Archive for July, 2002

Nikt nas nie słuchał

Monday, July 29th, 2002

Dziś mieszkańcy Aleksandrowa wytykają urzędnikom, że nie potrafili powstrzymać właściciela firmy “Izomer” od zwożenia tu toksycznych odpadów. Wreszcie Dariusz T. zniknął, a ekologiczna bomba pozostała.

Teraz to się szum zrobił, z Warszawy przyjechali. I telewizje ze trzy już tu były. I nic tylko “Izomer” – mówi starszy mężczyzna spotkany na drodze. – W bagno wchodzicie. To mocny człowiek, ma znajomości nawet w ministerstwie – ostrzega.

Z dala od ludzi
Ludzie w Aleksandrowie pamiętają jak za komuny teren był strzeżony, bo w tamtej fabryczce robili dla wojska materiały wybuchowe. Potem powstała spółdzielnia “Chemina”.
- Sama tam pracowałam – mówi Zofia Lubczyńska, żona sołtysa. – Szare mydło tam robili.

Gdy “Chemina” upadła, w 1994 roku ktoś wpadł na pomysł, żeby tu rtęciówki niszczyć. Ale ludzie drogę zablokowali i nie pozwolili. – A potem przyszedł ten truciciel – mówi pan Władek, który nie chce by go wymieniać po nazwisku.

- Jak ciężarówki jechały przez wieś, to nie dało się tego nie zauważyć – przypomina sobie Marzena Matysiak. – No i znowu zaczęliśmy się burzyć.

- Bo to nie było tak, że patrzyliśmy, jak coś wożą i nic nas nie obchodziło – Zofia Lubczyńska pokazuje jeden z wielu protokołów z zebrań wiejskich.

Na jednym z nich, w 1996 roku pojawił się właściciel “Izomeru” Dariusz T. Mówił, będzie produkował pustaki i różne betonowe elementy z małą domieszką odpadów pogalwanicznych. Zapewniał, że przy jego produkcji nikomu nic nie będzie grozić. Dodawał, że ziemię skaziła “Chemina”.

- Nie zostawiliśmy żadnych szkodliwych odpadów – zarzeka się Stanisław Kędzior, ostatni prezes “Cheminy”. ? Myśmy produkowali mydło. Ale ostrzegałem ludzi, że odpady pogalwaniczne są szkodliwe dla zwierząt i ludzi.
Jakub Mołek dowiedział się wtedy od Dariusza T., że ten w 1996 roku na terenie “Izomeru” zakopał 120 ton odpadów.
Na początku Urząd Miasta i Gminy Koniecpol w porozumieniu z ówczesnym wojewódzkim inspektorem ochrony środowiska w Częstochowie wydał zgodę na produkcję pustaków z 20?procentowym dodatkiem odpadów pogalwanicznych. Po miesiącu urząd miasta zmienił zdanie i zwrócił się do władz wojewódzkich, by cofnęły decyzję.
Bez echa…

Jechały z różnych stron
I ciężarówki nadal jeździły do “Izomeru”. Pan Jan stawał wówczas w oknie i zapisywał numery rejestracyjne. – Zgorzelec, Legnica, Lublin, Rzeszów…. – wylicza dziś. Tygodniowo przejeżdżało kilka 20-tonowych ciężarówek. Biegał do sołtysa, a potem razem walili do burmistrza.
Burmistrz Józef Kałuża nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Zasłania się nawałem obowiązków, odsyła do wydziału ochrony środowiska. Zofia Nowak pokazuje korespondencję do inspekcji sanitarnej, Urzędu Wojewódzkiego w Częstochowie, potem w Katowicach, do Ministerstwa Ochrony Środowiska. Dariuszowi T. słano pouczenia, nakazy… – Nie dostaliśmy odpowiedzi – mówi Zofia Nowak.

- Gmina postawiła znak zakazu wjazdu na drogę w lesie samochodów powyżej 1,5 tony – mówi jeden z mieszkańców. – Jak wjechała tam ciężarówka, to dzwoniliśmy na policję w Koniecpolu. Nigdy nie przyjechali.

Dozorcom wara
Ukryty w lesie “Izomer” był chroniony przed ciekawskimi. Dariusz T. zatrudniał tylko kilku miejscowych jako dozorców.

- Nie patrzyłem co tam przywożą – mówi dziś Józef Ślęzak. – Przywozili swoich ludzi do zagrzebywania. Kiedyś jeden kierowca powiedział, że za 10 ton świństwa jego firma płaciła prezesowi 100 tysięcy.

Dziś Dariusz T. jest nieuchwytny nawet dla policji. Od roku ciężarówki już nie wożą do Aleksandrowa odpadów. Właściciel porzucił interes w maju i zwolnił dozorców. Zniknął, gdy starostwo częstochowskie dało mu nakaz zlikwidowania składowska. Gdy kilka dni temu za składowisko wzięły się służby ochrony środowiska na osadę Pniaki padł strach.

- Straszne świństwa tu spalali. Jak wiatr zawiał, to na podwórze nie dało się wyjść, tak w oczy szczypało – mówią sąsiedzi “Izomeru”. I zastanawiają się, czy choroby, które ich dręczą to wynik składowania tu odpadów.

- Tu nie ma kanalizacji, wszyscy korzystają ze studni z wód gruntowych. A jeśli ta woda zatruta? – pytają mieszkańcy najbliższych domów.

- U nas ze trzy lata temu Sanepid badał wodę w studni – przypomina sobie sołtysowa z Aleksandrowa. – Mówili, że można ją pić, tylko nie dawać małym dzieciom.

- Pewnie, że się boję. O dzieci zwłaszcza – mówi Jarosław Znojek – Nie wiem czy studnię głębinową kopać. Kogo zresztą będzie na to stać? Powinni nam tę wodę zbadać jak najszybciej. Cholera wie jaki nam ten człowiek los zgotował. I popatrz pan, toż to lekarz z wykształcenia.

Sąsiedzi “Izomeru” od lat bezskutecznie walczyli z nielegalnym składowiskiem niebezpiecznych odpadów. Dziś boją się o swoje zdrowie i życie.

Autor artykułu: Marek Mamoń

Błyskawiczny lot

Saturday, July 27th, 2002

43 godziny i 35 minut potrzebował gołąb Wawrzyńca Widery z Żyglinka koło Miasteczka Śląskiego, aby przylecieć z Rzymu. Z najdłuższego tegorocznego lotu wrócił jako pierwszy. Pokonał 8630 konkurentów.

- Wszyscy myśleli, że gołębie przylecą później. Ale coś przeczuwałem! Chodziłem od okna do okna. Jem śniadanie, patrzę, a tu gołąb z Watykanu na dachu! Od razu wyskoczyłem jak oparzony – opowiada Wawrzyniec Widera, właściciel zakładu wodno-kanalizacyjnego w Żyglinku.
Gdy gołąb wróci z lotu, liczy się każda sekunda. Jak najszybciej trzeba mu zdjąć obrączkę i włożyć do specjalnego zegara. W ten sposób oblicza się czas lotu.

Gołąb przyleciał w czwartek o godz. 7.55. Z placu św. Piotra wypuszczono go we wtorek o godz. 13.20.

Ptak był bardzo zmęczony. Na powitanie pogruchał sobie z samiczką i usnął.
- Z naszego oddziału do Watykanu pojechały 53 gołębie 25 hodowców. Nie spodziewałem się, że ten będzie najszybszym lotnikiem. No, ale dwa dni wcześniej samiczka zniosła jajko, więc mu się spieszyło – opowiada Widera, właściciel 90 ptaków. Gołębiami zajmuje się od dzieciństwa. W Polskim Związku Hodowców Gołębi Pocztowych działa od 1979 roku. W 1997 roku zakładał oddział w Miasteczku Śląskim. Teraz jest najlepszy w sekcji Żyglinek, a trzeci w oddziale.

Do Watykanu pojechało pięć ptaków pana Widery. Hodowca nadal czeka na kuzynów zwycięzcy. – Wiem, który jest czyim ojcem, synem, kuzynem. Przynajmniej do 2-3 pokoleń. Każdego z daleka rozpoznaję. Bo nie ma identycznych gołębi. No chyba, że ktoś je sklonuje – przekonuje hodowca. Dlatego pamięta, że pradziadek zwycięzcy w 1994 roku, w cztery dni pokonał 1.360 km z francuskiego Le Havre.

Najszybszy na trasie z Watykanu gołąb nosi obrączkę numer 12.20. Nie ma własnego imienia. Niektórzy hodowcy nadają je każdemu ptakowi, ale pan Wawrzyniec nie jest zwolennikiem takiego rozwiązania. Ptak ma trzy lata. Co roku w konkursach odnosi po kilka sukcesów. W gołębniku ma własne gniazdo. Jest szczęśliwym ojcem jednego pisklęcia. Spodziewa się drugiego potomka, gdyż samiczka właśnie wysiaduje jajeczko. Właśnie dlatego tak mu się spieszyło do domu.

Autor artykułu: Jarosław Rybak

Były selekcjoner po raz pierwszy ujawnia, że chce kandydować na stanowisko prezesa Śląskiego Związku Piłki Nożnej

Friday, July 26th, 2002

Rozmowa z Antonim Piechniczkiem

Będzie pan kandydował na stanowisko prezesa Śląskiego Związku Piłki Nożnej?
Ostry początek… Zadam więc pytanie pomocnicze: rozmawiał pan już z kimś ze związku?

Z prezesem Rudolfem Bugdołem. Przyznał, że widziałby pana w strukturach związku. A rolę sam pan ma sobie wyznaczyć. Może zatrudniłby pana w Wydziale Szkolenia?
Nie ukrywam, że struktury szkoleniowe były, są i będą bliskie mojemu sercu. Ale jestem trenerem, który odszedł już od pracy warsztatowej. Jeśli mam jeszcze coś zrobić to problemy śląskiej piłki chciałbym oceniać szerzej, nie tylko w kontekście szkolenia. Przyznam szczerze, że w życiu dałem się wykorzystać dwóm osobom, mniejsza o nazwiska: podejmując się drugi raz pracy z reprezentacją i wchodząc do polskiego klubu. Tymczasem jestem człowiekiem spełnionym i podobnych błędów już nie popełnię. Stać mnie na to, by pracować na własny rachunek. Przez całe życie szedłem sam, nie chowam się za niczyje plecy.

A więc odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: tak?
Odpowiem inaczej: Kazimierz Górski gdy miał siedemdziesiąt lat został prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej. A ja mam dopiero sześćdziesiąt, nie czuję się wypalony i chyba mógłbym sporo dla piłki zrobić. I chciałbym, żeby była to funkcja bardzo odpowiedzialna, a nie tylko np. koordynatora do spraw szkoleniowych czy szefa Rady Trenerów w Katowicach. Ale sądzę też, że mojego wejścia na Francuską (siedziba Śl. ZPN – przyp. red.) wiele osób się obawia. Bo układy zostaną rozbite. Czasami po prostu trzeba przewietrzyć szatnie.

Nastąpiłaby zmiana warty?
Jestem z pokolenia piłkarzy, które nie załapało się na zaszczyty. Do partii nie musieli się zapisywać, do Solidarności nie zdążyli, później nie zaoferowano im godnych miejsc w klubach, które rozsławiali. To pokolenie w dużej mierze przegrane. A jest wśród nich wielu wartościowych i mądrych ludzi, których – myślę – zdołałbym za sobą pociągnąć w pozytywnym sensie tego słowa, czyli uwolnić ich energię i wiedzę.

Czy zapowiadane przez prezesa Bugdoła spotkanie doszło już do skutku?
Rozmowa była kulturalna i, powiedziałbym, grzecznościowa. Niewiele z niej wynikło konkretów. Prezes Bugdoł dał mi do zrozumienia, że nadal chętnie sprawowałby swoje stanowisko i będzie startował w kolejnych wyborach.

To jednak pana nazwisko znaczy w piłkarskim środowisku więcej niż nazwisko prezesa Bugdoła i jest często wymieniane właśnie w kontekście posady sternika piłki w naszym regionie.
Funkcja prezesa jest wybieralna i najpierw musi do tych wyborów dojść. Poza tym trzeba być bardzo ostrożnym w prognozach. Ale wsłuchuję się w ludzi, bo dziś prezesa nie przynosi się w teczce, musi on mieć poparcie. Przypuszczam zresztą, że kandydatów będzie więcej niż dwóch. Pan poseł Józef Kubica, który minimalnie przegrał poprzednio z Marianem Dziurowiczem, na pewno też ma swoje ambicje. Może ja będę tym trzecim, który ma coś więcej do zaoferowania. Przede wszystkim jednak poczekajmy cierpliwie na wybory, bo nie mam zamiaru za wszelką cenę wskakiwać w fotele.

Wspomniany Marian Dziurowicz w prywatnych rozmowach przyznawał, że jest pan jego głównym kandydatem na schedę po nim, choć zapewne nie przypuszczał, że dziedzictwo będzie do objęcia tak szybko. Prezes Bugdoł mówi, że jemu także wyjawił swoją wolę w chwili słabości, ale nie ujawni o kim była mowa. Czuje się pan spadkobiercą “Magnata”?
Nigdy na ten temat z nim nie rozmawiałem. Przyznam szczerze, że po tym jak po raz drugi przestałem być selekcjonerem, nasze drogi się rozeszły. On wrócił na Śląsk, ja wycofałem się z życia publicznego. Takich propozycji z jego ust nie słyszałem, ale nie ukrywam, że takie wieści bardzo mi pochlebiają. Przypuszczam zresztą, że nie było mu obojętne kto go zastąpi. Gdybym odchodząc z kadry miał wpływ na wybór następcy też optowałbym za postacią silną i z charyzmą, np. za Zbigniewem Bońkiem.

A jaki musi być prezes Śl. ZPN?
Musi mieć pomysł i siłę sprawczą, bo do zrobienia jest bardzo dużo. Trzeba też nawiązać współpracę z politykami. To od nich przecież zależy m. in. logiczna restrukturyzacja górnictwa, które ma wpływ na kondycję śląskiej piłki. A ona, czy się komuś podoba czy nie, oddziałuje na samopoczucie znacznej części mieszkających tu ludzi.
Dlatego trzeba bronić 16 drużyn w ekstraklasie. Bo przy 12 możemy doczekać się wkrótce czasów, że zostanie w niej jeden śląski zespół, albo nawet spadną wszystkie. A tu nie chodzi tylko o sport, ale o miejsca pracy.

Jak pan ocenia to, co dzieje się po śmierci Mariana Dziurowicza – czyli próbę zrzucenia na niego odpowiedzialności za niektóre działania?
Czuję niesmak, tak być nie powinno. Często mieliśmy różne zdania, ale na pewno “Magnat0 ma wiele zasług dla śląskiej piłki, jego bilans wychodzi na wielki plus.

A może nadszedł czas, by to pan wrócił do Katowic, a niektóre osoby wyjechały w Beskidy, by spokojniej i rozsądniej spojrzeć na wszystko z dystansu?
Rozumiem, że to żart, choć niezbyt daleki od prawdy. Przyznam się, że dopiero pracując daleko od Polski miałem czas na głębsze refleksje. To po pewnym czasie procentuje.

A do działalności w klubie pana nie ciągnie?
Po pracy w Górniku były pewne “sondaże”, m. in. z Wisły Kraków. Ale teraz, jeśli mam wrócić do piłki, interesuje mnie tylko to, by posiadać wpływ na najważniejsze decyzje. Nie chciałbym już firmować swoim nazwiskiem cudzej działalności czy wdawać się w dywagacje o wartości “gorącego kubka”.

Niektórzy twierdzą nawet, że woli pan karierę naukową niż działacza?
Współpracuję z uczelnią, ale o karierze naukowej bym nie mówił. Sądzę, że przede mną jeszcze trzy ważne ścieżki: właśnie AWF oraz Śląski Związek Piłki Nożnej i, może, PZPN? Np. w roli członka Zarządu czy w Wydziale Szkolenia. Kto wie…

Antoni Piechniczek
- ur. 3.05.1942 r. w Chorzowie. Jest jedynym trenerem, który dwukrotnie wprowadził reprezentację Polski do finałów mistrzostw świata. W 1982 roku w Hiszpanii zajął z nią 3. miejsce, cztery lata później w Meksyku zakończył udział w drugiej rundzie. Po raz drugi pracował z biało-czerwonymi od maja 1996 do czerwca 1997. Był zawodnikiem Zrywu Chorzów, Naprzodu Lipiny, Legii Warszawa, Ruchu Chorzów i Chateauroux (Francja). Trzy razy wystąpił w drużynie narodowej. Jako trener pracował także z reprezentacją Tunezji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz w BKS Bielsko-Biała, Odrze Opole, Ruchu Chorzów, Górniku Zabrze, katarskim Al-Rayyan Doha, tunezyjskim Esperance i arabskich Al-Shabbab, Al-Whda i Al-Nasr.

Autor artykułu: Rozmawiał Rafał Musioł

Czysty smak

Tuesday, July 23rd, 2002

Warunki, w jakich według Ministerstwa Rolnictwa, należy produkować oscypki, szybko doprowadzą do wyginięcia hodowli owiec. – Nikt w bacówkach nie będzie montował kranów – żalą się pasterze.

Od października przy produkcji oscypków muszą być spełnione normy higieniczno-sanitarne, jakich do tej pory nie wymagano od baców. Przepisy wprowadziło Ministerstwo Rolnictwa. M.in. “producent sera z surowego mleka” (tak baców określa rozporządzenie ministra rolnictwa) musi korzystać z kranów uruchamianych bez użycia rąk, dezynfekować ręce “przed każdym procesem produkcyjnym”, używać nakrycia głowy, a w pomieszczeniu mleko musi być przetrzymywane w stałej temperaturze.

Górale są przeciw

Nie trzeba być góralem, aby wiedzieć, jak wygląda bacówka, gdzie podczas letnich miesięcy pasterze mieszkają, gromadzą mleko, a następnie z niego wyrabiają oscypki i inne przetwory. Nie ma tam nawet prądu, aby można do niego było podłączyć któreś z potrzebnych według ministra urządzeń.
- Prędzej pasterstwo padnie, niż hodowcy zdecydują się na takie inwestycje. Obciążenie dla nich jest straszne, a zyski z hodowli już teraz ledwie starczają na utrzymanie – obawia się Wiktoria Kasztelnik, kierownik żywieckiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego.

Koszty zainstalowania potrzebnych urządzeń, to co najmniej 15 tys. zł na bacówkę.

- Mamy bieżącą wodę, najczystszą, jaka jest dostępna, źródlaną. Tyle, że w potoku obok bacówki – mówi Józef Ciupka z Jeleśni, właściciel 200 owiec. – Gdzie będę się porywał na takie inwestycje, jak nie mam żadnej pewności, czy ktoś ode mnie kupi wełnę, czy owce. Dojdzie do tego, że trzeba będzie stada wyrżnąć – skarży się Ciupka.

Dodaje on, że oscypek przy wyrabianiu jest trzykrotnie parzony, co daje gwarancję sterylności. – Od wieków górale robią oscypki i jeszcze nikt się nimi nie zatruł. Dobrze zrobiony oscypek można nawet dwa lata trzymać i się nie zepsuje – mówi Ciupka.

Górale są za

Jednak nie wszyscy krytykują rozporządzenie ministra rolnictwa. – To krok w dobrą stronę. Do tej pory wyrabianie oscypków tradycyjną metodą, czyli właściwie chałupniczo, nie było legalne – mówi Władysław Motyka, prezes żywieckiego oddziału Związku Podhalan.

Związek zaangażował się w utrzymanie regionalnych wyrobów polskich Karpat przy wejściu do Unii Europejskiej. Według obowiązujących norm, produkcja wyrobów z mleka może się odbywać tylko w mleczarniach, gdzie cały proces produkcyjnych odbywa się w sterylnych warunkach. – Ale w czymś takim, to już nie można mówić o oscypkach – zgodnie twierdzą górale. Nowe rozporządzenie robi wyjątek i zezwala na produkcję w tradycyjny sposób.

Zdaniem Motyki dobrze się też stało, że nowe przepisy zwracają uwagę na higienę. – W bacówkach jest różnie, tak jak różni są ludzie pasący owce. Jedni są czyści, inni to brudasy. A docierają do nas sygnały, że czasami nie jest najlepiej – dodaje Motyka.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Urlop jak zły sen

Tuesday, July 23rd, 2002

Kilkunastu turystów oszukanych przez biuro podróży “AS” z Piaseczna wróciło wczoraj do Polski. Z Grecji przyjechali na Śląsk autobusem innego biura, którego właściciele postanowili pomóc wyrzuconym z hoteli Polakom.

Miał być przelot samolotem, luksusowe apartamenty i wycieczki do najciekawszych zakątków Grecji. Skończyło się na awanturach, pośpiesznym pakowaniu bagaży i opuszczaniu pokoi. Biuro “AS” nie zapłaciło właścicielom hoteli za pobyt polskich turystów i za ich powrót do kraju.

- Na propozycję biura “AS” natrafiłem u jednego z pośredników. To była oferta last minute. Za przelot samolotem i dwutygodniowy pobyt dla trzech osób zapłaciłem cztery tysiące złotych – wylicza Damian Kunce z Rudy Śląskiej. Do Grecji poleciał razem z żoną i 13-letnim synem Grzegorzem.

Płaćcie sobie sami
Problemy zaczęły się już na początku. – Mieliśmy mieszkać w luksusowych apartamentach. Tymczasem zakwaterowano nas w pokojach kategorii D, bez klimatyzacji, wyposażenia kuchni czy telewizora – podkreśla Damian Kunce.

Po kilku dniach turyści znaleźli przed drzwiami kartki z informacją, że biuro “AS” nie zapłaciło za ich pobyt i jeśli chcą pozostać w hotelu, sami muszą zapłacić za pokoje.

- Chciałem pojechać z synem na zaplanowaną wcześniej wycieczkę, a rezydentka zaczęła na mnie krzyczeć “Jaką wycieczkę?! Państwo dzisiaj wyjeżdżają!”. Nie otrzymaliśmy pomocy nawet ze strony polskiego konsulatu – wspomina Damian Kunce.

- Spakowałam bagaże i zostawiłam je w recepcji. Nie wiedziałam, co z nami będzie. Za wyjazd zapłaciłam prawie 1,5 tysiąca złotych. Chcę odzyskać te pieniądze – zaznacza kolejna z pechowych turystek, Magdalena Gęsiak.

Konkurencja pomogła
W podobnej sytuacji znalazło się prawie dwustu polskich turystów, którzy wyjechali do Grecji z biurem “AS”. Niektórzy koczowali na plaży, inni przy hotelowych recepcjach.

- O kłopotach polskich turystów dowiedzieliśmy się z mediów. Natychmiast skontaktowaliśmy się z naszym rezydentem w Grecji – tłumaczy Kinga Przewłocka z biura podróży “Golden Travel” w Bytomiu. – W naszym autobusie wracającym do Polski było dwanaście wolnych miejsc. Zaproponowaliśmy je wykwaterowanym z pokoi turystom – dodaje Kinga Przewłocka.

W nocy z niedzieli na poniedziałek do Polski wróciła grupa turystów m. in. z Katowic, Sosnowca, Warszawy i Łodzi. Niektórzy z uczestników pechowego wyjazdu dwa dni wcześniej przylecieli na własny koszt do Warszawy. – Zapłaciliśmy za wyjazd prawie pięć tysięcy złotych i nagle dowiedzieliśmy się, że mamy półtorej godziny, żeby się spakować i opuścić pokój – podkreślają rozgoryczeni Joanna i Jakub Kańscy.

Autobus zamiast samolotu
Artur Sołdan, właściciel biura podróży “AS”, przyznaje, że jego firma straciła płynność finansową. – Do Grecji wyjechało z nami 198 osób. 98 z nich miało 20 lipca wracać do Polski. Ich pobyt został opłacony, ale nie mogliśmy już sfinansować przelotu. Wysłaliśmy więc na miejsce dwa autokary. Za noclegi pozostałych turystów nie byliśmy już w stanie zapłacić. Kilkanaście osób pomimo tego zdecydowało się zostać na miejscu – tłumaczy Artur Sołdan. – Działamy na rynku od dwóch lat, jesteśmy zrzeszeni w Warszawskiej Izbie Turystyki i do tej pory cieszyliśmy się dobrą opinią.
Ale teraz to już i tak nieważne… – podsumowuje właściciel biura.

Na policję w Piasecznie wpłynęły już pierwsze zawiadomienia o przestępstwie popełnionym przez właścicieli biura “AS”.

Pieniądze z ubezpieczenia
Artur Sołdan, właściciel biura podróży “AS” w Piasecznie:
Sytuacja, jak spotkała naszych turystów w Grecji, jest wynikiem tragicznego splotu okoliczności. Naszemu greckiemu kontrahentowi, z którym współpracujemy od dwóch lat, płaciliśmy zawsze w ratach, po zakończeniu kolejnych wyjazdów. W związku z aferą wokół krakowskiego biura “Akropol”, Grecy zażądali od nas przekazania całej kwoty z góry. Nie byliśmy w stanie tego zrobić. Sami również mamy wielu dłużników.
Nasze biuro jest ubezpieczone w “Warcie”. Poszkodowani turyści powinni kontaktować się z działem likwidacji szkód tego towarzystwa. Najlepiej dzwonić pod warszawskie numery telefonów 866-42-01, 866-43-42 lub 866-42-34. Tam można uzyskać szczegółowe informacje na temat, jakie dokumenty i w jakim terminie należy złożyć. Górna granica odszkodowania na jedną osobę wynosi tysiąc euro.

Po pomoc do konsulatu
Jeśli w czasie pobytu za granicą okazuje się, że nagle musimy opuścić hotel lub nie mamy czym wrócić do kraju, należy zwrócić się do przedstawiciela biura podróży pracującego na miejscu. Gdy z jego strony nie możemy liczyć na żadną pomoc, powinniśmy skontaktować się z najbliższym konsulatem lub ambasadą RP. Tam możemy uzyskać pożyczkę, która umożliwi powrót do kraju.
Jeśli o naszej sytuacji zawiadomimy np. Polską Izbę Turystyki, ta przekaże informację do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które ostatecznie i tak zwróci się do właściwej placówki dyplomatycznej.

Warto pamiętać
* Mniej ryzykujesz, wybierając biuro podróży zrzeszone w Polskiej Izbie Turystyki lub w jednej izb regionalnych. By przystąpić do PIT, biuro musi działać na rynku przynajmniej od roku. Musi mieć również pozytywną opinię dwóch innych operatorów i regionalnego oddziału Izby.
* Unikaj biur podróży, który powstały krótko przed rozpoczęciem sezonu lub nie mają stałej siedziby albo aktualnego pozwolenia wojewody na działalność. Zezwolenie jest gwarancją, że biuro jest ubezpieczone.
* Jeśli oferta jest wyjątkowo tania, można się spodziewać, że biuro próbuje zaoszczędzić na wyżywieniu, standardzie pokoi lub przewoźniku.
* Warto korzystać z usług renomowanych firm. Pytaj o opinię na temat biura znajomych lub rodzinę.
* Sprawdź czy biuro podróży jest organizatorem wyjazdu, czy tylko pośrednikiem. Agent, który nie działa we własnym imieniu, nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne szkody. Dlatego korzystniej jest podpisywać umowę bezpośrednio z organizatorem imprezy.

Można dzwonić do hotelu
Grzegorz Chmielewski, prezes oddziału śląskiego Polskiej Izby Turystyki:
Nie ma metody, która ze stuprocentową pewnością pozwoli stwierdzić, że nasz wyjazd przebiegnie bez przykrych niespodzianek. Klient nie jest upoważniony do wglądu w dokumenty finansowe biura podróży.
Teoretycznie można zadzwonić do hotelu, w którym mamy być zakwaterowani, i zapytać czy pobyt został opłacony. Jest to jednak kosztowne, a dodatkową przeszkodą może się okazać bariera językowa. Nawet jeśli uda się nam dodzwonić i tak nie mamy pewności, że uzyskamy potrzebne informacje.
Jeśli czujemy się oszukani, w pierwszej kolejności należy złożyć skargę do biura podróży, które organizowało nasz wyjazd. Następnie można się zwrócić do wojewody, który wydaje zezwolenia na działalność biur podróży, lub do Polskiej Izby Turystyki. Droga sądowa to ostateczność. Ze swej strony zawsze proponujemy, by obie strony konfliktu próbowały ugody.
not. ic

Te numery warto znać:
* Centralny Rejestr Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych w Warszawie – + 0 – prefix – 22 – 693-46-47

* Polska Izba Turystyki w Warszawie – + 0 – prefix – 22- 836-99-71
* Oddział ds. Turystyki, Komunikacji i Działalności Gospodarczej Wydziału Spraw Obywatelskich UW w Katowicach – + 0 – prefix – 32- 207-73-62 lub 207-73-63
* Polska Izba Turystyki – oddział śląski – + 0 – prefix – 32 – 253-85-75 lub 781-96-34
* Górnośląska Izba Turystyki – + 0 – prefix – 32 – 781-95-52
* Beskidzka Izba Turystyki w Bielsku-Białej – + 0 – prefix – 33 – 812-31-34.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

“Malyszova” powolnie ścigana

Monday, July 22nd, 2002

Sprawa wódki “Malyszova” krąży między prokuraturą rejonową w Cieszynie a okręgową w Bielsku Białej. Zdaniem cieszyńskiej prokuratury nielegalnymi producentami wódki z polskim skoczkiem powinny zająć się niemieckie i czeskie organy ścigania, bo przestępstwo popełniły firmy z Republiki Czeskiej i Niemiec. Dlatego sprawę odesłano do Prokuratury Okręgowej w Bielsku.

- My nie jesteśmy władni, aby tę sprawę prowadzić – tłumaczy decyzję Alina Torchalska z cieszyńskiej prokuratury. – Mimo że znajdujemy się przy granicy z Czechami, nie możemy nakazać ścigania producentów alkoholu czeskiej prokuraturze sami. Musimy zrobić to drogą oficjalną, przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości.
Alkohol wyprodukowano w Czechach i Niemczech, więc tam popełniono przestępstwo – podkreśla Torchalska.

Oficjalna droga jest długa i zawiła. Prokuratura okręgowa występuje z takim wnioskiem do polskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, a to z kolei do ministerstw w Czechach i Niemczech, które nakażą rozpatrzenie sprawy produkcji Malyszovej wódki odpowiednim prokuraturom.

W piątek dowiedzieliśmy się jednak, że sprawa wróciła z Bielska do Prokuratury Rejonowej w Cieszynie. – Decyzję co dalej, podejmie po ponownym rozpatrzeniu prokuratura rejonowa – stwierdził krótko Andrzej Kózka, szef prokuratury okręgowej w Bielsku-Białej.

Przypomnijmy. Dwa tygodnie temu opisaliśmy bulwersujący proceder – w czeskich sklepach można kupić “Malyszovą”, wódkę, która na etykiecie ma podobiznę skoczka, choć sam zainteresowany nic o tym nie wie.

W ubiegłym tygodniu “Trybuna Śląska” złożyła w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez pirackich producentów i dystrybutorów. Naszym zdaniem znieważono skoczka.

W Ministerstwie Sprawiedliwości znają sprawę “Malyszovej”, ale nic nie robią w tej kwestii. – Rzecz jest jeszcze zbyt świeża, by o tym mówić. Trzeba sprawdzić czy między prokuraturami są podpisane umowy o współpracy – mówi Barbara Mąkosa-Stempkowska, rzecznik ministerstwa.

Autor artykułu: ij

Poszerzona strefa płatnego postoju

Wednesday, July 17th, 2002

Kolejne ulice w Chorzowie włączono do strefy płatnego parkowania. – To absurd, żeby płacić za postój pod własnym domem – denerwują się mieszkańcy ulic objętych obowiązkowymi opłatami.

W mieście poszerzono strefę płatnego postoju o cztery ulice: Wolności, Drzymały, Chrobrego i Moniuszki. Oznacza to, że mieszkający przy nich chorzowianie muszą płacić za parkowanie, ale przysługują im karty mieszkańca – mają 50-procentową zniżkę.

Pierwsza godzina postoju kosztuje w Chorzowie 1 zł. Każda następna – 1,50 zł.

- Nie jest to dobre rozwiązanie, że trzeba płacić za to, że stoi się pod własnym blokiem – denerwują się mieszkańcy ul. Chrobrego. – Pamiętamy dyskusję w radzie miasta o tym, że mieszkający w strefie nie powinni w ogóle płacić. W tej sytuacji to już lepiej postawić samochód na parkingu strzeżonym, przynajmniej będzie bezpieczny – dodają.
Decyzję o zwiększeniu strefy płatnego postoju podjęli radni. – Nie zmieniły się stawki za parkowanie ani jego zasady – tłumaczy Gabriela Kardas, rzecznik UM. – Poszerzona została tylko strefa i to o cztery ulice. Teraz jest ich w sumie 18. Poza tym za parkowanie nie muszą płacić osoby niepełnosprawne i te, które je przewożą.

- Mieszkam u zbiegu ulic Chrobrego i Powstańców i już od roku wnoszę opłaty – opowiada pani Urszula. – W godzinach szczytu nie można tu w ogóle znaleźć miejsca. Kiedyś byłam świadkiem, jak kobieta z wózkiem musiała wjechać na ulicę, bo chodnik był zabarykadowany przez samochody. Sąsiedzi interweniowali, że nie mają gdzie zaparkować, ale protesty nic nie dały – dodaje.

Pieniądze z płatnej strefy mają być przeznaczone na utrzymanie i remonty dróg. W Chorzowie opłaty za postój wprowadzono w 1996 roku. Nie ma tu parkometrów, są parkingowi. Ci, którzy nie płacą, dostają 50 zł kary.
Karty mieszkańca wydaje Miejski Zarząd Ulic i Mostów.

Autor artykułu: mokr

Górnicy będą pikietować

Wednesday, July 17th, 2002

Związek Zawodowy Górników w Polsce i Sekcja Górnictwa NSZZ “Solidarność” protestują przeciwko planom rządu wobec górnictwa. W związku z tym na 18 i 22 lipca zapowiedzieli pikiety przed Śląskim Urzędem Wojewódzkim, podczas których wręczą petycje m.in. wojewodzie śląskiemu i prezesowi Państwowej Agencji Restrukturyzacji Górnictwa.

Górnicy sprzeciwiają się dalszej likwidacji kopalń, zamrożeniu płac i sześciodniowemu tygodniowi pracy w górnictwie. Popierają też postulaty Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjnego w Szczecinie. Chcą zaprzestania wyprzedaży majątku państwowego, zbadania legalności umów prywatyzacyjnych, które budzą wątpliwości, wstrzymania zmian w kodeksie pracy i ustawie o związkach zawodowych oraz radykalnego zmniejszenia importu produktów rolnych. W przypadku wykrycia przekrętów i nieprawidłowości w czasie prywatyzacji domagają się ich unieważnienia.

Autor artykułu: azg

Lipna gorzelnia

Wednesday, July 17th, 2002

Jedną z największych na Śląsku rozlewni nielegalnego alkoholu odkryli policjanci z Wydziału do Walki z Przestępczością Gospodarczą. Zatrzymano kilkanaście osób. Dwaj szefowie grupy, mężczyźni w wieku 40 i 48, lat zostali tymczasowo aresztowani.

- Policjanci zlikwidowali właściwie całą linię produkcyjną – od urządzeń do mycia i kapslowania butelek, lakierowania kapsli, po drukarnię, w której fałszowali naklejki i znaki akcyzowe – wylicza sierż. sztab. Adam Jachimczak z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach. – Podrabiano alkohole różnych marek, od popularnych krajowych, po droższe, zagraniczne.

Rozlewnia mieściła się w siedmiu różnych pomieszczeniach i wolnostojących budynkach gospodarczych w małych miejscowościach na terenie Zagłębia. Na miejscu znaleziono 2 tys. litrów spirytusu, 5 tys. gotowych do sprzedaży butelek z alkoholem, 2 mln zakrętek, 0,5 mln dozowników, 3 mln naklejek, 1,5 mln znaków akcyzowych i 20 tys. pustych butelek przygotowanych do napełnienia. Policjanci zarekwirowali również 4 samochody, które służyły do przewozu i rozprowadzania alkoholu.

- Nie wiemy jeszcze, jak długo trwał ten proceder, ile alkoholu wyprodukowano i gdzie został sprzedany. Postępowanie w tej sprawie trwa – dodaje Adam Jachimczak.

Autor artykułu: azg

Zaprojektuj sobie park

Monday, July 15th, 2002

Jak będzie wyglądać w przyszłości największy dąbrowski park – Zielona? Zależeć to będzie wyłącznie od pomysłowości osób, które zechcą wziąć udział w konkursie. Ogłosił go przed kilkoma dniami tutejszy urząd miasta, który ma nadzieję, że mieszkańcy zaproponują najlepsze zagospodarowanie terenu w sąsiedztwie rzeki Przemszy i jeziora Pogoria III.

- Właśnie trwa spór o przyszłość zielonych terenów miasta więc oddajemy głos mieszkańcom. Niech sami decydują, co tu ma być – mówi Zygmunt Górski, zastępca naczelnika wydziału promocji miasta. (more…)