Archive for May, 2002

Nasza armia raczej nie będzie kupować polskich czołgów

Monday, May 27th, 2002

Minister obrony narodowej zapowiedział, że nasza armia będzie kupować coraz mniej czołgów. A już od lat zamawia bardzo mało. W tym roku Bumar Łabędy przekaże armii kilka ostatnich czołgów PT-91 “Twardy”. Powstały one z modernizacji czołgów T-72. Ale w tym roku ten kontrakt się kończy. Najprawdopodobniej nowy nie będzie podpisany.

- Liczba czołgów w naszej armii będzie się zmniejszać. W całej Europie nie buduje się nowych dywizji pancernych. Ale redukuje te najcięższe siły zbrojne. Przyszłość należy do wojsk lekkich – mówił Jerzy Szmajdziński minister obrony narodowej, który odwiedził Bumar.

Zapewnił natomiast, że rząd będzie wspierał zakład w poszukiwaniu odbiorców w innych krajach. Przed kilkoma tygodniami został podpisany kontrakt na dostawę 80 wozów zabezpieczenia technicznego dla Indii. Jest on wart 68 mln zł. Trwają negocjacje nad podpisaniem umowy na dostawę “Twardych” dla Malezji.

W OBRUM-ie, ośrodku badawczym pracującym na rzecz Bumaru, jest dziewięć wariantów modernizacji czołgów T-72 do standardów NATO. Najtańsza zmodernizowana maszyna ma kosztować 5,5 mln zł. Tyle, ile kosztuje modernizacja T-72 do standardu “Twardego”. Najdroższy – ponad 13 mln zł.

Minister przekonywał zaś, że w lipcu zapadną decyzje o modernizacji i przebudowie sił zbrojnych w latach 2003 – 2008. Wtedy będzie można powiedzieć coś konkretnego o przyszłości polskich czołgów.

A gra idzie o dużą stawkę. Przy produkcji czołgu robotę ma nie tylko 2,6 tys. pracowników Bumaru. Podzespoły dostarcza też od 270 do 300 zakładów. Dla 25-30 dużych firm tanki to podstawowe źródło utrzymania.

Autor artykułu: Jarosław Rybak

Skandal wisiał na włosku

Monday, May 27th, 2002

Pięściarze Walki Zabrze, walczący o miejsca na podium, przegrali w Katowicach z Kleofasem 8:12. Po spotkaniu rozczarowania nie kryli zawodnicy i trenerzy zabrzańskiej drużyny.

- O co walczy Kleofas? – zastanawiał się drugi trener Walki, Krzysztof Tabak. – O piąte czy szóste miejsce? My walczymy o medal. Tutaj gdyby było 10:10 nikt nie miałby pretensji, ale zwycięstwo miejscowych 12:8 to nieporozumienie.

Najwięcej kontrowersji wzbudził pojedynek w wadze lekkopółśredniej pomiędzy Marcinem Walasem a Jarosławem Brzozowcem. Zdecydowanie szybszy w drugiej odsłonie Walas zwyciężył stosunkiem głosów 27:21.

- Widziałeś ku… co było, widziałeś – krzyczał w stronę dziennikarzy Brzozowiec. – Nawet laik wie co się dzieje. To jest skandal!

Na znak protestu cała ekipa Walki zeszła do szatni. Dopiero interwencja delegata PZB, Wojciecha Nagórnego sprawiła, że podopieczni Ireneusza Przywary ponownie pojawili się w ringu.

- Derby zawsze są nerwowe – ocenił trener kadry, Ludwik Buczyński. – Przerwa była zupełnie niepotrzebna. Cieszy dobra postawa ukraińskich pięściarzy – Olega Maszkina z Kleofasa i Aleksieja Mazykina z Walki. Nareszcie do naszej ligi trafiają wartościowi zawodnicy.

- Raduje mnie zwycięstwo i ambitna postawa chłopaków – stwierdził trener Kleofasa, Michał Strogij. – Pierwszą rundę zakończyliśmy blisko środka tabeli i na urlopy udamy się w zupełnie innych nastrojach.

