Torba z przesyłkami wtedy jest zbyt ciężka, gdy jej pas wbija się w ramię. A nogi wchodzą tam skąd wychodzą wówczas, kiedy torba nadto ciąży i trzeba z nią przebiec cały rejon. Jednak do jednego i drugiego można się przyzwyczaić…
Obaj pracują w Sosnowcu. Ireneusz Rospondek jest najlepszym listonoszem w mieście. Grzegorz Orłowski jest drugi. Numer dwa mówi, że teraz chce być pierwszy, że to cel i zadanie dla niego wręcz honorowe. – Ja nie zamierzam się poddawać! – odpowiada na to Rospondek.
Przez przypadek
31-letni Rospondek pewnie pracowałby w uspołecznionej gastronomii, gdyby komuna nie przeszła do historii. W 1989 ukończył liceum zawodowe przy zespole szkół gastronomicznych i stał się… bezrobotny.
- Zostałem listonoszem, można powiedzieć przez przypadek, albo z konieczności…
Pierwszy dzień pracy na poczcie pamięta doskonale.
- Wcześniej nie myślałem, że z listami tyle trzeba się nabiegać!
Wkrótce okazało się, że ta praca to nie tylko bieganie. Żeby być listonoszem nie wystarczą tylko mocne nogi. W tym zawodzie trzeba mieć olej w głowie, trzeba umieć liczyć, by nie dokładać do interesu!
Nie lubi poniedziałku
Listonosz Rospondek pracuje na Poczcie Głównej. O szóstej rano odwozi żonę do pracy, więc do swojej przychodzi znacznie wcześniej niż jest to wymagane. Przesyłki już dowieziono do Urzędu. Można je przesortować, wyjąć co swoje, pobrać listy polecone i przekazy, poukładać korespondencję według ulic… W parę minut po dziesiątej można wyjechać już w rejon.
- Pracuję na “dwunastce”. Dostarczam korespondencję do 950 gospodarstw domowych w okolicach huty “Cedler”. Najcięższym dniem w mojej pracy jest poniedziałek. W sobotę i niedzielę pracownicy operacyjni, czyli listonosze, nie pracują, ludzie jednak listy wysyłają, więc w każdy poniedziałek ma na mur beton pięć toreb korespondencji!
Więc nic dziwnego, że Ireneusz Rospondek nie kocha poniedziałku. Co innego wtorek, to taki miły dzień… Luz w bieganiu, lekkość na ramieniu. W ten dzień torba jest najlżejsza.
Dycha na życie
W listonoszu ludzie widzą wręcz chlebodawcę. Czekają z nieukrywaną niecierpliwością, jak ten przyniesie im rentę czy emeryturę. Starszy pan cieszy się, że będzie miał pieniądze, a martwi się, że jest ich tak niewiele. Parę groszy da listonoszowi w podzięce. Listonosz Rospondek nie bardzo chce rozmawiać o tej stronie jego pracy. W końcu przełamuje się i wyjaśnia:
- Trzeba sobie powiedzieć, że bez tych napiwków byłoby bardzo ciężko. Na rękę ze wszystkimi dodatkami – rodzinnym, sortem mundurowym i tak dalej – dostaję nieco ponad tysiąc złotych. Drugie tyle można dorobić dzięki ludziom…
Po tym kto daje napiwki (i w jakiej wysokości) można poznać, jak ludziom się żyje. Jeszcze kilka lat temu pensja listonosza stanowiła jedną czwartą przychodów. Z czasem te zwyczajowo nieformalne dochody zaczęły maleć. Wpierw za sprawą tego, iż wielu emerytów i rencistów pozakładało sobie konta w bankach. Potem wskutek postępującgo ubożenia tej części społeczeństwa.
Klienci czuwają
W swoim rejonie Rospondek musi się nabiegać. Do 20 kilometrów dziennie. Stare domy i strome schody…
- Wolę ten rejon od tego, gdzie są same wieżowce. W nich ludzie są anonimowi, jeden nie zna drugiego. W takich osiedlach, jak moje, jak w domu nie ma Kowalskiego, to Nowak powie, w którym sklepie można go spotkać. A poza tym tu – choć na pierwszy rzut oka wydawać może się inaczej – czuję się bezpiecznie… O, proszę bardzo. Niech pan zobaczy, jak ci z drugiego piętra patrzą na pana… Panie Janku, w porządku! Ten gość jest ze mną… W takich osiedlach ludzie pilnują swojego listonosza, krzywdy nie dadzą mu zrobić.
* * *
Trzeba być człowiekiem w tym fachu, a nie automatem do roznoszenia listów. Uśmiech na twarzy – czy ma się problemy, czy ich się nie ma – bo klient, to pan. Uczucia w sobie też trzeba troszkę mieć.
- Kiedyś spotkałem w sklepie chłopczyka z takiej wieloletniej rodziny. Bardzo przypomniał mi mojego syna… Ten chłopiec miał pół złotego i chciał kupić bułkę. Sprzedawczyni dawała mu tylko lizaka, bo bułka kosztowała o dziesięć groszy drożej. Dałem mu te pieniądze, a przecież nic by się nie stało, gdyby chłopiec dostał bułkę zamiast lizaka!
Pośród kilku tysięcy klientów i klientek Ireneusza Rospondka jest jedna szczególnie mu bliska. Mariana Banasik, oficer Armii Krajowej ma 82 lata i przyjaciela w swoim listonoszu. Zagląda do niej nie tylko wtedy, gdy trzeba doręczyć korespondencję. Podejdzie, spyta o zdrowie, przyniesie zakupy… Bezinteresownie, z jakiejś takiej wewnętrznej potrzeby. Z takiej samej, z jakiej wychodził w pewnej prywatnej firmie dofinansowanie do “zielonej szkoły” dla biednych dzieci z klasy jego syna. Więc nic dziwnego, że ludzie wybrali go pierwszym listonoszem w Sosnowcu. Nie będzie lekko wicemistrzowi Orłowskiemu zdetronizować mistrza Rospondka. Zanosi się na atrakcyjną rywalizację.
Autor artykułu: Andrzej Bęben