Archive for June, 2002

Miasto chce pomóc kupcom

Friday, June 28th, 2002

W telewizji można zobaczyć reklamę ulicy Wolności. ? Teraz nie przyniesie to skutku. Ulicę trzeba było promować pięć lat temu – uważają kupcy. – Handel tu zamiera.

Przez cały czerwiec w regionalnej Teletrójce można było oglądać kampanię reklamową zatytułowaną “Lepiej na Wolności”. Zaplanowano 37 emisji reklamy – Za jej nadanie i wyprodukowanie miasto zapłaciło 17 tys. złotych – mówi Gabriela Kardas, rzecznik UM. – Reklamy w telewizji są 30-sekundowe. Oprócz ulicy, pokazano na nich także WPKiW. Wszystko ma zachęcić do odwiedzenia Chorzowa. Władze miasta chcą, by mieszkańcy robili zakupy w centrum, a nie jeździli do supermarketów.

Tymczasem kupcy podchodzą sceptycznie do reklamy ich ulicy. – Teraz to jest musztarda po obiedzie – uważa Roman Widera, współwłaściciel sklepu mięsnego. Sam przeniósł sklep z ul. Wolności na rynek, bo czynsz był za wysoki. – Obroty spadły o 50 proc. Dawniej rachunki klientów opiewały na 60-70 złotych, teraz najczęściej na 5 czy 6 zł – wylicza.

Andrzej Gawęda, właściciel jednej z firm handlowych na ul. Wolności przyznaje, że reklama jest potrzebna. – Jednak sama nie odniesie skutku. Potrzebny jest program, a widowiska i festyny na Wolności powinny się odbywać w każdy weekend – uważa Gawęda. – Deptak jest ładnie urządzony, są tu kafejki, restauracje, wszystko powinno przyciągać ludzi, a tak się nie dzieje. W niedzielę około godziny 19 na ulicy jest pusto.

Autor artykułu: Monika Krężel

Minister uspokaja górników

Friday, June 28th, 2002

Celem nowego programu restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego nie jest zamykanie kopalń i dalsza redukcja zatrudnienia, lecz doprowadzenie w końcu do rentowności górnictwa – powiedział wiceminister gospodarki Marek Kossowski na wczorajszym spotkaniu z członkami Katowickiego Klubu Gospodarczego. – Takie spotkanie jak to, są bardzo potrzebne, bo służą rzetelnemu informowaniu o zamiarach rządu.

Minister Kossowski podkreślił, że wszystkie kwestie związane z zatrudnieniem i systemem pracy w kopalniach będą konsultowane ze związkami zawodowymi.

Z wcześniejszych informacji wynika, że w nowym planie restrukturyzacji górnictwa zakłada się likwidację kolejnych sześciu kopalń oraz przejście na taki system pracy, żeby kopalnie mogły wydobywać węgiel sześć dni w tygodniu. Minister podkreślił, że są to jedynie szczegóły całego planu. Najważniejsze kwestie dotyczą oddłużenia górnictwa oraz znalezienia środków na dalszą reformę.

Obecny na spotkaniu senator SLD Adam Graczyński poinformował, iż przy poparciu swoich kolegów parlamentarzystów ze Śląska zamierza lobbować w Warszawie na rzecz górnictwa, ponieważ jest to niezwykle ważna branża dla Śląska.

Autor artykułu: mu

Bomba z betoniarki

Tuesday, June 25th, 2002

Sławomir Kotyl zdrętwiał z przerażenia, gdy wczoraj przed południem na budowie jego domu, z samochodowej betoniarki wypadł… pocisk przeciwlotniczy.

- Rozpoczęliśmy zalewanie stropu parteru domu – opowiadał zdenerwowany pan Sławomir – Rano przyjechała zamówiona w betoniarni “gruszka” z płynnym betonem. Kierowca podłączył specjalną rurę i beton zaczął się wylewać na strop. Nagle coś zatrzymało się na siatce u wylotu rury. Zamarliśmy wszyscy z przerażenia. To był pocisk. Kierowca przeniósł bombę na pryzmę piasku i odjechał. Odeszła nam ochota do pracy. Zadzwoniłem na policję.

- Nie wiem, jak do tego mogło dojść – mówił z przejęciem Zbigniew Kawecki, członek zarządu firmy Często-Bet, z której przyjechała ?gruszka? na budowę. – Gdy kierowca przyjechał do bazy i opowiedział co się stało, wsiadłem w samochód i od razu tu przyjechałem. Szczerze mówiąc początkowo nie wierzyłem, że coś takiego mogło się nam przytrafić. Pracuję już 30 lat i po raz pierwszy spotykam się z czymś takim.

W Często-Budzie zachodzili w głowę, w jaki sposób pokaźnych rozmiarów przeciwlotniczy pocisk, kaliber 37 mm znalazł się w samochodowej “gruszce” z płynnym betonem.

- Codziennie przerabiamy wiele ton piasku i żwiru. Piasek bierzemy z Bełchatowa, żwir z Opolskich Kopalń Surowców Mineralnych. Żwir wydobywany jest z jeziora w miejscowości Michałczyce – wyjaśnia Zbigniew Kawecki. – Chyba będę tam musiał zadzwonić, by sprawdzili co wydobywają, może ten pocisk nie jest jedynym? – zastanawiał się nasz rozmówca. – Ja to mam takiego pecha. Niedawno facet przywiózł mi korę do ogródka ze żmijami. Jedna ukąsiła psa sąsiadów i biedak zdechł – zdawał się nie tracić humoru Sławomir Kotyl.