Wyniki walk: Maszczyk – Krak III rsco wygrał Maszczyk, Jurek – Ziora 18:13, Olchawa – Lutyński III rsco wygrał Lutyński, Perchuć – R. Sikora 15:12, Walas – Brzozowiec 27:21, Wawrzyczek – Klasa 15:22, Małek – Kowalczyk III rsco wygrał Małek, Wójcik – A. Sikora I rsco wygrał Sikora, Maszkin – Welc I pps wygrał Maszkin, Gruszecki – Mazykin 12:22.

Pozostałe mecze: Gwarek Łęczna – Gwardia Wrocław 14:6, Gwardia Warszawa – Hetman Białystok 0:20 (walkower), Zawisza Bydgoszcz – Imex Jastrzębie 9:11, PKB Alkom Poznań – Energetyk Jaworzno11:9.

1) Hetman 9 16 134-46
2) Imex 9 13 109-71
3) Walka 9 10 87-93
4) Energetyk 9 8 109-73
5) Gwarek 9 8 87-93
6) PKB Alkom 9 8 86-94
7) Gwardia Wr. 9 8 85-95
8) 06 Kleofas 9 8 66-114
9) Gwardia W-wa 9 7 69-111
10) Zawisza 9 4 70-110

Autor artykułu: Paweł Rassek

Dąbrowski bliski zwycięstwa

Monday, May 27th, 2002

Bartłomiej Dąbrowski, tenisista już dojrzały i ukształtowany, na kortach Budowlanych pod okiem swojego taty – Jarosława (zwanego przez znajomych Sławkiem) spędził wiele czasu poznając tajemnice tej gry. Wczoraj Dąbrowski był bliski zgarnięcia całej puli w turnieju ITF Futures Skarbiec Generali (pula nagród 10 tys. dolarów), ale w finale chyba zabrakło mu nieco sił. Ostatecznie 19-letni Rumun Adrian Cruciata okazał się lepszy od Polaka, wygrywając 7:6 (7-3), 6:7 (3-7), 6:3. Rumun wyjechał z Katowic bogatszy o 1300 dolarów i 12 punktów ATP, Polak uzyskał 8 pkt, a jego konto wzbogaciło się o 900 USD.

Przed turniejem Rumun był sklasyfikowany na 483. miejscu, a Polak zajmuje 521. Fachowcy faworyta upatrywali w Aleksie Radulescu. Rumun z niemieckim paszportem przepadł jednak w I rundzie, ale nadspodziewanie równą wysoką formę prezentował Dąbrowski, który w półfinale okazał się lepszy od Macieja Domki, wygrywając 6:2, 7:6 (7-3). Natomiast Cruciat wygrał ze Słowakiem Michalem Mertinakiem 6:2, 5:7, 6:4.

Obaj finaliści długo czekali nim wyjrzało słońcem i mogli wyjść na kort. Dąbrowski grał nierówno, obok świetnych zagrań, miał również kiepskie. Rumun prezentował solidne rzemiosło i w wielu momentach tego spotkania ono wzięło górę. W pierwszym secie, zakończonym tie-breakem Rumun wychodził z opresji obronną ręką. W drugiej partii scenariusz był podobny, ale wszystko zakończyło się pomyślnie dla Dąbrowskiego. W decydującym gemie nie dał najmniejszych szans rywalowi. W trzecim secie Rumun w czwartym gemie przełamał serwis Dąbrowskiego i objął prowadzenie 3:1, później już 5:1. Polak jednak skoncentrował się i zdobył jeszcze dwa gemy, ale to było już wszystko na co go było stać.

- Zabrakło trochę sił, bowiem od dłuższego czasu gramy dzień w dzień – stwierdził po turnieju Dąbrowski. – Najpierw trenowaliśmy i graliśmy w Pucharze Davisa, we Wrocławiu przepadłem w I rundzie. Rumun może nie grał efektownie, lecz efektywnie. Gdybym był bardziej wypoczęty pewnie zapisałbym zwycięstwo po swojej stronie, bo rywal był w moim zasięgu.

