Archive for April, 2002

Gdzie jest człowiek, który 69 osobom obiecał wycieczkę do Paryża?

Tuesday, April 30th, 2002

Zbigniewa Musioła, pilota wycieczek zagranicznych i właściciela katowickiego biura Vendrinus od soboty poszukuje policja w całej Polsce. Na zlecenie Miejskiego Ośrodka Kultury w Siemianowicach Śląskich organizował dla 69 osób tygodniową wycieczkę do Paryża. Wziął 100 tys. zł i zniknął. Nie pierwszy raz…

Kilka lat temu Zbigniew Musioł oszukał w identyczny sposób wielu turystów. Wtedy jego firma nazywała się ,Periginator”. Żadna z tamtych osób nie odzyskała pieniędzy, bo biuro splajtowało, a nieuczciwy pilot zniknął na kilka lat z rynku turystycznego. Pojawił się w ubiegłym roku i zaczął od nowa działać. Firmę – tym razem Ośrodek Kształcenia Pilotów Wycieczek – zarejestrował w innym regionie kraju.

I prysnął w świat
Obecni poszkodowani to w dużej części urzędnicy miejscy z Siemianowic oraz ich rodziny. Każdy wpłacił po 1050 zł. Touroperator obiecywał cztery noclegi na Montrmartrze, śniadania i obiadokolacje, nocleg w Czechach i wiele atrakcji.

- My tylko zleciliśmy wyjazd – mówi roztrzęsiona Małgorzata Groniewska, dyrektorka MOK-u. – W październiku byliśmy razem z tym biurem na wycieczce w Salzburgu. Byliśmy bardzo zadowoleni – podkreśla Groniewska.
W sobotę, o 7. rano przed MOK-iem turyści pojawili się z bagażami. Podjechały dwa autobusy, zjawili się kierowcy oraz jeden pilot. Nie pojawił się tylko Zbigniew Musioł. Pilot pojechał z dyrektorką do katowickiego biura organizatora.

Zamiast pilota, znaleźli list. Musioł w pożegnalnym tonie napisał w nim, że został napadnięty, myśli o samobójstwie, a na koniec dodał “Żegnajcie, nie mam pieniędzy”.

Policja podejrzewa jednak, że pilot całą historię wymyślił, pieniądze wziął i prysnął w świat.

MOK chciał zarobić
Wczoraj sprawa nieudanego wyjazdu była omawiana na posiedzeniu siemianowickiego Zarządu Miasta. MOK, który zlecił wyjazd, jest jednostką budżetową miasta. Poza tym okazało się, że w umowie między MOK a Vendrinusem jest adnotacja, że “zleceniodawca przekazuje na rzecz Urzędu Miasta, jako dochód MOK, kwotę 50 zł od każdego uczestnika”. Wycieczka kosztowała tysiąc zł. MOK chciał zarobić 3450 zł.

Dzisiaj w Urzędzie Miasta rozpocznie się kontrola wewnętrzna. Ma dać odpowiedź czy doszło do nieprawidłowości. Z dobrze poinformowanych źródeł dowiedzieliśmy się, że na liście były osoby, które za wycieczkę nie zapłaciły!

- Sam miałem jechać, ale wysłałem tylko żonę i córkę. Zapłaciłem, mam pokwitowanie. Straciłem 2100 zł – powiedział nam wczoraj Henryk Mrozek, prezydent miasta. – Wszystkie wątpliwości chcę wyjaśnić jak najszybciej.

Pewnie jest daleko stąd
Krystyna Papiernik, prezes Górnośląskiej Izby Turystycznej zna nieuczciwego pilota. – Kilka lat temu organizował wyjazd na Lazurowe Wybrzeże i też nagle zniknął – mówi K. Papiernik. – Nie miał pozwolenia na prowadzenia działalności turystycznej, takie rzeczy łatwo sprawdzić. Dlaczego nie zrobił tego MOK, nie pojmuję – stwierdza.