Wczoraj mógł jednak mówić o szczęściu. Pocisk, niezauważony mógł bowiem zostać w betonowej ławie między parterem a piętrem nowo budowanego domu. Mógł też czekać na saperów z jednostki w Gliwicach dwa, trzy dni od zgłoszenia na policję. Tak się zwykle dzieje. Wczoraj pan Kotyl czekał tylko… trzy godziny.

Zbieg okoliczności sprawił że saperzy wyjechali z Gliwic do Częstochowy już wcześnie rano. Bowiem o 7.30 w lesie, w pobliżu Huty Częstochowa, zbieracz jagód znalazł pięć pocisków aryleryjskich pochodzących prawdopodobnie z okresu II wojny światowej. Po zabraniu tego znaleziska, saperzy tuż przed godziną 15. podjechali pod dom państwa Kotylów. Budowę domu można było kontynuować.

Autor artykułu: Marek Mamoń

Prywatna Jadwiga

Tuesday, June 25th, 2002

Wczoraj w Zabrzu ruszyła pierwsza prywatna kopalnia – “Jadwiga”. Uruchomił ją ze wspólnikami dawny jej dyrektor i dzisiejszy poseł SLD Jan Chojnacki. Twierdzi, że “Jadwiga” pociągnie pięć lat i da zarobić 50 mln zł. Pesymiści nie wierzą, mówiąc że to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Ale górnicy, którzy znowu znaleźli w “Jadwidze” pracę mówią: Oby trwało to jak najdłużej!

Wczoraj wydobyto pierwszą tonę węgla z prywatnej kopalni węgla “Jadwiga” w Zabrzu. Kopalnia należy do posła Jana Chojnackiego i jego wspólników. Wcześniej Chojnacki był dyrektorem tej samej kopalni.

Teren przy kopalni to księżycowy krajobraz. Wokół ruiny po zburzonym zakładzie przeróbki węgla. Jan Chojnacki przepracował tu ponad 30 lat. Zaczynał jako ślusarz dołowy, kończył jako dyrektor w 1999r. Teraz jest współwłaścicielem.

Nie ponoszę odpowiedzialmości
“Jadwigę” zamknięto w 2000 roku. Była najgłębszą i najdroższą kopalnią w Polsce. Przyniosła 20 mln zł strat.
- Nie ponoszę odpowiedzialności, że zamknięto “Jadwigę” – broni się dziś były dyrektor i udowadnia, że powołana prywatna firma “Siltech” zarobi na wydobyciu węgla w płytkim pokładzie na głębokości 380 metrów, który leży w tzw. filarze ochronnym. Jego zasoby ocenia na pięć lat i liczy, że zarobią 50 mln zł. Spółka wydobywać będzie 300 tys. ton rocznie, a pracę znaleźć ma tutaj 250 ludzi.
Zdaniem Chojnackiego przedsięwzięcie będzie się opłacić, bo wydobycie oparte będzie na tanim “systemie przedwojennych niemieckich manufaktur”. Maszyny spółka wydzierżawia ze składów likwidowanych kopalń.

12 odważnych ludzi
“Siltech” tworzy 12 przedsiębiorców z Zabrza, związanych kiedyś kopalnią “Jadwiga”. Reprezentuje ich poseł. “Siltech” mieści się w biurowcu pokopalnianym, tam gdzie biuro poselskie Chojnackiego.

Poseł ma 14 udziałów po 600 zł. Kapitał spółki to 50 tys. zł. Tymczasem na uruchomienie kopalni według Chojnackiego potrzeba 2,5 mln zł. Poseł w oświadczeniu majątkowym zeznał, że zasiada w zarządzie “Siltechu”, ale spółka jest w fazie organizacji i dlatego nie pobiera wynagrodzenia.
Koncesję na wydobycie “Siltech” otrzymał w grudniu ub. roku, gdy zmieniła się ekipa rządząca. Tajemnicą handlową jest kwota, za którą ?Siltech? kupił tę koncesję.

Władzy nie zaprosił
W czasie, gdy górnicy “Jadwigi” wydobyli pierwszą tonę, poseł Chojnacki przebywał w Chinach z parlamentarną delegacją. Na wczorajszej uroczystości zabrakło władz Zabrza.

- Dowiaduję się o wszystkim od dziennikarzy. Nikt nas nie zapraszał, a władze miasta chętnie wzięłyby udział w otwarciu prywatnej kopalni.

Z uruchomienia wydobycia cieszą się za to górnicy. Na razie jest ich 68. Ale Dieter Olszok, dyrektor “Siltechu” mówi, że zatrudni od 200- 250 osób.

- Nasz węgiel jest wysokiej jakości. Już zgłosili się kupcy – przekonuje Olszok – Gdybyśmy nie liczyli na zyski, nie zaczynalibyśmy tego przedsięwzięcia.

Byle jak najdłużej
Henryk Lunga, był wczoraj pierwszy dzień w pracy. Wcześniej przez 12 lat był górnikiem w KWK Pstrowski, ale kiedy kopalnię zamknięto, stracił zatrudnienie. – Przez ostatnie dwa lata byłem na bezrobociu. Więc jak tu się nie cieszyć? Jest praca, zarobki ponoć niezłe, tylko żeby to trwało jak najdłużej – mówi Lunga.

