub 1910 roku. Jest zrobiona w starym niemiecko – austriackim typie. Większość części jest metalowa, z drewna są natomiast wykonane koła i ławki dla strażaków. Kształtem wóz przypomina bryczkę. Do pożaru pompę ciągnęła para koni, a obsługiwało ją czterech strażaków.

- Po przyjeździe na miejsce dwóch strażaków wyprzęgało konie, a dwóch podłączało węże. Wodę brało się wtedy z rzeki lub stawu, a wąż miał na końcu specjalny koszyk, żeby nie wypompować żaby albo różnych innych zanieczyszczeń – opowiada Benedykt Davia.

Do pompowania brali się zazwyczaj poszkodowani, których dobytek właśnie płonął oraz gapie, których nigdy nie brakowało przy pożarze. Czasem za pompą strażacką jechał drugi wóz, wiozący pozostałych strażaków.

- W Rowniu kiedyś też był taki wóz, ale już go nie ma. Czas zrobił swoje – mówi Jan Sobik, naczelnik miejscowej OSP. – Jego nie odnowimy, ale pompa będzie taka, jak dawniej – dodaje.

Na wymianę w zabytkowym wozie czeka jeszcze między innymi dyszel i bęben, na który nawija się węże. Strażakom marzy się też, by po bokach bryczki świeciły stare latarnie, ale te są bardzo drogie. Podobnie jak zabytkowe hełmy strażackie, w których mieliby wystąpić pożarnicy.

- Nie wiemy, czy uda się zdobyć na to środki. I tak się cieszymy, że ludzie tyle dali. Miasto też coś obiecało, parę rzeczy można będzie jeszcze zrobić – mówi Jan Galec.
Pokaz odremontowanej pompy ma uświetnić obchody 120-lecia OSP w Żorach, które odbędą się 3 maja. Później zabytek z powrotem stanie przed budynkiem rowieńskiej remizy, gdzie znajdował się przez ostatnich 15 lat. Żeby jednak był bardziej chroniony, przynajmniej przed deszczem i zanieczyszczeniami z powietrza, strażacy chcą wybudować nad pompą szklane zadaszenie.

- Każdy będzie mógł zobaczyć, na czym pracowali strażacy jeszcze do II wojny światowej – kończy Benedykt Davia.

Autor artykułu: Mirosława Książek

JASTRZĘBIE ZDRÓJ: Sklep u prokuratora

Saturday, April 14th, 2001

Czynny od środy rozbudowany Dom Handlowy “Domus” w Jastrzębiu Zdroju został otwarty nielegalnie. Urząd Miasta nie wydał bowiem decyzji o pozwoleniu na użytkowanie nowej części obiektu.

W związku z tą sprawą Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego wystąpił już z wnioskiem do Kolegium ds. Wykroczeń, a prezydent Jastrzębia skierował do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie.

W dobudowanej części sklepu panował wczoraj spory ruch. Jastrzębianie, którzy robili zakupy nie mieli pojęcia, że otwarcie sklepu jest niezgodne z przepisami prawa budowlanego.

- Jest duży asortyment, wszystko można kupić w jednym budynku, nie ma na co narzekać – mówi młoda klientka “Domusa”, która wczoraj przyszła tu zrobić przedświąteczne sprawunki.

Czy w otwartym bez zezwolenia sklepie klientom może coś grozić?

- Roboty zewnętrzne nie są jeszcze ukończone. Klienci, którzy korzystają z budynku, poruszają się wciąż po placu budowy, a to może być niebezpieczne – przyznaje Jadwiga Poloczek, Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Jastrzębiu Zdroju.
Nie udało nam się wczoraj skontaktować z właścicielami obiektu. Jak poinformowano nas w sklepie, wyjechali już na świąteczny odpoczynek. W jastrzębskim magistracie tłumaczą, że, aby inwestycja była zgodna z przepisami prawa budowlanego, inwestor powinien zaprzestać użytkowania obiektu, czyli zamknąć sklep. Dopiero wówczas może być dokonany odbiór przez Urząd Miasta i wydana wymagana przez prawo decyzja o pozwoleniu na użytkowanie.

- Prezydent skierował sprawę do prokuratury, aby nie zarzucono władzom miasta, że patrzą przez palce na samowolę. Takie zarzuty spotykały nas ze strony komitetu protestacyjnego, który zawiązał się po decyzji o rozbudowie “Domusa” – tłumaczy Joanna Jaśkiewicz-Herman, rzecznik Urzędu Miasta w Jastrzębiu Zdroju.

