Śmierć przez samospalenie to najokrutniejszy sposób odebrania sobie życia. Nie jest wynikiem impulsu, ale efektem precyzyjnie ułożonego scenariusza. Marian B. już od wielu tygodni wiedział, jak się zabije. Miejsce, które wybrał sobie na śmierć, odwiedzał pewnie wiele razy.
To niemożliwe!
Na klatce schodowej rozmawia dwóch chłopaków. Nie wiedzą, że ich sąsiad z czwartego piętra Marian B. wylał na siebie w nocy z soboty na niedzielę litr benzyny i podpalił zapalniczką, że płonął jak pochodnia pod pomnikiem Powstańców Śląskich w Katowicach, że krzyczał “nie chcę żyć, nie chcę”.
- To niemożliwe – Kamil kręci głową. – Jak jeździłem do szkoły, to go często widziałem – twierdzi 16-letni Daniel. – Chodził taki pochylony i cały czas obgryzał paznokcie. Widać było, że coś go martwi. Nawet się nad tym zastanawiałem. Ale żeby samobójstwo… Przedmieście Mikołowa, małe osiedle, kilka bloków. Powietrze ciężkie, jak to przed burzą. Dzieciaki wrzeszczą zjeżdżając z górki na deskorolce.
List do najbliższych
W mieszkaniu pod dwudziestką drzwi otwiera niewysoka brunetka. Żona Mariana B. Nie chce rozmawiać, nie teraz, nie dziś, może wcale.
List pożegnalny schował do teczki prokurator. Kawałek kartki Marian B. ukrył głęboko w torbie, którą położył na ziemi, w bezpiecznej odległości od ognia. – To bardzo osobiste wyznanie, przeznaczone tylko dla żony i dzieci – mówi Magdalenia Szymańska-Mizera z katowickiej policji. – To nie są słowa dla osób niepowołanych. Trzeba chronić prywatność rodziny. Żona Mariana B. dostała kopię listu. Wczoraj policjanci nie mieli sumienia jej przesłuchać. Była roztrzęsiona, wybuchała płaczem. Czy przypuszczała, że mąż chce sobie odebrać życie? Czy zauważyła, że dziwnie się zachowywał? Czy miała jakąkolwiek szansę, by mu pomóc, by wyrwać go z pułapki?
Wybrał ból
Życie można sobie odebrać na wiele sposobów. Zwykle samobójcy wybierają ten, który najmniej boli. Samospalenie to jeden z najokrutniejszych i najbardziej skutecznych sposobów. Człowiek skazuje się na ogromny ból i wie, że szanse na ratunek są niewielkie.
- Można odebrać sobie życie pod wpływem impulsu. Zwykle czynią tak osoby młode. Nie myślą, działają, skaczą z okien, wieszają się – mówi prof. Irena Krupka-Matuszczyk, psychiatra z katowickiej kliniki. – W tym przypadku był to czyn przemyślany. Mężczyzna ten wybrał sobie miejsce, gdzie chce umrzeć, przygotował cały scenariusz.
Zanim Marian B. podszedł w nocy pod pomnik, musiał kupić benzynę, wcześniej napisać pożegnalny list. Musiał wykonać kilka czynności, które krok po kroku przybliżały do śmierci.
Stan psychiczny samobójcy to z jednej strony wielki wewnętrzny niepokój, z drugiej ogromna pewność zaplanowanych czynów.
Marian B. stracił pracę. Czuł się niepotrzebny, bezwartościowy. Nie miał pieniędzy, za które mógłby utrzymać rodzinę. A to przecież obowiązek, męski honor. Kiedyś czasy były lepsze. Był majstrem na budowie, z wypłatą co miesiąc i pewną przyszłością.
Ale wszystko się zawaliło, a on już nie dał rady walczyć o każdy kolejny dzień. Zamknął się w sobie. Był w głębokiej depresji. Poprzez śmierć w płomieniach, chciał też skrzywdzić samego siebie. Płonął w samotności. Tak właśnie miało być. Bez świadków.
Ale zauważono go. Parkingowy spod hotelu Katowice myślał w pierwszej chwili, że to pokaz sztucznych ogni. Próbował go ugasić, rozebrał. Syntetyczna koszula, w którą był ubrany Marian B., stopiła się ze skórą.
To ja sam
- Tego wypadku nie można nazwać manifestacją – ocenia prof. Krupka-Matuszczyk. Manifestacją była śmierć czeskiego studenta Jana Palacha, który protestował przeciwko systemowi i komunistycznej władzy.
Marian B. podpalił się w nocy. Liczył, że nikt go nie uratuje, że nikt go nie zobaczy. Nie był to krzyk rozpaczy, który miał usłyszeć cały świat. To był osobisty protest 52-letniego człowieka, który uznał, że jego życie nie ma już sensu.
Kiedy do siemianowickiego Centrum Oparzeń, przywieziono Mariana B., przez chwilę był przytomny. – To ja sam – wyszeptał. Stracił przytomność. Ostra niewydolność oddechowa. Wczoraj przestały pracować nerki. Zawsze tak jest u poparzonych. Najdelikatniejsze narządy: nerki, płuca, szpik tracą swoją moc. Marian B. ma spalone 95 proc. powierzchni ciała. Jego stan jest krytyczny. Prawie żadnych szans na ratunek.
W siemianowickim Centrum Leczenia Oparzeń przypadek Mariana B. nie jest pierwszy i, niestety, chyba nie ostatni. – Coraz częściej dochodzi do samopodpaleń – mówi dr Piotr Wróblewski. – Przyczyną jest najczęściej trudna sytuacja materialna.
Cztery lata temu na stacji benzynowej w Chorzowie podpalił się młody mężczyzna. Do tej pory nie wiadomo, jak się nazywał. Nikt go potem nie szukał. Został po nim zegarek, którego nie strawił ogień i dokładny opis DNA.
Autor artykułu: Agata Pustułka