Firma Zbigniewa Musioła mieści się w katowickiej “superjednostce”. Na ósmym piętrze, do zniszczonych drzwi przyklejona jest tabliczka: “Ośrodek Kształcenia Pilotów Wycieczek”. – Rzadko tu bywał – mówi jeden z sąsiadów.

- Ja go widziałem w sobotę po południu, zachowywał się jak gdyby nigdy nic – opowiada drugi.
- Pożyczyłem mu 15 tys. zł, bo jęczał że ma problemy finansowe – powiedział nam Teodor M., jego znajomy. – To znaczy, że mnie oszukał? Już teraz pewnie jest daleko stąd – mówi.

Autor artykułu: Izabela Jarosz

Pomór napastników

Wednesday, April 24th, 2002

Piłkarze Ruchu Chorzów już po raz szósty w tym sezonie spotkają się z Amicą Wronki. Bilans tych spotkań jest niekorzystny: jedno zwycięstwo (w Pucharze Polski), remis (w lidze) i trzy porażki. By zmazać, przynajmniej częściowo, ten niekorzystny obraz trzeba postarać się dzisiaj o zwycięstwo.
Ba, ale jak to uczynić skoro ,niebiescy” wystąpią bez napastników. Mariusz Śrutwa musi pauzować za czerwoną kartkę w spotkaniu z Odrą, Krzysztof Bizacki odpoczywa z kolei za żółte. Damian Gorawski jest chory. Pewnie w ataku będzie grał Jan Woś z młodym Markiem Sukerem. Trener Orest Lenczyk nie ma wyboru, bo na dodatek Kamil Loch pojechał na zgrupowanie kadry juniorów.

Trener Ruchu zapowiedział po zakończeniu sezonu ,trzęsienie ziemi”, zaś wśród rywali też poruszenie. Piłkarze z Wronek mają szansę na wysokie miejsce w tabeli oraz grę w europejskich pucharach i chcą zwyciężyć. Trenera Mirosława Jabłońskiego martwi jedynie kontuzja Dariusza Gęsiora, ale po przerwie za kartki wracają do drużyny Jarosław Bieniuk i Marek Bajor.

Goście na pewno są faworytami, ale może w końcu ekipa ,niebieskich” odniesie pierwsze zwycięstwo pod kierunkiem trenera Lenczyka.

Nasz typ: wygrana gości

Autor artykułu: sow

Człowiek, który przez 9 lat ścigał najgroźniejszych przestępców, zdymisjonowany

Wednesday, April 24th, 2002

Jerzy Hop nie jest już prokuratorem apelacyjnym w Katowicach. Wczoraj odwołała go minister sprawiedliwości Barbara Piwnik. Stracił posadę po publikacji w tygodniku “Newsweek”, który zasugerował, że prokurator wydaje więcej pieniędzy niż zarabia. Gazeta ta podała, jakoby Jerzy Hop przyjmował pieniądze od prywatnych firm na materiały biurowe dla Prokuratury Apelacyjnej. Wyliczyła także, że dwa samochody Hopa (luksusowe BMW) i dom w Rybniku warte są 700 tys. zł.

Spadek w twardej walucie
- Ta publikacja jest kłamliwa. To ja wspomagałam rodzinę zięcia finansowo od lat, pomagałam kupić dom i samochody – powiedziała nam wczoraj teściowa prokuratora Hopa, zastrzegając sobie anonimowość.

“Trybuna Śląska” otrzymała kopię oświadczenia z 30 marca ub. roku, w którym m.in. potwierdza ona przekazywanie rodzinie Jerzego Hopa gotówki. – Już wtedy ktoś wysuwał wobec zięcia podobne zarzuty, więc o takie oświadczenie poprosili jego przełożeni – wyjaśnia.

Dokument informuje, że w 1969 roku rodzina kobiety otrzymała spadek w wysokości 260 tys. dolarów od zmarłego w Londynie ojca – żołnierza armii Andersa – który na emigracji dorobił się fortuny. Od tamtej pory Polonia amerykańska i angielska przesyłała regularne pieniądze. Teściowa Hopa pokazała nam wczoraj na potwierdzenie tego zagraniczne przekazy.

