Archive for October, 2002

Ewo, wróć!

Wednesday, October 16th, 2002

Wyszła tak jak stała: na czarną bluzkę narzuciła tylko jasną kurtkę i poszła do kwiaciarni oddalonej od domu o kilkaset metrów. Miała kupić kwiaty dla córki przyjaciółki z okazji urodzin. Od tej pory nikt jej nie widział. W niedzielę po południu wyszła z domu i nie powróciła Ewa Papież-Tkocz – 42-letnia nauczycielka. Czeka na nią mąż i dwoje dzieci.

- Może gdyby nie szła po te przeklęte kwiaty, wszystko byłoby w porządku – Marta Mogielska, przyjaciółka pani Ewy, nie potrafi powstrzymać łez. – To właśnie moja córka miała urodziny w niedzielę i Ewa miała przyjść do nas z mężem.

Jak mówią znajomi, pani Ewa wrogów nie ma, za to wielu wypróbowanych przyjaciół. I rzeczywiście. Co najmniej kilkanaście osób zaangażowanych jest w jej poszukiwania. Już w nocy z niedzieli na poniedziałek przeczesywali okolice Wełnowca: klatki schodowe, park, ogródki działkowe. Pytali ludzi, pokazywali zdjęcia. Dopiero o trzeciej nad ranem dali za wygraną. Wczoraj w całym mieście porozwieszali plakaty z jej wizerunkiem, dali je też taksówkarzom. – Zrobiłem na razie 100 ulotek, ale będę musiał dodrukować – mówi Tomasz Gil, sąsiad zaginionej. – Ludzie niestety nie mają serca. Nawet na naszym osiedlu, po kilku godzinach większość plakatów była zerwana.

Zdjęcia Ewy Papież-Tkocz gubią się w tłumie. Z każdego słupa patrzy kilkanaście twarzy tych, co to zwalczą bezrobocie, uzdrowią miasto, a przede wszystkim chcą wygrać wybory.

Jak kamień w wodę

Policja w podobnych przypadkach najpierw zakłada hipotezę, że zaginiony po prostu uciekł, że ukrywa się przed bliskimi. – Nie ma takiej możliwości – mówi Tomasz Tkocz, mąż Ewy. – Nie wzięła ze sobą nic. W domu leżą dokumenty, komórka, torebka. Ubrała tylko kurtkę. Miała być z powrotem za kilkanaście minut – dodaje łamiącym się głosem. – Policja? Chyba niewiele wie, i jeszcze mniej mówi.

Faktów jest rzeczywiście niewiele: wiadomo, że kobieta wyszła ok. 14. w niedzielę, do najbliższej kwiaciarni. Nawet parasola nie wzięła, choć padało. Oddalona o ok. 100 metrów kwiaciarnia była już zamknięta, w niedzielę pracują do 13.30. Może gdyby była czynna…? W okolicy są jeszcze dwie. Nigdzie jednak nie przypominają sobie kobiety ubranej w czarne spodnie i jasną kurtkę.

- Najgorsze, że nijak nie możemy sobie tego wytłumaczyć. Człowiek wychodzi z domu na chwilę i przepada, jak kamień w wodę – mówi Wanda Żyła, matka Ewy. – Tomek, mój zięć, zadzwonił do nas w niedzielę i pytał, czy nie ma u nas Ewy. Wtedy jeszcze się nie martwiłam. Kiedy przyszedł i powiedział, że córka gdzieś zniknęła myślałam, że to żart.

- Gdyby ją porwali, to chyba już powinni stawiać jakieś żądania – snuje hipotezy Marta Mogilska. – A jakby zginęła, to przecież gdzieś powinno być ciało. Zresztą, o czym ja w ogóle mówię!

Ona jest!

Rodzice Ewy odchodzą od zmysłów. Z trudem powstrzymują się od płaczu przy wnuku – 9-letnim Mateuszu. On wie, że mama gdzieś zniknęła, ale jakby nie dopuszczał do siebie tej myśli. – Nie starcza mu na to wyobraźni – dodaje Józef Żyła. – Zachowuje się spokojnie, nie płacze, chodzi do szkoły i odrabia lekcje. Jak pyta o mamę, nie kłamiemy, że np. wyjechała i wróci za parę dni, mówimy jak było.

