Miejska firma przewozowa nie rozwija się. Nie ma nowych autobusów, stare zaczynają się sypać. Kierowcy narzekają, a pasażerowie cierpią, bo w rozkładach jazdy pojawiają się dziury. Dyrekcja tłumaczy się brakiem pieniędzy.
- Jeszcze rok temu chciało mi się po godzinach pucować autobus. Teraz nawet kupa śmieci w nim nie potrafi mnie wzruszyć – wyznaje długoletni kierowca. Inny dodaje: – Przecież rozkłady powinno się układać dla pasażerów, a u nas tworzy się je z powietrza.
Nasi rozmówcy nie zgadzają się na ujawnienie ich nazwisk w gazecie. – Na drugi dzień już byśmy nie pracowali – mówią.
Złe rozkłady
Z ust kierowców padają przykłady niekompetencji szefów MZK. Po pierwsze: rozkłady jazdy. Bywa, że te wywieszone na przystankach nie zgadzają się z planami jazdy kierowców, tzw. “kursówkami”. Na przykład spod hipermarketu Auchan autobus odjeżdża o 5.50, a na rozkładzie jazdy na przystanku tego kursu nie ma. Ten sam rozkład informuje, że kolejny autobus odjeżdża o 7.50. W rzeczywistości kierowca rusza 10 minut później, bo tak mu każe “kursówka”. W innych przypadkach, jak twierdzą nasi informatorzy, kierowcy zmuszeni są przekraczać przepisy o ruchu drogowym. – Czas przejazdu od przystanku do przystanku wzięty jest z sufitu – mówią kierowcy. – Żeby zdążyć, musimy jeździć przekraczając dozwoloną prędkość.
Wydawałoby się, że na najbardziej obciążonych liniach liczba autobusów powinna wzrastać. Nic z tego. W ciągu ostatnich lat z linii nr 10 zabrano dwa autobusy. Teraz jeździ na niej tylko sześć wozów. Podobnie jest z linią nr 4. Z linii nr 1 wycofano jeden autobus, pozostawiając pięć. – I to ma być dbałość o pasażerów? – dziwią się kierowcy. – Przecież to my wysłuchujemy od ludzi, że mamy ich gdzieś!
Pobłażanie dla gapowiczów
“Dwunastka” jest linią eksperymentalną. Dyrekcja zarządziła, że do autobusu ludzie wsiadać będą tylko przednimi drzwiami. Mają pokazywać kierowcy bilety. – W praktyce nie zdaje to egzaminu – przekonuje jeden z kierowców. – Ludzie pchają się do wyjścia, inni chcą wchodzić. Jak w takim tłumie sprawdzić komuś bilet? Jeżdżą więc na gapę.
Gapowiczów jest coraz więcej. Ludzie mają sposoby na oszukiwanie kontrolerów. Trzymają bilety w pogotowiu. Gdy do autobusu wchodzi kontroler, udają, że właśnie idą do kasownika. – Albo przekonują, że nie mogli u kierowcy kupić biletu, bo nie miał wydać z pięćdziesięciozłotowego banknotu – tłumaczy kierowca. – Często zresztą gapowicz płaci kontrolerowi parę złotych do ręki i ma spokój.
Tylko narzekają
Dariusz Kraus, dyrektor Miejskiego Zakładu Komunikacji załamuje ręce. – Niektórzy kierowcy potrafią tylko narzekać – denerwuje się. – Prawda jest taka, że nikomu się nie dogodzi. Oni myślą, że są bogami. Że nie mam nic innego do roboty, tylko im dogadzać.
Kraus odpiera zarzuty: Że częstotliwość kursów jest mniejsza? Bo spada liczba pasażerów. Że “kursówki” nie pokrywają się z rozkładami na przystankach? Tak się może zdarzyć, ale to wyjątki. Że czasy przejazdów są źle wyliczone? Na korki uliczne nie ma rady.
- Nasz prawdziwy problem jest taki, że spada sprzedaż biletów – twierdzi dyrektor. – I tu jest pies pogrzebany.
Kraus pokazuje tabelę. W 1996 roku MZK sprzedał 19 mln biletów, a w 2001 już tylko 11,5 mln. – Możemy więc albo skracać linie, zmniejszać częstotliwość kursów, albo oczekiwać, że miasto da nam więcej pieniędzy – wyjaśnia. – Ale to ostatnie jest raczej niemożliwe. Pieniędzy po prostu nie ma.
Z tego też powodu od trzech lat MZK nie kupił nowego autobusu.
Autor artykułu: Krzysztof Oremus