Archive for October, 2002

Potrzebne anioły! Domowe hospicjum w Katowicach czeka na wolontariuszy.

Thursday, October 31st, 2002

Ania Śliwińska (na zdjęciu) jest na ostatnim roku studiów w Akademii Ekonomicznej. Dwa lata temu zgłosiła się do domowego “Hospicjum” w Katowicach. Bo Ania ma w sobie wielką potrzebę pomagania. Aleksander Cichocki (obok Ani), emerytowany spawacz z kopalni “Staszic”, zaczął przychodzić w 1999 roku. Ma teraz 67 lat. Niedawno umarł jego ostatni podopieczny. – Śmierć zawsze jest trudna do zaakceptowania – wyznaje.

Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze niemedyczni: studenci, emeryci, robotnicy bezinteresownie towarzyszą śmiertelnie chorym, najczęściej samotnym ludziom, w ostatnich chwilach ich życia. Teraz jest ich pięćdziesięciu, a potrzeba dwa razy więcej. – Cierpienie staje się nie do zniesienia, gdy nikt się nim nie interesuje – powtarzają słowa założycielki ruchu hospicyjnego w Europie doktor Cecylii Sanders.

Ania Śliwińska jest na ostatnim roku studiów w Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Marzy o pracy w radiu i często się uśmiecha. Dwa lata temu zgłosiła się do domowego “Hospicjum” w Katowicach. Od dawna szukała miejsca, gdzie by się mogła naprawdę przydać i naprawdę pomóc. Ma w sobie wielką potrzebę pomagania. Od razu trafiła na Romę Antonowicz, wolontariuszkę, która jest w hospicjum od momentu powstania. (W grudniu minie 14 lat.) – Roma jest mistrzynią w rozgryzaniu ludzkich charakterów – twierdzi Ania. Do niej między innymi należy praca z rozpoczynającymi służbę wolontariuszami. Niekiedy zaraz na początku widać, że jakaś osoba nie zagrzeje długo miejsca. Inni rezygnują po praktyce w hospicjum stacjonarnym. Na szczęście większość zostaje.

- Nasze to jedno z kilku pierwszych hospicjów w Polsce – przypomina Roma. Na spotkanie organizacyjne przyszło dwadzieścia osób. Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze niemedyczni: studenci, emeryci, robotnicy. Teraz jest ich pięćdziesięciu, a potrzeba dwa razy więcej.

To nie jest łatwe dla nikogo
Aleksander Cichocki, emerytowany spawacz z kopalni “Staszic” zaczął przychodzić w 1999 roku. Ma teraz 67 lat. Niedawno umarł jego ostatni podopieczny. – Śmierć zawsze jest trudna do zaakceptowania. Są potem bezsenne noce – wyznaje.

Do 37-letniego Ryszarda chorego na nowotwór chodził przez dziewięć miesięcy. Stali się sobie prawie tak bliscy jak rodzina. Tadeusz, którego pochowała opieka społeczna, prosił go, żeby nie zapomniał włożyć do trumny protez. W młodości tramwaj uciął mu nogi. – Jak ja się na tamtym świecie bez nich pokażę – tłumaczył. Aleksander wszystkiego dopilnował.

- To nie jest łatwe dla nikogo. Nie może być wymuszone. Z nami trzeba być z własnej woli, sumiennie i o różnych porach dnia i nocy – mówi Maria Gross, subtelna, wyciszona. Jest anestezjologiem, stałym towarzyszem cierpienia i to w tych przełomowych dla pacjentów chwilach. Raz, kiedy w ciągu dwóch tygodni odeszło pięciu jej podopiecznych pomyślała, że zrezygnuje. To była zbyt duża dawka nieszczęścia. Ale oczywiście została. Nie można tak po prostu zamknąć za sobą drzwi. Trzeba wytrzymać. – Cierpienie staje się nie do zniesienia, gdy nikt się nim nie interesuje – dr Maria powtarza słowa założycielki ruchu hospicyjnego w Europie doktor Cecylii Sanders.

Teresa Trzeciak, szefowa hospicjum, ma w sobie cechy potrzebne każdemu wolontariuszowi: jest zdyscyplinowana, rzetelna i świetnie zorganizowana. – Jeśli ktoś podejmie się tego zadania nie może zawieść – mówi. – To są umówione godziny, spotkania, to czekająca rodzina i pacjent, bardzo cierpiący i często bardzo samotny.

Jest ból, którego nic nie uśmierzy
- Hospicjum to po prostu drugi, życzliwy człowiek, na odległość wyciągniętej ręki. Naszym celem jest chory, a nie choroba. Uwolnienie go od lęku i trwogi przez stałe towarzyszenie, aż po kres – wszystkie trzy: Maria, Roma i Teresa pamiętają czasy, kiedy leki przeciwbólowe musiały być podawane co cztery godziny. Teraz lekarze mają do dyspozycji 72-godzinne plastry przeciwbólowe, skuteczne i higieniczne, ale wiedzą też, że jest ból, którego całkowicie nie da się uśmierzyć.

Ania uważa, że nie każdy się sprawdzi, ale tych, którzy zrezygnują, pękną, nie potępia. – Zetknięcie ze śmiercią jest wielkim doświadczeniem. Ja zwykle uciekam w samotność. Ona staje się lekarstwem – mówi. – Nie wszyscy potrafią pogodzić się z odejściem, ale to oczywiście nie znaczy, że my jesteśmy jacyś bohaterowie, jacyś nadludzie.
Ania Czapla od swojej imienniczki jest młodsza o dwa lata. Studiuje medycynę. Kiedy ją skończy chce zostać albo onkologiem, albo pracować w ratownictwie medycznym. – Obie specjalności dają szczególnie bliski kontakt z chorym. Ten chory najwięcej oczekuje od lekarza – tłumaczy.