Po latach oszczędzania miała więc z czego dołożyć do zakupu samochodów, a także domu. Na przykład w Wigilię 1996 roku dała córce i jej mężowi 100 tys. zł, co stanowiło pierwszy wkład na budowę domu Hopów. ,Zarówno dom jak i ich samochody (prokuratora Hopa i jego żony – red.) traktujemy z mężem jako naszą wspólną własność” – czytamy w oświadczeniu teściowej.

Państwo Hop mieszkają na osiedlu Wierzbowa w Rybniku. Stoją tam trzy rodzaje domków tzw. szeregowców, różniących się wielkością. Hopowie mieszkają w najmniejszym – wartym ok. 250 tys. zł.

Wczoraj nie udało się nam porozmawiać z prokuratorem. – Jest w pracy i nie wiem, kiedy wróci – poinformował przez domofon damski głos. Przy tej samej ulicy mieszkają lekarze, przedsiębiorcy, adwokaci. Nieliczni zarabiają 10 tys. zł brutto miesięcznie – a tyle zarabia prokurator.

Przyczyna odwołania
W poniedziałek Jerzy Hop składał wyjaśnienia w Ministerstwie Sprawiedliwości. Opowiedział o finansowym wsparciu ze strony teściowej i rodzinnym spadku. Minister Piwnik uznała jednak jego tłumaczenia za niewystarczające i poleciła przesłanie stosownego oświadczenia na piśmie. Tymczasem Hop, który był wczoraj gościem Radia Zet, oświadczył, że sprawa jest już dla ministerstwa zamknięta.

- I to był właśnie bezpośredni powód odwołania Jerzego Hopa – powiedziała nam wczoraj Marlena Panek, asystentka minister sprawiedliwości. – Pani Minister uznała, że zostało podważone jej zaufanie do pana prokuratora, niezbędne do sprawowania tej funkcji.

Prokuratorzy współpracujący z Hopem, z którymi wczoraj rozmawialiśmy, nie wierzą w przedstawione zarzuty.

- On nigdy nie skalał się korupcją. To doskonały fachowiec – mówił jeden z naszych rozmówców. – Przecież każdy z nas raz w roku składa przełożonym oświadczenie o stanie majątkowym. Jak coś nie pasuje, sprawdza to fiskus. To sprawa szyta grubymi nićmi – dodaje drugi.

Jerzy Hop ma 45 lat. Karierę zaczynał w Prokuraturze Rejonowej w Katowicach. Na początku lat 90. awansował do prokuratury wojewódzkiej. W lipcu 1993 roku powołano go na szefa katowickiej prokuratury apelacyjnej, nadzorującej wszystkie prokuratury w regionie.

Hop był jednym z najdłużej pracujących na tym stanowisku prokuratorów w Polsce. Podczas niedawnej wizyty w Katowicach minister Barbara Piwnik powiedziała, że tutejsza prokuratura apelacyjna jest jedną z najprężniej działających w kraju. Szczególnie chwaliła wydział do walki z przestępczością gospodarczą.

Autor artykułu: Jacek Bombor, Grzegorz Zasępa

Życie piosenką opisane

Tuesday, April 23rd, 2002

Wydawałoby się, że kiedy wpada się na pomysł zaśpiewania 25 piosenek pod rząd, to można zrobić z tego, i owszem, doskonały recital, ale czy od razu spektakl? Tymczasem Marii Meyer udaje się stworzyć żywe przedstawienie. Choć w czasie spektaklu poza tekstem piosenek wyśpiewanych ongiś przez Ordonkę, nie pada żadne inne słowo.

Pomysł Maria Meyer – etatowo aktorka chorzowskiego Teatru Rozrywki, prywatnie szefowa własnego teatru pn. “Ma Scala – Teatr Marii Meyer” – nosiła w sobie dość długo. Przesłuchała setki, a może i więcej piosenek najsłynniejszej przedwojennej gwiazdy kabaretów, dla której pisali najwięksi poeci – Ordonki. Koniec końców, po wielkich bólach – jak sama przyznała – zostawiła 25. Do współpracy zaprosiła muzyków, wybitnego reżysera Jana Maciejowskiego.

