Archive for August, 2002

Powstaje śląskie Zakopane

Thursday, August 29th, 2002

W malowniczej dolinie dolomitowej budowany jest ośrodek rekreacyjny z 300-metrowym stokiem narciarskim, minigolfem i ścianką wspinaczkową.
Zajmuje się tym spółka “Dolomity. Sportowa Dolina”. – Już w grudniu gotowy będzie stok narciarski z trzema wyciągami, w tym dla średnio zaawansowanych i dla dzieci – mówi Jarosław Szylwański, prezes zarządu spółki.

W miejscu, gdzie powstaje centrum, eksploatowano kiedyś skałę dolomitową. Obiekt rośnie na 30 hektarach, tuż obok rezerwatu buków “Segiet”. Będzie tam też ośrodek jeździecki, hotel, baseny i korty tenisowe.

Do tej pory spółka zainwestowała tam już około 8 mln zł, do końca roku wyda w sumie 10 mln zł. Jej własnością jest teren, który kupiła od Zakładów Dolomitowych “Bytom” i gminy Tarnowskie Góry (dolina leży na granicy dwóch miast).

Inwestorzy chcą ubiegać się o pomoc finansową samorządu wojewódzkiego – Mogą się starać o pieniądze na budowę ścieżek rowerowych – wyjaśnia Witold Czyż ze Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego.

Autor artykułu: mokr

Reprezentant LPR zrezygnował z kandydowania gdy zainteresowaliśmy się jego przeszłością

Thursday, August 29th, 2002

Konrad Kowalski, były prezes sosnowieckiego oddziału ZChN wykluczony z szeregów AWS i ZChN, oskarżony publicznie przez swego zastępcę o gwałty na jego żonie, znalazł się na listach wyborczych Ligi Polskich Rodzin.
Kowalski jest biegłym sądowym i lekarzem rodzinnym w Sosnowcu. Dwa lata temu za naruszenie godności radnego w atmosferze skandalu wykluczono go z AWS. Był wówczas prezesem sosnowieckiego ZChN. Zasiadał również we władzach krajowych ZChN, w sądzie koleżeńskim.

W październiku 2000 r. Wiesław Wójcik, jego sosnowiecki zastępca i radny RM, podczas nadzwyczajnego zebrania AWS publicznie oskarżył Kowalskiego, że ten gwałcił jego żonę.

Konrad Kowalski oskarżył 13 radnych AWS za wydalenie go z szeregów. Według niego ta uchwała poniżyła go i naraziła na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu lekarza.

Rutynowe zachowanie

Wiesław Wójcik publicznie wystąpił przeciwko Konradowi Kowalskiemu na zebraniu AWS. Opisał okoliczności rzekomych gwałtów. Według niego, miały one miejsce w latach 1998-2000.

“Po wszystkim Kowalski tłumaczył się, że więcej już tego nie będzie i żeby żona nikomu nie mówiła…. Było to rutynowe, podręcznikowe zachowanie gwałciciela” – opisuje Wójcik. Twierdzi, że ze względu na kontakty polityczne jego żona ukrywała prawdę przez dwa lata. W końcu przełamała milczenie.

Prokuratura Rejonowa w Chorzowie umorzyła postępowanie w sprawie gwałtów z braku dowodów. Rzecznik odpowiedzialności zawodowej przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Katowicach postąpił podobnie, z uwagi na sprzeczne zeznania poszkodowanej i lekarza.

Sprawy o zniesławienie Kowalskiego przez partyjnych kolegów rozpatrują m. in. sądy w Jaworznie, Zawierciu i Chorzowie.

Wykorzystali nieszczęście

- Moi wrogowie puścili szczura politycznego – tak nazywa całą sprawę Konrad Kowalski. – Wykorzystali nieszczęście Wiesława Wójcika i konflikt między nami. Podjęli uchwałę, która nie leży w kompetencji partii politycznych. Osoba pokrzywdzona nie zawiadomiła prokuratury, więc gwałtu nie ma i nie było – broni się.

Nie ukrywa, że łączył go intymny związek z żoną Wójcika. – Sama chciała, co miała powiedzieć mężowi – broni się Konrad Kowalski. – Jak oni mogli na takim nieszczęściu bazować! Ich postępowanie jest tysiąc razy gorsze od tego co ja zrobiłem – twierdzi. Przeprosił W.

- Ale ja nie mogę wszystkiego naprawić. Wiem, że przeprosiny nic nie dają. Wiem, że nie powinno dojść do tego co doszło – urywa.
Dlaczego zdecydował się kandydować do samorządu?

- Czuję do nich żal (byłych partyjnych kolegów – przyp. red.). Mam do wyboru: albo im powybijać szyby albo policzyć się na arenie politycznej. Wolę policzyć się z nimi na arenie politycznej – kończy Kowalski.