Autor artykułu: miks

ŻORY: Zakupy do ostatniej chwili

Saturday, April 14th, 2001

Jeszcze dzisiaj mieszkańcy Żor będą mogli robić zakupy przy straganach ustawionych na miejskim Rynku. Tradycyjny kiermasz świąteczny będzie czynny do wieczora. Wczoraj, mimo nie najlepszej pogody na starówce było mnóstwo ludzi.

- Zakupy na święta trzeba zrobić. Nie śpieszyłam się, bo teraz wszystko można kupić w ostatniej chwili – mówi Maria Godołek, mieszkanka miasta. W jednej ręce taszczy ciężką torbę pełną sprawunków, w drugiej torebkę i parasol.

- Przydałaby się jeszcze jedna para rąk – śmieje się żorzanka.

Na straganach królują świąteczne towary: kolorowe stroiki ozdobione malowanymi jajkami, barany i zajączki z ciasta i cukru, żółte, pluszowe kurczaki oraz mnóstwo sztucznych kwiatów, głównie bazi i efektownej forsycji. Jest też kilka stoisk z kartkami świątecznymi, choć tu już tłumów nie widać.

- Życzenia do znajomych i rodziny wysłałam już tydzień temu. Przynajmniej mam pewność, że dojdą przed świętami – mówi robiąca zakupy na żorskim Rynku Magda, studentka z Pawłowic.

- Ja tam z tradycyjnych kartek zrezygnowałem dwa lata temu. Wysyłam życzenia pocztą elektroniczną – śmieje się Damian Marchwiński, mieszkaniec żorskiego śródmieścia.

Autor artykułu: miks

Piesi bez pobocza

Friday, April 6th, 2001

Od trzech lat mieszkańcy ulicy Bugajskiej domagają się od władz miasta wybudowania chodnika wzdłuż drogi. Fala niezadowolenia nasiliła się po niedawnym potrąceniu chłopca przez samochód.

- Tak dalej być nie może – twierdzi Stefan Rajczyk, mieszkaniec ruchliwej ulicy. – Nie dalej jak kilka dni temu auto omal nie zabiło małego chłopczyka na rowerze. Na szczęście nie jechał na nim a prowadził poboczem. To go prawdopodobnie uchroniło przed poważnymi uszkodzeniami ciała, a może nawet śmiercią.

Ulica Bugajska należy do najruchliwszych w mieście. Sznur samochodów ciągnie się tu przez wszystkie dni tygodnia. W weekendy dołączają się także kierowcy, którzy jadą wypocząć na Jurę. – W sobotę i niedzielę jest tu najgorzej – wyrokuje Krzysztof Jasiński, który bardzo często jeździ drogą do Olsztyna. – Oprócz samochodów pojawiają się bowiem na drodze rowerzyści. Kiedy kierowcy próbują ich wymijać, robi się bardzo niebezpiecznie. Droga jest wąska, a nikt nie chce czekać, aż przejadą samochody z naprzeciwka. Pchają się więc na trzeciego i prawie wciskają rowerzystów do rowu.
Ale nie tylko cykliści mają problem z poruszaniem się po ulicy Bugajskiej. Cierpią także piesi, którym na dobrą sprawę do chodzenia pozostaje tylko wąski skrawek pobocza.

- Bezpiecznie to tylko rowami można chodzić – przekonuje Stanisław Kowalski. – Bo inaczej to samochody przejeżdżają koło człowieka tak blisko, że zahaczają prawie lusterkami. A przecież tu mieszkają matki z dziećmi. Jak przyjdzie im gdzieś z wózeczkiem pojechać, to mają cały czas duszę na ramieniu. To skandal, żeby kawałka chodnika nie wybudować dla ludzi.

Władze miasta znają doskonale problemy mieszkańców ulicy Bugajskiej. Mimo to jednak nie zrobiły do tej pory nic, by poprawić ich trudny los. – Chodnik przy Bugajskiej powstanie, ale nie w tym roku – powiedział nam Włodzimierz Tutaj z biura prasowego Urzędu Miasta. – Modernizacja tej drogi przewidziana jest na lata 2002-2004. Będzie połączona z przebudową skrzyżowania z trasą DK-1, a chodnik powstanie wzdłuż drogi, aż do skrętu na Kusięta.

Jak dowiedzieliśmy się w magistracie, modernizacja ulicy Bugajskiej pochłonie ok. 7 mln zł. Po zakończeniu prac jezdnia będzie nieco szersza niż obecnie, a na poboczach pojawią się chodniki. Zanim to jednak nastąpi władze miasta chcą powiększyć wysepki przystankowe, by pasażerowie oczekujący na autobusy nie stali bezpośrednio przy jezdni. Ma to nastąpić jeszcze w tym roku.

Autor artykułu: Mariusz Pietrzyk

Bez renty na święta

Friday, April 6th, 2001

Z powodu długotrwałych i skomplikowanych procedur, stosowanych przez dwie państwowe instytucje, rodzina Wojciechowskich została tuż przed Wielkanocą bez środków do życia.

29-letni bielszczanin, Wojciech Wojciechowski, choruje poważnie na płuca. Z zawodu jest lakiernikiem samochodowym, a choroba przekreśliła możliwość wykonywania tego zawodu. Od ponad 6 lat jest więc na rencie. W ubiegłym roku ZUS odebrał mu prawo do świadczenia rentowego. W. Wojciechowski odwołał się do Sądu Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, który przyznał mu prawo do renty szkoleniowej.

- Dostałem rentę na trzy lata, od kwietnia 2000 r., żeby przekwalifikować się w innym zawodzie. Przez sześć miesięcy dostawałem pieniądze regularnie z ZUS-u. Potem wstrzymali mi świadczenie i dostałem je dopiero po interwencjach, z wyrównaniem za poprzednie miesiące. Teraz znów, bez żadnego zawiadomienia, wstrzymali mi wypłatę pieniędzy. Zostałem na święta bez środków do życia. Mam trójkę dzieci i żonę, którą zwolnili z pracy – skarży się Wojciech Wojciechowski.
Chce zostać kierowcą z kategorią D. Przekwalifikowanie ma mu zorganizować Powiatowy Urząd Pracy w Bielsku-Białej.

- W wyroku sądowym nie ma nic o rencie na trzy lata. Z ustawy o emeryturach i rentach wynika, że osobie, która spełnia warunki niezdolności do pracy w dotychczasowym zawodzie, w stosunku do której orzeczono celowość przekwalifikowania zawodowego, przysługuje renta szkoleniowa przez okres sześciu miesięcy. Ten okres może ulec wydłużeniu na czas niezbędny do przekwalifikowania, ale nie dłużej niż o 30 miesięcy, co w sumie daje trzy lata. Ale przekwalifikowanie może zakończyć się wcześniej – twierdzi Maria Trzeciak, rzecznik prasowy bielskiego ZUS. – Do września pan Wojciechowski dostawał rentę półroczną. Termin wypłacania przypadał na pierwszy dzień każdego miesiąca. Powiatowy Urząd Pracy wystąpił z wnioskiem o przedłużenie renty na następne trzy miesiące dopiero 10 października. W związku z tym ZUS nie mógł mu wypłacić renty 1 października, bo nie miał podstaw. Pan Wojciechowski dostał wyrównanie za październik z listopadowym świadczeniem. O rentę na kolejne trzy miesiące PUP wystąpił w grudniu, więc na początku roku żadnego zawieszenia renty nie było – dodaje.

Teraz PUP po raz kolejny wystąpił do ZUS wystarczająco wcześnie, bo już 2 marca, prosząc ,o przedłużenie prawa do renty szkoleniowej do 30 czerwca 2000 r. pana Wojciecha Wojciechowskiego (…) z uwagi na potrzebę ustalenia terminu rozpoczęcia kursu.” I to właśnie zrodziło wątpliwości w ZUS, dlaczego PUP pisze dopiero o rozpoczęciu kursu, skoro od połowy ub.r. Wojciechowski ma rentę szkoleniową.

- PUP musiał zrobić korektę wniosku, wyjaśnić, kiedy w końcu rozpocznie się przekwalifikowanie. 29 marca otrzymaliśmy z urzędu pracy nowy wniosek, więc nie zdążyliśmy wypłacić renty 1 kwietnia. Renty przygotowywane są do wysłania dla świadczeniobiorców na tydzień wcześniej. Świadczenie dla W. Wojciechowskiego wznowiono, przygotowano niezwłocznie do wysyłki i renta zostanie wypłacona w najbliższym terminie, jeszcze przed świętami – zapewnia M. Trzeciak.

- Z powodu przekładnia papierów przez urzędników do tej pory nie tylko nie mam pieniędzy, ale i prawa do opieki lekarskiej. Gdyby mi się coś stało, to nawet nie mogę iść do poradni chorób płuc, w której stale się leczę, bo nie ma teraz ubezpieczenia zdrowotnego – mówi zgnębiony rencista, dodając że w podobniej sytuacji może znaleźć się każdy rencista.

Autor artykułu: Agata Wolna