Powstało widowisko niezwykle spójne. Momentami zabawne, momentami wzruszające. Na szczęście artystka nie naśladuje w żaden sposób Ordonki, ani jej maniery w śpiewie (chociaż trudno powiedzieć jaka ta maniera w istocie była, skoro mamy do dyspozycji jedynie stare taśmy), ani jej ruchów. Po prostu śpiewa jej piosenki po swojemu, wyposażając je we własną interpretację. A interpretacja jest pierwszej wody.
Bowiem Meyer jest po pierwsze aktorką, a dopiero po drugie – śpiewaczką. Dlatego udaje jej się to, co zapewne żadnej piosenkarce udać by się nie mogło. Poprzez dobór piosenek opowiada o życiu Ordonki. Najpierw jest trzpiotką tulącą w objęciach? miotłę – wyimaginowanego ukochanego, kiedy “na pierwszy znak, gdy serce drgnie, ledwo drgnie a już się wie? “. Potem Ordonka – romantyczna, dojrzała, zabawna, nieco dwuznaczna, o bardzo pojemnym sercu, które tak wielu kochało. Doświadczona – bo to z tymi porywami serca bywa różnie. Wreszcie – zrozpaczona, tragiczna ? wojna, choroba – tego doświadczyła pod koniec życia. To naprawdę zadziwiające jak Maria Meyer na naszych oczach przeistacza się z naiwnego dziewczęcia w kobietę o smutnych oczach.
Godzi się jeszcze wspomnieć o strojach. Aktorka przebiera się kilkakrotnie – zależnie od “wieku Ordonki” i wykonywanych utworów. Kostiumy są rzeczywiście niezłe, a niektóre nakrycia głowy? po prostu marzenie.

Mimo tej drogi jakby do kresu życia Ordonki spektakl nie kończy się smutno. Jest pełen optymizmu i? kolorowych baloników, które aktorka rzuca w kierunku publiczności. Nie jest smutno, bo i być nie może. Bo piosenki trwają dalej. I długo jeszcze będziemy nucić “Miłość ci wszystko wybaczy “Święty Antoni”, “Uliczkę w Barcelonie”. A dzięki Marii Meyer nauczymy się kilku nowych, które wyszperała gdzieś z dna szuflad i odkurzyła na użytek swojego spektaklu.

Autor artykułu: Mariola Woszkowska

Robot kardiochirurgiczny Zeus zoperował z powodzeniem czterech pacjentów

Thursday, April 18th, 2002

Stanisław Wieczorek z Mysłowic najpierw zobaczył robota kardiochirurgicznego w telewizji. – Prof. Bochenek siedział sobie przed jakimś monitorem. Potem pokazali metalowe ramiona urządzenia. Pomyślałem sobie, że jeżeli już mam mieć zabieg, to dobrze by było, żeby robot mnie operował – opowiada pacjent.

Prawie nie widać blizn
Sprawdziło się. Wczoraj w I Klinice Kardiochirurgii w Katowicach Ochojcu pan Stanisław z dumą prezentował trzy dziurki tuż przy sercu – znak, jaki pozostawił po sobie Zeus. Leżący obok inny chory rozpiął górę piżamy: – Proszę zobaczyć, jaki ślad zostaje po tradycyjnym zabiegu – powiedział. – Blizna ciągnie się przez całą klatkę piersiową.

Inaczej wyglądała operacja pana Stanisława. Chociaż wokół stołu operacyjnego zgromadzili się lekarze, pobrania tętnicy piersiowej do wszczepienia bypassu dokonał robot sterowany za pomocą joystików. Obsługujący go kardiochirurg (w tej roli dr Marek Cisowski) wcale nie patrzył na pacjenta, ale w ekran monitora. Ba, patrzył weń przez trójwymiarowe okulary.

- Nerwy były, ale bardziej dotyczące organizacji, bo technicznie Zeusa mam opanowanego – wyznał lekarz, który przed pierwszym zabiegiem porządnie się wyspał, a potem bez kompleksów wprowadził w ruch metalowego “boga”.
- Jak zachorowałem, czułem łomoty w sercu. Miałem duszności. Teraz czuję się świetnie i chętnie bym do domu poszedł, ale puszczą dopiero za dwa dni – mówi pan Stanisław.

Zeus wraca do Ameryki
Pan Czesław z Zawiercia został wypisany ze szpitala już wczoraj. O Zeusie przeczytał w “Trybunie Śląskiej”. – Ta metoda to postęp. Cieszę się, że jestem po operacji, że się udało – opowiada – Zresztą czuwali nad nami świetni lekarze.

Chorzy byli pod podwójną opieką: robota oraz zespołu operacyjnego, gotowego wkroczyć w każdej chwili do akcji i przeprowadzić operację metodą tradycyjną.

- Chcemy być pewni, że pacjenci odzyskają pełnię sił – prof. Andrzej Bochenek, szef Kliniki, jest zadowolony, że nie odnotowano żadnych powikłań.

Każdy zabieg obserwowali pracownicy Computer Motion, firmy, która wyprodukowała Zeusa na zlecenia Amerykańskiej Agencji Badań Kosmicznych – NASA. Chcieli się dowiedzieć, jak maszyna sprawdza się w praktyce.

- Np. wiemy już, że ekran monitora nie jest tak dobry, jak się nam wydawało. Poza tym ciągle wielkiej precyzji wymaga ustawienie ramion Zeusa. Operujemy w pobliżu żeber. Należy wkłuwać się i wprowadzać narzędzia chirurgiczne niezwykle umiejętnie – punktował dr Cisowski.

- Zaplanowaliśmy 10 operacji. Potem Zeus wróci do Ameryki ale mam nadzieję, że potem przyjedzie do nas jego ulepszona wersja – stwierdził prof. Bochenek.

Autor artykułu: Agata Pustułka

W Śląskim Ogrodzie Zoologicznym wiosna zaczęła się na dobre

Thursday, April 18th, 2002

Na letnich wybiegach czas spędzają ciepłolubne pelikany i flamingi, a w ciepłe dni na wybieg wychodzi Hope, młoda samiczka nosorożca białego, która urodziła się w październiku ubiegłego roku. To duma ogrodu.

Żeby tylko nie przewiało
Nosorożce białe niezwykle rzadko rozmnażają się w niewoli. – Hope wychodzi jednak tylko słoneczne dni – zastrzega Jan Piotr Liszka, dyrektor zoo w Chorzowie. – Nosorożce lubią leżeć, a ziemia jest jeszcze zbyt zimna. Nie chcemy, aby ją przewiało.
Na zimę część zwierząt przenoszona jest do specjalnych, “zimowych” pomieszczeń. Tam mają zagwarantowaną odpowiednią temperaturę i oświetlenie. Najszybciej wracają na letnie wybiegi ptaki. Niebawem, o ile wzrośnie temperatura, będzie można podziwiać również antylopy m. in. kudu, oryksy oraz gnu brunatne i sitatunga, jedne z najrzadszych, jakie można spotkać w ogrodach zoologicznych.

Bielik już zdrowy
Orzeł bielik, który prawie dwa tygodnie temu w stanie kompletnego wycieńczenia trafił do Śląskiego Ogrodu Zoologicznego, także mieszka już w letniej wolierze obok orła stepowego. Jest już zdrowy, rana na kończynie zagoiła się. – Jeśli uznamy, że będzie na tyle silny, aby sobie poradzić bez naszej pomocy, będziemy musieli się z nim pożegnać – mówi dyrektor Liszka.

Orzeł miał wiele szczęścia. Latającego nisko nad miastem ptaka zobaczył mieszkaniec Dąbrówki Małej. O fakcie poinformował pracowników zoo i strażników miejskich. Ci przyjechali, odłowili go i przywieźli do chorzowskiego zoo.

- Był bardzo osłabiony, z raną na kończynie. Dziwne, że przywędrował aż tutaj, na Śląsk. Rejony orła bielika to przecież północ Polski, tam gdzie jest dużo jezior, a dzięki temu pożywienia – opowiada dyrektor Liszka. – Być może zagubił się, albo szukał tutaj partnerki – zastanawia się Liszka. W śląskim zoo orzeł wykurował się, wzmocnił i nabrał sił.

Zoo zaprasza
Śląski Ogród Zoologiczny jest czynny codziennie w godz. 9-18. Bilety kosztują dla dorosłych 7 zł i 4 zł (dla dzieci). Dzieci do lat 3 mogą zwiedzać zoo bezpłatnie.

Autor artykułu: ij

Śląscy rezydenci “Pershinga” zostali oskarżeni i staną wkrótce przed sądem

Thursday, April 18th, 2002

Za przyzwoleniem Andrzeja K. pseudonim “Pershing” – osławionego szefa gangu pruszkowskiego – Tomasz A., Robert Ś. i Piotr D. ukradli na Śląsku w latach 1990-2000 ponad 20 luksusowych samochodów, wartych dwa mln zł. Teraz staną przed zabrzańskim sądem rejonowym.

Wczoraj Prokuratura Okręgowa w Katowicach poinformowała o zakończeniu śledztwa w sprawie śląskich rezydentów gangu pruszkowskiego. Udało się im udowodnić winę głównie dzięki zeznaniom świadka koronnego, którym został jeden ze skruszonych gangsterów Pruszkowa.

Złodzieje – w wieku 25 i 30 lat – zostali odesłani na Śląsk przez warszawskich przestępców w drugiej połowie lat 90. Aby mogli działać pod szyldem Pruszkowa, musieli miesięcznie wysyłać swoim mocodawcom 200 dolarów. Zajmowali się wyłącznie kradzieżami luksusowych samochodów. – Lexusy, bmw, volvo, mercedesy. Każdy z nich był wart grubo ponad 100 000 zł – wyjaśnia prokurator Tomasz Tadla z katowickiej “okręgówki”.

Warszawskim złodziejom pomagał śląski przestępca Grzegorz Z., którego poznali siedząc w więzieniu. Był ich przewodnikiem po tutejszych drogach. Pomógł znaleźć garaże, gdzie chowano ukradzione samochody, a stamtąd wysyłano do Warszawy na sprzedaż.

Złodzieje działali w Mikołowie, Zabrzu, Katowicach i Gliwicach. Kradli metodą na stłuczkę i na koło (swoim samochodem uderzali lekko w upatrzoną limuzynę, lub podczas jazdy sugerowali właścicielom awarię koła). Gdy zdenerwowani kierowcy wysiadali, złodzieje zabierali im kluczyki i uciekali. Trzecia metoda polegała na wysypaniu na jezdnię haków przebijających opony. Robili tak m.in. na trasie z Wrocławia do Warszawy. Nie wszyscy poszkodowani poddawali się bez walki. Właściciel jednego z kradzionych mercedesów uczepił się wycieraczek i był w ten sposób wieziony na masce kilka kilometrów. Bandyci zrzucili go w końcu i dotkliwie pobili.

- Często dochodziło do takich sytuacji, przestępcy używali gazu paraliżującego. Ich ofiarami najczęściej padali podróżujący w interesach Niemcy – mówi prokurator Tadla.
Każdy ruch złodziei był kontrolowany przez szefów “starego Pruszkowa”. Złodzieje wpadli wiosną 2000 roku, na krótko przed rozbiciem całego gangu.

- Oskarżyliśmy ich o udział w zbrojnej grupie przestępczej, kradzieże i rozboje. Wcześniej byli już karani za podobne przestępstwa. Grozi im do 15 lat więzienia – dodaje Tomasz Tadla.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Amerykański inwestor

Friday, April 5th, 2002

1,4 mln zł ma zapłacić inwestor ze Stanów Zjednoczonych za Gliwickie Zakłady Chemiczne Carbochem. Dodatkowo 2 mln zł inwestor ma wyłożyć na pakiet socjalny dla pracowników.
Wczoraj, z Amerykanami spotkał się w Gliwicach Lechosław Jarzębski, wojewoda śląski. – Utrzymanie miejsc pracy jest dla mnie sprawą najważniejszą – mówił wojewoda.