Pierwszy raz zetknęła się z hospicjum, gdy umierał jej dziadek. Teraz musi dzielić czas poświęcony chorym ze studiami. Ale wciągnęła do pracy dla hospicjum mamę, która zajmuje się sprawami organizacyjnymi.

- Zdajemy egzamin z samych siebie – wyjaśnia Ania Śliwińska. – Często słyszę pytania, co taka młoda dziewczyna robi w hospicjum. Odpowiadam, że to kwestia wyboru i kwestia charakteru – mówi druga Ania. – Dlaczego? To najtrudniejsze pytanie ? zastanawia się Aleksander.

Czekają na nich niecierpliwie
Wolontariusze znają wszystkie nadchodzące znaki śmierci. Bo śmierć sygnalizuje swoje przybycie. Oni wtedy są, trzymają za rękę. – Naszymi pacjentami opiekujemy się po kilka, kilkanaście miesięcy, niekiedy znacznie krócej, zbyt krótko. Rodzi się więź, wspólne sprawy, tajemnice. Niekiedy na początku chorzy pozwolą nam tylko wychylić głowę za próg. Po kilku tygodniach siadamy przy łóżku, po miesiącu czekają na nas niecierpliwie – opowiada Roma Antonowicz.
Są na ich urodzinach, uczestniczą w mszach świętych odprawianych przy łóżku chorego.

Inaczej umiera człowiek w szpitalu. Bezosobowo i choćby w otoczeniu najbliższych – samotnie. Inaczej w domu, w którym spędził całe życie, na własnym łóżku, przy własnym kocie. – To pozwala oswoić strach przed śmiercią, przed nieznanym -mówi Roma. – Często możemy tylko być, ale i to wystarczy.

Wolontariusze niemedyczni są zawsze przeszkoleni w opiece i towarzyszeniu choremu, niosą bezpośrednią pomoc choremu i rodzinie. Pomoc ta wynika z aktualnych potrzeb i obejmuje różne czynności: od mycia do pielęgnacji chorego, pozostawania z nim na czas nieobecności rodziny, zakupu leków oraz pełną dyspozycyjność i obecność, kiedy chory sobie tego życzy. Wolontariusz pomaga także w rozwiązywaniu problemów socjalnych.

Wolontariusze przed pójściem do chorych, przechodzą szkolenie teoretyczne i praktyczne w zakresie tej opieki.
Hospicjum w Katowicach czeka na zgłoszenia wolontariuszy.

Zgłoście się, jesteście potrzebni. Wystarczy zadzwonić: 255 – 41 – 72

Autor artykułu: Agata Pustułka

Problemy śląskich lekkoatletów

Wednesday, October 30th, 2002

- Obecne środki wystarczają na szkolenie siedmiokrotnie mniejszej grupy młodzieży niż jeszcze 10 lat temu. Jeżeli ta sytuacja się utrzyma wkrótce możemy obudzić się z ręką w nocniku – przestrzegał Klaus Czech, wiceprezes Śląskiego Związku Lekkiej Atletyki. – Wówczas o takich talentach jak Marek Plawgo będziemy mogli tylko pomarzyć.

Podczas wczorajszej konferencji prasowej w Katowicach śląscy działacze i trenerzy zgodnie mówili o potrzebie ratowania ?królowej sportu? w regionie. To pierwsze takie spotkanie od kilku ładnych lat, a pierwsze w kadencji obecnych władz Śl. ZLA.

- Od kilku lat obserwujemy przerażający regres finansowania lekkoatletyki z budżetu wojewódzkiego. Wyrażamy dezaprobatę dla dalszego obcinania środków. Entuzjazm trenerów i działaczy też ma swoje granice – mówił Bogusław Holeksa, menażer Śl. ZLA.

Z powodu problemów finansowych we wrześniu upadła sekcja lekkoatletyczna AKS Chorzów. Czynione są także zakusy, by ograniczyć bieżnie lekkoatletyczne na stadionach Górnika Zabrze i Piasta Gliwice. Z drugiej strony w ostatnim czasie Śląsk może się pochwalić jedną z najlepszych baz treningowych. Zmodernizowane stadiony z nowoczesnymi bieżniami tartanowymi w Chorzowie, Częstochowie i Bielsku Białej gwarantują wysoką jakość szkolenia i możliwość organizacji dużych imprez. W przyszłym roku właśnie na stadionie bielskiego Sprintu odbędą się pierwsze na Śląsku od 1979 roku mistrzostwa Polski seniorów.

Brakuje natomiast obiektu krytego, gdzie można by rozgrywać zawody halowe.
- Przy modernizacji hali w Zabrzu przy ulicy Matejki w ogóle o nas nie pomyślano. Dochodzi do tego, że mistrzostwa Śląska musimy organizować w Spale – mówi doświadczony trener i były prezes Śl. ZLA Henryk Kopeć.

Nie ograniczono się tylko jednak do narzekania. Ostatnio najbardziej utalentowani śląscy zawodnicy, jak choćby Marek Plawgo, po skończeniu wieku juniora wybierali bogatsze kluby z Warszawy, czy Wrocławia. Być może wkrótce na Śląsku powstanie na tyle silny ośrodek, by zatrzymać odpływ najlepszych.

- Dążymy do tego modelu etapami. Prowadzimy obiecujące rozmowy z trzema firmami, które są chętne sponsorować lekkoatletykę. Może na początek choć jednego zawodnika, a potem innych – kończy Holeksa.

Autor artykułu: Tomasz Mucha

Incydenty wyborcze: Głosy, które zniknęły

Wednesday, October 30th, 2002

Jarosław Banyś, kandydat na radnego w Tychach z listy komitetu wyborczego Andrzeja Dziuby, choć jest pewien, że głosowali na niego rodzice, koledzy i znajomi, na liście z wynikami przeczytał, że nie otrzymał ani jednego głosu. W podobnej sytuacji znalazł się Mirosław Chrząszcz z Rudy Śląskiej, który startował do rady miejskiej z SLD.

- Choć jestem pewien, że głosowało na mnie 89 osób, komisja zapisała w protokole, że ilość głosów oddanych na mnie równa się zero. Tymczasem mąż zaufania z okręgu nr 58 był przy liczeniu głosów i przekazał mi wynik 89 głosów telefonicznie – żali się Chrząszcz. Twierdzi, że jego głosy zapisano na konto kontrkandydata z pozycji nr 8.

- Wiele osób z Bykowiny i Kochłowic, skąd startowałem, przychodzi do mnie i dziwi się, że głosowali na mnie, ale ich głosy zniknęły – twierdzi Chrząszcz. W drugim okręgu wyborczym kandydat uzyskał dwa głosy poparcia, choć, jak twierdzi, głosowali tam na niego i koledzy, i rodzina. Kilkanaście osób.

Jarosław Banyś był już radnym w latach 1994-98. Teraz startował z okręgu nr 1 – Czułów, Wilkowyje, os. A, B, C1. O pomyłkę obwinia Obwodową Komisję Wyborczą nr 14. Banyś domaga się ponownego przeliczenia wszystkich głosów oddanych w tym okręgu, nie tylko na radnych, ale i na prezydentów oraz radnych sejmiku. Chce, aby przeprowadzono dokładną kontrolę w obwodzie nr 14. – Wczoraj zadzwonił do mnie, prywatnie, Andrzej Dziuba i powiedział, że dowiedział się, iż nagle znalazło się 19 głosów oddanych na mnie, bo karty się zawieruszyły. Dzwonił też do mnie członek komisji wyborczej, twierdząc, że moje głosy omyłkowo podporządkowano innej grupie – denerwuje się Jarosław Banyś.

Obaj kandydaci chcą wystąpić do sądu. Obydwoma przypadkami zajmie się Sąd Okręgowy. Jeśli przyzna rację kandydatom, wybory trzeba będzie powtórzyć raz jeszcze. – Mandat przeszedł mi koło nosa, a byłem pewniakiem – wzdycha Chrząszcz.

Autor artykułu: ij

Śląskie asy do talii Bońka!

Friday, October 25th, 2002

Fakt, że w polskiej reprezentacji nie ma żadnego piłkarza ze śląskiego klubu musi bulwersować. Tym bardziej, że jedenastki z Wodzisławia i Katowic należą jesienią do liderów peletonu, a zabrzanin Andrzej Niedzielan skutecznie goni liderującego w klasyfikacji strzelców Macieja Żurawskiego. Ponieważ selekcjoner Zbigniew Boniek, który ogląda potencjalnych kadrowiczów na niemal wszystkich stadionach Europy skrupulatnie omija obiekty Górnego Śląska, spróbujemy mu pomóc. Oczywiście za pośrednictwem fachowców, czyli klubowych trenerów, którzy naszych kandydatów obserwują na co dzień.

Ryszard Wieczorek, trener Odry
Każdy ma swoją koncepcję drużyny, więc trudno coś podpowiadać selekcjonerowi. Na pewno warty polecenia jest PAWEŁ SIBIK, o czym świadczy fakt powołania na mistrzostwa świata. W ostatnich dwóch występach biało-czerwonych było widać, że potrzebni są zawodnicy na środek pola. Wiek Pawła nie stanowi tu przeszkody. Przydałby się także Paweł Rocki, walczący, wygrywający pojedynki jeden na jeden. A to właśnie z sumy takich wygranych pojedynków składa się dzisiejsza piłka. Spoza swojej drużyny polecałbym Andrzeja Niedzielana, Na uwagę zasługują Krzysztof Gajtkowski i czyniący stałe postępy – Jacek Kowalczyk.

Jan Żurek, trener Katowic
Na sprawdzian w reprezentacji zasługuje nasz bramkarz JAROSŁAW TKOCZ. Chłopak jesień ma świetną, kilka razy ratował mecze, jest skoczny i zdecydowany. Być może ktoś się uśmiechnie na tę kandydaturę, ale jeżeli powoływany jest Maciej Nalepa, to dlaczego takiego zaszczytu nie dostąpi najskuteczniejszy bramkarz ekstraklasy? Z ekipy z Bukowej postawiłbym też na Mirosława Widucha. Z innych śląskich piłkarzy rekomenduję Andrzeja Niedzielana z Górnika i pomocników Odry Wodzisławia Piotr Rock i Pawła Sibika.

