Dziewięciu wychowanków z domu dziecka wprowadziło się do wspólnego mieszkania. Sami będą gotować, sprzątać, robić zakupy, płacić rachunki na poczcie.
Chorzowski dom dziecka jest jednym z pierwszych w Polsce, które wprowadziły program usamodzielniania wychowanków. Polega on na tym, że grupa nastolatków wyprowadza się z placówki do wspólnego mieszkania (formalnie filii domu dziecka). Tam gospodarują razem, pod okiem opiekunów. Wczoraj w Chorzowie oddano trzecie takie mieszkanie.
Rafał ma 18 lat, w domu dziecka mieszka od dziewięciu. Chodzi do Zespołu Szkół Salezjańskich w Świętochłowicach. 20-letni Dominik trafił do domu dziecka pięć lat temu. Jest uczniem Technikum Samochodowego w Bytomiu. Wraz z siedmioma kolegami zamieszkali wczoraj w komunalnej kamienicy.
- Dla nas to nic nowego, bo już mieszkaliśmy ,na filiach”. Najgorzej było z gotowaniem – opowiadają obaj chłopcy. – Do dziś pamiętamy spalone żeberka i przypalone mleko. Żaden z mieszkańców filii nigdy nie narzekał, że musi obrać ziemniaki na obiad albo wstać o szóstej i iść do sklepu po bułki na śniadanie.
W domu dziecka wystarczyło tylko posprzątać swój pokój, wszystko było podstawione pod nos. Opuszczając placówkę, niektórzy wychowankowie nie potrafili nawet ukroić chleba, bo robiły to za nich to kucharki.
- Ale nie to jest najważniejsze. ,Na filiach” czujemy się jak w rodzinie, jesteśmy bardzo ze sobą związani – opowiada Dominik. – Nawet święta lubimy razem spędzać, urządzamy urodziny, ostatnio był Sylwester. No i wychowawcy w każdej filii są stali. W domu dziecka tak nie ma. Nie czuć tej rodziny, każdy biegnie w swoją stronę, a wychowawcy się zmieniają, codziennie jest ktoś inny – tłumaczy chłopak.
Opiekunowie doglądają filii w ciągu dnia, podpowiadają, jak trzeba coś ugotować, bywa, że wpadną w nocy i sprawdzą, jak zachowują się podopieczni. – To prawda, że w takiej małej grupie oni są bardzo ze sobą związani – mówi Iwona Kurek, zastępca dyrektora domu dziecka. – Nawet rozluźniają swoje kontakty z rodzinami, gdy zauważą, że mamom na nich nie zależy. Dzieci z domu dziecka bardzo ciągną do rodzin, jakie by one nie były. A wychowankowie filii już widzą, jak rodzina powinna wyglądać. Do wychowawców też się przywiązują. – Oglądają nas przez dziewięć miesięcy w roku, codziennie, a w kwietniu zawsze pytają, czy pojedziemy na obóz na Mazury – daje przykład Grzegorz Machalica, jeden z opiekunów grupy.
Trzypokojowe mieszkanie, które wczoraj oddano do dyspozycji dziewięciu nastolatków, jest bardo ładne – dwupoziomowe, z drewnianymi schodami i wiklinowymi mebelkami. Jest nawet garderoba. Remont kosztował 60 tys. zł, zapłaciło miasto.
Pierwsze grupy usamodzielnienia ruszyły w Chorzowie w 1993 r. – Do mieszkania wprowadziło się wówczas osiem najstarszych dziewczyn – wspomina Bożena Cierpioł, dyrektor placówki. – Pomysł się sprawdził. Potem uruchomiliśmy filię koedukacyjną. Mieliśmy obawy, więc zwiększony został dozór wychowawców. Nic złego się nie działo – wspomina.
Autor artykułu: Monika Krężel