Dziś mieszkańcy Aleksandrowa wytykają urzędnikom, że nie potrafili powstrzymać właściciela firmy “Izomer” od zwożenia tu toksycznych odpadów. Wreszcie Dariusz T. zniknął, a ekologiczna bomba pozostała.
Teraz to się szum zrobił, z Warszawy przyjechali. I telewizje ze trzy już tu były. I nic tylko “Izomer” – mówi starszy mężczyzna spotkany na drodze. – W bagno wchodzicie. To mocny człowiek, ma znajomości nawet w ministerstwie – ostrzega.
Z dala od ludzi
Ludzie w Aleksandrowie pamiętają jak za komuny teren był strzeżony, bo w tamtej fabryczce robili dla wojska materiały wybuchowe. Potem powstała spółdzielnia “Chemina”.
- Sama tam pracowałam – mówi Zofia Lubczyńska, żona sołtysa. – Szare mydło tam robili.
Gdy “Chemina” upadła, w 1994 roku ktoś wpadł na pomysł, żeby tu rtęciówki niszczyć. Ale ludzie drogę zablokowali i nie pozwolili. – A potem przyszedł ten truciciel – mówi pan Władek, który nie chce by go wymieniać po nazwisku.
- Jak ciężarówki jechały przez wieś, to nie dało się tego nie zauważyć – przypomina sobie Marzena Matysiak. – No i znowu zaczęliśmy się burzyć.
- Bo to nie było tak, że patrzyliśmy, jak coś wożą i nic nas nie obchodziło – Zofia Lubczyńska pokazuje jeden z wielu protokołów z zebrań wiejskich.
Na jednym z nich, w 1996 roku pojawił się właściciel “Izomeru” Dariusz T. Mówił, będzie produkował pustaki i różne betonowe elementy z małą domieszką odpadów pogalwanicznych. Zapewniał, że przy jego produkcji nikomu nic nie będzie grozić. Dodawał, że ziemię skaziła “Chemina”.
- Nie zostawiliśmy żadnych szkodliwych odpadów – zarzeka się Stanisław Kędzior, ostatni prezes “Cheminy”. ? Myśmy produkowali mydło. Ale ostrzegałem ludzi, że odpady pogalwaniczne są szkodliwe dla zwierząt i ludzi.
Jakub Mołek dowiedział się wtedy od Dariusza T., że ten w 1996 roku na terenie “Izomeru” zakopał 120 ton odpadów.
Na początku Urząd Miasta i Gminy Koniecpol w porozumieniu z ówczesnym wojewódzkim inspektorem ochrony środowiska w Częstochowie wydał zgodę na produkcję pustaków z 20?procentowym dodatkiem odpadów pogalwanicznych. Po miesiącu urząd miasta zmienił zdanie i zwrócił się do władz wojewódzkich, by cofnęły decyzję.
Bez echa…
Jechały z różnych stron
I ciężarówki nadal jeździły do “Izomeru”. Pan Jan stawał wówczas w oknie i zapisywał numery rejestracyjne. – Zgorzelec, Legnica, Lublin, Rzeszów…. – wylicza dziś. Tygodniowo przejeżdżało kilka 20-tonowych ciężarówek. Biegał do sołtysa, a potem razem walili do burmistrza.
Burmistrz Józef Kałuża nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Zasłania się nawałem obowiązków, odsyła do wydziału ochrony środowiska. Zofia Nowak pokazuje korespondencję do inspekcji sanitarnej, Urzędu Wojewódzkiego w Częstochowie, potem w Katowicach, do Ministerstwa Ochrony Środowiska. Dariuszowi T. słano pouczenia, nakazy… – Nie dostaliśmy odpowiedzi – mówi Zofia Nowak.
- Gmina postawiła znak zakazu wjazdu na drogę w lesie samochodów powyżej 1,5 tony – mówi jeden z mieszkańców. – Jak wjechała tam ciężarówka, to dzwoniliśmy na policję w Koniecpolu. Nigdy nie przyjechali.
Dozorcom wara
Ukryty w lesie “Izomer” był chroniony przed ciekawskimi. Dariusz T. zatrudniał tylko kilku miejscowych jako dozorców.
- Nie patrzyłem co tam przywożą – mówi dziś Józef Ślęzak. – Przywozili swoich ludzi do zagrzebywania. Kiedyś jeden kierowca powiedział, że za 10 ton świństwa jego firma płaciła prezesowi 100 tysięcy.
Dziś Dariusz T. jest nieuchwytny nawet dla policji. Od roku ciężarówki już nie wożą do Aleksandrowa odpadów. Właściciel porzucił interes w maju i zwolnił dozorców. Zniknął, gdy starostwo częstochowskie dało mu nakaz zlikwidowania składowska. Gdy kilka dni temu za składowisko wzięły się służby ochrony środowiska na osadę Pniaki padł strach.
- Straszne świństwa tu spalali. Jak wiatr zawiał, to na podwórze nie dało się wyjść, tak w oczy szczypało – mówią sąsiedzi “Izomeru”. I zastanawiają się, czy choroby, które ich dręczą to wynik składowania tu odpadów.
- Tu nie ma kanalizacji, wszyscy korzystają ze studni z wód gruntowych. A jeśli ta woda zatruta? – pytają mieszkańcy najbliższych domów.
- U nas ze trzy lata temu Sanepid badał wodę w studni – przypomina sobie sołtysowa z Aleksandrowa. – Mówili, że można ją pić, tylko nie dawać małym dzieciom.
- Pewnie, że się boję. O dzieci zwłaszcza – mówi Jarosław Znojek – Nie wiem czy studnię głębinową kopać. Kogo zresztą będzie na to stać? Powinni nam tę wodę zbadać jak najszybciej. Cholera wie jaki nam ten człowiek los zgotował. I popatrz pan, toż to lekarz z wykształcenia.
Sąsiedzi “Izomeru” od lat bezskutecznie walczyli z nielegalnym składowiskiem niebezpiecznych odpadów. Dziś boją się o swoje zdrowie i życie.
Autor artykułu: Marek Mamoń