Waldemar Fornalik, Górnik Zabrze
Bez większego zastanowienia do reprezentacji poleciłbym ANDRZEJA NIEDZIELANA, który jest szybki, przebojowy i dobrze wyszkolony technicznie. Andrzej pokazał jesienią, że jest jednym z najbardziej niebezpiecznych napastników w naszej lidze. Myślę, że może nie od razu na mecz, ale np. na konsultacje reprezentacji mogliby być powołani Rafał Kaczmarczyk i Adam Kompała. Obaj od kilku sezonów prezentują wysoką, równą formę. Zresztą wszystkim piłkarzom życzę, by mieli okazję zaprezentowania swych umiejętności w drużynie narodowej.

Piotr Mandrysz, Ruch Chorzów
W mojej drużynie znalazłoby się dwóch, może trzech piłkarzy których mógłbym polecić Zbigniewowi Bońkowi jako ewentualnych kandydatów do gry w reprezentacji.Muszą jednak znajdować się w optymalnej formie, a nie są. Najbliżej nominacji jest JAN WOŚ. Jego przebojowość, ciąg na bramkę, silne uderzenie z prawej nogi stawiają go w pierwszym rzędzie polskich pomocników. Z innych śląskich zespołów na uwagę zasługuje Andrzej Niedzielan z Górnika Zabrze. Nie można zapomnieć o Odrze Wodzisław, gdzie rej wodzi Paweł Sibik. Trzeba dać szansę Piotrowi Rockiemu i przyglądać się Maciejowi Iwańskiemu.

Marek Motyka, Garbarnia Szczakowianka
DARIUSZ KOZUBEK jest piłkarzem, którego już teraz śmiało mógłbym polecić Zbigniewowi Bońkowi do gry w reprezentacji. W perspektywie warto zwrócić uwagę na Maćka Iwańskiego, którego talent ładnie się ostatnio rozwija. Kozubek jest już przygotowany do gry w reprezentacji. W ostatnim czasie piłkarz ten poczynił olbrzymie postępy. Charakteryzują go dobra gra lewą nogą, zmysł do gry kombinacyjnej i skromność. Z innych klubów widziałbym w kadrze Mirosława Widucha, Mirosława Sznaucnera z Katowic, Pawła Sibika z Odry, Jana Wosia z Ruchu i Grzegorza Lekkiego z Górnika.

Autor artykułu: r. mus.,

“Robili” rencistów

Friday, October 25th, 2002

Trzech knurowskich lekarzy załatwiało renty dla osób całkowicie zdrowych. “Pacjenci” – przeważnie górnicy po odprawach – płacili im za przysługę średnio od 8 do 10 tysięcy zł. Paradoksalnie proceder ujawnili policji niezadowoleni klienci, którzy zapłacili, a rent nie otrzymali.

Lekarska spółka
Śledztwo w tej sprawie prowadzi od kilku dni Prokuratura Okręgowa w Gliwicach. Lekarzom postawiono już 30 podobnych zarzutów.
- Zarzuciliśmy im poświadczanie nieprawdy w dokumentach w celu osiągnięcia korzyści majątkowych, płatną protekcję i pomocnictwo w wyłudzeniu zasiłków chorobowych i rent – powiedział wczoraj “Trybunie Śląskiej” prokurator Mirosław Połap z PO w Gliwicach. – Grozi za to maksymalnie 8 lat więzienia.

Do tej pory ustalono, że pomysłodawcą procederu był internista pracujący w jednej z knurowskich przychodni lekarskich w centrum miasta – Gani Z. – posiadający podwójne obywatelstwo. Został aresztowany. Pomagali mu internistka Jolanta M. i psychiatra Maciej M.

- Kobieta miała najmniejszy udział w sprawie, więc będzie odpowiadała z wolnej stopy. Psychiatra zapłacił 20 tys. zł poręczenia – dodaje prokurator Połap.

Niby-chorzy…
Lekarze działali od 2000 do 2002 roku. Swoim klientom tworzyli od podstaw dokumentację chorobową. Kluczową rolę odgrywały schorzenia wymyślane przez Macieja M.
- Bo najtrudniej zweryfikować schorzenia psychiczne.
Przypisywał ludziom stany lękowe, zaburzenia emocjonalne, różnego rodzaju depresje. Z tym szli do ZUS-u, który przyznawał renty – wyjaśnia Połap.

Śledztwo dopiero się rozkręca. Ze względu na jego dobro, prokuratura nie chce podać dokładnej liczby osób, które skorzystały z oferty nieuczciwych lekarzy. Na pewno było ich kilkudziesięciu. Klienci nie odpowiedzą za wręczanie pieniędzy lekarzom, ale odpowiedzą za udział w wyłudzeniu rent. Grozi za to do 5 lat.

Proceder kwitł, pieniądze lały się szerokim strumieniem do czasu, aż dwóm pacjentom ZUS odmówił wypłaty świadczeń na podstawie przedstawionych dokumentów. Niedoszli renciści poprosili więc lekarzy o zwrot pieniędzy. – Dochodziło do dziwnych sytuacji. Jednemu z nich oddano pieniądze, przesyłając je przelewem na konto – wyjaśnia prokurator Połap.

Zapłacił, a renty nie dostał
Jeden z górników – były pracownik KWK Knurów – mimo usilnych próśb, nie otrzymał zwrotu pieniędzy. Dlatego w maju powiadomił o sprawie wydział antykorupcyjny Komendy Wojewódzkiej w Katowicach.

- Przekazał materiał dowodowy, kasetę z nagraniem rozmowy z lekarzem, który nawet go zastraszał. Po nitce do kłębka dotarliśmy do kolejnych fikcyjnych rencistów – powiedział nam jeden z policjantów.

Podczas przesłuchań Jolanta M. i Maciej M. przyznali się do winy. Stwierdzili zgodnie, że działali na zlecenie Ganiego Z., który dzielił się z nimi pieniędzmi. Gani Z. nie przyznaje się do winy.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Miłość aż po grób

Friday, October 25th, 2002

8-letni Mateusz już wie, że mama odeszła na zawsze. W czwartek miał po raz pierwszy położyć kwiaty na jej grobie. Jakoś się z tym pogodził, już coraz mniej płacze. Ale pozostało najtrudniejsze. Jak powiedzieć dziecku, że mamę zamordował ojciec.

Przez cały ubiegły tydzień Katowice szukały 42-letniej Ewy. Nauczycielka matematyki przepadła jak kamień w wodę. W całym mieście pojawiły się plakaty z jej podobizną. – Pewnie poszła w długą – zastanawiali się złośliwi. – Jak jej się znudzi, to sama wróci do męża i przeprosi.

Zaraz też pojawiły się informacje, że widziano ją w gronie podejrzanych dziewczyn, że bawiła się w dyskotece. Ale potem przyszło otrzeźwienie. Jak grom na rodzinę spadły dwie wiadomości: Po pierwsze, że Ewa nie żyje. Druga wiadomość była nie mniej druzgocąca – zabójcą jest jej własny mąż. Ten sam, który odchodził od zmysłów, kiedy zniknęła, rozklejał jej plakaty. – Przekazywałem już dziesiątki tragicznych informacji, ale tutaj było wyjątkowo trudno. Zwłaszcza że podczas przesłuchań wszyscy wyrażali się o tym mężczyźnie w samych superlatywach. Również rodzice zamordowanej – mówi oficer policji, który powiadamiał rodzinę Ewy.

Tomasz T. brutalnie zamordował swoją żonę, bo jak twierdzi, kłóciła się z nim. Przyznał się już do winy.

To była miłość!

Tomek zobaczył Ewę po raz pierwszy 13 lat temu na przyjęciu. To był przypadek. Po prostu przyjechał po swojego ojca i spotkał tam piękną brunetkę o brązowych oczach. Od tego czasu już zawsze byli razem. – To była niesamowita miłość – wspomina Marta Mogielska, najbliższa przyjaciółka Ewy od czasów szkoły podstawowej. – Wtedy nie dało się z nimi normalnie porozmawiać. Ewa w co drugim zdaniu mówiła o Tomku, a Tomek o Ewie. Nie zdziwiło nas, że już po kilku miesiącach postanowili się pobrać.

Prawie tak sielankowo było podobno po ślubie. Matka Ewy – Wanda, do dzisiaj mówi, że nie wierzy, aby Tomek mógł skrzywdzić żonę. – Ludzie mówią różne rzeczy, ale ja dobrze obserwowałam tę rodzinę. – mówi pani Wanda. – Oni często trzymali się za ręce, przytulali się. Łączyło ich wszystko. Oboje lubili się bawić. Byli zapalonymi żeglarzami. Nieraz byłam z nimi przez miesiąc i nie słyszałam ani jednej kłótni.
Ale Tomek zabił Ewę i to jest bezsporne. Policji i prokuratorom opowiedział wszystko ze szczegółami, jak bił, jak wywiózł, jak ukrył. Nie powiedział tylko jednego: dlaczego to wszystko zrobił. Policja ma pewną hipotezę, ale na razie nie można jej ujawniać.

Niech przestaną gadać!

Rodzina Ewy bardzo chce poznać prawdę. Nie, żeby to coś zmieniło. Ona przecież już nie wróci. Ale całe osiedle, ba całe miasto huczy od plotek. O tragedii rozmawiają babcie podczas kupowania pietruszki i lekarze w pobliskim szpitalu, przekupki i dzieci w szkole, gdzie uczyła Ewa i chodził jej syn Mateusz. Jedni mówią, że Tomasz zabił w akcie zazdrości, bo dowiedział się, że żona ma kogoś. Inni, że było dokładnie odwrotnie: to on miał kochankę i postanowił pozbyć się żony.

- Niech już przestaną o tym gadać! Nikomu nie życzę takiego nieszczęścia – mówi matka Ewy, To była nasza jedyna córka. Cały świat zawalił nam się na głowę. Pan też niech już przestanie węszyć. Uszanujcie nasz ból.

Ewa i Tomek kilka lat temu kupili stary zrujnowany dom. Już kończyli remont. Za kilka miesięcy mieli się przeprowadzić z ciasnego mieszkania.

- Nie znałam tak zgodnej pary – twierdzi Aleksandra Musioł, koleżanka Ewy ze szkoły. – Proszę mnie nie męczyć. Znałam oboje. To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Staramy się w szkole wyciszać całą sprawę. Ale młodzież wszystko wie, bo przecież czyta gazety. Na szczęście wszystko powoli wraca do normy, jest trochę ciszej.

Taka iskierka

Na pogrzeb Ewy przyszły setki osób, w tym niemal wszyscy uczniowie i ich rodzice. Ludzie mieli trochę pretensji do księdza, który wygłaszał mowę. Ani słowem nie wspomniał, że tragedię przeżywają obie rodziny. Matka Tomasza T. wyglądała ponoć strasznie. Miała szaleństwo w oczach. Ewa miała wielu wypróbowanych przyjaciół. Było to widać, kiedy uznano ją za zaginioną. Dziesiątki ludzi były zaangażowanych w jej poszukiwania. Niemal co chwilę ktoś dzwonił do Dominiki, córki Ewy i proponował pomoc. – Bo to była taka iskierka, żywe srebro. – wspomina Marta Mogielska, – Jak tylko wchodziła np. do mnie, to zaraz leciał jakiś dowcip. A poza tym miała dobre serce. Nigdy nie odmówiła pomocy. Zresztą Tomek jest taki sam. Ile razy pomagał mi reperować samochód! Ewa potrafiła łączyć różne pokolenia. Świetnie rozumiała się z ludźmi w wieku swoich rodziców, z rówieśnikami i młodzieżą. Dzieci w szkole dwa razy wybrały ją nauczycielem roku. Ewa uchodziła za odważną kobietę. No bo przecież nie każda gospodyni domowa ma patent sternika i pływa po otwartym morzu. Już w podstawówce wchodziła tam, gdzie inne dziewczyny się bały.

Policja, choć szczyci się tym, że ma już zabójcę Ewy przyznaje, że jest jeszcze kilka niewiadomych. Po pierwsze, jak Tomaszowi udało się wciągnąć żonę do samochodu w biały dzień w środku osiedla. Może zgubiła ją właśnie odwaga? Może nie bała się swojego męża, choć ten chwilę wcześniej ją pobił, i sama wsiadła do jego samochodu? Czy możliwe, że ktoś mu pomagał?

Najbiedniejsze dziecko

Mateusz, jedyne dziecko Ewy i Tomasza (mieszkała z nimi jeszcze dorosła córka Ewy z pierwszego małżeństwa) ma 8 lat i niewiele rozumie. Wie, że mamy już nie ma. Wczoraj miał przyjść pierwszy raz na jej grób. Nikt nie potrafi mu odpowiedzieć na jego dziecinne pytania: dlaczego nie zobaczy już mamy. – Bo my sami nie wiemy – odpowiada pani Wanda. On stracił równocześnie ojca i matkę. Tomek był świetnym ojcem. Chociaż zapracowany, zawsze znalazł czas na zabawę z małym.
Rodzicie Ewy wywieźli chłopaka do matki Tomasza do Zabrza. Chcą, żeby był z dala od tego wszystkiego: od spojrzeń pełnych litości i od dzieci w klasie, które bezlitośnie zaczną wypytywać o wszystko i rozdrapywać rany. Mateusz chodził do tej samej szkoły, gdzie uczyła Ewa.

Tomasz T. został tymczasowo aresztowany. Prokuratura postawiła mu zarzut zabójstwa. Grozi mu dożywotnie więzienie. Wcześniej był poszukiwany listem gończym za uchylanie się od płacenia alimentów. Ma nieślubne dziecko.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Miller poparł prawicę

Tuesday, October 22nd, 2002

Jestem zaszczycony listem od premiera – mówi prawicowy prezydent i kandydat na ten fotel Bogdan Traczyk. – To wykorzystanie gestu premiera w kampanii – replikują bielscy liderzy SLD.

Premier Leszek Miller napisał do kilkudziesięciu prezydentów miast w Polsce, dziękując im za pracę w minionej kadencji. Wybrał najlepsze miasta w rankingu przeprowadzonym przez pismo “Wspólnota”.

“Niezależnie od sytuacji zastanej na początku kadencji, Państwa rządy nie były czasem stagnacji, lecz dynamicznego postępu, który przyniósł bardzo dobre efekty” – napisał lewicowy premier do prawicowego prezydenta Bielska.
- Trudno wyobrazić sobie lepsze podsumowanie kadencji. Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę krytykę radnych SLD, którzy tę kadencję nazywali straconą – mówi Traczyk. – Jestem pod wrażeniem klasy pana premiera – dodaje.
- Tej klasy nie pokazał prezydent Traczyk przed dwoma laty, gdy nie przywitał w Bielsku prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – uważa Jerzy Balon, radny SLD, jeden z krytyków Traczyka. Podczas prezydenckiej kampanii wyborczej Kwaśniewski przyjechał do Bielska, jednak Traczyk odmówił przywitania go jako gospodarz miasta. Tłumaczył, że nie zostało jasno powiedziane, czy Kwaśniewski przyjechał jako prezydent, czy jako kandydat w wyborach.

Zdaniem Balona, premier wiedział, że pisze list do prawicowego prezydenta miasta. – Wspiął się ponad podziały polityczne. To normalne, że w cywilizowanych krajach dziękuje się ludziom za wysiłek – dodaje Antoni Kobielusz, poseł SLD i kandydat na prezydenta miasta. – Ale nadużyciem ze strony prezydenta Traczyka jest wykorzystanie listu premiera w kampanii – dodaje.

Traczyk zamierza list powiesić na honorowym miejscu w Ratuszu. I poinformować o nim wszystkich bielszczan. – To nie kampania, bo dotyczy minionej kadencji – uważa Traczyk.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Prokurator za kwadrans

Tuesday, October 22nd, 2002

Przez osiem lat raz w tygodniu przez kwadrans mieszkańcy Żywca oglądali w kablówce niezbyt porywającą audycję o pracy swego burmistrza, radnych, a potem także starosty. Od problemu własnej oceny programu wybawiła ich Krajowa Rada Radiofonii, kierując przeciw telewizji sprawę do prokuratury.

Żywiecki kwadrans rozpoczynał się na jednym z kanałów Beskidzkiej Telewizji Kablowej “Bestkabel” w każdy czwartek o godz. 18. Trwał około piętnastu minut. Wypełniały go materiały zdjęciowe ze spotkań przedstawicieli miejscowych władz, nasiadówek rajców, czy wizyt w szkołach i przedszkolach. Program docierał do niespełna 1,5 tys. mieszkań, przede wszystkim na osiedlach Paderewskiego, 700-lecia i Parkowym.

Tak było przez osiem lat. Na kilka tygodni przed wyborami zarząd Bestkabla otrzymał list od KRRiT, że program nadawany jest bez wymaganej koncesji. Poinformowano też kablówkę, że sprawę skierowano do prokuratury.

- Domyślam się, kto doniósł i będę miał na to dowody. To moi przeciwnicy polityczni. Całą sprawę ujawnię po wyborach – złości się Antoni Szlagor, przewodniczący zakończonej właśnie kadencji rady miasta, także kandydat na burmistrza Żywca z komitetu “Obywatele dla Ziemi Żywieckiej”. Szlagor jednocześnie jest wiceprezesem Bestkabla, należy do niego połowa udziałów.

- Zawiadomiliśmy prokuraturę, bo nadawanie bez koncesji jest łamaniem prawa, ściganym z mocy ustawy. To piractwo – wyjaśnia rzecznik Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Joanna Stempień-Rogalińska. Dodaje, że KRRiT otrzymała pismo od nadawcy, że już zaprzestał nadawania bez koncesji, o czym Rada także poinformowała prokuraturę. – Zostawiamy ocenę tego zdarzenia całkowicie w rękach prokuratury – dodaje rzecznik. Za złamanie ustawy grożą nawet 2 lata więzienia.

- Nawet nie wiedziałem, że potrzebna jest koncesja na nadawanie tych piętnastu minut. Wystąpiłbym o nią wcześniej – mówi Szlagor. Na działanie telewizji kablowej Bestkabel ma zezwolenie, także na nadawanie programu, który zawiera informacje. Ostatnio kablówkę badał Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty. “Aktualnie sieć telewizji kablowej działa zgodnie z obowiązującym prawem” – napisano w protokole pokontrolnym.

- Nasza wina polega na tym, że nie nadawaliśmy tych informacji w formie nieruchomej. Teraz ten błąd naprawiliśmy i zamiast informacji filmowych, pokazujemy plansze ze zdjęciami – dodaje Szlagor.

Szlagor mówi, że nie był producentem tego programu, tylko urząd miasta. I mimo że piastował tam ważną funkcję, nie wpływał na kształt programu. Do kablówki przychodziła kaseta, w czwartek ją puszczali.

Jak na razie w prokuraturze żywieckiej trwa postępowanie sprawdzające. Rzecznik KRRiT zachęca zaś właścicieli Bestkabla do złożenia wniosku o koncesję.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Filtrowanie kieszeni

Tuesday, October 22nd, 2002

Przypadek pani Ireny, matki pana Janusza, nie był jeszcze taki tragiczny. Pan Janusz zadzwonił do nas piątego dnia po podpisaniu umowy, więc teoretycznie było jeszcze pięć dni na odstąpienie od umowy. Tylko teoretycznie.

Szansa niby była…

- Na pieczątce widniejącej na dokumentach była tylko nazwa firmy i NIP. Pracownik, który montował filtr zostawił swój numer komórkowy. Zadzwoniłem do niego, ale nie chciał podać kontaktu do szefa firmy zasłaniając się ochroną danych osobowych – wspomina nasz Czytelnik. – W końcu nagabywany podał numer telefonu stacjonarnego w Gliwicach, pod którym ponoć do godziny 11 przed południem ma urzędować ta firma. Dzwoniłem tam kilkakrotnie, parę razy rozmawiałem z jakąś panią, która za każdym razem mówiła, że szefa nie ma i będzie później, a ktoś przyjdzie i dobierze filtr. Oczywiście nikt nie przyszedł. Zadzwoniłem więc do urzędu skarbowego, gdzie po NIP-ie podali mi adres pod którym zarejestrowana jest firma oficjalnie. Jest to adres w Łabędach, dzielnicy Gliwic. Ani Telekomunikacja Polska, ani Netia nie mają pod tym adresem żadnego telefonu. Z kolei numer, który podał mi pracownik jest zastrzeżony. Firma jest więc sprytnie ukryta przed klientami, którzy chcieliby ewentualnie zrezygnować, wykorzystując dane prawem 10 dni.

Co zrobić?

Z prośbą o radę zwróciliśmy się do Adama Zawiszowskiego, rzecznika prasowego Śląskiego Wojewódzkiego Inspektora Inspekcji Handlowej w Katowicach. – W takiej sytuacji pozostaje na adres, który pan zdobył, wysłać w ciągu tych dziesięciu dni, pocztą odstąpienie od umowy. Listem poleconym, za zwrotnym potwierdzeniem odbioru – poradził rzecznik.

Udało się!

Nasz Czytelnik sam wpadł na to samo rozwiązanie. Wysłał odstąpienie od umowy listem poleconym do Łabęd i wybrał się do banku. – W banku potraktowano mnie bardzo dobrze, od przemiłej pani dowiedziałem się, że jeszcze nie wpłynęły papiery kredytowe i u nich można wszystko odkręcić, co też zrobiłem – mówi uradowany pan Janusz.