Pełen nadziei jest też Zbigniew Piwko, który w kopalni pracował przez 25 lat. – W państwowej firmie, każdy patrzył, żeby się jak najmniej narobić i dlatego zakłady padały – przekonuje Piwko – Teraz, jak kopalnia jest w prywatnych rękach, nie ma obijania się i dlatego będzie działała.

- To karkołomne i ryzykowne przedsięwzięcie – mówi Jerzy Markowski, senator SLD, odpowiedzialny za reformę górnictwa w latach 1995-1997. – Ale ryzyko podjął prywatny przedsiębiorca i nie zaangażowano publicznych pieniędzy.

Coraz gorzej
Na Śląsku jest 41 czynnych kopalń. Według danych Państwowej Agencji Restrukturyzacji Górnictwa ubiegły rok był wyjątkowo dobry dla górnictwa. Kopalnie przyniosły 715 mln zł zysku. Wydobyto ponad 102 mln ton węgla. Sprzedano 79 mln ton w kraju. Na eksport poszły 22 mln ton. W górnictwie pracowało 145 tys. osób. Tona węgla kosztowała 144 zł.

Teraz jest 144 tys. górników. Od początku roku sprzedano 23 mln ton w kraju i wyeksportowano 8 mln ton. Tona staniała o 3 zł.

Autor artykułu: Renata Cius, Grzegorz Zasępa

Pędzący tir wjechał prosto do domu starszej kobiety

Monday, June 24th, 2002

To cud, że akurat spałam w innym pokoju, bo w tym od ulicy przygniotła by mnie ściana – opowiada roztrzęsionym głosem 75-letnia kobieta.

Godzina 1.15. Sobota. Pani Zofia Dziedzic szykuje się do snu. Na trasie, która biegnie tuż obok jej domu, powoli słabnie ruch.

- Zamknęłam psa w kojcu i już leżałam w łóżku, kiedy nagle usłyszałam potężny huk. Myślałam, że to burza i chciałam wyjść przed dom, żeby zobaczyć jak się błyska. Ale nie mogłam drzwi otworzyć ? opowiada wystraszona kobieta.

Dokładnie w chwili kiedy p. Zofia układała się na boku, trasą DK-1 pędził ważący kilkadziesiąt ton ciężarowy MAN. Nagle kierowca zjechał na pobocze. Prawe koło “złapało” rów. Nic nie dało się już zrobić. Auto z ogromnym impetem uderzyło prosto w budynek, taranując po drodze drewniane ogrodzenie posesji.

- Dopiero jak udało mi się wyjść z pokoju zobaczyłam rozmiary zniszczenia – opowiada p. Zofia. – Pokój gościnny, ten od ulicy zniknął po prostu z powierzchni ziemi. Razem ze ścianą wypadło nowe okno, które niedawno wprawiłam.
Wjeżdżający samochód, a potem sypiący się gruz połamał mi wszystkie meble i potrzaskał telewizor. A strop wygiął się tak, jak kołyska i w każdej chwili może się zawalić. Nawet drzwi i okna po drugiej stronie domu nie chcą się otwierać.
Kiedy pani Zofia przedzierała się przez gruzowisko na podwórku, słychać było już syreny straży i pogotowia.
Strażacy natychmiast wyciągnęli ze zgniecionej kabiny MAN-a rannego kierowcę. Lekarze zabrali go chwilę później do szpitala. Obrażenia nie były na szczęście groźne. Po opatrzeniu kierowca udał się do domu.

- Jechał za szybko i stąd całe zdarzenie – podsumował oficer dyżurny KMP w Częstochowie. – Nie było ofiar w ludziach, więc zakwalifikowaliśmy to jako kolizję.
Tymczasem strażacy zabrali się do zabezpieczania mocno uszkodzonego budynku. Drewnianymi stemplami podparli wygięty strop. Reszta napraw została jednak na głowie pani Zofii.

- Jak mam to teraz naprawić? – załamuje ręce kobieta. – Przecież jestem sama. Dom był wprawdzie ubezpieczony, ale przecież zanim załatwię formalności ktoś musi tego pilnować. Przecież każdy może tu teraz wejść. A dwa dni temu skończyli malować ten pokój. Właśnie miałam się do tej sypialni przenieść. Czekałam tylko aż zapach farby trochę wywietrzeje.

Będzie pomoc
Pani Zofia Dziedzic nie zostanie sama ze swoim nieszczęściem. Wójt gminy Poczesna Bogdan Krakowian obiecał, że obejrzy dokładnie zniszczenia, jakie spowodował tir uderzając w jej dom.

- Na poniedziałkowym posiedzeniu zarządu gminy zajmiemy się sprawą pani Zofii – deklaruje wójt Krakowian. – Nie chcę mówić na razie o pieniądzach, ale z pewnością jakoś jej pomożemy.

Niezależnie od tego pani Zofia może liczyć na odszkodowanie wypłacone z polisy OC sprawcy wypadku. Na szczęście właściciel ciężarówki, mieszkający w Paniówkach k. Gliwic, miał aktualne ubezpieczenie i zostawił pani Zofii numer polisy. Dzięki temu po oszacowaniu strat przez rzeczoznawców z firmy ubezpieczeniowej p. Zofia otrzyma pieniądze. Procedura potrwa jednak w najlepszym razie kilka dni.