A jak było, tak naprawdę nie wie nikt. Wszyscy, którzy opowiadają o zaginionej mówią w czasie przeszłym. – Była lubiana w szkole. Uczniowie wybrali ją dwa razy nauczycielem roku. Pasjonowała się żeglarstwem, była ambitna, wesoła, niekonfliktowa. Co ja mówię, była! Ona przecież jest taka! – ojciec Ewy nie wytrzymuje i zalewa się łzami. – Mamy nadzieję, że się obudzimy i to wszystko okaże się tylko złym snem – dodaje Wanda Żyła.

W sobotę wieczorem koleżanki Ewy urządziły Dzień Nauczyciela – było świetnie. Oboje z mężem wspaniale się bawili – mówi Aleksandra Musioł, koleżanka Ewy ze Szkoły Podstawowej nr 17 w Katowicach. – Byli w dobrym nastroju. To zresztą jest bardzo zgodne małżeństwo. Nawet zapraszali nas w któryś weekend do Międzybrodzia, tam rodzice Ewy mają domek. Boże, w poniedziałek miałyśmy razem z Ewą kupić kwiaty dla nauczycieli, którzy nie mają wychowawstwa i nic nie dostaną od uczniów!

Czynności trwają…

Policjanci nie ukrywają, że w tej sprawie niewiele mają do powiedzenia, bo niewiele też i wiedzą. W niedzielę wieczorem przeczesali okolice. Pytali sąsiadów, przesłuchiwali znajomych. Wczoraj postępowanie przejęła Komenda Miejska Policji. – Niczego nie możemy wykluczyć. Sprawdziliśmy szpitale, noclegownie, schroniska, gdzie czasem trafiają ludzie z zanikiem pamięci – mówi kom. Magdalena Szymańska-Mizera, oficer prasowy KMP w Katowicach. – Teraz trwają czynności operacyjne. Sprawdzamy krąg najbliższych przyjaciół. Miejsca, gdzie zaginiona mogła się wybrać.

W zeszłym roku w Polsce policja przyjęła ponad 23 tysiące zgłoszeń o zaginięciu. Ponad 10 tys. po prostu wróciło do domu, kolejnych 7,5 znalazła policja i prawie 2 tysiące zatrzymała za różne przestępstwa. W 855 przypadkach policja znajdowała zwłoki poszukiwanego.


Ewa Papież-Tkocz ubrana była w czarne spodnie, czarną koszulkę i jasną kurtkę. Ma ok. 160 cm wzrostu, włosy krótkie ciemnobrązowe, oczy piwne.

Wszyscy, którzy mają jakiekolwiek informacje na temat pobytu Ewy Papież-Tkocz, której zdjęcie prezentujemy, proszeni są o kontakt pod numerami telefonów:
* 609-956-116,
* 501-202-833,
lub z najbliższą jednostką policji, nr 997.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Władza kontra opozycja

Tuesday, October 15th, 2002

WŁADZA: Piotr Hanysek, burmistrz Tarnowskich Gór:

To była trudna kadencja ze względu na ciężką sytuację gospodarczą państwa. Gminy otrzymywały mniej środków na pomoc społeczną czy oświatę. Tymczasem wydajemy coraz więcej pieniędzy na opiekę społeczną, w tym głównie na dodatki mieszkaniowe. Poza tym wpływy do kasy miasta z podatku dochodowego od osób fizycznych też były niższe.

Mimo tego w ciągu czterech lat prawie 28 mln zł przeznaczyliśmy na inwestycje. Największą część zabrało porządkowanie gospodarki wodno-ściekowej. Wybudowaliśmy nowe kolektory, kontynuowaliśmy gazyfikację. Tylko dwie dzielnice: Pniowiec i Sowice nie są jeszcze zgazyfikowane. Sporo środków wydaliśmy na drogi.

Podpisany został kontrakt na budowę centralnej oczyszczalni, chociaż tutaj prace przedłużają się.

Budowa Parku Wodnego budziła emocje, ale jest to moim zdaniem najpoważniejsza inwestycja w tej kadencji. Przypomnę, że to Agencja Inicjatyw Gospodarczych starała się o kredyty, a miasto je zabezpieczało. Przychody Parku Wodnego pozwalają w znacznym stopniu obsługiwać zobowiązania. Inwestycja więc była udana.

Sporo środków przeznaczaliśmy na oświatę. Tarnowskie Góry znalazły się w rankingu 50 polskich gmin, które najwięcej z budżetu przeznaczają na edukację.

W mieście powstają nowe miejsca pracy. Park Wodny wytworzył ich ponad 100.

Wyremontowane zostały niektóre budynki komunalne, zmodernizowano kotłownie w wielu instytucjach. Miasto realizuje uchwałę o kierunkach rozwoju z 1997 r., która zakłada rozwój turystyki i wykorzystanie walorów historycznych miasta.


OPOZYCJA: Marek Jaworski z klubu SLD:

To była kadencja obfitująca w nietrafione inwestycje, które bulwersowały wielu mieszkańców. Park Wodny miał biznesplan, ale jego wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Chodzi tu m.in. o zaciąganie kolejnych kredytów czy odejście inwestora strategicznego. Mam zastrzeżenia do realizacji tej inwestycji, gdyż za tak ogromne pieniądze powinien powstać obiekt na miarę XXI wieku, nasz odpowiada zaś początkowi lat 90. Kraków znalazł inwestora zewnętrznego na budowę aquaparku, nie poszła ani jednak złotówka na ten cel z kasy miasta. My musimy spłacać kredyt, a to powoduje, że nie ma środków na inne inwestycje – w gospodarce komunalnej czy w drogownictwie. Drogi są tylko doraźnie remontowane. Władze unikały dyskusji z mieszkańcami, zawężały ją do głosu opozycyjnych radnych. W czasie posiedzeń komisji rady miejskiej nie było odpowiedniej reprezentacji mieszkańców, chociażby kupców czy nauczycieli.

W mieście do dzisiaj nie ma oczyszczalni ścieków, nie wbito nawet łopaty pod jej budowę. Gmina może żądać odszkodowania od firmy, która nie wywiązała się z umowy – tymczasem nie robi tego, a po rozmowach z inwestorem powstają kolejne aneksy do umowy, by ten mógł ubiegać się o kredyt. Władze dbają więc o interesy firmy, a nie mieszkańców.
Jeśli chodzi o trujące wysypisko po Zakładach Chemicznych, sytuacja jest tragiczna. Władze miasta nie potrafiły lobbować na szczeblu centralnym tak, by z budżetu państwa przekazywano środki na likwidację zagrożenia.


Ile zarabia władza?

* Burmistrz Piotr Hanysek ma pensję w wysokości 9733 zł brutto. Jego zastępcy: Ryszard Kuliberda – 8708 zł, Stanisław Beśka – 8483 zł, Marian Czarnecki – 8146 zł.
* Przewodniczący rady miejskiej otrzymuje dietę w wysokości 1804 zł. Jego zastępcy – 1443 zł, a nieetatowi członkowie zarządu miasta – 1563 zł. Przewodniczący komisji rady miejskiej dostaje 962 zł, zastępcy przewodniczącego komisji – 601 zł, a pozostali radni – 481 zł.

Autor artykułu: M. Krężel

Wygrał św. Mikołaj

Thursday, October 10th, 2002

Przed katedrą powinien stanąć pomnik św. Mikołaja, biskupa starożytnej Myry, nie zaś obecnego biskupa Rzymu. Przede wszystkim dlatego, że z postaci papieża trudno wypuszczać wodę. Tak wynika z dyskusji radnych.

Pomnik św. Mikołaja już 7 lat temu zaplanowano postawić na placu św. Mikołaja i przed katedrą pod wezwaniem tego świętego. Nie miał to być zwykły pomnik, lecz fontanna i z myślą o niej przy okazji przebudowy placu zamontowano bardzo kosztowną instalację, która do fontanny ma doprowadzać wodę. Pomnika wtedy nie zbudowano, bo miastu zabrakło pieniędzy.

Dwa lata temu z kolei grupa mieszkańców założyła stowarzyszenie na rzecz budowy pomnika papieża Jana Pawła II. Rafał Muchacki, wiceszef stowarzyszenia wyjaśnia, że jeszcze niedawno nie było żadnego śladu przypominającego całkiem mocne związki Wojtyły z Bielskiem. Stowarzyszeniu udało się już nawet uzyskać zgodę Watykanu na budowę pomnika.

Nie wierzy w świętego?

Muchacki przekonywał radnych do pomnika papieża, że nawet nie wiadomo, jak wyglądał żyjący w IV wieku św. Mikołaj. Radny Jan Kania odpowiedział na to, że wcale tak nie jest. Można przecież zobaczyć wizerunek świętego w kościele w Starym Bielsku. Namalował go tam uczeń ze szkoły Wita Stwosza.

- Mikołaj był biskupem, a w końcu papież też jest biskupem Rzymu. Co stoi na przeszkodzie, aby zamiast św. Mikołaja stanął pomnik Ojca Świętego? – próbował przekonać kolegów z rady Henryk Kenig. Ale okazuje się, że w planach miasta w miejscu tym można postawić tylko pomnik św. Mikołaja.
A na dodatek, argumentował inny radny, Stanisław Kania, jeżeli powstanie pomnik papieża, przepadnie bardzo kosztowna instalacja do fontanny. – Też pamiętam wcześniejsze dyskusje z nim na temat pomnika – wspomina Bronisław Krzysztof, bielski rzeźbiarz, którego poproszono o przygotowanie koncepcji pomnika papieża. – Wtedy również był problem, że z postaci papieża nie można zrobić fontanny. Poirytowany zapytałem radnego, z którego miejsca papieża jego zdaniem ma wypływać woda – mówi Krzysztof.
Rzeźbiarz jest rozgoryczony całym sporem, dlatego po przygotowaniu kilku szkiców wycofał się z całej sprawy.

Papież nie pasuje

- Dla mnie papież to wielki autorytet, ale św. Mikołaj bardziej pasuje do tego miejsca – mówi architekt Barbara Szołomiak-Biernacka, autorka projektu placu św. Mikołaja.
Stanie więc pomnik św. Mikołaja, za którym opowiedziała się większość radnych.

Okazuje się jednak, że także z postaci św. Mikołaja nie będzie wypływać woda. Według koncepcji tej fontanny, św. Mikołaj ma stać w otoczeniu dzieci, zaś strugi wody mają wypływać z podłoża.

- Poczekamy na następną radę miejską – zapowiada Muchacki ze stowarzyszenia pomnika Jana Pawła II.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Jedyną szansą dla Pawliczków jest odroczenie eksmisji

Thursday, October 10th, 2002

O godzinie 10. komornik zadecyduje o dalszym losie 57-letniej Barbary, jej męża, 63-letniego Franciszka i ich 25-letniego syna Lesława. Sprawa sądowa przeciwko właścicielowi firmy “Pożyczki pod zastaw i pośrednictwo w handlu nieruchomościami” trwa, ale dom który zastawili, mogą stracić już dziś.

- Nie wiem, dzisiaj już chyba nas wyrzucą – stwierdził wczoraj załamany Lesław Pawliczek, w chwilę po tym jak wysłuchał decyzji katowickiego Sądu Okręgowego.

A sędziowie uznali, że nie ma podstaw do odroczenia eksmisji do czasu zakończenia sprawy sądowej przeciwko Janowi P., właścicielowi firmy pożyczkowej z Nieporaza (woj. Małopolskie). Pawliczkowie wnioskują o unieważnienie umowy pożyczki pod zastaw ich domu, bo, jak twierdzą, podczas podpisywania nie mieli warunków, aby zapoznać się z jej skutkami. Adwokat Ryszard Klimkiewicz, który na naszą prośbę zapoznał się ze sprawą stwierdził, że małżeństwo starszych ludzi nie było w stanie zrozumieć konsekwencji wynikających z podpisania umowy pożyczkowej.

Co ciekawe, sędziowie uznali, że nie jest wykluczone zabezpieczenie powództwa, czyli wstrzymanie eksmisji w dalszym toku sprawy. – W jakim dalszym toku? Przecież jutro możemy zostać wyrzuceni z domu. Po co wtedy odraczać eksmisję? – pyta Lesław Pawliczek.

- My dziś nie zaśniemy. Będziemy czekać do samego rana, bo to może być ostatnia noc w naszym domu – płakała pani Barbara.

Autor artykułu: mak

Monitoring pełną gębą

Thursday, October 10th, 2002

Trzy telewizory rejestrujące obraz z jedenastu kamer wczoraj połączono w nowoczesny system monitoringu śródmieścia. A już pojedyncze kamery pozwoliły schwytać złoczyńców.

Pierwszą kamerę zamontowano w grudniu ub. roku, ostatnią kilka dni temu. Obraz z nich funkcjonariusz straży miejskiej obserwuje na jednym z trzech monitorów. Wszystko jest rejestrowane na taśmie.

Dzięki ostatniej kamerze już udało się zlikwidować szajkę oszustów grających w trzy kubki. Patrol kierowany głosem funkcjonariusza z centrum monitoringu wyłapał w tłumie wszystkich oszustów, mimo, że ci próbowali się ukryć w pobliskich budynkach. Wcześniej, mimo kilkakrotnych prób, nie udało się tego zrobić. Teraz taśma z tej akcji stanie się dowodem dla sądu.

- Już ponad 20 razy nagrania posłużyły jako materiały dowodowe. Wielokrotnie częściej dzięki kamerom mogliśmy interweniować, gdy dochodziło do groźnych sytuacji – wyjaśnia Andrzej Grzegorzek, komendant straży miejskiej.
Budowa systemu monitoringu kosztowała 600 tys. zł.

Autor artykułu: łu

Uszok zniknął

Monday, October 7th, 2002

Grzegorz Uszok, tajemniczy kandydat na prezydenta Katowic, mieszka w tyskiej dzielnicy Jaroszowice (na zdjęciu jego dom). Wczoraj chcieliśmy z nim porozmawiać, ale nie wpuszczono nas do środka. Kandydat ponoć gdzieś wyjechał i nie wiadomo, kiedy wróci.

Prezydentem?! To chyba jakaś pomyłka. Musi chodzić o innego Uszoka – przekonują Helena i Emil Janikowie, sąsiedzi Grzegorza Uszoka. – To dobry chłopak, ale gdzie mu tam do polityki – dodają. (more…)

Zmowa czy niemoc?! (Ruch Chorzów – Lech Poznań 1:0)

Monday, October 7th, 2002

Prezes Ruchu, Krystian Rogala, po zwycięstwie jego drużyny nad Lechem 1:0 (1:0), głośno się zastanawiał czy
piłkarze nie są w jakieś tajemniczej zmowie i grają przeciwko – dla przykładu – trenerowi. Nie przypuszczam, by ,niebiescy” podcinali gałąź na której przecież siedzą, bo przecież mogą stracić pracę. Po prostu wygrali szczęśliwie i to jest w tej chwili najważniejsze!

Jeżeli chorzowianom szybkości i sił starcza tylko na 45 minut to trudno marzyć, by zaskoczyli rywala, który przybywa na stadion przy ul. Cichej z mocnym postanowieniem zdobycia jednego punktu. Właśnie w brakach kondycyjnych trzeba chyba upatrywać słabości “niebieskich”. W pierwszej połowie meczu z Lechem mieli przebłyski gry kombinacyjnej i szybko zdobyli gola. Jednak potem wszystko wróciło do normy. Gospodarze oddali inicjatywę gościom i aż dziw bierze, że zespół z Poznania nie zdobył kompletu punktów.
Cały zespół Ruchu przez najbliższe dni powinien chuchać i dmuchać na bramkarza Marka Matuszka, który przeciwko Lechowi bronił z niezwykły wyczuciem i szczęściem. Po strzałach z bliskiej oraz dalszej odległości piłka lądowała w jego rękach, a rywalom pozostało tylko z niedowierzaniem kręcić głową. Ambicji chorzowianom nie można odmówić, ale cóż z tego skoro piłkarze Lecha, w drugiej połowie, byli znacznie lepsi. Czasami jednak lepszy nie znaczy zwycięski.
Zmowa czy niemoc? Na to pytanie prezesa odpowiadam zdecydowanie: niemoc. Teraz jest przerwa w rozgrywkach i trzeba spokojnie się zastanowić jak ją właściwie (!) wykorzystać, bo w przeciwnym razie ligowa rzeczywistość będzie przypominała siedzenie na beczce z prochem.

Autor artykułu: Włodzimierz Sowiński

Sprzedawca złudzeń

Monday, October 7th, 2002

Holender polskiego pochodzenia przekazał 80 tys. złotych na potrzeby częstochowskich placówek służby zdrowia. Za swój gest otrzymał podziękowanie od zarządu miasta – informowały jesienią 2000 roku częstochowskie gazety.

Sekcja Kryminalna Komendy Miejskiej Policji
w Częstochowie prowadzi postępowanie w sprawie oszustw dokonanych przez Tadeusza M. – oznajmiał jesienią 2002 roku komunikat policji.

Tajemniczy darczyńca i Tadeusz M. to ta sama osoba. Działał
w Polsce kilka lat. Zaufanie ważnych ludzi wzbudzał, bo poruszał się na inwalidzkim wózku. Pieniędzy nikt nigdy nie widział na oczy. Chore dzieci straciły nadzieję.

Jeśli nie zgłoszą się poszkodowani, postępowanie w sprawie oszustw Tadeusza M. trzeba będzie umorzyć. Tajemniczy darczyńca i Tadeusz M. to ta sama osoba. Działał w Polsce kilka lat. Zaufanie ważnych ludzi wzbudzał, bo poruszał się na inwalidzkim wózku. Jego pieniędzy nikt nigdy nie widział na oczy. Chore dzieci straciły nadzieję.

7 listopada 2000 roku w Tychach odbył się koncert charytatywny na rzecz 5-letniej Magdy Witkowskiej z Częstochowy. Dziewczynka od urodzenia cierpi na marskość wątroby, pieniądze na przeszczep od 1997 roku zbierała krakowska fundacja LIVER. Tego samego dnia przed południem w częstochowskim Urzędzie Miasta pojawił się, poruszając się na wózku inwalidzkim, Tadeusz M. Przedstawił się jako doktor psychologii, Holender z Polski rodem, który jest właścicielem fundacji Meder, pomagającej chorym dzieciom z Polski. Wiceprezydentowi Markowi Piekarskiemu oznajmił, że przekaże na potrzeby częstochowskiej służby zdrowia 80 tys. złotych. Miała to być kwota z odpisu podatkowego, za 340 tysięcy złotych, jakie Tadeusz M. z własnych funduszy wpłacił na leczenie za granicą Magdy Witkowskiej. Tadeusz M. w zamian chciał urzędowego potwierdzenia, że dokonał przelewu pieniędzy na konto Urzędu Miasta.

Być może Tadeusz M. dostałby taki dokument, gdyby urzędnicy nie poinformowali o niespodziewanym darczyńcy lokalnych mediów. Gdy w prasie ukazało się nazwisko Tadeusza M., zjawił się ponownie w magistracie. Nie był już uprzejmy. Prezydentom zrobił karczemną awanturę, że nie zgodził się na ujawnienie swych danych. Pieniądze od Tadeusza M. na konto częstochowskiego magistratu nie wpłynęły.

Na początku ubiegłego roku Tadeusz M. na stałe zakotwiczył się w Częstochowie. Namówił kilka osób, w tym lekarzy, na zarejestrowanie fundacji. Jawił się jako człowiek niezwykle bogaty, który mieszkając w Holandii od wielu lat pomaga chorym dzieciom. – Jeździł na inwalidzkim wózku, gdziekolwiek się pojawiał, wszyscy otwierali mu drzwi. Nawet w ministerstwach. Złożył oświadczenie na piśmie, że to on będzie dawał pieniądze na działalność fundacji. W zamian chciał tylko wyłącznego pełnomocnictwa na bankowym koncie – mówią dziś ludzie, którzy firmowali fundację. Nie chcą podać nazwisk i funkcji. Wstydzą się swej naiwności. Zwłaszcza że Holender nie chciał od nich poświęcenia. Lekarzom i rehabilitantom obiecywał wyjazdy do renomowanych klinik na Zachodzie. Sam twierdził, że jest współwłaścicielem kliniki rehabilitacyjnej w holenderskim Eindhoven.

Wiosną Tadeusz M. przeniósł się z Częstochowy do jednego z prywatnych hoteli na Jurze. Rezydował tam kilka miesięcy.
Tadeusz M. przed ponad 20 laty był pacjentem Ośrodka Rehabilitacji w podwarszawskim Konstancinie. Przekonał dyrektora placówki, by przyjął na rehabilitację podopiecznych fundacji. Dla wszystkich miał to być wstępny etap przed dalszym leczeniem w Holandii.

Iwona C. spod Częstochowy dała Tadeuszowi M. 5,5 tys. złotych na zakup biletów lotniczych. Po pobycie w Konstancinie niepełnosprawne dzieci wróciły do domów. Ośrodek Rehabilitacyjny wystawił Fundacji rachunki. Na ponad 100 tys. złotych. Na koncie fundacji nie było obiecanych przez M. pieniędzy…
W listopadzie 2001 Tadeusz M. nieoczekiwanie, w nocy, wyjechał z hotelu na Jurze…

Autor artykułu: Marek Mamoń

Nie wierzcie lekarzom – przekonuje chorych Kazimierz Piotrowicz

Thursday, October 3rd, 2002

Kazimierz Piotrowicz (na zdjęciu) namawia chorych, by nie oddawali się w ręce lekarzy. Jego ludzie rozrzucają w szpitalach ulotki, w których krytykuje się medycynę konwencjonalną i zachwala cudowne metody Piotrowicza.
W opinii lekarzy, namawianie ludzi, którzy już są w szpitalu, by zamiast słuchać fachowców korzystali z usług uzdrowiciela, jest podłością.

Wczoraj, po interwencji “Trybuny Śląskiej”, prezydium Śląskiej Izby Lekarskiej podjęło decyzję o skierowaniu sprawy do prokuratury.

Kazimierz Piotrowicz, uzdrowiciel, namawia pacjentów szpitali, by nie oddawali się w ręce lekarzy. Jego ludzie rozrzucają po szpitalach ulotki, w których krytykuje się medycynę konwencjonalną i zachwala metodę Piotrowicza.

Lekarze są przerażeni
Ulotki pojawiły się w Górnośląskim Centrum Medycznym w Katowicach Ochojcu. Leżą na korytarzach, parapetach, nawet na salach chorych! – Walczymy z tym, jak się da. Ale kiedy zbieramy te kartki, następnego dnia pojawiają się nowe. – mówi dr Wojciech Wróbel, dyrektor ds. lecznictwa w GCM. – Zgłosiliśmy ten fakt na policję. Powiedzieli nam, że mogą co najwyżej ukarać roznoszących ulotki za zaśmiecanie szpitala. Już wcześniej pojawiały się u nas reklamy uzdrowicieli. Jedna z ulotek informowała, że sproszkowany róg bawoli leczy raka. Ale nigdy tak wprost nie krytykowano medycyny i nie namawiano pacjentów do rezygnowania z usług lekarzy.

To podłość
20 procent Polaków przyznaje, że przynajmniej kilka razy korzystali z usług znachorów.
- To zwykłe żerowanie na ludzkim cierpieniu, nieszczęściu – mówi o ulotkach dr Stanisław Wencelis, przewodniczący komisji etyki w Śląskiej Izbie Lekarskiej. – Ludzie ciężko chorzy chwytają się każdego promyka nadziei i ten człowiek wykorzystuje to z niepohamowanej chęci zysku. Nigdy nie spotkałem się z tak agresywnym atakiem na medycynę naukową – dodaje.

W opinii doktora Wencelisa namawianie ludzi, którzy już są w szpitalu, by zamiast słuchać lekarzy korzystali z usług uzdrowiciela, jest podłością. – W leczeniu ważny jest czas – podkreśla. – Jeśli pacjent zamiast do lekarza pójdzie do znachora, może to przypłacić życiem. A do tego namawia profesor Piotrowicz, w swojej ulotce.
Po interwencji “Trybuny Śląskiej” wczoraj prezydium Śląskiej Izby Lekarskiej podjęło decyzję o skierowaniu sprawy do prokuratury. – Przesłaliśmy tę ulotkę prokuraturze z prośbą o zbadanie, czy nie doszło do przestępstwa – dodaje Wencelis.

Łóżko za 8 tysięcy
Pojechaliśmy do Międzynarodowego Instytutu Zdrowia w Gliwicach. W elegancko urządzonym budynku przebywa kilkudziesięciu pacjentów Kazimierza Piotrowicza. Ich leczenie polega na spaniu na specjalnych, rzekomo leczniczych, łóżkach. 10-dniowy pobyt kosztuje 2 tysiące złotych. Chętni mogą kupić łóżko za 8 tysięcy. Większość pacjentów twierdzi, że łóżka działają zbawiennie. – Przyjechałam tu, bo pan profesor pomógł wcześniej mojej matce. Lekarz stwierdził, że mam chore nerki. W moczu pojawiło się białko – mówi Anna Krzyżaniak, która na leczenie przyjechała aż z Zielonej Góry. – Zapisał mi leki. Ale wolałam przyjechać tutaj. Po tygodniu mam wyniki dwa razy gorsze. Ale tak miało być. Pan profesor to wszystko przewidział. Organizm musi się oczyścić.

- To zakrawa na kryminał – dodaje dr Wencelis – Jeżeli ta kobieta ma gorsze wyniki, to oznacza, że działalność pana profesora i jego propaganda sprowadziła zagrożenie dla jej zdrowia, a być może i życia.

Kazimierz Piotrowicz, profesor informacyjnych technologii medycznych, prezes Międzynarodowego Instytutu Zdrowia w Gliwicach:
Nie walczę z medycyną konwencjonalną, jak zarzucają mi lekarze. U mnie też pracują lekarze. Współczesna medycyna leczy skutki, a ja przyczyny chorób. Już kilka tysięcy lat temu w Piśmie Świętym napisano: “Jeśli będą grzeszyć, oddajcie ich w ręce lekarzy.” Stąd bierze się niechęć niektórych do mojej metody, która usprawnia komunikację międzykomórkową. Historia wskazuje, że nigdy nie lubiano ludzi, którzy wprowadzali rewolucyjne metody zmieniające dotychczasowe schematy myślowe. Bo przecież, jeśli wyeliminujemy przyczyny schorzeń, lekarze nie będą mieli co robić! Większość chorych trafiających tu to tzw. odrzuty medyczne, ludzie, którym lekarze nie potrafili pomóc. Gdyby najpierw przychodzili do mnie, a dopiero potem poddawali się zabiegom inwazyjnym, mogliby uniknąć niepotrzebnego cierpienia. Medycyna klasyczna ma ok. 10-procentową skuteczność, ja nawet 80-procentową. Sam wyleczyłem się z zaawansowanego nowotworu płuc, tymczasem lekarze chcieli mi amputować to płuco.

W ulotkach podrzucanych w szpitalu zamieszczono wypowiedzi Kazimierza Piotrowicza. Oto fragmety:
* W Piśmie Świętym jest napisane: jeśli będą grzeszyć, to oddajcie ich w ręce lekarzy. Już wówczas zauważono błędny kierunek rozwoju medycyny.
* Przeciętna życia człowieka wynosi 72 lata, a lekarza 57! Minister Zdrowia Jacek Żochowski zmarł mając 52 lata, Franciszka Cegielska 56 lat. Przecież mieli do dyspozycji cały potężny arsenał medyczny. Jak więc lekarze, stosując te same metody wobec szeregowych chorych, mogą im pomóc?
* Nie lubię nazwy szpital. Tam dokonuje się brutalnych zabiegów oraz wielu ingerencji, które mogą być zbędne, gdy wcześniej zastosuje się moją metodę.
* W przypadku chorób przewlekłych chorzy najpierw powinni zgłaszać się do mnie, zanim poddadzą się metodom inwazyjnym, których skutki są już zazwyczaj nieodwracalne.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Przeciąga się rozpoczęcie budowy największego w stolicy regionu centrum handlowo-usługowego

Wednesday, October 2nd, 2002

Miała być galeria z 200 punktami handlowo-usługowymi, multipleks, supermarket i kręgielnia z 30 torami. Wszystkie te atrakcje można zobaczyć tylko na komputerowych animacjach lub projektach. Brakuje pieniędzy na rozpoczęcie budowy. (more…)