Dąbrowski wraz z innymi kolegami już od dzisiaj melduje się na kortach w Szczecinie, by uczestniczyć w kolejnym turnieju o podobnej randze.

Autor artykułu: sow

Garbarnia rozmawia, Górnik testuje

Monday, May 20th, 2002

Komplet publiczności na trybunach, kwiaty, puchary, oklaski – miejscowi fani i władze Jaworzna dziękowali piłkarzom Garbarni za awans do ekstraklasy. Później był towarzyski mecz beniaminka z Górnikiem Zabrze, a całą imprezę zakończył wieczorny bankiet.

Dla działaczy i trenerów Górnika mecz w Szczakowej był możliwością sprawdzianu kilku piłkarzy, którzy dołączyli do kadry Waldemara Fornalika. Po ośmiu latach występów w Szwajcarii (Neuchatel Xamax, Uranii Genewa i FC Baden) powrócił do Zabrza Robert Wallon, bardziej znany w Polsce jako Robert Staniszewski.

- Trudno tłumaczyć zawiłości rodzinne – mówi 27-letni pomocnik. – Po prostu przyjąłem nazwisko mojego ojca. Do Polski wróciłem w marcu i oczekiwałem na papiery ze Szwajcarii. Teraz dotarły i mogę spokojnie trenować z Górnikiem.

Pojawiło się też czterech obcokrajowców: Mario Andracić, Ivica Kriżanać, Scavisza Pinta (wszyscy Chorwacja) i Branko Aszković (Serbia). Do zabrzan dołączy najprawdopodobniej Krzysztof Przytuła z Hutnika Kraków, choć na tego pomocnika zęby ostrzą sobie również działacze Garbarni.

- Lista zawodników, których chętnie widzielibyśmy u siebie jest dość długa – mówi menedżer beniaminka, Zbigniew Sarapata. – Trwają rozmowy z Górnikiem na temat bramkarza Michała Wróbla, a nie jest wykluczone, że dołączy do nas również kolejny zabrzanin, Stanisław Wróbel. Być może zasilą nas Olgierd Moskalewicz z RKS, Tomasz Księżyc z Hutnika i Robert Piekarski z Ceramedu. Wszelkie decyzje będą należały jednak do nowego szkoleniowca.

Na razie najbliżej ławki trenerskiej Garbarni jest Bogusław Pietrzak. W notowaniach były szkoleniowiec Ruchu Chorzów wyprzedza Albina Mikulskiego, Adama Nawałkę i Marka Motykę, który pojawił się na sobotnim bankiecie.

- Trudno mówić o konkretach, trwają rozmowy – dodaje dyrektor klubu, Jerzy Frenkiel.

Garbarnia Szczakowianka Jaworzno – Górnik Zabrze 2:5 (2:2). Sztandera (22, rzut karny), Berliński (45) ? Niedzielan (17), Olszar (35), Kompała 3 (69, 83, 85).

Garbarnia: M. Wróbel (46′ Rogala, 76′ Stodoła) – Adamus, Górak, Sztandera, Zadylak – Berliński, Iwański, Sermak, Dobrowolski – Szemoński, Chudy; oraz: Kapciński, Tokarz, Galeja, Rasić, Pęczek, Wysowski, Jovanovic, Maciejowski, Błasiak.

Górnik: Bledzewski (46′ Trojanowski) – Wiśniewski, Kolasa, Ivica, Andracic – Prasnal, Wallon, Pinta, Aszkovic – Olszar, Niedzielan; oraz: Molek, Kompała, Bonk, Gierczak, St. Wróbel.

Autor artykułu: Paweł Rassek

Bo tu nic nie ma

Monday, May 20th, 2002

KATOWICE: W soboty i niedziele życie na Rynku zamiera

Podczas weekendów katowicki rynek pustoszeje. Zwłaszcza w niedziele jedynie przystanki tramwajowe przyciągają w to miejsce pojedynczych ludzi. – Bo tu nic nie ma – macha ręką zrezygnowany katowiczanin Roman Kowalski.
Na katowickim Rynku tłoczno jest wyłącznie w dni robocze.
- W niedzielę na spacer z rodziną to można pójść do parku, a nie na Rynek. Tu nie ma po co iść. Co tu można zobaczyć? – pyta retorycznie Bogdan Mazur, 58-letni rencista z Katowic. – Na dodatek przychodzą tu tacy, co lubią wypić i zaczepiają człowieka. Jak nie ma policji, to się nie można się od nich opędzić. To papierosa chcą, to złotówkę.
Nie tylko starszych mieszkańców miasta nie ciągnie na Rynek. Również młodzież go unika. – Ja tylko przez ten rynek przejeżdżam. Brzydko tu i ponuro – mówi 17-letnia katowiczanka Estera Bicz.
- Ten Rynek mógłby być, gdyby tu było więcej kawiarni, pubów i jakaś fontanna na środku. Bo teraz to nie ma po co tu przychodzić. Nudno tu – dodaje jej kolega Robert Aftyka.
Hasło ,więcej pubów” powtarzało wczoraj wielu naszych rozmówców. – Szkoda, że tu nie ma żadnego życia, mało ludzi przychodzi. Ale nie jest to dziwne, bo brakuje imprez i nie ma miejsc, w których można by się spotkać. I wydaje mi się, że przydałoby się też trochę wypromować ten rynek – uważa Rafał Mołdawa, informatyk z Zabrza.
Opinie katowiczan podzielają również przyjezdni spoza województwa. – Wasz Rynek wymaga naprawy i porządków. Przydałoby się więcej miejsc siedzących i zieleni. To nie jest przyjemne miejsce, w którym można byłoby miło spędzić popołudnie – mówi Anna Jakubczyk z Rembieszyc w woj. świętokrzyskim, studiująca w Katowicach.
- To nie jest Rynek tylko rondo. Jedynie gołębie przypominają tu o Rynku – uważa Paweł Borowiecki, student z Krakowa. – Przecież tu w ogóle nie ma ludzi, tylko tramwaje jeżdżą. Powinni zlikwidować ten ruch tramwajowy i przenieść w inne miejsce.
- Gdybyście mi nie powiedzieli, nie domyśliłabym się, że to rynek – dodaje Angelika Nazimek, również krakowianka.

Autor artykułu: mod

Ładny prezent

Monday, May 20th, 2002

Związkowcy OPZZ dostali budynek przy ul. Dąbrowskiego w Katowicach wart 10 mln złotych. Prawica twierdzi, że ta decyzja ma podtekst polityczny. Pomimo wygranych procesów katowicki Sąd Okręgowy i Ministerstwo Sprawiedliwości zrzekły się na rzecz Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych praw do budynku przy ul. Dąbrowskiego w Katowicach.

- Nie zapeszam. Wszystko jest na dobrej drodze – nie ukrywa Henryk Moskwa przewodniczący Śląskiej Rady OPZZ. W końcu związkowcy mają poparcie samego premiera Leszka Millera. – To polityczne uwłaszczenie, żeby Ślązacy wiedzieli kto jest przy władzy – komentuje mecenas Leszek Piotrowski, który przed laty jako wiceminister sprawiedliwości walczył o obiekt dla sądu.

Przy Dąbrowskiego rezyduje śląska rada OPZZ, związki zawodowe górników, poseł Jan Kisieliński i zarazem szef Związku Zawodowego Górników w Polsce oraz centrala śląskiej Unii Pracy. Do niedawna urzędowała tam również Rada Wojewódzka SLD. Przez kilka lat partyjni i związkowi działacze żyli w niepewności, bo w każdej chwili groziła im eksmisja.

Związkowcy murem
W 1998 roku gmina Katowice skomunalizowała dawny Dom Związków Zawodowych przekazując obiekt na rzecz Skarbu Państwa ze wskazaniem na potrzeby Sądu Okręgowego w Katowicach. Związkowcy postanowili nie wyprowadzać się z budynku. Powołali komitet obrony. – Nasi poprzednicy nie dopełnili formalności związanych z uwłaszczeniem, dlatego straciliśmy obiekt. Gmach jest nasz. Został wybudowany ze związkowych składek – uważa Henryk Moskwa, szef OPZZ na Śląsku.

Pieniądze z wynajmu pomieszczeń zasilały i zasilają nadal związkową kasę, na czym sąd stracił już ponad 2,5 mln zł. Związkowcy przegrali w Sądzie Okręgowym, ale wyrok nie był prawomocny. Odwołali się do Sądu Apelacyjnego.

Podarunek od premiera
Tymczasem podczas ubiegłotygodniowej wizyty premiera Leszka Millera i minister sprawiedliwości Barbary Piwnik, gmina Katowice przekazała sądowi działkę pod budowę nowego gmachu przy zbiegu ulic Damrota i Francuskiej.

– Ten sam notariusz, obecnie prezes Izby Notarialnej, który spisał przed laty akt przekazania obiektu związkowego dla sądu, teraz podpisał akt darowizny gruntów dla sądu – komentuje mecenas Leszek Piotrowski.

- Strony dogadały się na wyższych szczeblach. Dalsze procesy sądowe są niepotrzebne – uważa sędzia Zbigniew Chwała zapytany o dalsze losy procesu o gmach związkowy. W procesie reprezentował Skarb Państwa. – Budynek przejdzie na rzecz związków. Sądowi wybudujemy nową siedzibę. Wybraliśmy lepszy i korzystniejszy wariant – stwierdza Barbara Mąkosa-Stempkowska, rzecznik Minister-
stwa Sprawiedliwości.

- Decyzje minister Piwnik o przekazaniu budynku OPZZ-owi to działanie na szkodę Skarbu Państwa. Związki dostają okazały obiekt i doskonałe źródło utrzymania – stwierdza Piotrowski. Według niego, nieruchomość jest warta kilka razy więcej, niż podaje oficjalnie OPZZ.

Z “Solidarnością” na pół
W budynku przy Dąbrowskiego mieści się około 200 spółek. Przewodniczący Moskwa nie chce ujawnić, ile związki mają dochodów z czynszów. Zasłania się nieznajomością finansów i ekonomii. – Żyjemy na styk. Po przejęciu czeka nas gruntowny remont tego budynku. Jeśli go sprzedamy, musielibyśmy dzielić się na pół z “Solidarnością”, bo ta upomina się o odszkodowanie za utracony w latach 80. majątek – narzeka Moskwa.

Termin za trzy lata
Zadzwoniliśmy do administracji obiektu podając się za zainteresowanych najmem pomieszczeń na biura. – Stawka wynosi 36 zł za metr kw. W czerwcu zostaną uregulowane sprawy własności. Wtedy podpisujemy umowy z najemcami – poinformowano nas.

Nie wiadomo kiedy ruszy budowa nowego obiektu sądu. Nieoficjalnie wiemy, że jeśli w ciągu najbliższych lat nie dojdzie do skutku, działka wróci do gminy.

Henryk Moskwa, szef OPZZ na Śląsku: ? Jestem budowlaniec. Znam się na robocie. Mnie mecenas Piotrowski nie będzie mówił, że dostaliśmy pałac, bo to ruina. Czeka nas wiele roboty. 600 okien, kotłownia do wymiany, dach do naprawy.
A z wynajmu pomieszczeń wychodzimy ledwo, ledwo…

Autor artykułu: Renata Cius

Co wolno wojewodzie…

Monday, May 13th, 2002

Śląski Urząd Wojewódzki dzielą między siebie wojewoda Lechosław Jarzębski (SLD) i marszałek Jan Olbrycht (AWS). Marszałek i wojewoda siedzą wprawdzie pod jednym dachem, ale adresy mają różne: pierwszy wchodzi do biura na Jagiellońskiej 25, a drugiego można odwiedzić na Ligonia 46. Dlaczego?

Bo budynkiem rządzi wojewoda. I to on wkracza reprezentacyjnym wejściem. Dla urzędników od marszałka są drzwi boczne. Urząd Marszałkowski wynajmuje jedynie część gmachu Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego (dokładnie 6310,65 m kw. powierzchni), płacąc symboliczną złotówkę za 1 m. kw. i ok. 124 tysięcy złotych opłat eksploatacyjnych. Miesięcznie wszystkiego wychodzi 130 tysięcy złotych. Rocznie suma znacznie przekracza jednak 1 mln złotych.

Ostatnio pojawiły się głosy, że już niedługo marszałek Olbrycht przeprowadzi się wraz ze współpracownikami do jakiegoś katowickiego biurowca, bowiem zaoferowano mu korzystniejsze warunki finansowe. Poza tym w samym urzędzie zaczyna samorządowcom brakować miejsca…

Marszałek na walizkach?

- To przedwczesne spekulacje – ucina rzecznik prasowy marszałka, Adam Warzecha. – Ale nie zaprzeczam, że dochodzą do nas pewne propozycje. Jedna dotarła np. z Chorzowskiej 50, budynku, w którym swą siedzibę ma Bank Śląski. Przyjmując ofertę zaoszczędzilibyśmy rocznie sporą kwotę.

Dlaczego zatem, mimo przewidywanych korzyści, urząd zwleka z podjęciem decyzji? Sprawa jest delikatna, bo chodzi tu nie tylko o pieniądze (w końcu umowa najmu na 2002 rok obniżyła czynsz z 21 zł za 1 m. kw. do wspomnianej złotówki), ale istotną rolę w sprawie odgrywają również prestiż i historia. Kiedy powstał samorząd wojewódzki, trzeba mu było zapewnić godziwą siedzibę. Wybór, niejako naturalnie, padł na historyczny budynek Sejmu Śląskiego, także ze względu na reprezentacyjną salę obrad.

Piotr Lewandowski, dyrektor Kancelarii Sejmiku, po argumenty sięga do czasów przedwojennych: – Kiedy Śląsk wrócił do macierzy koniecznością stało się wybudowanie gmachu, który symbolizowałby polskość – mówi. – W maju 1927 roku uroczyście oddano do użytku wyjątkowy w swym rodzaju budynek, w którym razem urzędowali przedwojenny wojewoda i marszałek. Obecny sejmik jest kontynuatorem tamtych tradycji. Nawet sala sejmu na Wiejskiej była wzorowana na katowickim modelu. Teraz jednak za wynajęcie pomieszczeń pod obrady sejmiku muszę płacić administracji wojewody. Wprawdzie niewiele bo ok. 400 złotych, ale nie chodzi tu o kwotę, lecz wymowę tego faktu. Tak samo płacę, gdy chcę skorzystać z sali marmurowej, albo złotej.

Kabli nie ma

Dlaczego jednak, mimo często składanych obietnic, nie doszło do solidarnego i sprawiedliwego podziału gmachu, a samorządowcy wciąż czują się w nim gośćmi?

- Najlepsza ku temu okazja była wtedy, gdy wojewodą był Marek Kempski. Byli z marszałkiem z jednej opcji – twierdzi Lewandowski. – Jednak administracja rządowa, bez względu na polityczne układy, bardzo niechętnie pozbywa się swojego majątku.

- Prawda jest taka, że to Skarb Państwa i jego przedstawiciel czyli wojewoda, powinien nam zaoferować odpowiednie lokum – ocenia Warzecha. – Tak się niestety nie stało. Z tego powodu, że tylko wynajmujemy kilka tysięcy metrów kwadratowych nie widzimy sensu inwestowania np. w stworzenie sieci komputerowej, bo przecież nie wiemy do końca, czy tu pozostaniemy. Przecież chodzi także o efektywność pracy.

Budynek, choć wyjątkowo urodziwy, nie jest niestety przystosowany do obowiązujących dziś w Europie standardów informatycznych. – Od trzech lat żaden z wojewodów nie wydał pieniędzy na okablowanie gmachu – skarżą się pracownicy Urzędu Marszałkowskiego. – A przecież odnieślibyśmy wspólną korzyść.

Bój o kwiatki i parking

Najlepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie samorządowcom na własność kawałka gmachu. – Wojewoda kilka razy powtarzał nie – twierdzi rzecznik prasowy wojewody Krzysztof Mejer. – Odmowę opiera na dwóch ekspertyzach prawnych, które mówią, że nie możemy dzielić budynku.

Papiery mówią, że właścicielem budynku jest Skarb Państwa.
Przy okazji sporu o mury dochodzi do mniejszych nieporozumień oraz niedomówień. Ostatnio doszło do “kryzysu kwiatkowego”. Sprzątaczki “od wojewody” celowo ponoć przestały podlewać kwiaty doniczkowe należące do Urzędu Marszałkowskiego. – Nie ma takiego problemu – dementuje Warzecha. – Cały gmach jest pięknie wysprzątany, choć z drugiej strony nie ukrywamy, że dość słono za to sprzątanie trzeba płacić.

- Urząd Marszałkowski dobrowolnie korzysta z naszych sprzątaczek – wyjaśnia Mejer. – Przecież można było wynająć inną firmę.

Jest bardziej poważny problem, ale z samochodami służbowymi. Te od marszałka nie mogą parkować na wewnętrznym parkingu urzędu. Ostatnio sprawę próbowano załatwić polubownie umożliwiając wjazd kilku autom, ale, jak twierdzą służby marszałka, nie była to oficjalna propozycja.

Do 15 maja wojewoda ma odpowiedzieć na pismo marszałka w sprawie podziału budynku. Można się domyślać jaka będzie odpowiedź.

Autor artykułu: Agata Pustułka

Jaworzno w I lidze!

Monday, May 13th, 2002

Chłopaki kochamy was, 100 lat, 100 lat Szczakowianka – śpiewała na stojąco cała Szczakowa swoim piłkarzom, którzy wczoraj awansowali do ekstraklasy! Jaworzno i Szczakowa oszalały wczoraj ze szczęścia.

Większość kibiców pojechała dopingować chłopaków do Radomska, reszta oglądała mecz w domu. W pubie AB w Szczakowej właściciel przyniósł dekoder Canal+ z… domu.

- Mnie się łezka w oku zakręciła i ciarki przeszły po plecach – mówił wzruszony Ryszard Wróbel, były piłkarz Szczakowianki.
Mimo że wczoraj w Radomsku piłkarze Szczakowianki przegrali 0:1, w bilansie barażowego dwumeczu byli górą, bo u siebie wygrali 2:0. W ciągu czterech lat, miejscowy klub Garbarnia Szczakowianka Jaworzno awansował kolejno z czwartej ligi do ekstraklasy! W prawie 80-letniej historii Szczakowianki to się jeszcze nie zdarzyło! Miejscowych kibiców opanował istny szał radości.

Pani Bożenka oglądała mecz z mężem (na zdjęciu). – Musiałam to obejrzeć na własne oczy – mówi. – Teraz jak nasz klub awansował, to ja się przynajmniej wyśpię, bo kiedy wracam z nocki, to na stadionie Szczakowianka gra i ja spać nie mogę. Teraz przeniesie się na Victorię i nareszcie będzie spokój.

Autor artykułu: ij

Róże na masce

Monday, May 13th, 2002

Zabytkowe samochody, bryczki, wóz strażacki i tramwaj-staruszek – takie pojazdy można było zobaczyć na wiosennej wystawie kwiatów. Na dekorację wszystkich samochodów poszło… 10 tysięcy kwiatów.

W sobotę z chorzowskiego rynku wyruszyła kawalkada niecodziennych pojazdów. Przyjechały aż do hali wystaw ,Kapelusz” w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku.

W paradzie sunęły dokładnie 22 pojazdy. Otwierał ją zabytkowy tramwaj. Najstarszym samochodem był wóz bojowy straży pożarnej z 1929 roku, tzw. ,federal”. Wypożyczono go z Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach.

Publiczność głosowała na najpiękniej przystrojony pojazd. Spodobała się, bryczka, citroen i BMW. Obok samochodów jechało też 20 kolarzy z Rudy Śląskiej.

Autor artykułu: mokr

Turyści nie alpiniści

Monday, May 6th, 2002

Wycieczkowicze z Katowic, którzy na sześć dni utknęli na Mont Blanc, najwyższym szczycie Europy, są już bezpieczni. Włoscy i francuscy ratownicy ewakuowali wczoraj 12 młodych turystów z Katowic, którzy sześć dni czekali na pomoc w blaszanym schronie pod szczytem Mont Blanc (4807 m n.p.m.).

Żandarmeria górska wykorzystała chwilową poprawę pogody i przeprowadziła akcję, która trwała godzinę. Pechowców ewakuowały trzy śmigłowce. Czterech wycieczkowiczów zwieziono do Chamonix we Francji. Ośmiu przetransportowano do Włoch. Turyści (raczej na wyrost nazywani “alpinistami”) czują się dobrze. Jeden, z podejrzeniami choroby wysokościowej, trafił na obserwację do szpitala.

To brzmiało groźnie
- Choroba wysokościowa może objawiać się od 2,5 tys. m n. p. m. Ale na tej wysokości zazwyczaj nie zagraża życiu. Objawia się np. długotrwałymi wymiotami i bólami głowy – mówi Aleksander Chruściel, szef wyszkolenia GOPR, instruktor Polskiego Związku Alpinizmu.

Pierwsze doniesienia spod Mont Blanc brzmiały groźnie. Turyści utknęli z powodu załamania pogody. Niektórych dręczyła choroba wysokościowa, kończyło się jedzenie (zabrakło go w sobotę o godz. 20.25), brakło gazu. Rodziny dzwoniące do polskiego konsulatu w Lyonie słyszały: “Proszę się nie martwić. Ważne jest picie. A śniegu tam nie brakuje”. Po godz. 17 rodziny już nic nie słyszały, bo konsulat kończył pracę.

Jak na ceprostradzie
Katowiczanie szli szlakiem turystycznym, wyznaczonym tyczkami. Żeby tamtędy przejść, nie trzeba być alpinistą. Konieczne są tzw. raki na butach, czekan i ciepłe ubranie. Na trasie wybudowano kilka metalowych schronisk. Ostatnie przed szczytem jest właśnie schronisko Vallot (4362 m n.p.m.). W nim schronili się katowiczanie. To metalowe pudło o powierzchni 35 mkw., zamontowane jakieś kilkanaście minut marszu od szczytu. W środku jest radiotelefon (dzięki niemu uwięzieni dwa razy dziennie łączyli się z ratownikami), koce, kuchenka i toaleta. Wyposażono go nawet w prostą komorę ciśnieniową do leczenia choroby wysokościowej.

- Tamtędy przechodzą tysiące ludzi. Część nocuje właśnie w Vallocie. Nawet przez moment cała sytuacja nie budziła moich obaw – tłumaczy dr Wacław Sonelski, instruktor alpinizmu, autor najsłynniejszego polskiego podręcznika do nauki wspinaczki, alpinista z 30-letnim stażem.

Wejść za wszelką cenę
- Ratownicy górscy z Francji to profesjonaliści najwyższej klasy. Jeśli nie ruszyli do akcji, to znaczy, że w Vallocie nie było źle. Większe ryzyko przyniosłaby akcja prowadzona w trudnych warunkach. Kiepsko mogło być za parę dni. Ale kilkudniowy post by im nie zaszkodził. Najwyżej byliby osłabieni. To co zdarzyło się pod Mont Blanc, to dla profesjonalnych wspinaczy sytuacja standardowa – przekonuje Aleksander Chruściel.

Nieoficjalnie fachowcy uważają, że zachowanie turystów z Górnego Śląska to typowy przykład “polskiego syndromu”: jak Polak zbierze pieniądze i wyjedzie w góry, to za wszelką cenę chce wejść na szczyt.

Autor artykułu: Jarosław Rybak