Inwestor, amerykańska firma Continental Carbon Company, zobowiązała się również, że przez dwa lata w zakładach będzie pracować minimum 150 osób. Zwolnieni, ok. 70 osób, otrzymają odszkodowania, większe niż górnicy.

Autor artykułu: ij

Nowy ultrasonograf w Szpitalu Klinicznym

Friday, April 5th, 2002

Najnowszej generacji aparat USG zaprezentowano wczoraj w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 1 w Zabrzu. Unikatowe na skalę europejską urządzenie zostało na trzy dni wypożyczone przez austriackiego producenta.

- Ultrasonografia znajduje szerokie zastosowanie m.in. w diagnostyce i leczeniu bezpłodności, ocenie rozwoju ciąży, badaniu schorzeń kobiecych. – tłumaczy prof. Kazimierz Kamiński, kierownik Katedry i Kliniki Perinatologii i Ginekologii Śląskiej Akademii Medycznej. – Umożliwia bardzo wczesne rozpoznanie ciąży i podjęcie leczenia niektórych wad rozwojowych i chorób płodu jeszcze w trakcie życia wewnątrzy macicznego.

Uzyskanie obrazów trójwymiarowych pozwoliło dokładniej zobrazować wykrywane zmiany. Ze względu na wysokie koszty nowoczesny aparat jest jednak wykorzystywany tylko w szczególnych przypadkach.

Nowoczesne USG zaprezentowano w ramach I Interaktywnej Konferencji Naukowej na temat “Aktualnych Problemów Perinatologii i Ginekologii”, która odbywa się od 3 do 6 kwietnia w Zabrzu i Szczyrku.

Autor artykułu: azg

Amerykański medal

Friday, April 5th, 2002

W niedzielę prof. Andrzej Bochenek podczas uroczystej gali w San Francisco otrzyma prestiżową nagrodę za wykonywanie operacji serca przy użyciu robota medycznego. Szefowie ponad 100 firm komputerowych, uniwersytetów, instytucji naukowych z całego świata, tworzący “The Computerworld Honors Program” uznali, że stosowane w I Klinice Kardiochirurgii Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach zabiegi wszczepiania pojedynczych bypassów przy użyciu robotów wyznaczają postęp światowej kardiochirurgii.

- Co roku przyznajemy nagrody “Computerworld Honors” tym, którzy osiągnęli największe postępy w rozwijaniu swoich wizji użytkowania technologii informatycznych – mówi Patrick J. McGovern, przewodniczący komitetu nagrody.
Praca katowickich kardiochirurgów, jedna z 300 nominowanych, została zgłoszona do nagrody przez Roberta Duggana, szefa “Computer Motion”. Duggan dwa tygodnie temu był w Katowicach, by uczestniczyć w prezentacji najnowszego osiągnięcia firmy robota Zeus, którym prof. Bochenek zamierza zoperować kilkunastu pacjentów.

- Jestem bardzo zadowolony. To nagroda, która nobilituje Akademię, zwłaszcza że doceniło nas grono wybitnych naukowców i informatyków – stwierdził prof. Tadeusz Wilczok, rektor Śl.AM.

Prof. Bochenek, który tydzień temu poleciał do USA, traktuje medal jako wyróżnienie nie tylko dla “swoich” lekarzy, ale dla całej śląskiej społeczności akademickiej.

- Jestem dumny, że kardiochirurdzy z Polski wyznaczają drogę innym. Nie stoimy z boku, nie przyglądamy się. Cieszę się, że zdaniem Amerykanów klinika, którą kieruję, jest drugim na świecie, po Cleavland, ośrodkiem jeśli chodzi o wprowadzanie najnowocześniejszych metod kardiochirurgicz-
nych – powiedział nam profesor.

Endoskopowe operacje bypassów odbywają się bez potrzeby rozcinania mostka. Narzędzia chirurgiczne są wprowadzane przez niewielkie nacięcie. Pacjenci po kilku dniach wychodzą do domu.

Autor artykułu: Agata Pustułka, Ryszard Parka