- Wierzę żonie i nie mam wątpliwości, że była gwałcona. Czekam na rozstrzygnięcie sądu, który oczyści mnie z zarzutu zniesławienia. Dziwię się, że Konrad Kowalski znalazł schronienie w partii, która jeszcze bardziej podnosi kwestie czystości moralnej i etycznej niż ZCHN – kwituje Wiesław W.

Partia mu ufa

Stefan Wojnowski, szef sztabu wyborczego Ligi Polskich Rodzin w Sosnowcu: – Ufam Konradowi. Prosiłem o dowody tych gwałtów. Nikt mi ich nie dostarczył. Konrad jest wyjątkowym człowiekiem, godnym reprezentowania LPR. To intryga polityczna ludzi, których nikt nie chce przyjąć na listy wyborcze.


Wczoraj Konrad Kowalski, poproszony o autoryzację swoich wypowiedzi, przesłał do naszej redakcji dwa oświadczenia. W jednym poinformował o swojej rezygnacji z członkostwa, pracy w sztabie wyborczym i kandydowania na radnego z listy LPR. Drugie było listem do autorki:

Szanowna Pani Redaktor

Rezygnuję z autoryzowania tekstu. Nie chcę, aby ten artykuł ukazał się. Zależy mi aby uchronić wszelkie dobro, jakie jest możliwe i na ile jest to możliwe. Nie chcę w najmniejszym stopniu naruszać godności innych osób, nawet jeśli one w tej chwili tak nie uważają. Rezygnuję z wszelkiej działalności w zbliżających się wyborach. Proszę mnie zrozumieć, za dwa miesiące koniec kampanii wyborczej, koniec emocji, przyjdzie codzienne życie, przyjdzie refleksja. Proponowana przez Panią droga wiedzie donikąd, naprawdę donikąd. Jeśli Pani ją wybiera, to beze mnie.

Konrad Kowalski

Autor artykułu: Renata Cius

Instruktor na gazie

Thursday, August 29th, 2002

Ponad 1,3 promila alkoholu miał we krwi 39-letni Grzegorz Ż. instruktor jazdy z Bytomia, który wypuścił się w trasę szkoleniową ze swoją 18-letnią kursantką. Gliwiccy policjanci zatrzymali białe punto z lierą L do rutynowej kontroli. Kursantka pojechała do domu autobusem. Grzegorz Ż. odpowie za jazdę po pijanemu.

We wtorek po południu Grzegorz Ż. swoim białym punto wyjechał w trasę szkoleniową z Bytomia do Gliwic. Za kierownicą siedziała 18-letnia kursantka. Jechali ruchliwą drogą. – W ramach akcji ,Nauka jazdy” gliwiccy policjanci kontrolują instruktorów oraz samochody przystosowane do nauki jazdy.

Zapowiadała się i w tym przypadku rutynowa kontrola. Tymczasem okazało się, że instruktor jest pijany – mówi Magdalena Zielińska rzeczniczka gliwickiej policji.

Co wykazał alkomat?

Policjanci wyczuli alkohol od instruktora. – Po badaniu alkomatem okazało się, że instruktor miał ponad 1,3 promila alkoholu. Kursantka była zaskoczona, twierdziła, że wcześniej nic niepokojącego nie zauważyła u swego nauczyciela – dodaje Zielińska. Przy okazji kontroli wyszło, że bytomianin miał nieważne od dwóch lat uprawnienia. Grzegorz Ż. twierdził na usprawiedliwienie, że wypił “tylko wino i brandy” i nie jest pijany. Kursantka pojechała autobusem do domu. Jej nauczyciel wezwał po pomoc rodzinę. Samochód odholował ojciec Grzegorza Ż.
Grzegorz Ż. jest nauczycielem w szkole samochodowej. Dorabiał jako instruktor w szkole jazdy “U Emilii” zarejestrowanej na jego matkę, Emilię Ż.

- W maju 2000 roku szkoła uzyskała zezwolenie prezydenta miasta na prowadzenie kursów. Nie mieliśmy żadnych zgłoszeń, kilka dni temu prowadzona była w tej szkole doraźna kontrola – stwierdza Lidia Maj, naczelnik wydziału komunikacji UM w Bytomiu. – Instruktor nie miał aktualnej legitymacji – dementuje informacje o braku stosownych uprawnień instruktora.

Czy szkoła straci uprawnienia?, pytamy. – Nie. Jeżeli zatrudni nowego instruktora, będziemy wnikliwie się jej przyglądali – odpowiada naczelnik Maj.