Firma uczciwa, firma nieuczciwa

Firma, która sprzedała filtr pani Irenie, znana jest chorzowskiej policji, ale jako strona pokrzywdzona. To oni złożyli doniesienie, że w Chorzowie działa jakaś konkurencyjna firma stosująca nieuczciwe metody. Mieszkańcy Chorzowa wspominali, że kilka dni po wizycie panów z filtrami, po ulicy krążyli przedstawiciele jakiejś konkurencyjnej firmy. – Mówili, że firma od której kupowaliśmy filtry jest nieuczciwa, że się pod nich podszywa, że mamy nic nie płacić i że oni będą tą sprawę odkręcać – opowiada mieszkanka domu przy ul. Gdańskiej w Chorzowie. – Pozbierali dane osób, które dały się naciągnąć na ten filtr i obiecali, że będą ich po kolei odwiedzać. Do tej pory nikogo nie było.


Poszkodowanym pomożemy

Mówi podinsp. Krzysztof Papierkowski, komendant III komisariatu policji w Chorzowie Starym:

Na podstawie posiadanych zgłoszeń prowadzimy w tej chwili postępowanie przygotowawcze zmierzające do wyjaśnienia wszelkich okoliczności sprawy. Postawiliśmy dotychczas zarzuty oszustwa dwóm osobom. Są one powiązane z jedną z firm zajmujących się sprzedażą i instalacją filtrów. Aktualnie prowadzimy czynności dotyczące zgłoszeń z obsługiwanego przez nas terenu. Niewykluczone jednak, że sprawa rozszerzy się, jeśli okaże się, że podobne zdarzenia miały miejsce w innych miastach.

Pokrzywdzonymi są w większości osoby w starszym wieku. W ramach naszych kompetencji udzielimy im pomocy prawnej. Nad postępowaniem ma nadzór prokuratura. Osoby pokrzywdzone mogą w ramach postępowania karnego prowadzonego przez prokuraturę wystąpić jednocześnie z roszczeniem cywilnym. W takim przypadku nie ponoszą żadnych kosztów, ponieważ powództwo to rozpatrywane jest w toku postępowania karnego.


Co zrobi bank

Czy fakt, że policja i prokuratura prowadzi postępowanie względem firmy, która dystrybuuje i montuje filtry, może spowodować, że bank – chociaż do czasu zakończenia postępowania – wstrzyma pobieranie rat?

Z tym pytaniem zwróciliśmy się i do prokuratora, i do Capital Banku w Gdańsku, z którym w tym konkretnym przypadku były podpisywane umowy kredytowe.

To zupełnie inne umowy

Mówi Leszek Goławski, rzecznik prasowy prokuratury apelacyjnej w Katowicach:

Sprawa karna toczy się swoim trybem, i nie ma nic wspólnego z umową z bankiem, która jest umową cywilno-prawną. Bank podpisywał umowy kredytowe bezpośrednio z klientem i od klienta będzie wymagał spłaty kredytu, nadal będzie prowadził postępowanie w stosunku do klienta.

Pisać do banku

Niestety, w banku nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego. Pracownica powołując się na prawo bankowe i ochronę danych odmówiła wyjaśnienia, co w takiej sytuacji zrobi bank. Zaproponowała jedynie, by z tym samym pytaniem zwrócili się do banku sami klienci.

Autor artykułu: Agnieszka Szpila

Radni skrytykowani za odmowę zgody na pomnik papieża

Wednesday, October 16th, 2002

Skandaliczną nazwał biskup Tadeusz Rakoczy, ordynariusz diecezji bielsko-żywieckiej, decyzję radnych, którzy nie zgodzili się na pomnik papieża na pl. św. Mikołaja. Dwóch prawicowych radnych uważa, że to krzywdzące słowa.

W ub. tygodniu, na ostatniej sesji w tej kadencji, bielscy radni uznali, że na pl. św. Mikołaja przed katedrą pod tym samym wezwaniem, powinien stanąć pomnik świętego darczyńcy zbudowany za pieniądze miejskie. Nie zdołali ich przekonać członkowie stowarzyszenia budowy pomnika Jana Pawła II, aby zamiast Mikołaja stanął tam pomnik papieża, wybudowany za pieniądze ze społecznej zbiórki.

Kilka dni później, w trakcie obchodów Dnia Papieskiego w bielskiej katedrze, bp Rakoczy powiedział, że “jest skandalem, że Bielsko-Biała, jako jedno z nielicznych miast w Polsce, nie zareagowało dotąd na to wielkie, historyczne wydarzenie, jakim była wizyta Ojca Świętego w tym mieście, pomimo wielkich wysiłków wielu osób, organizacji i wreszcie społecznego komitetu budowy papieskiego pomnika”.

Komitet budowy papieskiego pomnika złożony jest z ludzi świeckich. Monument miał właśnie upamiętniać pielgrzymkę Jana Pawła II z 1995 r., gdy spotkał się z wiernymi w Bielsku. Komitet uzyskał nawet zgodę Watykanu na postawienie pomnika w Bielsku.

Za św. Mikołajem, a przeciw pomnikowi papieża, opowiedzieli się wtedy prawie wszyscy radni lewicy, Unii Wolności i dwóch prawicowych radnych: Stanisław Kania i Henryk Juszczyk.

Gdyby tych dwóch ostatnich zagłosowało tak jak reszta radnych prawicowych, zwyciężyłby pomnik papieski i bielska rada nie spotkałaby się z krytyką biskupa.
Biskup Rakoczy zapowiedział, że w dalszym ciągu będzie interesował się tą sprawą i zabierał w niej głos.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk