Ania Śliwińska (na zdjęciu) jest na ostatnim roku studiów w Akademii Ekonomicznej. Dwa lata temu zgłosiła się do domowego “Hospicjum” w Katowicach. Bo Ania ma w sobie wielką potrzebę pomagania. Aleksander Cichocki (obok Ani), emerytowany spawacz z kopalni “Staszic”, zaczął przychodzić w 1999 roku. Ma teraz 67 lat. Niedawno umarł jego ostatni podopieczny. – Śmierć zawsze jest trudna do zaakceptowania – wyznaje.
Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze niemedyczni: studenci, emeryci, robotnicy bezinteresownie towarzyszą śmiertelnie chorym, najczęściej samotnym ludziom, w ostatnich chwilach ich życia. Teraz jest ich pięćdziesięciu, a potrzeba dwa razy więcej. – Cierpienie staje się nie do zniesienia, gdy nikt się nim nie interesuje – powtarzają słowa założycielki ruchu hospicyjnego w Europie doktor Cecylii Sanders.
Ania Śliwińska jest na ostatnim roku studiów w Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Marzy o pracy w radiu i często się uśmiecha. Dwa lata temu zgłosiła się do domowego “Hospicjum” w Katowicach. Od dawna szukała miejsca, gdzie by się mogła naprawdę przydać i naprawdę pomóc. Ma w sobie wielką potrzebę pomagania. Od razu trafiła na Romę Antonowicz, wolontariuszkę, która jest w hospicjum od momentu powstania. (W grudniu minie 14 lat.) – Roma jest mistrzynią w rozgryzaniu ludzkich charakterów – twierdzi Ania. Do niej między innymi należy praca z rozpoczynającymi służbę wolontariuszami. Niekiedy zaraz na początku widać, że jakaś osoba nie zagrzeje długo miejsca. Inni rezygnują po praktyce w hospicjum stacjonarnym. Na szczęście większość zostaje.
- Nasze to jedno z kilku pierwszych hospicjów w Polsce – przypomina Roma. Na spotkanie organizacyjne przyszło dwadzieścia osób. Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze niemedyczni: studenci, emeryci, robotnicy. Teraz jest ich pięćdziesięciu, a potrzeba dwa razy więcej.
To nie jest łatwe dla nikogo
Aleksander Cichocki, emerytowany spawacz z kopalni “Staszic” zaczął przychodzić w 1999 roku. Ma teraz 67 lat. Niedawno umarł jego ostatni podopieczny. – Śmierć zawsze jest trudna do zaakceptowania. Są potem bezsenne noce – wyznaje.
Do 37-letniego Ryszarda chorego na nowotwór chodził przez dziewięć miesięcy. Stali się sobie prawie tak bliscy jak rodzina. Tadeusz, którego pochowała opieka społeczna, prosił go, żeby nie zapomniał włożyć do trumny protez. W młodości tramwaj uciął mu nogi. – Jak ja się na tamtym świecie bez nich pokażę – tłumaczył. Aleksander wszystkiego dopilnował.
- To nie jest łatwe dla nikogo. Nie może być wymuszone. Z nami trzeba być z własnej woli, sumiennie i o różnych porach dnia i nocy – mówi Maria Gross, subtelna, wyciszona. Jest anestezjologiem, stałym towarzyszem cierpienia i to w tych przełomowych dla pacjentów chwilach. Raz, kiedy w ciągu dwóch tygodni odeszło pięciu jej podopiecznych pomyślała, że zrezygnuje. To była zbyt duża dawka nieszczęścia. Ale oczywiście została. Nie można tak po prostu zamknąć za sobą drzwi. Trzeba wytrzymać. – Cierpienie staje się nie do zniesienia, gdy nikt się nim nie interesuje – dr Maria powtarza słowa założycielki ruchu hospicyjnego w Europie doktor Cecylii Sanders.
Teresa Trzeciak, szefowa hospicjum, ma w sobie cechy potrzebne każdemu wolontariuszowi: jest zdyscyplinowana, rzetelna i świetnie zorganizowana. – Jeśli ktoś podejmie się tego zadania nie może zawieść – mówi. – To są umówione godziny, spotkania, to czekająca rodzina i pacjent, bardzo cierpiący i często bardzo samotny.
Jest ból, którego nic nie uśmierzy
- Hospicjum to po prostu drugi, życzliwy człowiek, na odległość wyciągniętej ręki. Naszym celem jest chory, a nie choroba. Uwolnienie go od lęku i trwogi przez stałe towarzyszenie, aż po kres – wszystkie trzy: Maria, Roma i Teresa pamiętają czasy, kiedy leki przeciwbólowe musiały być podawane co cztery godziny. Teraz lekarze mają do dyspozycji 72-godzinne plastry przeciwbólowe, skuteczne i higieniczne, ale wiedzą też, że jest ból, którego całkowicie nie da się uśmierzyć.
Ania uważa, że nie każdy się sprawdzi, ale tych, którzy zrezygnują, pękną, nie potępia. – Zetknięcie ze śmiercią jest wielkim doświadczeniem. Ja zwykle uciekam w samotność. Ona staje się lekarstwem – mówi. – Nie wszyscy potrafią pogodzić się z odejściem, ale to oczywiście nie znaczy, że my jesteśmy jacyś bohaterowie, jacyś nadludzie.
Ania Czapla od swojej imienniczki jest młodsza o dwa lata. Studiuje medycynę. Kiedy ją skończy chce zostać albo onkologiem, albo pracować w ratownictwie medycznym. – Obie specjalności dają szczególnie bliski kontakt z chorym. Ten chory najwięcej oczekuje od lekarza – tłumaczy.
Pierwszy raz zetknęła się z hospicjum, gdy umierał jej dziadek. Teraz musi dzielić czas poświęcony chorym ze studiami. Ale wciągnęła do pracy dla hospicjum mamę, która zajmuje się sprawami organizacyjnymi.
- Zdajemy egzamin z samych siebie – wyjaśnia Ania Śliwińska. – Często słyszę pytania, co taka młoda dziewczyna robi w hospicjum. Odpowiadam, że to kwestia wyboru i kwestia charakteru – mówi druga Ania. – Dlaczego? To najtrudniejsze pytanie ? zastanawia się Aleksander.
Czekają na nich niecierpliwie
Wolontariusze znają wszystkie nadchodzące znaki śmierci. Bo śmierć sygnalizuje swoje przybycie. Oni wtedy są, trzymają za rękę. – Naszymi pacjentami opiekujemy się po kilka, kilkanaście miesięcy, niekiedy znacznie krócej, zbyt krótko. Rodzi się więź, wspólne sprawy, tajemnice. Niekiedy na początku chorzy pozwolą nam tylko wychylić głowę za próg. Po kilku tygodniach siadamy przy łóżku, po miesiącu czekają na nas niecierpliwie – opowiada Roma Antonowicz.
Są na ich urodzinach, uczestniczą w mszach świętych odprawianych przy łóżku chorego.
Inaczej umiera człowiek w szpitalu. Bezosobowo i choćby w otoczeniu najbliższych – samotnie. Inaczej w domu, w którym spędził całe życie, na własnym łóżku, przy własnym kocie. – To pozwala oswoić strach przed śmiercią, przed nieznanym -mówi Roma. – Często możemy tylko być, ale i to wystarczy.
Wolontariusze niemedyczni są zawsze przeszkoleni w opiece i towarzyszeniu choremu, niosą bezpośrednią pomoc choremu i rodzinie. Pomoc ta wynika z aktualnych potrzeb i obejmuje różne czynności: od mycia do pielęgnacji chorego, pozostawania z nim na czas nieobecności rodziny, zakupu leków oraz pełną dyspozycyjność i obecność, kiedy chory sobie tego życzy. Wolontariusz pomaga także w rozwiązywaniu problemów socjalnych.
Wolontariusze przed pójściem do chorych, przechodzą szkolenie teoretyczne i praktyczne w zakresie tej opieki.
Hospicjum w Katowicach czeka na zgłoszenia wolontariuszy.
Zgłoście się, jesteście potrzebni. Wystarczy zadzwonić: 255 – 41 – 72
Autor artykułu: Agata Pustułka