Tak dobrze nam szło

Szkoła jazdy “U Emilii” mieści się w centrum Bytomia. Zajmuje dwa ciasne pokoiki. Na ścianie stary telewizor, odmalowane ławki. – Nauka będzie odbywała się normalnie, zatrudniamy nowego instruktora – stwierdza Emilia Ż. – Co ja teraz zrobię, jestem po zawale – płacze matka instruktora. – Syn ma problemy. Boi się, nie chce rozmawiać, nie wiem gdzie jest – mówi matka Grzegorza Ż. – Tak dobrze nam szło. Wszyscy nas znają, kursantom parzyłam kawkę i herbatkę. Mówili na mnie babcia Emilia. Opiszecie nas i jesteśmy przegrani – płacze.

Instruktor zniknął

Żona Grzegorza Ż. nerwowo odpala papierosa za papierosem. – Nie wiem co mu strzeliło do głowy? Nic nie mówił. Nie wiem gdzie jest. Wczoraj wieczorem przyszedł do domu. Położył się spać. Rano już go nie było. Zniknął – tłumaczy. Jednak zaginięcia męża nie zgłosiła policji.

Postępowanie w sprawie pijanego instruktora prowadzi gliwicka policja. Grzegorz Ż. odpowie za jazdę po pijanemu. Grozi mu utrata prawa jazdy oraz do 2 lat więzienia.

W okręgu katowickim jest ponad 200 szkół jazdy.


Wolna amerykanka – Rozmowa z Piotrem Wcisło, dyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Katowicach

Czy WORD może skontrolować szkoły nauki jazdy?

Nie mamy bezpośredniego wpływu na ośrodki szkolenia kierowców. Raz na kwartał wysyłamy statystykę dotyczącą wyników egzaminów z poszczególnych ośrodków. Starosta na tej podstawie może cofnąć uprawnienia. Brakuje nadzoru wojewódzkiego.

Czyli ośrodki szkolenia są poza kontrolą, a na rynku panuje wolna amerykanka?

Ośrodki obniżają ceny kursów poniżej granic opłacalności, by ściągnąć jak najwięcej kursantów. Za 300 zł nie da się wyszkolić kursanta, to niemożliwe, gdyby przeliczyć obowiązujące na rynku ceny. Powinny być ustalone urzędowo najniższe ceny kursów, poniżej których nie można zejść. Realna stawka to 600- 800 zł. Szkołę jazdy może założyć każdy. Górnik dorabia sobie, przychodzi zmęczony na szkolenia, prowadzi jednoosobową rodzinną firmę, ma grupkę kursantów nie płaci za księgową czy inne zobowiązania.

Znam przypadki, że słupki na plac manewrowy instruktor wozi w bagażniku i rozkłada je na parkingu osiedlowym organizując prowizoryczny plac manewrowy. Kto kontroluje w takim razie ośrodki?

Starostowie. Oni powinni wzmocnić swój nadzór. Sugerowaliśmy, by powołać specjalne komisje kontrolujące ośrodki. Przed laty w Bielsku-Białej i Częstochowie instruktorzy powołali własne stowarzyszenie, które broniło ich własnych spraw. W ub. roku w naszym regionie odnotowaliśmy w Bytomiu dwa przypadki cofnięcia uprawnień.

W jaki sposób uchronić się przed złą szkołą?

Przede wszystkim nie kierować się niską ceną. Sprawdzić wyposażenie, sprzęt, warunki szkolenia oraz uprawnienia. Istotne jest również podejście kursanta. 20 godzin szkolenia to najczęściej za mało, by pomyślnie zdać egzamin. Niekiedy kursantom wydaje się, że ktoś chce ich naciągnąć i nie patrzą krytycznie na swoje umiejętności.


Instruktorem może być osoba:
* posiadająca co najmniej średnie wykształcenie
* posiadająca co najmniej od 3 lat uprawnienia do kierowania pojazdami używanymi do szkolenia, która:
** ukończyła kurs instruktorów
** zdała egzamin przed komisją powołaną przez wojewodę
** nie była karana wyrokiem sądu za przestępstwo lub wykroczenie
przeciwko bezpieczeństwu w ruchu drogowym.


Kto wydaje zezwolenie?
Zezwolenie na prowadzenie szkoły nauki jazdy wydaje starosta powiatu osobom, które spełniają następujące warunki:
* posiadają odpowiedni lokal i odpowiednie wyposażenie dydaktyczne
* plac do wykonywania manewrów
* co najmniej jeden pojazd do nauki jazdy
* ośrodek zatrudnia co najmniej jednego instruktora lub właściciel sam jest instruktorem
* właściciel nie był prawomocnie skazany za przestępstwo popełnione w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub przestępstwo przeciw dokumentom.

Kiedy instruktor traci uprawnienia?
Starosta skreśla instruktora z ewidencji jeżeli instruktor dopuścił się m.in. rażącego naruszenia przepisów w zakresie szkolenia. Instruktor o ponowny wpis może się ubiegać dopiero po upływie 2 lat.