Autor artykułu: Mariusz Pietrzyk

Śląski “Pruszków” do sądu

Wednesday, June 19th, 2002

Co najmniej sto samochodów ukradł Grzegorz Z., jeden ze śląskich rezydentów gangu pruszkowskiego. Wczoraj Prokuratura Okręgowa w Katowicach zakończyła śledztwo w sprawie tzw. śląskiej grupy “Pruszkowa”.

Prokuratura postawiła Grzegorzowi Z. 106 zarzutów. Najpoważniejszy z nich to udział w zbrojnej grupie przestępczej. Grozi mu do 15 lat więzienia.

Na stłuczkę
- To tylko jeden z wątków prowadzonego przez nas postępowania przeciwko złodziejom samochodów tworzącym tzw. pion motoryzacyjny “Pruszkowa” – mówi prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej. – Ustaliliśmy, że Grzegorz Z. kradł samochody od 1995 roku. Najpierw działał sam, ale w 1999 roku poznał w areszcie członka gangu pruszkowskiego i nawiązał współpracę z tą grupą przestępczą.

Grzegorz Z. był przewodnikiem po Śląsku dla gangsterów z Pruszkowa. Organizował miejsca, gdzie ukrywane były kradzione samochody. Zajmował się też zdobywaniem “bolidów”, czyli aut używanych do kradzieży “na stłuczkę”. Mechanizm działania przestępców zmieniał się, ale najczęściej kradli auta tą metodą. Powodowali niegroźną kolizję drogową, a kiedy kierowca uszkodzonego samochodu wychodził by oszacować straty, jeden z bandytów wsiadał do wozu i odjeżdżał. Przestępcy mieli proste zadanie, bo kierowcy w większości wypadków zostawiali kluczyki w stacyjce. Niektórzy próbowali stawiać opór, wtedy byli terroryzowani bronią albo obezwładniani gazem paraliżującym.

- Grzegorz Z. dokonywał zuchwałych kradzieży samochodów – dodaje Tadla. – Podczas jednej z nich śmiertelnie potrącił właściciela, który próbował bronić swojego auta. Odpowie więc także za spowodowanie śmierci tego mężczyzny. Grozi za to do 12 lat więzienia.

Ucho złodziei
Wczoraj akt oskarżenia sporządzono także wobec Tomasza S., który pomagał Grzegorzowi Z. Jest on odpowiedzialny m.in. za zuchwałą kradzież z parkingu policyjnego samochodu, który był dowodem w sprawie. W sumie postawiono mu 30 zarzutów. S. był też swoistym “uchem” kradnących auta przestępców. Miał bowiem w swoim aucie radio nastawione na częstotliwość używaną przez policję. Dzięki temu na przykład podczas ucieczki przed pościgiem, bandyci dobrze wiedzieli, co robią stróże prawa. Tomaszowi S. grozi do 15 lat więzienia. Obaj oskarżeni przyznają się do winy. Proces toczyć się będzie przed Sądem Okręgowym.

Śledztwo przeciwko złodziejom samochodów ze śląskiej grupy gangu pruszkowskiego, które prowadzi katowicka prokuratura, obejmuje 20 osób. Na początku ub. roku śląska policja rozbiła grupę złodziei luksusowych samochodów (ukradli ich na naszym terenie ponad 50). W toku śledztwa okazało się, że działali na zlecenie gangu pruszkowskiego. Wśród podejrzanych są policjanci z Warszawy, którzy pomagali legalizować kradzione auta i pracownicy wydziału komunikacji urzędu miasta. Szacuje się, że cała szajka na Śląsku i w stolicy ukradła w drugiej połowie lat 90. ponad 500 luksusowych aut, wartych pięć milionów złotych. Wczorajszy akt oskarżenia jest już trzecim w tej sprawie.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Dzisiaj 43!

Wednesday, June 19th, 2002

Jeśli temperatura w cieniu osiągnie 32 st. C, upał w słońcu może być wyższy o kilkanaście kresek – ostrzegają meteorolodzy. Mamy najcieplejszy czerwiec od 10 lat, a fala prawdziwego gorąca dopiero nadchodzi do Polski z zachodu. To piękny początek wakacji, ale nie zapominajmy że upały są bardzo groźne.

Lejący się z nieba żar, roztopiony asfalt na ulicach, tłumy na pływalniach i przy miejskich fontannach. Chociaż do rozpoczęcia kalendarzowego lata pozostało jeszcze kilka dni, pogoda stała się typowo wakacyjna.

W całej Polsce temperatura sięgała wczoraj 30 stopni Celsjusza. Najcieplej było w Słubicach i Gorzowie: ponad 32 stopnie. Na Śląsku najcieplejszymi miastami okazały się Katowice, Racibórz i Częstochowa. Temperatura dochodziła tam do 28 stopni Celsjusza.

Chociaż upał dawał się we znaki mieszkańcom wielu miast, lekarze pogotowia nie musieli interweniować zbyt często. – Nie mieliśmy więcej zasłabnięć, niż w poprzednich dniach. Sama jestem zdziwiona. Być może ciśnienie było korzystne – zastanawia się dyspozytorka katowickiego pogotowia ratunkowego.

- To dopiero pierwszy dzień upałów i ludzie nie reagują tak mocno. Będzie gorzej, gdy wysoka temperatura utrzyma się przez kilka dni – dodaje Dagmara Książek ze stacji pogotowia w Gliwicach. Pożarów związanych z wysychaniem leśnej ściółki obawiają się już śląscy strażacy.

- Od kilku lat w rejonach miasta najbardziej oddalonych od terenów zielonych przebudowujemy skwery. Fontanny powstały już na placach Wolności, prymasa Hlonda czy obok Urzędu Stanu Cywilnego. Siadając w ich pobliżu łatwiej przetrwać największy upał – uważa Waldemar Bojarun, rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Katowicach.

Wtedy było najcieplej
Najwyższą temperaturę zanotowano w Katowicach w sierpniu 1992 r. Termometry wskazywały wtedy 36 stopni Celsjusza. W czerwcu najwyższa temperatura w stolicy Górnego Śląska wyniosła wówczas 33,8 stopnia Celsjusza.

Pić się chce, ale…
To, czy się napijesz zależy od przepisów i od szefa
W czasie upałów, na przygotowane przez pracodawcę napoje chłodzące, mogą liczyć przede wszystkim osoby pracujące na zewnątrz budynku. W biurach sprawa jest już bardziej skomplikowana.

- Ogólnie kwestię tę reguluje rozporządzenie Rady Ministrów z 26 maja 1996 roku – tłumaczy Alicja Chmiel, rzecznik prasowy Okręgowego Inspektoratu Pracy w Katowicach. – Napoje przysługują osobom pracującym na otwartej przestrzeni, jeśli temperatura powietrza przekracza 25 stopni Celsjusza. W przypadku zamkniętych pomieszczeń, temperatura przy stanowisku pracy musi przekroczyć 28 stopni Celsjusza. Nie oznacza to jednak, że w dniu, gdy zrobi się gorąco, pracodawca jest automatycznie zobowiązany do dostarczenia napojów – zastrzega Alicja Chmiel.

Ciężarówki stop!
Pojazdy o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 12 ton nie będą mogły poruszać się od dzisiaj, w godzinach od 11.00 do 23.00 po drogach pięciu województw. Zakaz dotyczy województw: dolnośląskiego, śląskiego, opolskiego, małopolskiego i kujawsko-pomorskiego. Ograniczenia z powodu wysokich temperatur wpływających na rozmiękczenie asfaltu wprowadziła Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Obowiązuje on do odwołania.

W czasie upałów pamiętaj, że:
* Należy unikać przebywania na dworze czasie największego upału, czyli w godzinach od 11 do 14. Dotyczy to przede wszystkim osób starszych i mających problemy z krążeniem.
* Trzeba pić więcej, niż zwykle. W ciągu dnia należy wypić przynajmniej 1,5 litra płynów. Gdy prowadzi się aktywny tryb życia, nawet 4 litry. Nie jest wskazane picie napojów bardzo zimnych.
* Najlepiej pić wodę mineralną, gazowaną lub niegazowaną. Słodzone soki mogą powodować jedynie większe pragnienie. Należy unikać picia kawy.
* Starsze osoby i dzieci nie powinny wychodzić na dwór bez nakrycia głowy.
* Ubierając się, lepiej unikać ciemnych kolorów, zwłaszcza czarnego, który przyciąga promienie słoneczne.
* Należy ubierać się lekko, ale jednocześnie pamiętać, by zbytnio nie odsłaniać ramion. Dotyczy to głównie osób o jasnej karnacji lub mających znamiona na skórze.
* Nie należy pić alkoholu.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Wojskowy niewypał

Tuesday, June 18th, 2002

Niewypał, który robotnicy znaleźli przy ul. Brzozowej w Katowicach był uzbrojony i w każdej chwili groził wybuchem. Po naszej interwencji, wczoraj rano saperzy zabrali pocisk, który przez cały weekend leżał pod oknami kamienicy. Trwało to tak długo, bo żołnierz, który przyjmował zgłoszenie… zapomniał przekazać informację przełożonemu.

Jak już informowaliśmy, pocisk znaleziono w sobotę rano podczas robót ziemnych. Wygrzebali go z ziemi robotnicy, którzy wymieniali rury wodociągowe. Chociaż natychmiast powiadomili policję, niewypał leżał pod blokiem mieszkalnym przez dwa dni.

72 godziny to teoria
- Ja o całej sprawie dowiedziałem się dopiero dzisiaj rano – powiedział nam wczoraj starszy plutonowy Ireneusz Kwiatkowski z patrolu rozminowania 23. Brygady Obrony Terytorialnej w Gliwicach. – Pracowałem w weekend, byłem uchwytny, mój kolega też miał służbę. Nikt nas nie powiadomił o tym niewybuchu. Teoretycznie mamy 72 godziny na reakcję, w rzeczywistości przyjeżdżamy tak szybko, jak to możliwe. Zawsze mamy dyżury. W razie nagłej sytuacji ściągają nas z domu.

Zapisał i zapomniał
- Jeszcze w sobotę zgłosiliśmy sprawę saperom – mówi komisarz Andrzeja Wawrzonek, zastępca komendanta II Komisariatu Policji w Katowicach. – Tak jak wymaga procedura przez cały czas pilnowaliśmy terenu. Dwóch ludzi czuwało nad tym, by nikt nie zbliżał się do zagrożonego terenu.

Jak to się stało, że groźny niewypał przez dwa dni leżał w centrum miasta? – Wygląda na to, że pomocnik oficera dyżurnego zaniedbał sprawę – mówi podpułkownik Sławomir Konofol, szef szkolenia brygady OT w Gliwicach. – Około godz. 13 w sobotę zapisał w zeszycie zgłoszenie policji, ale nie powiadomił o tym oficera. Gdyby to zrobił, saperzy z pewnością zadziałaliby szybciej. To młody żołnierz, od niedawna w naszej jednostce. Oczywiście wyciągniemy wnioski z tego incydentu. I zrobimy wszystko, by to się nigdy nie powtórzyło.

Pamiątki wojenne
Co roku na Śląsku z ziemi wyciąga się ok. 1000 pocisków podobnych do tego, który wczoraj zabezpieczyli saperzy w Katowicach. Najczęściej znajdują je pracownicy firm budowlanych. – Co ciekawe, im więcej czasu mija od wojny, tym więcej jest niewypałów – twierdzi podpułkownik Sławomir Konofol, szef szkolenia 23. Brygady Obrony Terytorialnej w Gliwicach. – Oczywiście nie rozmnażają się, tylko po prostu coraz więcej grzebie się w ziemi. Buduje się nowe drogi, domy, supermarkety. Tereny, które do tej pory leżały odłogiem stają się miejscami dużych inwestycji. A tego typu pamiątek wojennych jest jeszcze u nas bardzo dużo.

Cały skład amunicji
- Chociaż na Śląsku nie toczyły się jakieś wielkie działania wojenne, nasz teren jest naszpikowany różnego rodzaju niewypałami – twierdzi Tomasz Bajor z Centrum Zarządzania Kryzysowego, który przez 20 lat był saperem. – Miejsca, gdzie przebiegała linia frontu czy były pola minowe zostały w większości oczyszczone zaraz po wojnie. U nas Niemcy przede wszystkim się bronili. Przygotowywali do natarcia Rosjan. Dlatego tworzyli niezliczone ilości składów amunicji, magazynów. Potem uciekli i nikt nie notował, gdzie one się znajdują. Pamiętam, że w latach 70. na terenie Huty Kościuszko w Chorzowie chciano wybudować warsztaty samochodowe. Kiedy zaczęli kopać, okazało się, że w ziemi jest cały skład amunicji moździerzowej i min. Rozbrajaliśmy to chyba przez tydzień. To o wiele bardziej groźne znaleziska, bo pociski są w doskonałym stanie, zakonserwowane i gotowe do użycia.

Gdyby bomba wybuchła…
Ucierpiałby budynek
Saperzy, którzy wczoraj rano zabrali niewypał, stwierdzili, że jest to pocisk artyleryjski z czasów II wojny światowej. Był mocno skorodowany i uzbrojony. – Najgorsze jest to, że zapalnik jest mocno uszkodzony – dodał st. plut. Kwiatkowski. – Przy nieostrożnym obchodzeniu mógł detonować. Co by się wtedy stało? Na pewno ucierpiałby budynek, ale trudno powiedzieć w jakim stopniu. Sprawdziłem cały teren, nie sądzę, by w ziemi znajdowało się coś jeszcze. Niestety nie mogłem użyć wykrywacza metali, bo tędy biegną rury.

Dlaczego policjanci nie zajęli się niewypałem leżącym pod blokiem?
Odpowiada asp. Janusz Jończyk z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach:
Nasi pirotechnicy wyjeżdżają zazwyczaj do akcji, gdzie podłożono ładunki wybuchowe nowego typu. Gdzie jest podejrzenie, że ktoś podłożył bombę, znaleziono podejrzany pakunek. Wszelkie materiały pochodzenia wojskowego zostawiamy saperom. Szczególnie dotyczy to niewybuchów z czasów wojny. Tym mogą zajmować się tylko żołnierze. Gdy ktoś natknie się na coś, co może być niewypałem, pod żadnym pozorem nie może go na własną rękę wyciągać czy przesuwać. Należy natychmiast wezwać policję. Policjanci zabezpieczą teren i powiadomią odpowiednie służby.

Tylko wczoraj śląscy saperzy zabezpieczali niewypały w czterech różnych miejscach regionu, m. in. w Pszczynie, Żorach (pocisk moździerzowy w ciepłowni) i Katowicach. – Przede wszystkim brakuje nam sprzętu – twierdzi chorąży Tomasz Znojkiewicz, Dowódca patrolu nr 29 w Brygadzie OT w Gliwicach. – Nasze samochody powoli dożywają swoich dni, a o nowych na razie nie ma co marzyć.

Dużym utrudnieniem dla śląskich saperów jest też fakt, że nie mają miejsca, w którym można by detonować niewypały. Na razie wykorzystują poligon w Łambinowicach aż za Opolem. – To dla nas duży kłopot. Tracimy wiele czasu na dojazdy – mówi podpułkownik Sławomir Konofol, z jednostki wojskowej w Gliwicach. – Już kilkakrotnie zwracaliśmy się do wojewody o wyznaczenie odpowiedniego terenu, gdzieś bliżej. Niestety bez rezultatu. W ogóle nie możemy liczyć na wsparcie ze strony samorządów. Zgodnie z przepisami władze np. miejskie powinny nam pomagać w trudniejszych akcjach, w tym np. dawać ludzi do przeszukiwania większego terenu. W rzeczywistości wszystko robimy sami i trwa to wiele godzin.
O tym, że saperów powinno być na Śląsku więcej, jest przekonany Tomasz Bajor z Centrum Zarządzania Kryzysowego Wojewody. – Kiedy pracowałem przy rozminowaniu, na samą aglomerację katowicką były trzy patrole – mówi Bajor. – Wszyscy mówią o sprzęcie, ale tak naprawdę w pracy sapera nadal najważniejsze jest wyczucie i ręce. Zawsze będzie to zawód bardzo niebezpieczny.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Weselny orszak na policyjnym sygnale przyczynił się do stłuczki

Wednesday, June 12th, 2002

Krzysztof Młynarski z Katowic jechał w sobotę do Ostrawy. Po godz. 13 mijał skrzyżowanie Mikołów Mokre.

- Przede mną jechał mercedes. Mieliśmy zielone światło. Nagle na skrzyżowanie wtargnęły radiowozy policyjne udekorowane balonami. Jeden otwierał kolumnę, w środku jechał samochód z napisem “nowożeńcy”, potem następny radiowóz. Konwój przejeżdżał na sygnale. Policjanci włączyli koguta, gdy wjeżdżali na skrzyżowanie. Mieli czerwone światło. Jadący przede mną kierowca mercedesa gwałtownie zahamował na widok wozów policyjnych. Nie zdążyłem wyhamować. Moje clio uderzyło w tył samochodu – opowiada Młynarski.

Policjanci widzieli, że doszło do kolizji. – Zwolnili, spojrzeli i pojechali w stronę restauracji “Pod beczką” – mówi Młynarski.

Zadzwonił na policję w Mikołowie. Poinformował o stłuczce. – Dowiedziałem się od oficera dyżurnego, że wszystkie wozy są na akcji – relacjonuje. Czekał ponad godzinę na środku skrzyżowania, aż przyjedzie radiowóz. – Zapytałem o weselny konwój. Wtedy wkurzony policjant chciał mi zabrać prawo jazdy. Wmawiał mi, że mam problemy ze wzrokiem i miałem przewidzenia. Opowiadał, że policjanci jechali na akcję i wmieszali się w konwój weselników. Był zirytowany, że do stłuczki wzywam policję – opowiada Młynarski.

Jego relację potwierdza trzech świadków. Młynarski dostał mandat 300 zł. Przeprowadził własne śledztwo.

Tuż po zdarzeniu pojechał do restauracji “Pod Beczką”. Obsługa lokalu i kelnerzy potwierdzili, że orszak konwojowały radiowozy policyjne, a w lokalu odbywa się wesele policjanta z Mikołowa.

- Policja wymusiła pierwszeństwo. Mogło dojść do poważnego wypadku. Mam potłuczony samochód i kupę wydatków. Tylko kto z policją wygra? – zastanawia się Młynarski.

- Faktycznie, nasz kolega w sobotę żenił się – potwierdza Bogusław Łuczyk z Komendy Powiatowej Policji w Mikołowie. – Raz w życiu człowiek się żeni i nie możemy zrobić koledze przysługi?! Nasze dwa radiowozy konwojowały orszak od kościoła ewangelickiego w Mikołowie do restauracji “Pod Beczką”. To zaledwie kilometr drogi. W tym czasie mieliśmy patrole w mieście, nie było takiej sytuacji, że policjanci bawili się na weselu kolegi – mówi Bogusław Łuczyk.

- Policja nie wiąże tych zdarzeń ze sobą – tłumaczy zapytany o wymuszenie przez konwój weselników pierwszeństwa przejazdu. – Jeśli poszkodowany ma inną wersję zdarzeń niech napisze skargę do komendanta.
Nazwisko bohatera zostało zmienione na jego prośbę

Źli policjanci
Według statystyk Komendy Głównej Policji w całym kraju pracuje 101 tys. funkcjonariuszy. W ub. roku ponad 5 tys. policjantów popełniło przewinienia. Ukarano 2855.
362 policjantów zostało objętych postępowaniem karnym, z czego 78 przypadków dotyczy łapownictwa, 91 to nadużycia i niedopełnienie obowiązków, za oszustwa i kradzieże odpowiada 60 osób.

Kiedy policja używa sygnałów dźwiękowych:
* gdy istnieje zagrożenie naruszenia porządku i bezpieczeństwa publicznego
* w czasie akcji ratunkowej
* dla zapewnienia bezpieczeństwa podczas wypadku lub kolizji
* podczas konwoju zatrzymanych osób lub środków pieniężnych.

Autor artykułu: Renata Cius

Marian B. wybrał sobie okrutną śmierć

Tuesday, June 11th, 2002

Śmierć przez samospalenie to najokrutniejszy sposób odebrania sobie życia. Nie jest wynikiem impulsu, ale efektem precyzyjnie ułożonego scenariusza. Marian B. już od wielu tygodni wiedział, jak się zabije. Miejsce, które wybrał sobie na śmierć, odwiedzał pewnie wiele razy.

To niemożliwe!
Na klatce schodowej rozmawia dwóch chłopaków. Nie wiedzą, że ich sąsiad z czwartego piętra Marian B. wylał na siebie w nocy z soboty na niedzielę litr benzyny i podpalił zapalniczką, że płonął jak pochodnia pod pomnikiem Powstańców Śląskich w Katowicach, że krzyczał “nie chcę żyć, nie chcę”.

