Archive for August, 2002

GKS wygrał w Poznaniu

Monday, August 19th, 2002

Chcieliśmy wywieźć z Poznania remis. Trener ustawił nas na grę z kontry. Wywieźlismy trzy więc radość jest potrójna – powiedział po piątkowym meczu w Poznaniu strzelec złotej bramki dla zespołu Katowic Stanisław Wróbel.

W Poznaniu z nieukrywaną radością przyjęto informację, że nie będzie mógł grać Krzysztof Gajtkowski. W poprzednim sezonie to właśnie po jego golach w Pucharze Ligi, lechici odpadli z rozgrywek. Najbardziej znany snajper katowiczan pokazał wtedy kroczącym od zwycięstwa do zwycięstwa na drugim froncie poznaniakom, że w ekstraklasie gra się szybszy i bardziej wyrafinowany futbol.

Ta lekcja musiała być bardzo bolesna, bo gospodarze z dużym respektem rozpoczęli spotkanie i choć trener Bogusław Baniak zapowiadał ofensywę, desygnował do gry tylko jednego napastnika. Bojaźliwa gra Lecha wyraźnie odpowiadała gościom, którzy bez problemów rozbijali ataki rywali.

- Czekaliśmy na kontrę i gdy Adam Bała wyłożył mi idealną piłkę nie mogłem spudłować – powiedział Stanisław Wróbel, którego bramka musiała też zrobić wrażenie na jego byłych kolegach. Na trybunach stadionu przy ul. Bułgarskiej zasiedli bowiem piłkarze Górnika, którzy dzień później rozgrywali mecz w Grodzisku. Po tym spotkaniu mogli dojść do wniosku, że “Kolejorz” to nie taki groźny diabeł jak go malują. Być może dodało im to też pewności siebie w Grodzisku.

Choć Wróbel wielokrotnie podkreślał, że zwycięstwo to zasługa całego zespołu jednym z bohaterów meczu był bramkarz GKS Jarosław Tkocz.

- Grało mi się znakomicie. Gra przy prawie 20 tysiącach kibiców nie peszy mnie, a wręcz moblilizuje. Nigdzie nie ma w Polsce takiej atmosfery, kibice nawet nie gwizdali na piłkarzy Lecha, choć porażka musiała być dla nich rozczarowaniem. Najtrudniejsza interwencja? Chyba ta w zamieszaniu podbramkowym. O mało nie straciliśmy gola po strzale samobójczym. Obroniłem tą piłkę instynktownie – powiedział katowicki bramkarz.

Mający najmniejszy ligowy budżet GKS staje się rewelacją ligi.
- Prawdę mówiąc nie spodziewaliśmy się takiego startu. Teraz czeka nas mecz ze Szczakowianką. Chcemy go wygrać i na dłużej zadomowić się w czubie tabeli – dodał Stanisław Wróbel.

Autor artykułu: Maciej Lehmann

Groclin – Górnik Zabrze 2:2

Monday, August 19th, 2002

W 90 min po faulu Marcina Łukaszewskiego na Andrzeju Niedzielanie arbiter podyktował rzut karny dla Górnika. Robert Kolasa potężnie strzelił, ale trafił w nogi Mariusza Liberdy. Lepszej okazji na odniesienie zwycięstwa nie można było sobie wymarzyć… Spotkanie w Grodzisku pomiędzy Groclinem a ekipą z Zabrza zakończyło się remisem 2:2 (2:2).

Mecz rozpoczął się od mocnego uderzenia Górnika. W 4 min po błędzie Artura Januszewskiego piłkę przechwycił Piotr Gierczak, podał ją do Niedzielana, który strzałem z lewej nogi nie dał szans bramkarzowi Groclinu.

Gospodarze zerwali się do ataku i przez ponad dwa kwadranse wypracowali sobie wiele sytuacji strzeleckich. Efektem szybkiej, składnej gry były dwa gole. Pierwszego wypracował Marcin Zając. W sprinterskim tempie przeprowadził akcję prawą stroną boiska, dośrodkował i Grzegorz Rasiak strzałem głową doprowadził do wyrównania w 15 min. Chwilę później było już 2:1. Za nieprzepisowe zatrzymanie tuż przed polem karnym Tomasza Wieszczyckiego sędzia podyktował rzut wolny. Z lewej nogi w samo okienko trafił Sebastian Mila. Andrzej Bledzewski nie miał szans na zatrzymanie tego strzału.

Zadowoleni z prowadzenia piłkarze Groclinu spoczęli na laurach i myśleli chyba, że kolejne gole to tylko kwestia czasu. Tymczasem w 33 min Rafał Kocyba uruchomił długim podaniem Adama Kompałę, ten płasko dośrodkował do Gierczaka, który wyprzedził obrońców i z dwóch metrów wślizgiem umieścił piłkę w siatce.

Jeszcze przed przerwą mogły paść kolejne bramki. Po ładnym strzale głową Rasiaka, świetną interwencją popisał się Bledzewski, a tuż przed zejściem do szatni po zagraniu Kompały, pojedynek z Liberdą przegrał Niedzielan.
Po zmianie stron Górnik został zepchnięty do głębokiej defensywy. Z przewagi Groclinu niewiele jednak wynikało. Dopiero w 72 min gospodarze oddali groźny strzał. Łukaszewski z ponad 20 m trafił w poprzeczkę, a w 85 min w zamieszaniu podbramkowym Piotr Piechniak strzelił prosto w Bledzewskiego.

A potem był rzut karny, po którym w szał wpadł trener Bogusław Kaczmarek. Niewiele brakowało by pobił arbitra. Nic więc dziwnego, że sędzia Jarosław Żyro odesłał go na trybuny.

Autor artykułu: Maciej Lehmann

Czy biznesmen z Podbeskidzia odzyska półtora miliona złotych podatku?

Tuesday, August 13th, 2002

Bielski oddział katowickiej Izby Skarbowej nie chce zwrócić Wiktorowi Czulakowi podatku pobranego 10 lat temu na skutek błędu celników.

- Podatek został pobrany bezprawnie – Czulak pokazuje 40 korzystnych dla niego wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego. Z odsetkami błąd może kosztować państwo 1,5 mln zł.

Firma upadła

Wiktor Czulak na początku lat 90. był jednym z największych polskich importerów czeskiego piwa. Jego firma Victoria zatrudniała 55 pracowników w kilku hurtowniach. W kwietniu 1992 r. w firmie zjawili się kontrolerzy z Urzędu Skarbowego i Urzędu Kontroli Skarbowej w Bielsku Białej.
- Zarzucono mi zaniżenie cen piwa na 40 fakturach. Urząd Celny w Cieszynie podwyższył nam cło i na tej podstawie Urząd Skarbowy w Bielsku-Białej nałożył podatek importowy w wysokości prawie 2 mld zł (przed denominacją – przyp. red.). Zarzuty były bezpodstawne – mówi biznesmen.
Sprawą zajęła się prokuratura. Czulakowi odebrano paszport, zablokowano konta. Firma upadła.

40 wyroków

Przez 10 lat Czulak udowadniał przed sądami, że jest niewinny. W 2000 r. zakończyła się sprawa karna. On i jego wspólnik zostali uniewinnieni. Zasadność decyzji o nałożeniu podatku importowego na podstawie rzekomo sfałszowanych faktur badał Naczelny Sąd Administracyjny. – Doczekałem się 40 wyroków na swoją korzyść – Czulak pokazuje dokumenty. Na ich podstawie w lutym tego roku Główny Urząd Ceł uchylił decyzję Urzędu Celnego w Cieszynie, który w 1993 roku nałożył cło graniczne. Skoro cło zostało nałożone niezgodnie z przepisami, to podatek też.

Biznesmen wystąpił do bielskiego oddziału Izby Skarbowej w Katowicach domagając się jego zwrotu.

Za późno

Odpowiedź nadeszła 2 kwietnia. Fiskus odmówił uchylenia błędnej decyzji… z powodu przedawnienia sprawy. Od dnia doręczenia decyzji upłynęło bowiem więcej niż pięć lat.
- Nie ma mowy o przedawnieniu, bo przez kilka lat sprawa była zawieszona przez NSA, do czasu zakończenia procesu karnego. A zawieszenie postępowania wstrzymuje bieg terminów dotyczących przedawnienia – argumentuje Czulak, który odwołał się do ministra finansów.

Izba Skarbowa nie dopatruje się błędów w działaniu swoich urzędników. Ci nałożyli bowiem podatek na podstawie decyzji celnych. Grażyna Piechota, rzecznik prasowy Izby Skarbowej w Katowicach, mówi: ? W jednym z wyroków NSA stwierdził, iż rozstrzygając skargę musi brać pod uwagę stan istniejący w chwili wydania zaskarżonej decyzji. Nie sposób zarzucić organowi administracyjnemu naruszenia prawa, jeżeli okoliczność uzasadniająca wzruszenie wydanej decyzji nie istniała w momencie jej wydania – wyjaśnia Piechota.

Ministerstwo kontroluje

Prawnicy Czulaka zarzucają jednak bielskiej skarbówce opieszałość, niekompetencję i stronniczość. – Przecież to oni przeprowadzali kontrolę. Mogli zabezpieczyć majątek, a nie brać gotówkę. Zresztą wystarczyło dobrze przyjrzeć się dokumentom, by ocenić, że zarzuty są wyssane z palca. To była pseudokontrola – uważa Czulak.

Po jego interwencji sprawą zajął się wydział nadzoru służb skarbowych Ministerstwa Finansów. – Nasza kontrola wykaże, czy doszło do błędów. Sprawdzamy działanie bielskiej jednostki pod względem terminowości czy przewlekłości działania. Nie mogę zdradzić szczegółów, bo kontrola trwa. Pierwsze ustalenia będą znane we wrześniu – mówi Kazimierz Jaszczak, naczelnik wydziału. – Minister objął osobisty nadzór nad sprawą – dodaje Jaszczak.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Szef “Izomeru” uchyla się od wypełnienia własnych deklaracji

Tuesday, August 13th, 2002

Właściciel “Izomeru”, Dariusz T. nie kiwnął jak do tej pory nawet palcem, żeby usunąć toksyczne odpady z terenu swojej firmy w Aleksandrowie k. Koniecpola. Nieczystości wywieziono na koszt samorządu. “Trybuna Śląska” jako pierwsza napisała o nielegalnym składowisku toksycznych odpadów.

Miał posprzątać!
Na początku sierpnia Dariusz T. zgłosił się dobrowolnie na policję. Po przesłuchaniu w wydziale przestępstw gospodarczych oraz w myszkowskiej prokuraturze, został zwolniony do domu. Miał jednak wpłacić 10 tys. zł kaucji i meldować się raz w tygodniu na komisariacie w Częstochowie.

Skruszony pozornie szef “Izomeru” przyznał się do winy.
Mało tego, w obecności władz samorządowych Koniecpola zobowiązał się do usunięcia odpadów. Sam wyznaczył nawet harmonogram ich wywożenia. I niestety, tyle go w Koniecpolu widziano.

- Dariusz T. obiecywał solennie, że do 8 sierpnia pozbędzie się najbardziej toksycznych odpadów – twierdzi burmistrz Koniecpola Józef Kałuża. – Ale od momentu podpisania pamiętnej deklaracji nie pojawił się, ani w gminie, ani na terenie firmy w Aleksandrowie. Jedyne co zrobił to wynajął dwóch ochroniarzy, którzy pilnują firmy i nie wpuszczają nikogo na jej teren.

Nie czekając na spełnienie obietnic przez Dariusza T. samorządowcy z Koniecpola sami zabrali się do wywożenia nieczystości. Gmina dała dwa traktory, a straż pożarna ludzi do ich załadunku. W ten sposób zniknęła część najbardziej toksycznych odpadów. Problem nie został jednak rozwiązany, bo ciągle na terenie “Izomeru” nadal pełno jest różnego rodzaju śmieci.

Będzie doniesienie do prokuratury
- Najbardziej denerwuje mnie to, że nie ma żadnych możliwości ani prawnych, ani administracyjnych, by zmusić Dariusza T. do wywiązania się ze złożonych obietnic – martwi się burmistrz Kałuża. – Jedyne co można zrobić to złożyć na niego doniesienie do prokuratury. I tak właśnie mamy zamiar zrobić w najbliższym czasie.

Brakiem odpowiedzialności ze strony Dariusza T. martwi się także starosta częstochowski Wiesław Bąk.
- Ten człowiek jest dla mnie zupełnie niewiarygodny – przekonuje. – Skoro nie zrealizował pierwszego punktu zobowiązania, to na pewno nie wywiąże się też z pozostałych. A przecież zarobił duże pieniądze na odpadach i gdzieś musi je mieć. Dlatego chcemy skierować sprawę do izby skarbowej, by ta wyciągnęła od niego pieniądze jakie wydaliśmy na usuwanie śmieci.

Składowisko nadal groźne
Tymczasem składowisko w Aleksandrowie, to nadal groźna i nierozbrojona jeszcze do końca bomba ekologiczna. Sądząc po tym jak Dariusz T. unika odpowiedzialności i uchyla się od wypełnienie składanych deklaracji przypuszczać można, że oczyszczenie terenu potrwa jeszcze wiele miesięcy.

Niewykluczone, że szef “Izomeru” gra na zwłokę i liczy, że problem rozejdzie się po kościach, a on będzie mógł w spokoju zająć się wydawaniem zarobionych na składowisku odpadów pieniędzy. Niestety, mimo wielokrotnych prób nie udało nam się skontaktować z szefem “Izomeru”. Ustaliliśmy natomiast, że zgodnie z zaleceniem prokuratury pojawia się on raz w tygodniu na jednym z posterunków w Częstochowie. Podpisuje listę obecności i wychodzi.

Autor artykułu: Mariusz Pietrzyk

Poród w ruinie

Tuesday, August 13th, 2002

W Jastrzębiu Zdroju pacjentki nie wiedzą, że rodzą w szpitalu, który może się w każdej chwili zawalić! Na piętra już w ogóle nie można wchodzić, więc rodzące przeniesiono na parter. Instalacja elektryczna pozwala jedynie na załączenie oświetlenia!

A tylko w lipcu kobiety urodziły tu 72 dzieci! Zaniepokojone władze miasta wzięły sprawy we własne ręce. Marszałek też obiecał pieniądze.

Jastrzębianki rodzą dzieci w budynku znajdującym się w katastrofalnym stanie technicznym. Obiekt stwarza zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów. – Drewniany strop w każdej chwili może się zawalić – powiedziała nam wczoraj Jadwiga Poloczek, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Jastrzębiu Zdroju.

Zgniły strop…

Budynek, w którym jeszcze znajduje się oddział ginekologiczno-położniczy Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 2 mieści się przy ul. Zdrojowej. Już z zewnątrz nie budzi zaufania. Odrapana elewacja. Z niewielkiego zadaszenia nad wejściem sypie się tynk. Od kilku tygodni lekarze i pacjentki czekają na przeniesienie oddziału w inne miejsce.

- To zabytkowy obiekt z około 1920 roku. Zbadaliśmy drewniany strop i okazało się, że drewno zżarł grzyb. W każdej chwili konstrukcja może runąć – mówi inspektor Poloczek.

Podjęto już decyzję o zamknięciu całego piętra, a pacjentki ewakuowano na parter. Zamknięto też oddział patologii ciąży. Kobiety z powikłaniami są teraz wysyłane na podobne oddziały do Wodzisławia Śląskiego i Rybnika.

A jak się zawali?

Na sali operacyjnej nie można przeprowadzać już specjalistycznych zabiegów.

- Jedynie cięcie cesarskie. I to ręcznym skalpelem, bez używania elektrycznego. Stan instalacji elektrycznej pozwala jedynie na załączenie oświetlenia – dodaje inspektor Poloczek.

Na drugie piętro nie można w ogóle wejść. Na drzwiach, prowadzących do sal, gdzie jeszcze niedawno rodziły kobiety, wisi napis: wstęp wzbroniony. Po parterze oddziału oprowadza nas zastępca ordynatora doktor Bogdan Małolepszy, pracujący tu od 26 lat. Przyznaje, że jest ciasno jak w ulu, bo przecież oprócz pacjentów, trzeba było znaleźć miejsce dla całego personelu.

- Staramy się jakoś wszystko poukładać i normalnie pracować. W lipcu odebraliśmy tutaj 72 porody – mówi lekarz.

Wchodzimy do małej sali. Trzy kobiety przytulają swoje nowo narodzone pociechy. Czy wiedzą o tym, że budynek to ruina?
- Przed porodem nic o tym nie słyszałyśmy. Może dobrze, bo poród to wystarczający stres – mówi pani Grażyna, przytulając urodzonego przed paroma dniami synka, Grzesia.
Co będzie, gdy drewniana konstrukcja stropu nie wytrzyma?
- Zawali się. Ale rumowisko nie dojdzie do parteru. Parter z zamkniętym przez nas piętrem oddziela solidna, żelbetonowa konstrukcja. Ona wytrzyma – wyjaśnia Jadwiga Poloczek.

Potrzeba pieniędzy

W obliczu katastrofy budowlanej i przed nieuchronną wizją zamknięcia jedynego w tym stutysięcznym mieście oddziału położniczego, sprawdzili się miejscy urzędnicy. Choć szpital nie jest miejski! Wspólnie z dyrekcją WSS nr 2 postanowili przenieść oddział do budynku szpitala przy al. Jana Pawła II. Mimo że oddział podlega urzędowi marszałkowskiemu, miasto przeznaczyło na ten cel 150 tys. zł.

- Bo rodzą w nim kobiety z naszego miasta – wyjaśnia decyzję Janusz Ogiegło, prezydent Jastrzębia Zdroju. Aby przenieść oddział potrzeba jednak kolejnych 150 tys. zł. Miasto i dyrekcja szpitala zwróciły się już w tej sprawie do marszałka.

- Zapewniono nas, że pieniądze się znajdą jeszcze w tym miesiącu. Mamy nadzieję, że we wrześniu oddział zostanie przeniesiony na szóste piętro naszego szpitala przy al. Jana Pawła II. Nie można dłużej ryzykować – mówi Józef Danek, zastępca dyrektora ds. lecznictwa WSS nr 2.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Prezydent miasta przeprasza gliwickich skłotersów za swoich urzędników

Friday, August 9th, 2002

Prezydent Zygmunt Frankiewicz przeprosił gliwickich skłotersów za to, że byli ignorowani przez urzędników miejskich. Skłotersi to młodzi ludzie, którzy zasiedlają zniszczone budynki i tworzą tam wspólnoty. W tzw. skłotach nie pije się ani nie bierze narkotyków, choć wiele osób posądza o to ich mieszkańców. Słowo “skłot” pochodzi od angielskiego “squat”, czyli załoga.

Droga zamiast domu
Gliwiccy skłotersi przez cztery lata prowadzili spokojne życie w opuszczonym budynku przy ul. Sienkiewicza. Atmosferę zmąciła informacja o tym, że we wrześniu ma być on zrównany z ziemią, ponieważ leży na szlaku budowanej właśnie Drogowej Trasy Średnicowej. Pojawiły się też głosy o eksmisji skłotersów na bruk.

Młodzież napisała więc prośbę do urzędu miasta o nową siedzibę. Sama upatrzyła sobie budynek po byłym przedszkolu przy ul. Horsta Bienka 14. Skłotersi opracowali projekt utworzenia Centrum Kultury Niezależnej. Dokument trafił do wydziału gospodarki nieruchomościami, ale żaden z urzędników nie raczył skłotersom odpowiedzieć.

O tym, jak młodzi ludzie zostali potraktowani dowiedział się prezydent Gliwic Zygmunt Frankiewicz. Przeprosił skłotersów i odpisał im, że nie ma mowy o żadnej eksmisji. List wisi na drzwiach wejściowych skłotu. Przy okazji prezydent poinformował, że zrobił porządek z pracownikami wydziału. Skarg na wydział było zresztą więcej, więc stanowisko stracił naczelnik, jego zastępca i dwóch kierowników referatów.

- Nie będziemy nikogo wyrzucać na bruk, choć skłotersi zajmują teraz gminny budynek bez żadnego tytułu prawnego – tłumaczy Janusz Moszyński, wiceprezydent Gliwic.

Są tu, bo chcą
W gliwickim skłocie mieszka dziewięć pełnoletnich osób: Edyta, Monika, Daniel, Boguś, Bartek, dwóch Grzegorzów i dwóch Marcinów. Wszyscy są wegetarianami. Mają cztery psy i cztery koty, w każdym pokoju jest czysto.

Skłotersi utrzymują się z tego, co sami zarobią. Marcin pracuje w kinie, Boguś roznosi ulotki, Edyta maluje obrazy (już dwa razy próbowała się dostać na AWF), Grzegorz studiuje pedagogikę. Wszyscy łapią prace dorywcze, a gdy organizują koncerty, to z biletami wstępu. Poza tym raz w tygodniu rozdają bezdomnym wegetariańskie jedzenie. – Dostajemy jarzyny od handlujących na bazarze przy ul. Żwirki i Wigury – cieszą się.

Teraz marzą o nowym domu. – Wiemy, że budynek zajmujemy nielegalnie. Płacimy za prąd, ale nie mamy wody. Bierzemy ją z okolicznych firm – mówi młodzież. – Dlatego ten nowy budynek chcemy mieć na zasadzie użyczenia, żeby wszystko było zgodnie z prawem. Wtedy będziemy mogli występować do różnych fundacji z prośbą o dofinansowanie imprez czy remontów.

Gliwiccy skłotersi w sądzie w Katowicach zarejestrowali Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalno-Wolnościowe “Krzyk”. – Dlatego chcielibyśmy, żeby nowy budynek był na stowarzyszenie – mówią skłotersi.

W połowie sierpnia młodzież ze skłotu ma spotkać się z wiceprezydentem Januszem Moszyńskim. – Nigdy tam u nich jeszcze nie byłem, ale wybiorę się – zapewnia wiceprezydent. – Zastanowimy się nad nową siedzibą, tak, żeby każda ze stron była zadowolona.

Autor artykułu: Monika Krężel

Mistrzowie poczty

Friday, August 9th, 2002

Torba z przesyłkami wtedy jest zbyt ciężka, gdy jej pas wbija się w ramię. A nogi wchodzą tam skąd wychodzą wówczas, kiedy torba nadto ciąży i trzeba z nią przebiec cały rejon. Jednak do jednego i drugiego można się przyzwyczaić…

Obaj pracują w Sosnowcu. Ireneusz Rospondek jest najlepszym listonoszem w mieście. Grzegorz Orłowski jest drugi. Numer dwa mówi, że teraz chce być pierwszy, że to cel i zadanie dla niego wręcz honorowe. – Ja nie zamierzam się poddawać! – odpowiada na to Rospondek.

Przez przypadek

31-letni Rospondek pewnie pracowałby w uspołecznionej gastronomii, gdyby komuna nie przeszła do historii. W 1989 ukończył liceum zawodowe przy zespole szkół gastronomicznych i stał się… bezrobotny.

- Zostałem listonoszem, można powiedzieć przez przypadek, albo z konieczności…

Pierwszy dzień pracy na poczcie pamięta doskonale.

- Wcześniej nie myślałem, że z listami tyle trzeba się nabiegać!
Wkrótce okazało się, że ta praca to nie tylko bieganie. Żeby być listonoszem nie wystarczą tylko mocne nogi. W tym zawodzie trzeba mieć olej w głowie, trzeba umieć liczyć, by nie dokładać do interesu!

Nie lubi poniedziałku

Listonosz Rospondek pracuje na Poczcie Głównej. O szóstej rano odwozi żonę do pracy, więc do swojej przychodzi znacznie wcześniej niż jest to wymagane. Przesyłki już dowieziono do Urzędu. Można je przesortować, wyjąć co swoje, pobrać listy polecone i przekazy, poukładać korespondencję według ulic… W parę minut po dziesiątej można wyjechać już w rejon.

- Pracuję na “dwunastce”. Dostarczam korespondencję do 950 gospodarstw domowych w okolicach huty “Cedler”. Najcięższym dniem w mojej pracy jest poniedziałek. W sobotę i niedzielę pracownicy operacyjni, czyli listonosze, nie pracują, ludzie jednak listy wysyłają, więc w każdy poniedziałek ma na mur beton pięć toreb korespondencji!

Więc nic dziwnego, że Ireneusz Rospondek nie kocha poniedziałku. Co innego wtorek, to taki miły dzień… Luz w bieganiu, lekkość na ramieniu. W ten dzień torba jest najlżejsza.

Dycha na życie

W listonoszu ludzie widzą wręcz chlebodawcę. Czekają z nieukrywaną niecierpliwością, jak ten przyniesie im rentę czy emeryturę. Starszy pan cieszy się, że będzie miał pieniądze, a martwi się, że jest ich tak niewiele. Parę groszy da listonoszowi w podzięce. Listonosz Rospondek nie bardzo chce rozmawiać o tej stronie jego pracy. W końcu przełamuje się i wyjaśnia:

- Trzeba sobie powiedzieć, że bez tych napiwków byłoby bardzo ciężko. Na rękę ze wszystkimi dodatkami – rodzinnym, sortem mundurowym i tak dalej – dostaję nieco ponad tysiąc złotych. Drugie tyle można dorobić dzięki ludziom…

Po tym kto daje napiwki (i w jakiej wysokości) można poznać, jak ludziom się żyje. Jeszcze kilka lat temu pensja listonosza stanowiła jedną czwartą przychodów. Z czasem te zwyczajowo nieformalne dochody zaczęły maleć. Wpierw za sprawą tego, iż wielu emerytów i rencistów pozakładało sobie konta w bankach. Potem wskutek postępującgo ubożenia tej części społeczeństwa.

Klienci czuwają

W swoim rejonie Rospondek musi się nabiegać. Do 20 kilometrów dziennie. Stare domy i strome schody…

- Wolę ten rejon od tego, gdzie są same wieżowce. W nich ludzie są anonimowi, jeden nie zna drugiego. W takich osiedlach, jak moje, jak w domu nie ma Kowalskiego, to Nowak powie, w którym sklepie można go spotkać. A poza tym tu – choć na pierwszy rzut oka wydawać może się inaczej – czuję się bezpiecznie… O, proszę bardzo. Niech pan zobaczy, jak ci z drugiego piętra patrzą na pana… Panie Janku, w porządku! Ten gość jest ze mną… W takich osiedlach ludzie pilnują swojego listonosza, krzywdy nie dadzą mu zrobić.

* * *

Trzeba być człowiekiem w tym fachu, a nie automatem do roznoszenia listów. Uśmiech na twarzy – czy ma się problemy, czy ich się nie ma – bo klient, to pan. Uczucia w sobie też trzeba troszkę mieć.

- Kiedyś spotkałem w sklepie chłopczyka z takiej wieloletniej rodziny. Bardzo przypomniał mi mojego syna… Ten chłopiec miał pół złotego i chciał kupić bułkę. Sprzedawczyni dawała mu tylko lizaka, bo bułka kosztowała o dziesięć groszy drożej. Dałem mu te pieniądze, a przecież nic by się nie stało, gdyby chłopiec dostał bułkę zamiast lizaka!
Pośród kilku tysięcy klientów i klientek Ireneusza Rospondka jest jedna szczególnie mu bliska. Mariana Banasik, oficer Armii Krajowej ma 82 lata i przyjaciela w swoim listonoszu. Zagląda do niej nie tylko wtedy, gdy trzeba doręczyć korespondencję. Podejdzie, spyta o zdrowie, przyniesie zakupy… Bezinteresownie, z jakiejś takiej wewnętrznej potrzeby. Z takiej samej, z jakiej wychodził w pewnej prywatnej firmie dofinansowanie do “zielonej szkoły” dla biednych dzieci z klasy jego syna. Więc nic dziwnego, że ludzie wybrali go pierwszym listonoszem w Sosnowcu. Nie będzie lekko wicemistrzowi Orłowskiemu zdetronizować mistrza Rospondka. Zanosi się na atrakcyjną rywalizację.

Autor artykułu: Andrzej Bęben

Sprawa granicy w Trybunale Konstytucyjnym

Friday, August 9th, 2002

Sprawa granicy między Bytomiem a Radzionkowem trafi do Trybunału Konstytucyjnego. Tak zadecydowali wczoraj radzionkowscy radni.
Przypomnijmy. Rada Ministrów podjęła decyzję o zmianie granicy między dwoma miastami – po stronie Bytomia znalazła się oczyszczalnia ścieków, o której rozbudowę toczy się spór.

Bytom chce ją zmodernizować, protestują jednak mieszkańcy Radzionkowa. Bytom postarał się nawet o pieniądze z Funduszu Phare w wysokości ponad 8 mln euro. Jednak jeśli w ciągu kilku miesięcy prace nie ruszą, pieniądze przepadną. Bytom wystąpił więc do rządu o zmianę granic. Tak też się stało.

- Jesteśmy taką decyzją oburzeni, proponowaliśmy inne porozumienie – twierdzi Gustaw Jochlik, burmistrz Radzionkowa. – Rozporządzenie Rady Ministrów o zmianie granic uważamy za niezgodne z Konstytucją. Dlatego kierujemy wniosek do Trybunału Konstytucyjnego – dodał.

Cały problem wziął się stąd, że przez ponad 20 lat Radzionków byłą dzielnicą Bytomia. I na jego terenie postanowiono już w latach 70. wybudować oczyszczalnię.

Autor artykułu: mokr

Kaucja albo eksmisja powodzian

Wednesday, August 7th, 2002

W trzykondygnacyjnym bloku na os. Orłowiec w Rybniku mieszka obecnie 11 rodzin. W 1997 roku było ich 19, ale niektórzy wrócili do dawnych domów. Krystian Okrent, mieszkający pod numerem 28 nie miał do czego wracać, bo woda zniszczyła kompletnie cały jego dobytek. Mieszkał we wsi Ligota Tworkowska, która została zalana po szczyty dachów.

- Opłacam czynsz, ale kaucji nie zapłacę. Skąd wezmę 5 tysięcy?! – denerwuje się.

Czteroosobową rodzinę utrzymuje z renty inwalidzkiej 900 zł. Czynsz razem z mediami to wydatek rzędu 500 zł Miasto dopłaca ok. 300 zł.

Pierwsze eksmisje

Na trzech rodzinach ciąży już wyrok eksmisyjny, kolejne trzy są nim zagrożone. Na 11 rodzin aż 7 nie płaci za mieszkanie. Jan Jordan, jeden ze współwłaścicieli firmy Orkan powiedział nam, że ich zaległości wynoszą ponad 27 tys. zł. Lokatorzy mówią, że nie są w stanie podołać żądaniom.

Eksmisja czeka m. in. Jana Wistkowskiego. Mieszka z żoną. Nie mają pracy. – Kiedyś płaciliśmy za wszystko 100 zł, a teraz czynsz wynosi kilkaset złotych. Nie stać mnie. Z Lubomii musiałem się wyprowadzić, bo tamten budynek miał być przeznaczony do rozbiórki. Jednak stoi do dziś – żali się mężczyzna.

W podobnej sytuacji jest Beata Kuriata. Utrzymuje się z renty socjalnej – 540 zł. A miesięczne opłaty wynoszą 380 zł – Więc z czego miałam płacić? ? dodaje kołysząc wózek, w którym śpi jej miesięczny synek Mariusz. Wychowuje go samotnie.

Lubomi nie było stać…

Mieszkańcy nie mają pretensji do nowego właściciela, ale do władz Lubomii, które sprzedały budynek dwa lata temu. Władze Lubomi nie czują się winne. – Budynek przekazała nam w 1997 roku Rybnicka Spółka Węglowa. Daliśmy je do dyspozycji powodzianom. Pierwotne zamierzenie było takie, że zamieszkają tam czasowo, dopóki nie znajdą nowych mieszkań – wyjaśnia Czesław Burek, wójt Lubomii.
Gmina przez wiele miesięcy płaciła za mieszkańców czynsz, ale nie mogła tego robić w nieskończoność.

- Ludzie przyzwyczaili się do tego, że ktoś za nich płacił. Ale gminy nie było stać na utrzymanie tego budynku. Kosztowało to rocznie budżet kilkadziesiąt tysięcy złotych – dodaje.
Zapadła decyzja by go sprzedać. Akt notarialny podpisano 19 września 2000 roku. – Sprzedaliśmy budynek za prawie 350 tys. zł – dodaje Maria Fibic, zastępca wójta Lubomii.

Mieszkań socjalnych nie ma

Władze Lubomii zastrzegają, że najpierw próbowały sprzedać budynek do Rydułtów – za cenę znacznie niższą – w granicach 100-200 tys. – Na tych warunkach nie mogliśmy się na to zgodzić – przyznaje Alfred Sikora, burmistrz Rydułtów. Jednak jako że blok znajduje się na terenie miasta, gmina jest zobowiązana do znalezienia mieszkań socjalnych dla rodzin z eksmisją. – Ale takich nie mamy – kończy burmistrz Sikora.

Po interwencji mieszkańców sprawę sprzedaży budynku badała nawet prokuratura, ale nie doszukała się w tej transakcji znamion przestępstwa. Sprawę umorzono.

Mogą płacić?

Współwłaściciel Orkana uważa, że kaucja zabezpieczy firmę przed stratami Uważa również, że większość z mieszkańców stać na płacenie, bo do czynszów dopłaca miasto.
Poza tym kaucje będą wpłacane nie na konto firmy, a na specjalne konta lokatorów i będą mogli swobodnie korzystać z odsetek. Kaucja będzie naruszona tylko wówczas, gdy dojdzie do dewastacji lokalu, albo ktoś nie będzie znowu płacił.

Co będzie, jeśli mieszkańcy nie zapłacą kaucji? Dla firmy Orkan będzie to podstawa do złożenia w sądzie wniosku o eksmisję. Jeszcze nikt nie wpłacił kaucji.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Kaucja albo eksmisja

Wednesday, August 7th, 2002

W trzykondygnacyjnym bloku na os. Orłowiec mieszka obecnie 11 rodzin. W 1997 roku było ich 19, ale niektórzy wrócili do dawnych domów. Krystian Okrent, mieszkający pod numerem 28 nie miał do czego wracać, bo woda zniszczyła kompletnie cały jego dobytek. Mieszkał we wsi Ligota Tworkowska, która została zalana po szczyty dachów. – Opłacam czynsz, ale kaucji nie zapłacę. Skąd wezmę 5 tysięcy?! – denerwuje się.
Czteroosobową rodzinę utrzymuje z renty inwalidzkiej 900 zł. Czynsz razem z mediami to wydatek rzędu 500 zł Miasto dopłaca ok. 300 zł.

Pierwsze eksmisje
Na trzech rodzinach ciąży już wyrok eksmisyjny, kolejne trzy są nim zagrożone. Na 11 rodzin aż 7 nie płaci za mieszkanie. Jan Jordan, jeden ze współwłaścicieli firmy Orkan powiedział nam, że ich zaległości wynoszą ponad 27 tys. zł. Lokatorzy mówią, że nie są w stanie podołać żądaniom.

Eksmisja czeka m. in. Jana Wistkowskiego. Mieszka z żoną. Nie mają pracy. – Kiedyś płaciliśmy za wszystko 100 zł, a teraz czynsz wynosi kilkaset złotych. Nie stać mnie. Z Lubomii musiałem się wyprowadzić, bo tamten budynek miał być przeznaczony do rozbiórki. Jednak stoi do dziś – żali się mężczyzna.

W podobnej sytuacji jest Beata Kuriata. Utrzymuje się z renty socjalnej – 540 zł. A miesięczne opłaty wynoszą 380 zł – Więc z czego miałam płacić? – dodaje kołysząc wózek, w którym śpi jej miesięczny synek Mariusz. Wychowuje go samotnie.
Lubomi nie było stać…

Mieszkańcy nie mają pretensji do nowego właściciela, ale do władz Lubomii, które sprzedały budynek dwa lata temu. Władze Lubomi nie czują się winne. – Budynek przekazała nam w 1997 roku Rybnicka Spółka Węglowa. Daliśmy je do dyspozycji powodzianom. Pierwotne zamierzenie było takie, że zamieszkają tam czasowo, dopóki nie znajdą nowych mieszkań – wyjaśnia Czesław Burek, wójt Lubomii.

Gmina przez wiele miesięcy płaciła za mieszkańców czynsz, ale nie mogła tego robić w nieskończoność.
- Ludzie przyzwyczaili się do tego, że ktoś za nich płacił. Ale gminy nie było stać na utrzymanie tego budynku. Kosztowało to rocznie budżet kilkadziesiąt tysięcy złotych – dodaje.
Zapadła decyzja by go sprzedać. Akt notarialny podpisano 19 września 2000 roku. – Sprzedaliśmy budynek za prawie 350 tys. zł – dodaje Maria Fibic, zastępca wójta Lubomii.

Mieszkań socjalnych nie ma
Władze Lubomii zastrzegają, że najpierw próbowały sprzedać budynek do Rydułtów – za cenę znacznie niższą – w granicach 100-200 tys. – Na tych warunkach nie mogliśmy się na to zgodzić – przyznaje Alfred Sikora, burmistrz Rydułtów. Jednak jako że blok znajduje się na terenie miasta, gmina jest zobowiązana do znalezienia mieszkań socjalnych dla rodzin z eksmisją. – Ale takich nie mamy – kończy burmistrz Sikora.
Po interwencji mieszkańców sprawę sprzedaży budynku badała nawet prokuratura, ale nie doszukała się w tej transakcji znamion przestępstwa. Sprawę umorzono.

Mogą płacić?
Współwłaściciel Orkana uważa, że kaucja zabezpieczy firmę przed stratami Uważa również, że większość z mieszkańców stać na płacenie, bo do czynszów dopłaca miasto.
Poza tym kaucje będą wpłacane nie na konto firmy, a na specjalne konta lokatorów i będą mogli swobodnie korzystać z odsetek. Kaucja będzie naruszona tylko wówczas, gdy dojdzie do dewastacji lokalu, albo ktoś nie będzie znowu płacił.
Co będzie, jeśli mieszkańcy nie zapłacą kaucji? Dla firmy Orkan będzie to podstawa do złożenia w sądzie wniosku o eksmisję. Jeszcze nikt nie wpłacił kaucji.

Autor artykułu: Jacek Bombor