Archive for September, 2002

Nieuczciwi biznesmeni rujnowali fabryki

Thursday, September 12th, 2002

Wysysając pieniądze z kilku polskich fabryk, kupowali superluksusowe samochody, m.in. porsche 911 carrera, jeep grand cherokee i najnowsze modele BMW. Opływali w luksusy, doprowadzając kilka dużych polskich firm do ruiny finansowej.

Andrzej B, Andrzej L., Dariusz P. – trzech biznesmenów ze Śląska – stanie wkrótce przed sądem w Zamościu. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach zakończyła właśnie śledztwo w tej sprawie. W zeszłym roku tuż po zatrzymaniu biznesmenów w Zamościu “Trybuna Śląska” szeroko opisała ich nieuczciwą działalność.

- Doprowadzili w swoich firmach do milionowych strat. Ponad tysiąc ludzi może stracić pracę. Byli właścicielami m.in. bielskiego “Bepisu”, przedsiębiorstwa z Tomaszowa Lubelskiego “Tombud”, a także Zamojskich Fabryk Mebli.
Przedsiębiorstwa te obecnie znajdują się w upadłości, ledwo dyszy też Przedsiębiorstwo Robót Budowlanych z Rybnika – wyjaśnia prowadzący sprawę prokurator Mirosław Połap z PO w Gliwicach.

Pseudobiznesmeni pojawili się w tych firmach w 1999 roku. Kupowali większościowe pakiety akcji. Przedstawiając plany rozwoju firm i obiecując złote góry, obejmowali stanowiska prezesów, a na swoich zastępców mianowali figurantów, wykonujących ich polecenia. – Dlatego na ławie oskarżonych zasiądzie jeszcze sześć innych osób. Głównym podejrzanym grozi maksymalnie 10 lat więzienia – dodaje prokurator Połap.

Śląscy biznesmeni zostali zatrzymani wiosną zeszłego roku w Zamościu i od tej pory przebywają w tamtejszym areszcie. Przed gmachem sądu w Zamościu pikietowało kilkuset pracowników firm, które oskarżeni doprowadzili do bankructwa. Biznesmeni nie przyznają się do winy korzystając z prawa do odmowy składania zeznań.

Autor artykułu: jac

Sterty śmieci w parku miejskim

Thursday, September 12th, 2002

Nad stawami Suble na osiedlu “H” można spotkać bez problemu dorodne szczury. Rzecz nie dzieje się bynajmniej w rynsztoku, ale w parku miejskim, obok sporego osiedla mieszkaniowego i kościoła.

Park został urządzony kilka lat temu. Wokół dwóch stawów z eleganckiej kostki ułożono chodniki, postawiono kilka ławek i… pozostawiono samopas. Tak jakby urzędnicy miejscy nie spodziewali, że z parku będą korzystali tyszanie. Tymczasem stało się zupełnie odwrotnie. Park jest jednym z najbardziej uczęszczanych zieleńców w mieście. Obok mam z wózkami i emerytów z pieskami polubili go także panowie opróżniający flaszkę, lub dwie. No i młodzież z puszkami piwa i chipsami.

Efekty są następujące: normalnym zjawiskiem jest to, że w stawie pływają butelki, worki foliowe, zdarzyła się nawet lodówka. Wokół ławek zalegają sterty śmieci. Kostka chodnikowa jest zarośnięta trawą, jeszcze rok, dwa i w ogóle zniknie.

- Przychodzę tu codziennie z dzieckiem i nie widziałam, aby ktoś tu sprzątał – mówi Dagmara Rutkowska z Tychów wskazując jeden ze stawów. – Wystarczy się rozejrzeć, wszędzie jest brudno. Najgorzej jest w sobotę wieczorem, gdy przesiadują tu grupki pijaków. Boję się wtedy tędy przechodzić. W niedzielę natomiast, ludzie wychodzący z kościoła muszą deptać po pozostałościach z nocnych hulanek.
Od sześciu lat za porządek w parku odpowiedzialny jest Urząd Miasta w Tychach.

- Ten teren jest koszony trzy razy w sezonie. W maju zamontowaliśmy nowe ławki i kosze na śmieci, które jednak regularnie lądują w stawie – wymienia Anna Warzecha podinsp. ds ochrony środowiska. – W każdy poniedziałek i piątek park jest sprzątany.

Efekty są jednak mizerne. W porównaniu do innych miejskich terenów zielonych, np. do Paprocan, Suble to śmietnisko. Według władz miasta wszystko jest jednak w porządku. Odpowiedzialność za stan stawów zrzucają na koło wędkarskie.

- Kilka razy w roku robimy porządek, chociaż to nie nasz obowiązek. To stawy hodowlane i nie można tam wędkować, tak więc wszelkie pływające odpady należą do mieszkańców, a nie rybaków. Nie odpowiadamy za te zanieczyszczenia, ale chcemy żeby było czysto – mówi Andrzej Depowski, prezes koła.

I władze miasta, i wędkarze nie dopuszczają do siebie myśli, że Suble wymagają od nich znaczenie większej dbałości, bo na to, że ludzie przestaną śmiecić, na razie nie ma co liczyć.

Autor artykułu: aha, ak

Czterech kandydatów Komitetu Rozwoju Zagłębia

Monday, September 9th, 2002

W sobotę odbyła się konwencja wyborcza Komitetu Rozwoju Zagłębia. Wystawia on kandydatów na prezydentów w czterech miastach – Dąbrowie Górniczej, Będzinie, Sosnowcu i Czeladzi. Do wyborów przystąpią pod hasłem “Przyszłość bez obaw i lęku”.

Największą niespodzianką jest kandydatura Sławomira Pietrasa – dyrektora Teatru Wielkiego w Poznaniu – na prezydenta Będzina. Mówi, że z Będzina wyjechał tylko dlatego, że chciał pracować w sławnym teatrze lub operze. Nadal czuje się związany z miastem – jest zresztą jego honorowym obywatelem.

Kandydatem na prezydenta Sosnowca jest Wilhelm Zych – założyciel Sosnowieckiej Rady Samorządu Gospodarczego. W tym mieście Komitet Rozwoju Zagłębia znalazł się na wspólnej liście z Sojuszem na Rzecz Sosnowca. Marek Mrozowski to kandydat na burmistrza Czeladzi. Od trzech kadencji jest radnym, był wiceburmistrzem.

W Dąbrowie Górniczej kandydatem na prezydenta jest Wojciech Błasiak, wydawca. Zapowiada założenie Parku Naukowo-Technologicznego, Zagłębiowskiego Funduszu Inwestycyjnego i Wyższej Szkoły Komunikacji Społecznej.

Autor artykułu: ps

Tąpnęło!

Monday, September 9th, 2002

Jeden górnik nie żyje, pięciu jest rannych na skutek sobotniego wypadku w kopalni Bielszowice.
47-letni górnik zginął, a pięciu odniosło obrażenia w wyniku tąpnięcia, do którego doszło w sobotę nad ranem w kopalni Bielszowice w Rudzie Śląskiej.

- To był ułamek sekundy. Naraz coś potężnie fuknęło, podmuch rzucił mnie na metalowe rury, z głowy spadł mi kask i zrobiło się ciemno – opowiada Józef Wierciński, jeden z górników, który przeżył tąpnięcie. Mniej szczęścia miał 47-letni ślusarz. Uderzył w obudowę chodnika z taką siłą, że zginął na miejscu. Osierocił dwoje dzieci.

Komisja wyjaśnia
Do wypadku doszło około godziny 4.30, na poziomie 840 metrów pod ziemią. W zagrożonym rejonie pracowało 31 górników, z tego sześciu w chodniku najbliżej epicentrum wstrząsu. – Jak wszystko wybiło do góry, to chodnik stał się o połowę niższy – wspomina Józef Wierciński, który pod ziemią przepracował 15 lat.- Elektryk przeleciał w powietrzu z dziesięć metrów, dwóch innych przecisnęło się przez zawaloną konstrukcję i zaraz wszystko runęło.

- Wstrząs należy zaliczyć do silnych. Jego epicentrum znajdowało się około 75 metrów przed frontem ściany, gdzie pracowali górnicy – mówi Marian Mazur, rzecznik Rudzkiej Spółki Węglowej, do której należy kopalnia.
W rejonie wstrząsu zostały wstrzymane prace przy dwóch ścianach wydobywczych. Pozostała część kopalni pracuje normalnie. Dokładne przyczyny wypadku bada Okręgowy Urząd Górniczy w Bytomiu. Wojciech Bradecki, prezes Wyższego Urzędu Górniczego, zapowiedział powołanie specjalnej komisji do wyjaśnienia wszystkich okoliczności zdarzenia.

Mocno stłuczeni
Ranni górnicy trafili na oddział ortopedyczny Szpitala Miejskiego nr 1 w Zabrzu. – Są mocno poobijani, ale nie mają żadnych złamań. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, lecz pozostaną w szpitalu na obserwacji – tłumaczy Piotr Łydka, lekarz dyżurny. Jeden z górników już w sobotę wypisał się ze szpitala na własną prośbę.

Górnicy z kopalni Bielszowice trafili na ten sam oddział, gdzie od tygodnia leży ich bezpośredni przełożony. Złamał nogę, gdy grał w piłkę. – Nigdy bym nie przypuszczał, że spotkam się tu ze swoimi ludźmi – mówi Edward Jon. – Na dole wszystkie parametry były zachowane. Ale natury nie da się przewidzieć. To żywioł – podsumowuje.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Bytom, linia 38 – fotoreportaż.

Friday, September 6th, 2002

Ma tylko 1340 metrów długości i trzy przystanki. Trasa nr 38 w Bytomiu jest najkrótszą linią tramwajową na Śląsku. Tramwaj, który tu kursuje, ma… 51 lat. Jest najstarszym spośród wszystkich jeżdżących po naszych drogach.

Janusz Barański zaczyna pracę o godz. 7.17. O tej godzinie “38″ odjeżdża sprzed kościoła św. Trójcy. Sześć minut później dojeżdża do końcowego przystanku. Po krótkiej przerwie jedzie z powrotem.

- W ciągu dnia pokonuję tę pętlę 21 razy – wylicza pan Janusz. Motorniczym jest od 15 lat. Na linii 38 jeździ od sześciu.

- Nie zamieniłbym się na żaden nowoczesny tramwaj. Do tego już się przyzwyczaiłem. Tutaj człowiek ma kontakt z pasażerami, nie siedzi cały czas zamknięty w kabinie – podkreśla motorniczy. Pasażerowie są przeważnie każdego dnia ci sami. Dojeżdżają do jednej z trzech okolicznych szkół lub na cmentarz.

- Mam nadzieję, że uda mi się tym tramwajem dojeździć do emerytury. To jeszcze przynajmniej z 15 lat. Technicznie tramwaj jest w bardzo dobrym stanie. Żeby tylko nie zlikwidowali tej linii… – zamyśla się Janusz Barański.

Autor artykułu: IC, Fot. A. Nocoń

Uwaga na Bobrek Karb!

Tuesday, September 3rd, 2002

IV-ligowe piłkarskie derby Bytomia pomiędzy zespołami Szombierek, a Bobrkiem Karb nie stały może na olśniewającym poziomie, ale wzbudziły sporo emocji. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem gości 1:0. Zespół Krzysztofa Maciejewskiego w pierwszych czterech meczach zdobył komplet 12 punktów i w tabeli gorszą różnicą bramek ustępuje tylko drugiej drużynie Górnika Zabrze.

Najwięcej kontrowersji wywołała sytuacja z 14 minuty, kiedy to gospodarze wykonywali rzut wolny. Strzał Pawła Machury trafił w mur, ale dobitka Daniela Galucha wylądowała już w siatce. Sędzia gola jednak nie uznał.

- Najpierw stwierdził, że to był rzut wolny pośredni i bramka została zdobyta nieprawidłowo, potem jeszcze dodał, że strzelec był na spalonym. To przechodzi ludzkie pojęcie! Dziwnym trafem obsada sędziów została zmieniona trzy dni przed meczem – złościł się stojący w bramce trener Szombierek, Krzysztof Poloczek.

Kilkadziesiąt sekund później piłkarze z Bobrka przeprowadzili decydującą akcję: indywidualny rajd przeprowadził Marek Kasprzyk i idealnie podał do Adama Maja, który dopełnił formalności. Okazję na wyrównanie miał w Szombierkach Mirosław Bąk, ale w II połowie ten 41-letni piłkarz główkował nad poprzeczką.

- Mieliśmy więcej wybornych okazji, których nie wykorzystali Michał Magdziak i Jarosław Krawczyk. Wygraliśmy bezdyskusyjnie. W moim zespole nie było słabych punktów, wszyscy stanęli na wysokości zadania – chwalił podopiecznych Maciejewski. Ten były zawodnik GKS Katowice i reprezentant Polski czasem wybiega jeszcze na boisko w występującej w A klasie drugiej drużynie.

Przed zespołem Bobrka Karb dopiero tzw. “mecze prawdy”, dlatego w klubie jeszcze nikt głośno nie mówi o awansie do III ligi. Po cichu jednak liczy się, że młody zespół zagrozi wkrótce Polonii i stanie się najsilniejszą drużyną w Bytomiu.

- Już dawno tutaj nie było takiego kolektywu. Na razie skupiamy się na tym, by wygrywać w każdym spotkaniu – kończy Maciejewski.

Autor artykułu: tocha

Stanęła Fabryka Urządzeń Mechanicznych w Porębie

Tuesday, September 3rd, 2002

Od wczoraj większość 496-osobowej załogi Zakładów Urządzeń Mechanicznych ,Poręba” ma przymusowy miesięczny urlop. W referendum przeprowadzonym w ubiegłym tygodniu załoga nie zgodziła się na obniżenie pensji do poziomu najniższego krajowego wynagrodzenia. Stąd decyzja zarządu o wstrzymaniu produkcji.

- Liczenie głosów w referendum przerwaliśmy, gdy stwierdziliśmy, że kilkudziesięciu pracowników jest przeciwko obniżce wynagrodzeń. Wcześniej ustaliliśmy, że zgodę na takie rozwiązanie musi wyrazić cała załoga, bez wyjątku – informuje Marek Kołodziejczyk, szef Biura Zarządu FUM “Poręba”.

Gdyby załoga zgodziła się na obniżenie pensji, zakładowi udałoby się zaoszczędzić około 400 tys. zł. To i tak niewiele przy 40-milionowym zadłużeniu fabryki produkującej obrabiarki. Teraz, gdy na przymusowy urlop wysłano prawie 70 proc. załogi.

- Zaoszczędzimy nie więcej niż 120 tys. złotych. Zgodnie z kodeksem pracy wynagrodzenie za czas postoju nie może być niższe od minimalnej płacy, czyli 760 zł brutto – przyznaje Marek Kołodziejczyk.

Tymczasem od dłuższego czasu w Fabryce Urządzeń Mechanicznych załoga otrzymuje pensje z wielomiesięcznym opóźnieniem. W miniony piątek skończono wypłacać wynagrodzenia za marzec. Dziś FUM “Poręba” powinna zapłacić Będzińskiemu Zakładowi Energetycznemu 2 mln złotych zaległości za prąd. Wczoraj prezes FUM Grzegorz Markowski próbował wytargować prolongatę długu.

Autor artykułu: be

Podwórko z aniołami

Tuesday, September 3rd, 2002

Chociaż na tym bytomskim podwórku nie wolno grać w piłkę, przychodzą tu dzieci z całej okolicy. Żyją w wielkiej przyjaźni z Galerią Sztuki Użytkowej “Stalowe Anioły”.

- Dopóki nie było pani Madzi, tylko biegaliśmy po dachach i graliśmy w piłkę. Nudno było – wspomina kilkunastoletni Paweł Franczak.

Jego kolega, trzynastolatek Leszek Łakomczyk opowiada: – Odkąd pani Madzia założyła kraty, panuje tu porządek.

- I jest fajnie. Czasem przychodzą muzycy i grają na bębnach – dodaje jego rówieśnik Bolek Bąk – Kiedyś wisiało płótno i oglądaliśmy na nim filmy. Ale i tak najlepsze są pokazy ognia.

Właścicielka galerii, Magdalena Tomal-Wichrowska lubi, żeby wokół niej było ładnie. Dlatego na własny koszt wyremontowała podwórko. Z dwóch stron odgrodziła je bramami. Na ścianach wspólnie z zaprzyjaźnionymi artystami wykonała malowidła. Schody prowadzące do galerii razem z przyjaciółką Katarzyną Sokołowską wyłożyła mozaiką. Teraz obie panie na ścianie układają malutkie kafeleczki.

Dzieci z okolicy biorą udział we wszystkich imprezach, które są organizowane przez galerię. – Pomagamy przy różnych rzeczach. Często sprzątamy podwórko. Podczas festiwalu razem z mechanikiem zakładałem kable – opowiada Paweł.

- Nie możemy tylko wieszać się na statku – dodaje Leszek z nutką żalu, pokazując ogromną stalową rzeźbę.

Starsi sąsiedzi także chwalą sobie bliskość galerii. – Kiedyś było tu strasznie: pijacy, brud, fekalia. Teraz jest o wiele bezpieczniej – mówi Sylwia Pęciak z parteru. – Można bez strachu iść wieczorem do sklepu.

Małgorzata Bieniek z pierwszego piętra uważa, że atmosfera panująca wokół galerii wywiera świetny wpływ na dzieciaki: – Nie wybijają szyb, a nawet jakby mniej przeklinają.

Tomal-Wichrowską najbardziej cieszy to, że udało się jej przełamać początkową nieufność mieszkańców i nawiązać z nimi kontakt. – Oni czują klimat tego miejsca i bardzo mi pomagają. Kiedy malowaliśmy ściany, dzieci państwa Franczaków za przykładem ojca przyniosły własne pędzle i stołki. Wszyscy malowali z nami, a najstarszy syn twierdzi, że właśnie wtedy nauczył się murarki – wspomina. – Myślę, że mogę liczyć na sąsiadów.

Zegarmistrz Maciej Gawłowski pracuje w tym miejscu już piętnaście lat.

- Dawniej był tu po prostu dramat. Interwencje policji stanowiły codzienność. A teraz to podwórko, które jest najbliższym światem tych dzieciaków, nabiera kolorów dosłownie i w przenośni.

Autor artykułu: kabi