- To niemożliwe – Kamil kręci głową. – Jak jeździłem do szkoły, to go często widziałem – twierdzi 16-letni Daniel. – Chodził taki pochylony i cały czas obgryzał paznokcie. Widać było, że coś go martwi. Nawet się nad tym zastanawiałem. Ale żeby samobójstwo… Przedmieście Mikołowa, małe osiedle, kilka bloków. Powietrze ciężkie, jak to przed burzą. Dzieciaki wrzeszczą zjeżdżając z górki na deskorolce.

List do najbliższych
W mieszkaniu pod dwudziestką drzwi otwiera niewysoka brunetka. Żona Mariana B. Nie chce rozmawiać, nie teraz, nie dziś, może wcale.

List pożegnalny schował do teczki prokurator. Kawałek kartki Marian B. ukrył głęboko w torbie, którą położył na ziemi, w bezpiecznej odległości od ognia. – To bardzo osobiste wyznanie, przeznaczone tylko dla żony i dzieci – mówi Magdalenia Szymańska-Mizera z katowickiej policji. – To nie są słowa dla osób niepowołanych. Trzeba chronić prywatność rodziny. Żona Mariana B. dostała kopię listu. Wczoraj policjanci nie mieli sumienia jej przesłuchać. Była roztrzęsiona, wybuchała płaczem. Czy przypuszczała, że mąż chce sobie odebrać życie? Czy zauważyła, że dziwnie się zachowywał? Czy miała jakąkolwiek szansę, by mu pomóc, by wyrwać go z pułapki?

Wybrał ból
Życie można sobie odebrać na wiele sposobów. Zwykle samobójcy wybierają ten, który najmniej boli. Samospalenie to jeden z najokrutniejszych i najbardziej skutecznych sposobów. Człowiek skazuje się na ogromny ból i wie, że szanse na ratunek są niewielkie.

- Można odebrać sobie życie pod wpływem impulsu. Zwykle czynią tak osoby młode. Nie myślą, działają, skaczą z okien, wieszają się – mówi prof. Irena Krupka-Matuszczyk, psychiatra z katowickiej kliniki. – W tym przypadku był to czyn przemyślany. Mężczyzna ten wybrał sobie miejsce, gdzie chce umrzeć, przygotował cały scenariusz.

Zanim Marian B. podszedł w nocy pod pomnik, musiał kupić benzynę, wcześniej napisać pożegnalny list. Musiał wykonać kilka czynności, które krok po kroku przybliżały do śmierci.

Stan psychiczny samobójcy to z jednej strony wielki wewnętrzny niepokój, z drugiej ogromna pewność zaplanowanych czynów.

Marian B. stracił pracę. Czuł się niepotrzebny, bezwartościowy. Nie miał pieniędzy, za które mógłby utrzymać rodzinę. A to przecież obowiązek, męski honor. Kiedyś czasy były lepsze. Był majstrem na budowie, z wypłatą co miesiąc i pewną przyszłością.

Ale wszystko się zawaliło, a on już nie dał rady walczyć o każdy kolejny dzień. Zamknął się w sobie. Był w głębokiej depresji. Poprzez śmierć w płomieniach, chciał też skrzywdzić samego siebie. Płonął w samotności. Tak właśnie miało być. Bez świadków.

Ale zauważono go. Parkingowy spod hotelu Katowice myślał w pierwszej chwili, że to pokaz sztucznych ogni. Próbował go ugasić, rozebrał. Syntetyczna koszula, w którą był ubrany Marian B., stopiła się ze skórą.

To ja sam
- Tego wypadku nie można nazwać manifestacją – ocenia prof. Krupka-Matuszczyk. Manifestacją była śmierć czeskiego studenta Jana Palacha, który protestował przeciwko systemowi i komunistycznej władzy.

Marian B. podpalił się w nocy. Liczył, że nikt go nie uratuje, że nikt go nie zobaczy. Nie był to krzyk rozpaczy, który miał usłyszeć cały świat. To był osobisty protest 52-letniego człowieka, który uznał, że jego życie nie ma już sensu.

Kiedy do siemianowickiego Centrum Oparzeń, przywieziono Mariana B., przez chwilę był przytomny. – To ja sam – wyszeptał. Stracił przytomność. Ostra niewydolność oddechowa. Wczoraj przestały pracować nerki. Zawsze tak jest u poparzonych. Najdelikatniejsze narządy: nerki, płuca, szpik tracą swoją moc. Marian B. ma spalone 95 proc. powierzchni ciała. Jego stan jest krytyczny. Prawie żadnych szans na ratunek.

W siemianowickim Centrum Leczenia Oparzeń przypadek Mariana B. nie jest pierwszy i, niestety, chyba nie ostatni. – Coraz częściej dochodzi do samopodpaleń – mówi dr Piotr Wróblewski. – Przyczyną jest najczęściej trudna sytuacja materialna.

Cztery lata temu na stacji benzynowej w Chorzowie podpalił się młody mężczyzna. Do tej pory nie wiadomo, jak się nazywał. Nikt go potem nie szukał. Został po nim zegarek, którego nie strawił ogień i dokładny opis DNA.

Autor artykułu: Agata Pustułka