Autor artykułu: R. Cius

W Mysłowicach w rękach dzieci wybuchła spłonka górnicza

Tuesday, August 27th, 2002

Wybuch górniczego zapalnika dotkliwie poranił chłopców z Mysłowic, którzy znaleźli niebezpieczny przedmiot
w domu i bawili się nim… w obecności dorosłych. Myśleliśmy, że to część od telewizora – żali się 13-letni Piotrek, któremu wczoraj wybuch spłonki wielkości baterii poranił niegroźnie twarz i rękę.

Jego bratu, siedmioletniemu Mateuszowi, który trzymał zapalnik w ręce, eksplozja wyrwała dziurę w przedramieniu oraz poważnie poraniła uda i brzuch. Wczoraj przeszedł operację. Trzeci z braci, pięcioletni Marcin najbardziej poranione ma dłonie. Jest w szoku.

Takie coś od telewizora
Była godz. 14. Chłopcy bawili się w domu, na poddaszu starej kamienicy w centrum Mysłowic. Z mamą i jej konkubentem wprowadzili się tu pół roku temu, do mieszkania ojca Piotrka, bo nie mieli gdzie się podziać.

- Wpadła nam pod łóżko kaczka, taka zabawka i chcieliśmy ją wyciągnąć – opowiada Piotrek. Mama też była w pokoju, zajęta jakimiś sprawami domowymi. Marcin sięgnął głębiej pod łóżko. Znalazł też, jak mówi “pieniążek dla mamy” i “taką niby baterię z drucikami”. Chłopcy myśleli, że to jakaś część od telewizora. Mateusz przyłożył baterię do kabelków i wtedy nastąpił wybuch. – Wszyscy zaczęli krzyczeć, a ja pobiegłem po pogotowie, bo tylko nogi trzęsły mi się ze strachu. Marcin miał pokrwawione ręce, Mateusz brzuch – mówi cicho Piotrek siedząc na szpitalnym łóżku w Górnośląskim Centrum Dziecka i Matki w Katowicach Ligocie. Wszyscy chłopcy mają drobne rany na całym ciele.

Obok w sali leży Marcin. Ledwo mówi. Lekarze podali mu mocne środki przeciwbólowe. Rączki ma owinięte bandażami, przez które przecieka krew. Chciałby iść do domu, za kilka dni idzie przecież do przedszkola. Jest w szoku – mówią lekarze.

Mały Mateusz, który leży dwa pokoje dalej, prosi Grażynę Wojtynek, lekarza z chirurgii, która zaraz go będzie operować, żeby mu dała pić. Niestety, zaraz jedzie na salę i nie wolno. Chłopiec kwili. To on przyłożył baterię do wychodzącego ze spłonki drutu i dlatego wybuch najbardziej go zranił. Na całym ciele ma drobne ranki, jak po śrucie. – Chłopiec ma duży ubytek tkanek w przedramieniu, jeszcze nie wiemy co z ręką – mówi Grażyna Wojtynek.

Mieli szczęście
Michał Werner, lekarz z oddziału ratunkowego centrum, który przyjmował chłopców twierdzi, że i tak mieli szczęście. – Wystarczy przyłożyć na sekundę baterię do takiego zapalnika. To bardzo niebezpieczne urządzenie. Cud, że chłopcy odnieśli tylko takie obrażenia – mówi.

Wczoraj do mieszkania wkroczyli policyjni pirotechnicy. Znaleźli jeszcze jedną spłonkę. – Wybuch był duży, a eksplozja cała poszła na dzieci. Gdyby siedziały metr, dwa dalej, myślę, że skończyłoby się na strachu – powiedział nam wczoraj Artur Wójcik, prokurator. Nie było jeszcze wiadomo skąd spłonki górnicze wzięły się pod tapczanem. – To na pewno nie my, ja nigdy czegoś takiego na oczy nie widziałem – zapiera się Piotrek.

Policja podejrzewa konkubenta matki dzieciaków. – Niewykluczone, że przyniósł to do domu, bo pracował kiedyś na kopalni – stwierdza asp. Jacek Pytel z zespołu prasowego Śląskiej KWP w Katowicach. – Poza tym, jak wstępnie udało się nam ustalić, po wybuchu, mężczyzna ten przykrył dzieci kołdrą i udawał że śpi – dodaje.

Spłonka wybuchowa
Spłonka to rodzaj zapalnika, który inicjuje wybuch materiału wybuchowego. Bardzo często wykorzystuje się ją w górnictwie lub w wojsku. Spłonkę wkłada się do laski np. dynamitowej i umieszcza w bryle węgla, którą rozsadza.
Każda spłonka ma numer identyfikacyjny.

Autor artykułu: Izabela Jarosz

Piast Gliwice – Carbo Gliwice 5:0

Monday, August 26th, 2002

Zdecydowanie lepszym zespołem pierwszych trzecioligowych derbów Gliwic był Piast. ?Piastunki? rozgromiły lokalnego rywala Carbo aż 5:0 (3:0). Gliwiczanie kontynuują passę dobrych występów na swoim boisku, gdzie nie przegrali już 10 kolejnych spotkań.

- Nie chcę wyróżniać nikogo, wszyscy zasłużyli na pochwałę – cieszył się po meczu grający trener Piasta, Krzysztof Zagórski. – Wynik świadczy o tym, że nie było żadnych układów.

Świetne spotkanie rozegrał 37-letni Janusz Bodzioch. Nie dość, że zdobył dwie bramki to jeszcze przy dwóch następnych asystował. Po trzech spotkaniach na swoim koncie ma już cztery gole i jest najskuteczniejszym piłkarzem Piasta.
- Cieszę się z takiej dyspozycji – przyznał po meczu zadowolony Bodzioch. – Nie można patrzeć w metrykę, ważna jest dyspozycja i to co prezentuje się na boisku.

Dwa gole zdobył w tym spotkaniu 26-letni Robert Żbikowski. Dla wychowanka Odry Wodzisław były to pierwsze bramki strzelone dla gliwickiej drużyny.

- Mogło być lepiej, bo w pierwszej połowie po moim strzale piłka trafiła jeszcze w słupek – powiedział Żbikowski.
Swojego napastnika chwalił trener Zagórski, choć wypomniał mu jeszcze kilka zmarnowanych okazji.

Goście mieli tylko dwie szanse do zdobycia bramki. W pierwszej połowie strzał Adama Piechocińskiego w ładnym stylu obronił Jacek Gorczyca, natomiast po przerwie dobrej okazji nie wykorzystał Adam Międzik. Piłka po jego strzale minimalne minęła bramkę.

Trener gości Piotr Wieczorek nie miał szczęśliwej miny, ale trudno mu się dziwić. Jego zespół przegrał wysoko z lokalnym rywalem, choć do tej pory w rozgrywkach spisywał się dobrze.

Przed meczem bramkarz Piasta Jacek Gorczyca otrzymał Brązowe Buty redakcji “Sportu” za wygranie klasyfikacji na najlepszego piłkarza III ligi w poprzednim sezonie.

Krzysztof Zagórski, Piast
To był dla nas bardzo ważny mecz. Cieszę się, że udało mi się przygotować fizycznie i psychicznie piłkarzy do tego spotkania.
Piotr Wieczorek, trener Carbo
Nie mam nic do powiedzenia. Jak graliśmy było doskonale widać. Przepraszam za to, co pokazaliśmy.

Autor artykułu: l. jaź.

Po meczu Górnik – Legia

Monday, August 26th, 2002

Górnik po remisach w Chorzowie (0:0), Grodzisku Wlkp. (2:2) i zwycięstwie z Zagłębiem Lubin 3:2 wydawał się być faworytem w meczu z warszawską Legią. Mistrzowie Polski wygrywając 3:2 (2:1) udowodnili, że nadal będą się liczyć w walce o tytuł. Zabrzanie mimo dobrej postawy zagrali zbyt mało agresywnie w obronie, popełniając jednocześnie zbyt wiele błędów.

- Prasa pisała, że jesteśmy faworytami i to nas chyba zgubiło – mówił Andrzej Niedzielan, napastnik Górnika. – Nie czujemy się zbyt dobrze w takiej roli. Remis był blisko. Szkoda, że nie udało nam się utrzymać wyniku do końca.

Również nieco rozczarowany był po meczu Michał Probierz.
- Wyciągnąć z 0:2 na 2:2 z Legią to duża sprawa – mówił. – Co z tego, skoro ostatnia składna akcja gości pozbawiła nas punktu. Po tym meczu widać, jak wiele dzieli nas od Europy. Legia na naszym podwórku wciąż jest jedną z najsilniejszych ekip i wszyscy muszą się z nią liczyć.

W zupełnie innych nastrojach schodzili do szatni warszawianie. Ich radości nie zmąciło nawet wspomnienie rzutu karnego, który arbiter Antoni Fijarczyk podyktował w 56 minucie.

- Moim zdaniem nie powinno być karnego tylko rzut wolny pośredni za zbyt wysoko podniesioną nogę – mówił winowajca, Dariusz Dudek. – Początkowo myślałem że piłkę złapie Radostin Stanev. Później chciałem ją wybić i atakujący mnie zabrzanin upadł.

- Górnik przy stanie 1:2 postawił wszystko na jedną kartę, a my graliśmy z kontry. Cieszy nas wygrana, szczególnie na ciężkim boisku w Zabrzu – mówił Adam Majewski. – Niejedna drużyna straci tu jeszcze punkty.

Szczególne powody do radości miał Jacek Magiera. Pomocnik gości mecz rozpoczął na ławce rezerwowych i na murawie pojawił się dopiero w 67 minucie. Kilka chwil później zdobył zwycięską bramkę.

- Udało mi się postawić kropkę nad “i” – mówił Magiera. – Cieszy mnie bramka i to, że przedłużyliśmy pasmo meczów bez porażki do 24 występów. To jest już wyczyn nie lada.
W meczu z Legią zabrzanie zagrali tróją obrońców. Grzegorz Lekki, Ivica Kriżanac i Robert Kolasa mieli bronić dostępu do bramki Piotra Lecha. To, co w poprzednich meczach zdawało egzamin, w potyczce z Legią zawiodło. Proste, by nie powiedzieć dziecinne błędy, nie powinny się przydarzyć tak doświadczonej defensywie.

- Zbyt łatwo traciliśmy bramki – mówił trener Waldemar Fornalik.
- No cóż, zagraliśmy mało skutecznie z przodu, a na dodatek z tyłu popełniliśmy błędy ? mówił Lekki.
- Mecz był szybki i na pewno podobał się kibicom – skomentował pomocnik Górnika, Rafał Kaczmarczyk. – Nie ma się co załamywać. Gramy dalej!

Porządek według “zielonych”
Przed piątkowym meczem Górnika z Legią problemy z wejściem do budynku klubowego miał wiceprezes PZPN Henryk Apostel. Dopiero interwencja towarzyszącego mu Piotra Kanclerza, członka rady nadzorczej SSA Górnik, sprawiła, że panowie pilnujący wejścia zgodzili się wpuścić byłego trenera zabrzan na trybuny.
- Powinien pokazać legitymację – tłumaczyli się panowie w zielonych kamizelkach.
Kłopoty miała też żona trenera Waldemara Fornalika, która owszem, mogła wejść do klubu, ale sama. Pani Katarzyna była jednak w towarzystwie dziecka, a to wedle panów powinno… zostać w domu (!). Podobnego rodzaju kłopoty miał Jacek Wiśniewski, kontuzjowany obrońca Górnika, który przyszedł na mecz z kilkuletnim synem.
Rada dla panów w zielonych kamizelkach: skupcie się na swojej, prostej w sumie, robocie, zamiast pouczać, gdzie, co i kiedy ma robić czyjeś dziecko.

Autor artykułu: prass

Rozpoczyna się realizacja programu pomocy “dzieciom ulicy”

Thursday, August 22nd, 2002

Zamiast dawać żebrzącemu dziecku złotówkę – kup bon, za który w jadłodajni dostanie coś gorącego. Takie są założenia programu, który wymyślili pracownicy ośrodka pomocy społecznej.

Wkrótce na mieście, w tramwajach, centrach handlowych i komisariatach pojawią się plakaty informujące o akcji. – W ubiegłym roku była ona zaledwie dwutygodniowa, sprzedaliśmy w tym czasie 208 bonów – mówią Monika Trela i Iwona Olejniczak z MOPS. – Wraz ze strażnikami miejskimi pracownicy socjalni podchodzili do dzieci żebrzących na ulicy. Odwozili je do domów albo do pogotowia opiekuńczego.

Okazało się, że zdecydowana większość dzieci żebrze nie dlatego, że jest głodna, ale na przyjemności – słodycze, kafejkę internetową, grę na automatach. – Jedno z dzieci zbierało na rower, niektóre przyznały, że pieniądze oddają rodzicom. Wszystkie zaczepiały przechodniów – mówią pracownice MOPS-u.

Tegoroczny program “Dzieci ulicy” ma polegać na tym, by przechodnie, zamiast dawać dzieciom pieniądze, wręczali im bony po trzy złote, które można kupić w punktach ośrodka pomocy społecznej. Gdy dziecko pójdzie z bonem do świetlicy przy ul. Kilińskiego 15, dostanie ciepły posiłek.

- Chcemy nawiązać współpracę ze sklepami w centrum Katowic, żeby tam też można było kupić bony – mówią panie z MOPS-u.
Koszt programu jest niewielki – wydrukowano 700 plakatów, za które MOPS zapłacił około 700 zł.

Autor artykułu: mokr

Kolejny baron paliwowy trafił w ręce policji

Thursday, August 22nd, 2002

Grzegorz P., biznesmen z Zielonej Góry i czterech jego wspólników trafiło w poniedziałek w ręce policji. Mężczyzna jest podejrzewany o utrzymywanie bliskich kontaktów z czterema “baronami paliwowymi”, których niedawno katowicki sąd zwolnił z aresztu.

- Na razie nie mogę tej informacji potwierdzić. Sprawdzamy obecnie jego przeszłość – powiedział “Trybunie Śląskiej” Waldemar Nowak, zastępca prokuratora rejonowego w Wodzisławiu Śląskim.

Podejrzani zostali zatrzymani przez agentów Centralnego Biura Śledczego, podczas próby wymuszenia rozbójniczego od jednego ze śląskich biznesmenów. Według niepotwierdzonych jeszcze informacji, przestępcy próbowali zmusić biznesmena do podpisania dokumentów, na czym zarobiliby pół miliona złotych.

Wolność dla baronów

- Mogę jedynie powiedzieć, że w tym wypadku nie chodziło o transakcje związane z obrotem paliwowym. Za tego typu przestępstwo zatrzymanym grozi do 10 lat więzienia – uzupełnia Nowak. Podejrzany biznesmen to właściciel dobrze prosperującej na południu kraju firmy paliwowej. Miały w niej powstawać mieszanki chemiczne, sprzedawane później jako pełnowartościowa benzyna. Grzegorz P. jest podejrzany m. in. o dokonywanie przestępstw paliwowych w Zielonej Górze.

Z informacji, jakie uzyskaliśmy, został za to tymczasowo aresztowany przez tamtejszy sąd. Po jakimś czasie wyszedł jednak na wolność ze względu na stan zdrowia. Na wolności są także czterej główni podejrzani w aferze paliwowej na Śląsku. Przypomnijmy: w lipcu katowicki Sąd Okręgowy uchylił wobec nich areszt tymczasowy. W zamian za to nakazał wpłacenie wysokich kaucji i wydał zakaz opuszczania kraju. Po tym wszystkim wyjaśnień zażądało ministerstwo sprawiedliwości. Kontrola dokumentów wykazała, że katowicki sąd popełnił uchybienia proceduralne i zbyt słabo umotywował swoją decyzję.

Afera ogólnopolska

Nazwani przez media “baronami paliwowymi” dokonywali przestępstw na terenie całego kraju. Sprzedając mieszanki chemiczne, nie płacili podatku akcyzowego, najczęściej chodziło o olej opałowy sprzedawany jako napędowy. Skarb Państwa miał stracić na tym procederze 10 milionów złotych. Pod koniec lipca “Rzeczpospolita” napisała, że w aferę zamieszane są setki firm. Śledztwa w tej sprawie prowadzą prokuratury w całym kraju. Premier polecił powołanie specjalnej grupy do koordynowania gigantycznego dochodzenia.

Razem z Grzegorzem P. w Wodzisławiu zatrzymano jeszcze czterech innych mężczyzn. Dwóch pochodzi z Gdańska, dwóch ze Śląska. Prokuratura złożyła wczoraj w wodzisławskim sądzie wniosek o aresztowanie tylko głównego podejrzanego ? Grzegorza P.

Autor artykułu: Jacek Bombor, Grzegorz Zasępa

Złodzieje kradną towar, części wagonów, szyny, podkłady… kolej traci

Thursday, August 22nd, 2002

50 ton węgla z czterech wagonów wysypał wczoraj w Zabrzu 29-letni mężczyzna. Nie zdążył go zebrać z pobocza, bo został zatrzymany przez policjantów.

Przestępcy mniejszego formatu grasowali między katowickimi dzielnicami Dąbrówką Małą a Szopienicami. Na torach ułożyli podkłady kolejowe. Gdy pociąg się zatrzymał, otworzyli jeden z wagonów i wysypali 5 ton węgla. 2,5 km dalej ukradli w ten sposób 4 tony węgla.

- To zdarzyło się wczorajszej nocy. Złodzieje ustawiają na torach podkłady, płyty betonowe, wersalki, szafy. Niekiedy sami się kładą. Znaleźliśmy kiedyś manekina, który położony na torach służył do zatrzymywania pociągów – opowiada insp. Grzegorz Sławiński z Oddziału Okręgowego Straży Ochrony Kolei w Katowicach.

Inspektor Sławiński twierdzi, że już nie zdziwi go żadna kradzież: – Z kolei ginie wszystko, co można spieniężyć. Przestępcy kradną szyny kolejowe, podkłady, elementy wagonów, przewożony towar.

Ostatnio w Gliwicach złodzieje wymontowali 25 zaworów powietrza, które sterują hamulcami wagonów towarowych. Na szczęście przy uszkodzeniu tego elementu, hamulce automatycznie się blokują, więc taka kradzież nie powoduje zagrożenia w ruchu. – Za taki zawór w skupie złomu złodziej dostanie kilkanaście złotych. A nowy kosztuje od 2,4 do 4,9 tys. zł – mówi insp. Sławiński.

Ze szlaku Chorzów-Batory – Chorzów zniknął elektroniczny nadajnik sterujący ruchem pociągów. Złodzieje ukradli też cztery urządzenia do samoczynnego hamowania pociągów (SHP). Każdy kosztuje 4,5 tys. zł.

- Gdy lokomotywa przejeżdża koło SHP, w kabinie maszynisty zaczyna działać brzęczyk. Człowiek musi go wyłączyć, bo pociąg stanie. Maszyniści prawie na pamięć znają te miejsca. Gdy nie usłyszą brzęczyka, od razu dają znać – opowiada sokista.

Wczoraj rano na stacji Dąbrowa Górnicza-Towarowa w czasie naprawy sieci trakcyjnej, złodzieje skorzystali z chwilowego odłączenia napięcia. Ukradli sporo przewodów.
- Dwa dni wcześniej w tym terenie odzyskaliśmy skradzione przewody i urządzenia do uziemiania – opowiada funkcjonariusz.

Sokiści przyznają, że kradną fachowcy, często byli kolejarze. Oni wiedzą, jak zbudowana jest sieć, jak uziemić przewody, żeby nie zginąć od porażenia prądem.

Autor artykułu: Jarosław Rybak

Do Ojczyzny wróć!

Tuesday, August 20th, 2002

Odlot do Watykanu opóźnił się, bo papież zażyczył sobie zobaczyć Tatry i Wadowice, choćby z lotu ptaka, a nikt takiej prośbie nie mógłby odmówić. Po drodze na lotnisko na krótką modlitwę wstąpił też do ojców kamedułów na Bielanach i benedyktynów w Tyńcu. W tym czasie kilka tysięcy ludzi czekało, aby go pożegnać. “Kraków kocha Cię, Kraków dziękuje Ci” – śpiewano, a oczekiwanie urozmaicały zespoły ludowe krakowiaków i górali. Furorę robili bracia Paweł i Łukasz Golcowie śpiewający przerobioną nieco swoją piosenkę “Do Ojczyzny wróć”.

Pobłogosław

Nikt nie krył, że Polacy czekają na kolejną pielgrzymkę do ojczyzny. Wyraził to prymas Józef Glemp wspominając, że wkrótce na wilanowskich polach rozpocznie się budowa sanktuarium Opatrzności Bożej. – Ufamy. Ojcze Święty, że wkrótce pobłogosławisz mury tej Świątyni, wotum Ojców. Gorąco zapraszamy – mówił prymas, co 30 tysięcy osób na lotnisku w Balicach potwierdziło oklaskami.

Podobnie mówił prezydent Aleksander Kwaśniewski: – Dzisiejsze rozstanie pozostawia nas, jak zawsze, z głęboką nadzieją na kolejne spotkanie. Z nadzieją, która, ku naszej ogromnej radości, nigdy nas nie zawiodła.

Pragnienie Polaków, aby papież był w ojczyźnie jak najdłużej, udzieliło się chyba nawet rzeczom martwym. W papamobilu przewożącym Ojca Świętego od kamedułów i bernardynów na lotnisko, zepsuł się podnośnik, jakby na siłę chciał uniemożliwić papieżowi przejście do samolotu i odlot.

Może następnym razem

Sam papież o chęci ponownego przyjazdu do ojczyzny delikatnie wspominał jeszcze w niedzielę, gdy pod pałacem arcybiskupim czekała na niego młodzież. – Takiemu, który odjeżdża życzy się “Przyjdą zaś”. Myślę, że wy mi tego życzycie – mówił w niedzielny wieczór papież, Wyraźniej powiedział o tym wczoraj na lotnisku wspominając minioną pielgrzymkę: – Tak wielu mnie oczekiwało, tak wielu pragnęło się ze mną spotkać. Nie każdemu było to dane. Może następnym razem… – powiedział papież a na lotnisku zawrzało od wiwatów.

- A na koniec powiem, żal odjeżdżać – zakończył papież odchodząc od przygotowanego wcześniej tekstu przemówienia. “Przyjedź znowu” – wołali pielgrzymi, gdy oficjalni goście żegnali się z Ojcem Świętym przy dźwiękach orkiestry wojskowej grającej “Hej bystra wodo” oraz “Poszła Karolinka”. “Do ojczyzny wróć” – zaśpiewali znowu bracia Golcowie, gdy papież wsiadał do samolotu. Ojciec Święty zatrzymał się w drzwiach samolotu, aby jej posłuchać. Chwilę potem samolot wystartował w stronę zachodzącego słońca. Jeszcze długo pielgrzymi machali w jego kierunku.

Kilkakrotnie po wystartowaniu samolot z Ojcem Świętym zawracał, aby przelecieć nad płytą lotniska. – Przez ostatnie cztery dni szliśmy w strudze światła. Zostajemy w niej, bo ona nie wygasła. To nie było sztuczne światło – mówił kardynał Franciszek Macharski.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk