Archive for December, 2002

Ciepło zamrożone

Monday, December 23rd, 2002

Do czerwca 2004 roku ceny ciepła w mieście nie wzrosną – zadeklarowali wspólnie właściciele elektrociepłowni oraz sieci ciepłowniczej.

Taką deklarację podpisano z inicjatywy nowego prezydenta Bielska Jacka Krywulta. Wynika z niej, że ceny ciepła nie wzrosną zanim Polska zostanie członkiem Unii Europejskiej. Deklarację podpisał wiceprezydent Bielska Zbigniew Michniowski oraz przedstawiciel ciepłowniczej Thermy, jako reprezentanci właściciela sieci cieplnej. Drugą stroną porozumienia jest Południowy Koncern Energetyczny z Katowic, właściciel wytwarzającej ciepło bielskiej elektrociepłowni.

To jednak tylko deklaracja. Warunkiem jej dotrzymania, wyraźnie zaznaczonym przez sygnatariuszy, jest stabilność ekonomiczna i prawna gospodarki w tym okresie.

Autor artykułu: łu

Zabójcza awaria

Monday, December 23rd, 2002

28-letni ślusarz Janusz K. zginął 327 metrów pod ziemią w kopalni Borynia. Silny strumień sprężonego powietrza z pękniętego rurociągu rzucił nim o konstrukcję szybu. Nie miał szans na przeżycie. Pracowało z nim dwóch kolegów. Jeden z potłuczeniami trafił do szpitala, drugi wyszedł z wypadku bez szwanku.

Do tragedii doszło ok. 2.50 w nocy z soboty na niedzielę. Ślusarze po zakończeniu pracy na innym poziomie, poszli sprawdzić rurociąg w szybie wydobywczym nr 1, bo odnotowano tam rozszczelnienie.

- W pewnym momencie nastąpiło gwałtowne rozszczelnienie, czyli rozerwanie rurociągu. Na razie nie wiadomo dlaczego. Ślusarz, który zginął, pracował w naszej kopalni od 10 lat. Był kawalerem – mówi Franciszek Niezgoda, dyrektor KWK Borynia.

Mężczyzna zginął na miejscu w wyniku rozległych obrażeń. Dużo szczęścia miał natomiast 36-letni przodowy Grzegorz W., który znajdował się nieco dalej od rurociągu. Powietrze także rzuciło go na ścianę. Mężczyzna zawisł na szelkach zabezpieczających.

- Ten szyb ma 936 metrów głębokości. Można się tylko domyślać, co by było, gdyby szelki się zerwały – kwituje jeden z pracowników kopalni.

Żadnych ran nie odniósł jedynie 43-letni Franciszek W. To on udzielił pierwszej pomocy rannemu koledze i pomógł wydostać go na powierzchnię.

Rozszczelniony rurociąg znajduje się w szybie, którego średnica wynosi 7,2 metra. – Rura ma pół metra średnicy. Sprężone powietrze przepływa przez nią pod ciśnieniem ok. 5 atmosfer, czyli bardzo silnym strumieniem. Na razie wszystko wskazuje na to, że był to nieszczęśliwy wypadek, bo górnicy byli prawidłowo zabezpieczeni – dodaje Franciszek Niezgoda.

Ranny Grzegorz W. trafił na oddział ortopedyczno-urazowy Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Jastrzębiu Zdroju. Wczoraj był jeszcze w szoku pourazowym.

- Nic za bardzo nie pamiętam. Wiem, że zginął mój kolega z brygady – tylko tyle zdołał powiedzieć.
- Jego stan określiłbym jako średnio ciężki, ale stabilny – stwierdził Tomasz Wodecki, lekarz dyżurny. – Ma ogólne potłuczenia klatki piersiowej, kończyn, tułowia. Na szczęście jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Według kopalnianych służb BHP, nic nie wskazuje na to, by w trakcie kontroli rurociągu doszło do złamania przepisów. – Nasza rola jest dosyć ograniczona. Tu wiele wyjaśni się po dokładnym zbadaniu urządzeń, które uległy zniszczeniu – mówi Zbigniew Schinohl, dyrektor Okręgowego Urzędu Górniczego w Rybniku.

Zmarły górnik to już 33. w tym roku śmiertelna ofiara pracy w kopalniach węgla kamiennego. W całym ubiegłym roku w górnictwie węgla zginęło 24 górników.

Autor artykułu: Jacek Bombor

“Winietki” nie wcześniej niż 1 kwietnia

Monday, December 23rd, 2002

To nie przedwczesny żart primaaprilisowy, ale opinia wicepremiera, ministra infrastruktury Marka Pola. – Na pewno opłaty winietowe zostaną wprowadzone w takim terminie, w którym uda się wydrukować winiety oraz uruchomić odpowiednio dużą sieć ich sprzedaży – stwierdził minister.

- Szacuję, że powinniśmy zakończyć te przygotowania w ciągu trzech miesięcy od przyjęcia przez Sejm odpowiednich ustaw, więc od kwietnia byśmy wprowadzili to w życie – powiedział Pol.

Winiety to opłata za prawo do korzystania z dróg dwujezdniowych, ekspresowych, międzynarodowych i autostrad. Poruszanie się po drogach “własnej” gminy i po terenie zabudowanym nie wymaga wykupienia winiety.

Sieć dróg, za korzystanie z których miałaby być wnoszona opłata winietowa, liczy w Polsce 5500 km (z 18.100 km dróg krajowych). W przypadku samochodów ciężarowych opłatę winietową trzeba będzie uiszczać za korzystanie ze wszystkich dróg krajowych.

Zdaniem Marka Pola, budząca liczne kontrowersje ustawa dotycząca wprowadzenia winiet ma – zgodnie z założeniami rządu – dać podstawy do finansowania kosztownych inwestycji drogowych. – Winiety nie będą zbyt drogie – dodał minister. – 50 groszy dziennie dla kogoś kto jeździ po kraju to naprawdę nie jest spory wydatek. A dzięki winietom i kredytom już za kilka lat będziemy jeździli nowoczesnymi trasami – dodał.
Pojawia się jednak dodatkowy problem: mimo wprowadzenia winiet, nadal płatne będą dwa odcinki autostrad w naszym kraju Katowice-Kraków oraz Września-Konin. – Wynika to z tego, że ich koncesjonariusze podpisywali umowy oraz zaciągali zobowiązania kredytowe, gdy nie istniały jeszcze plany wprowadzenia opłat winietowych – powiedział wicepremier.

Wcześniejsze założenie było takie, że na autostradach zamiast tych opłat będą obowiązywać winiety.

Więcej o winietkach, plan dróg, opinie w naszym serwisie
Drogi Na Kartki

Autor artykułu: M. Urabnke

Diabeł tkwi w szczegółach

Tuesday, December 17th, 2002

Wysoko wykwalifikowany diabeł schodzi na Ziemię, by zdobywać ludzkie dusze. Dwie dziewczyny, w zamian za zdobycie mężów, decydują się podpisać cyrografy. Diabeł się jednak natyka na żołnierza Marcina Kabata i okazuje się, że cała jego edukacja jest do niczego. Jan Drda swoją piekielną komedię wzorował na ludowych podaniach i baśniach, bawiąc ludzi lekkim tekstem, jednocześnie dodając do niego podteksty.

Najtrudniej jest w teatrze ludzi dobrze i mądrze bawić, a w zabrzańskim Teatrze Nowym udało się to. Nieduża scena podzielona została na kilka poziomów. Dekoracje wymyślono bajkowe. Akcenty kolorystyczne wyraźnie dzielą świat na: realny, piekielny i anielski. Szybka zmiana i już widz przenosi się do nowego miejsca.

Przedstawienie jest szczególnie popisem gry aktorskiej Zbigniewa Stryja (Marcin Kabat) i chociaż czasami widać, że naoglądał się telewizyjnych “Igraszek?” z Marianem Kociniakiem, to nawet jeżeli coś z niego zapożycza, to robi to inteligentnie. Również Robert Lubawy podoba się w roli Lucjusza. Warto tu jeszcze wymienić dobre, a jakże tu ważne postacie stworzone przez: Jacka Dzienisiewicza (Sarka-Farka), Mariana Wiśniewskiego (Scholastyk) i Andrzeja Lipskiego (Belzebub). Są też seksowne diablice, gapowate diabły i niewinne dziewczątka. Słowem tak, jak w bajce powinno być.

Przez cały spektakl na scenie jest pełno ruchu. “Rozdwojony” Lucjusz pojawia się ze wszystkich stron. Biegi, tańce, elementy akrobacji. Nie ma w tym jednak chaosu. Widać przemyślaną dokładnie koncepcję. Znakomicie wypunktowane są wszystkie elementy humorystyczne. Przedstawienie jest wartkie, zwarte, a co najważniejsze zabawne.

Osobne miejsce trzeba tu poświęcić występującym w “Igraszkach z diabłem” dzieci om i młodzieży. Zbyszka Żurakowskiego, jako Teofila jeżdżącego na upierzonej hulajnodze, pamiętać będzie się długo. Anielski chórek jest bardzo wdzięczny, a na członkach Zespołu Muzyki Dawnej “Allegro” spoczywa spora odpowiedzialność grania “na żywo”.
Zresztą w przedstawieniu muzyki jest dużo. Zarówno “puszczanej”, jak i granej podczas przedstawienia, bo są i Diabelscy Muzykanci: Marzena Mikkuła-Drabek (fortepian), Jacek Gros (skrzypce) i Dariusz Kasperek (klarnet).

Zabrzańskie piekło jest jazzujące i śpiewające. Wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Tu o nie zadbano. Zło zostaje ukarane, jak to w bajkach bywa. Jest i morał, a co kto z niego wyciągnie, to już całkiem inna sprawa.

Autor artykułu: Regina Gowarzewska-Griessgraber

Dubler na egzaminie prawa jazdy

Tuesday, December 17th, 2002

Mężczyznę próbującego zdać egzamin na prawo jazdy za swojego kolegę zatrzymała wczoraj przed południem częstochowska policja. Grozi mu za to do 2 lat więzienia.

Sztuczka z zamianą tożsamości rozegrała się w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego. Egzamin teoretyczny na prawo jazdy miał tam wczoraj zdawać 38-letni mężczyzna. Nie czuł się chyba jednak zbyt pewnie, bo poprosił o pomoc kolegę. Ten zaś nie odmówił wsparcia. Wziął jego dowód osobisty i udał się do sali egzaminacyjnej. Co ciekawe, sprawdzający tożsamość kursantów przed wejściem egzaminator nie zauważył różnicy w wyglądzie obu panów. I wszystko poszłoby już chyba dalej jak z płatka, gdyby nie to, że ośrodek ma w zwyczaju sprawdzać przebieg egzaminu.

- Na salę wszedł egzaminator nadzorujący i kiedy sprawdzał dokumenty nie spodobał mu się wiek jednego ze zdających – mówi dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Częstochowie Tadeusz Taranek. – A ściślej mówiąc, zdający mężczyzna był dużo młodszy od tego na zdjęciu w dowodzie osobistym.

Wezwana na miejsce policja bez trudu wykryła fałszerstwo. Dowód osobisty, był wprawdzie oryginalny, ale posługiwała się nim nie ta osoba, do której należał.

- Oszust nie został wprawdzie aresztowany, ale grozi mu grzywna, albo w najgorszym razie 2 lata więzienia – twierdzi kom. Stanisława Gruszczyńska z KMP w Częstochowie.
Przykre konsekwencje próby zamiany tożsamości odczuł także na swojej skórze egzaminator, który wpuścił do sali fałszywego kursanta. – Zwolniłem go dyscyplinarnie z pracy za niedopełnienie swoich obowiązków służbowych i naruszenie zasad egzaminu – powiedział nam dyrektor Taranek.

Jednak osoba, za którą zamierzał on zdać egzamin będzie mogła przystąpić do niego ponownie. Tym razem jednak 38-latek będzie musiał stanąć przed egzaminatorem we własnej osobie i na dodatek nieźle obryty, bo egzaminu nikt za niego nie zda. A swoją drogą ciekawe, czy gdyby ze zdobytym w ten sposób prawem jazdy spowodował wypadek też próbowałby podstawić kogoś na swoje miejsce?

Autor artykułu: Mariusz Pietrzyk

Przyjaciele wszystkich karpi

Tuesday, December 17th, 2002

Ekolodzy z klubu Gaja protestują przeciwko zabijaniu karpi na ulicznych stoiskach. Odnieśli pierwszy sukces – przepisy dotyczące ulicznych sprzedawców zostały zaostrzone – ryb nie wolno uśmiercać na oczach przechodniów.

Protesty ekologów w sprawie karpi powracają zawsze w okresie przedświątecznym. – Nie chodzi nam o to, żeby dokopać ulicznym sprzedawcom, rozumiemy, że z tego żyją. Ale niech rzeź karpi nie odbywa się na oczach dzieci. Później się dziwimy, że są agresywne – mówi Jacek Bożek, prezes Klubu Gaja.

Ekolodzy wysłali list do bielskich władz z żądaniem zapewnienia przestrzegania na ulicach ustawy o ochronie zwierząt. Ich zdaniem warunki ulicznej sprzedaży – ciasnota w basenach oraz sposób zabijania karpi pałką, na oczach przechodniów – wszystko to zakrawa na przestępstwo.

Urzędnicy zabronili

W ratuszu odpierają zarzuty. – Już po ubiegłorocznych protestach zwróciliśmy się do prokuratury. Otrzymaliśmy wyjaśnienie, że to, co się dzieje na ulicach, nie podpada pod paragrafy, na które powołują się ekolodzy – mówi Tadeusz Januchta, zastępca naczelnika wydziału gospodarki miejskiej i ochrony środowiska w bielskim Urzędzie Miejskim.

Jednocześnie władze zaostrzyły kryteria przy wydawaniu pozwoleń na uliczną sprzedaż karpi. – Stoisko musi być tak przygotowane, żeby spełniało wszystkie warunki sanitarne, a zabijanie nie odbywało się na oczach przechodniów – mówi Sabina Dutka, naczelnik wydziału ewidencji działalności gospodarczej.

Na życzenie klienta

Uliczni sprzedawcy protestami ekologów się nie przejmują. – Rybę zabijamy zawsze na życzenie klienta. Robimy to szybko i sprawnie, więc ona za bardzo nie cierpi. Po co ktoś ma się męczyć w domu i całą kuchnię sobie zabrudzić – mówią sprzedawcy ze stoiska przy ul. 11 Listopada.

Za kilka dni ekolodzy przeprowadzą coroczną akcję wykupywania karpi i wpuszczania ich z powrotem do wody, namawiając do udziału w tym przechodniów. W zeszłym roku udało im się w ten sposób uratować około 30 ryb, w tym ma być ich więcej.

Ceny 1 kg
żywego karpia:

- 7,5-8 zł – w tym przedziale zaczynają się ceny w marketach, tyle kosztuje też ryba, jeśli bierzemy hurtową ilość od hodowców
- 9-9,5 zł – zapłacimy na ulicznym stoisku i u obwoźnych sprzedawców na osiedlach
- 10-11 zł – cena sklepowa, ryba może zostać zabita i wypatroszona na życzenie klienta.

Autor artykułu: Krzysztof Bąk

13 grudnia 1981: Wolne słowa

Friday, December 13th, 2002

W strajkującej w grudniu 1981 roku Hucie Katowice wychodziła jedyna w kraju gazeta: bez cenzury,
bez kłamstw, bez strachu.

Jacek Cieślicki redaktor naczelny “Wolnego Związkowca? od początku grudnia 1981 roku przynosił do huty bułki, suszył je i układał w szafce. Czuł, że coś wisi w powietrzu, że lada moment może dojść do ostatecznej rozgrywki z władzą, a wtedy prowiant będzie jak znalazł. Ale bułki Cieślickiego zjedli potem strajkujący koledzy. On sam w nocy z 12 na 13 grudnia został zatrzymany przez SB. Już wcześniej sąd w Katowicach oskarżył go o “zamieszczanie tekstów o charakterze antysocjalistycznym i szkalowanie PZPR?.

Szczególnie podpadł, gdy “Związkowiec? wydrukował podobiznę przywódcy ZSRR Leonida Breżniewa jako spasłego niedźwiedzia. Wiadomo było, że ma… przerąbane.

Zbyszek Kupisiewicz przyszedł do Huty w niedzielę trzynastego na drugą zmianę. W tłoku łatwiej było się przemknąć. ? Wtedy Huta wydawała mi się najbezpieczniejszym miejscem ? potwierdza. Zabrał z domu jakieś konserwy, miał w pamięci bułki Jacka, ale nie myślał o jedzeniu. Musiał jak najszybciej napisać ludziom prawdę o tym, co stało się w nocy.

Pierwsze okupacyjne wydanie “Wolnego Związkowca?, którym Kupisiewicz zaczął kierować, wyszło w nakładzie 200 egzemplarzy. Wezwano do uwolnienia działaczy związku i przywrócenia łączności z krajem. Kiedy Zbyszek Kupisiewicz razem z resztą redakcji składał to wydanie mieli do dyspozycji dwie kserokopiarki i maszynę do pisania IBM. Zainstalowali się w budynku głównego mechanika. Czuli się jak w zamkniętej twierdzy. Brama huty została zabarykadowana ciężkim sprzętem. Już o 5.40 13 grudnia pracownicy nocnej i dziennej zmiany ustawili tam cysternę i dźwig kolejowy.

Z nasłuchu zachodnich rozgłośni, z informacji przekazywanych przez emisariuszy dziennikarze związkowca pisali raporty o tym, co dzieje się w kraju.

Gdy zaczął się “polski sierpień? Kupisiewicz miał 23 lata. Przyjechał do Huty wprost ze szkoły we Wrocławiu w końcu lat siedemdziesiątych. Huta dała mu pracę i mieszkanie w hotelu robotniczym w Ząbkowicach. W 1980 roku zdał kolejny egzamin, tym razem z solidarności. Kombinat, “wizytówka socjalizmu? i oczko w głowie władz zaczęła się do socjalizmu i tych władz odwracać plecami. Dyrekcja próbowała przekupywać robotników. Po wydziałach chodzili umyślni z plikami banknotów i chcieli je wręczać ludziom w zamian za odstąpienie od strajku. Na czele protestu stanął człowiek sterowany przez esbecję. Ale robotnicy wyczuli go, zamknęli w jednym z pomieszczeń i… obsikali. I chociaż w Hucie było chyba największe zagęszczenie szpicli na metr kwadratowy, wygrała “Solidarność?. Dowodzenie protestem przejął 30-letni maszynista lokomotywy Andrzej Rozpłochowski, a hutnicy w euforii sformułowali… 3,5 tysiąca postulatów. Jednym z najważniejszych było stworzenie związkowej prasy.

Kupisiewicz od razu znalazł się w “Wolnym Związkowcu?. Tytuł wymyślił Kazimierz Świtoń, twórca pierwszych wolnych związków zawodowych w Polsce, doradca strajkujących w HK. Gazetka była rozchwytywana przez hutników. Pierwszy raz ukazała się 15 września. Zaczęła odsłaniać białe plamy historii. Niepokorna, ostra, wyjątkowa. Szybko stała się celem ataków “nieznanych sprawców?. Wreszcie dyrekcja Huty odmówiła druku biuletynu na swym sprzęcie poligraficznym. Cenzura nie wydała zgody na publikację artykułu na temat nadużyć popełnionych w zakładzie. Wszystkie przeszkody udało się pokonać. Pismo ?S? zaczęło odnosić rynkowy sukces. Maszyny pracowały na okrągło. W październiku 1981 roku “Wolny Związkowiec? osiągnął nakład 50 tys. egzemplarzy! A potem, gdy generał Jaruzelski zaczął z robotnikami wojnę, stała się w Hucie Katowice towarem pierwszej potrzeby.

14 grudnia ZOMO spacyfikowało stare pomieszczenia redakcji. Zniszczono sprzęt, ale nikogo nie udało się ująć. W tym czasie “Wolny Związkowiec? przestrzegał: Na wypadek wkroczenia sił zbrojnych na teren zakładu Komitet Strajkowy zaleca zachowanie postawy biernej. Nie zrezygnujemy nigdy z naszych przekonań. Celem naszym jest i pozostaną Wolność i Demokracja, ale nie wolno nam ulegać zbrodniczym prowokacjom rządu polskiego dążącego do przelewu bratniej krwi.

Jeden numer pisma jest napisany odręcznie i odbity na ksero. To relacja z oblężenia huty: “oddziały ZOMO podjechały pod bramę. Od strony Gołonoga widać nadciągającą kolumnę pojazdów. Krwawe forpoczty dyktatora Jaruzelskiego nadciągają tym razem w nieco większej sile. (…) Jeszcze raz przypominamy: zomowiec zachowuje się jak tchórzliwy, wściekły pies. Gryzie tylko uciekających. Nasi twardogłowi wodzowie prą do zdławienia nas siłą. Chcą wzbudzić strach, urządzając wycieczki czołgów po hucie. Zapominają cymbały niedopieszczone, że ta kupa żelastwa bierze początek tutaj, na wielkich piecach?.

17 grudnia w gazecie znalazła się relacja z pacyfikacji kopalni “Wujek?. Pojawiły się nazwiska sześciu poległych górników i słowa: Nie liczmy na to, że ZOMO stać na ludzkie uczucia. Przygotujmy Hutę do obrony. Patrzy na nas cały Śląsk i Zagłębie. (…)

Jednak 18 grudnia około 1200 osób opuściło zakład. To ci, którymi wstrząsnęła relacja ze spacyfikowanej kopalni. Ale w środku nadal zostało 5 tysięcy osób. Przygotowywali pojemniki z kwasem, benzyną, olejami. Kuli pręty na dzidy, cięli grube kable. Gromadzili też lance tlenowe, które miały służyć jako miotacze ognia.

Władza też poszła na całego. Nad hutą pojawiły się śmigłowce. Z nieba spadły tysiące ulotek. 19 grudnia z okazji 75-lecia urodzin pracownika nr 1… Leonida Breżniewa “Wolny Związkowiec? złożył mu życzenia i zaprosił do huty.

Do pociągu, który przywiózł węgiel do Elektrociepłowni ktoś doczepił wagon ? lodówkę z węgierskim salami.

Prawdopodobnie kiełbasa była przeznaczona dla ZOMO, ale posmakowali jej strajkujący. Kilka koszy trafiło na Wielki Piec. ? Trzymaliśmy wędlinę na święta, a na co dzień jedliśmy ziemniaki ze stołówki i zagryzaliśmy cebulą ? mówi Kupisiewicz.

23 grudnia, przed Wigilią, “Wolny związkowiec?: Zostaliśmy postawieni przed ważną decyzją. Strajkować dalej, czy iść do domu. O 5.30 po 11 dniach strajku przywódca Antoni Kusznier podjął decyzję o zakończeniu protestu. Wielki Piec pozbawiony współpracy z Elektrociepłownią nie był już twierdzą. Mógł być przetrzymywany na postoju tylko przez dobę. Gdyby padł, strajkujących posądzono by o sabotaż, a tego za wszelką cenę chcieli uniknąć. Nie chcieli niszczyć

Zbyszek Kupisiewicz poszedł na bramę. Od razu trafił do więźniarki. Komenda milicji w Dąbrowie Górniczej, areszt w Katowicach. Szybki sąd i wyrok: 5,5 roku, z czego za kratami spędził prawie rok.

Jacek Cieślicki po odsiadce wylądował w Australii, zmuszony do wyjazdu z Polski.

Przez tę samą bramę Kupisiewicz mógł ponownie przejść dopiero w 1989 roku. Do napisu Huta Katowice dodano dwie literki S. A. Wkrótce i ten napis zniknie, bo to już inna huta, inny czas, inni ludzie i inna solidarność.

Przykładowa kolumna “Związkowca”


(za udostępnienie materiałów dziękuję Jackowi Zommerowi, obecnemu redaktorowi naczelnemu “Wolnego Związkowca?)

Autor artykułu: Agata Pustułka

Andrzej Kruszena – judoka, biznesmen, podróżnik

Friday, December 13th, 2002

W 1984 roku odniósł największy sportowy sukces – został mistrzem Polski w judo w kategorii 65 kg. Zaraz potem wyjechał do Austrii i zaczął nowy etap życia. Po siedmiu latach wrócił do Bytomia, gdzie założył własną firmę.

Praca stała się dla niego, kolejnym po judo, nałogiem. Dorobił się, a to pozwoliło zrealizować mu największą młodzieńczą pasję – podróżowanie.

Sól w oku

Nigdy nie był wielkim judoką, ale medale mistrzostw Polski zdobywał regularnie. Był z pokolenia chyba najbardziej utalentowanych polskich zawodników – w Czarnych jego kolegą był Waldemar Legień, późniejszy dwukrotny mistrz olimpijski. W swojej wadze zaś rywalizował z wrocławianinem Januszem Pawłowskim.

- Trzy lata młodszy ode mnie był solą w moim oku – opowiada Andrzej Kruszena. – Oczywiście nie mam do niego pretensji, ale nigdy go nie pokonałem. Byłem etatowym “drugim” w kraju.
W 1984 roku podczas mistrzostw Polski w Poznaniu Pawłowskiego jednak zabrakło, co Kruszena skrzętnie wykorzystał.

- Rywalizacja była potworna. Pod nieobecność Pawłowskiego chrapkę na medale mieli zawodnicy z wyższej kategorii, którzy szybko zbijali wagę – wspomina Kruszena.

Niewiele brakowało, a odpadłby już w rundzie eliminacyjnej. Przegrywał na punkty z zawodnikiem gospodarzy mistrzostw, ale ten miał kompleks judoków z Bytomia i nie wytrzymał psychicznie do końca walki.

- Zawsze walczę do końca. Nawet wtedy, gdy wydaje się, że już wszystko stracone i nie ma żadnej nadziei ja nie poddaję się. Taki mam charakter – wyznaje były judoka.

Na arenie międzynarodowej największym sukcesem było 7. miejsce w Akademickich Mistrzostwach Świata, choć… nie był studentem.

- Takie były czasy. Jak ktoś był dobry to wszystko dało się załatwić. Na czas mistrzostw otrzymałem więc legitymację studencką – śmieje się Kruszena.

Już przed mistrzostwami w Poznaniu zapowiadał, że chce spróbować szczęścia za granicą. – Co mnie czekało po zakończeniu kariery, jeżeli nie chciałem pracować w kopalni? Beznadzieja.

Rozpęd w życiu

W odróżnieniu od większości sportowców nie uciekał, chciał wyjechać legalnie. By on i jego rodzina mogli otrzymać paszport musiał zmagać się z całym aparatem biurokratycznym peerelu. Nie skarży się jednak, bo nawet wówczas, w połowie lat 80., spotkał ludzi życzliwych, którzy bezinteresownie pomagali mu w załatwieniu niezbędnych formalności. Tak jest zresztą do dziś.

- To co w życiu osiągnąłem to żywy dowód na to, że nie trzeba łapówek, przekrętów – uważa Kruszena. – Nie będę narzekał, bo głęboko wierzę, że ludzie są dobrzy…

W Austrii spędził siedem lat. Walczył na macie i szkolił judoków w miejscowości Wels, a potem w Wiedniu. Pracował jednocześnie w fabryce pieczątek.

- Pamiętam, że zmęczenie było potworne. Wydawało mi się, że chwilę po zaśnięciu już dzwonił budzik i znowu trzeba było iść do pracy – opowiada.

Pod koniec lat 80. wpadł na pomysł założenia własnej firmy w kraju. Początkowo był to zwykły zakład stemplarski. Przez trzy lata godził pracę w Austrii z doglądaniem przedsiębiorstwa w Polsce. – To był horror, sam dochodziłem do wszystkiego, zmagałem się z problemami – przyznaje dziś.
Ten rozpęd w życiu wszedł mu jednak w krew. Zaczynał mieć wyrzuty sumienia gdy choć jeden dzień spędził na leniuchowaniu.

- Tak, byłem pracoholikiem. Ale zawsze uważam, że to lepiej niż być alkoholikiem – twierdzi.

Produkcja pieczątek to dziś już margines działalności firmy Printy Poland, będącej dystrybutorem na całą Polskę materiałów poligraficznych, a ostatnio także techniki laserowej. W połowie lat 90., po wykupieniu połowy austriackich udziałów, Kruszena został właścicielem spółki zatrudniającej około 40 osób.

Spojrzeć za siebie

W 1992 roku wrócił na stałe do Polski. Biznes kręcił się dobrze, nie wiedział nawet co robić z takimi pieniędzmi. Jednocześnie zauważył, jak zmienia się podejście ludzi do niego.

- Jeżdżę mercedesem. Jak przepuszczę kogoś na pasach to słyszę tylko obelgi – zauważa z gorzkim uśmiechem.

W jego życiu pojawiła się stabilizacja, ale też jakaś pustka. Postanowił zrealizować własne marzenia o górach, choć nigdy wcześniej się nie wspinał.

- Jestem człowiekiem, który lubi się zmęczyć. To rozładowuje we mnie całą złość i agresję – wyznaje.

Pierwsza wyprawa do Ameryki Południowej zakończyła się jednak niepowodzeniem. 100 metrów przed najwyższym szczytem Andów – Aconcaguą (6960 metrów n. p. m.) – oślepł jeden z uczestników wyprawy. Chorego trzeba było znieść na dół. Kilka miesięcy później ponowny atak na szczyt już się powiódł.

Zachwycił się krajobrazem Alaski gdy zdobywał McKinley (6194 m n. p. m.). Po tej wyprawie stracił na wadze 20 kg. – Ale wystarczyło obrócić się za siebie i niepowtarzalne piękno krajobrazu wynagradzało 60 stopniowy mróz – wspomina.
W ubiegłym roku wybrał się na Kaukaz by spojrzeć na świat ze szczytu Elbrusa (5642 m n. p. m.). W przyszłym roku prawdopodobnie pojedzie w Himalaje.

- Każda wyprawa jest nieporównywalna z inną, na każdej czegoś nowego się nauczyłem. Ludzie z reguły zadają mnóstwo pytań innym. W górach, kiedy człowiek męczy się sam, te pytania zadaje się tylko sobie – zauważa Andrzej Kruszena.

Autor artykułu: Tomasz Mucha

Działka pod młotek

Friday, December 13th, 2002

Kilkudziesięciu lokatorów chce wykupić 70-metrową działkę nr 146 przed swym blokiem przy ul. 3 Maja w Dąbrowie Górniczej. Ich starania od kilku miesięcy są nieskuteczne. A to dlatego, że mają konkurentów – rodzinę prywatnych właścicieli okolicznych posesji.

Zakład Górniczy “Grodziec-Paryż” oraz Bytomska Spółka Restrukturyzacji Kopalń, które zarządzają terenem, chcą pozbyć się problemu i nie decydować, komu sprzedać grunt. Najchętniej przekazaliby go miastu. (more…)

W Katowicach rozpoczęła się druga tura negocjacji między związkowcami i rządem

Tuesday, December 10th, 2002

Górnicy dołowi i zatrudnieni w zakładach przeróbczych z kopalń likwidowanych całkowicie lub częściowo, otrzymają propozycje pracy w czynnych kopalniach – obiecywał wczoraj wiceminister gospodarki Marek Kossowski na spotkaniu z górniczymi związkami zawodowymi. W Państwowej Agencji Restrukturyzacji Górnictwa w Katowicach odbyła się druga tura negocjacji związkowców z przedstawicielami rządu, w sprawie projektu restrukturyzacji górnictwa. W zamian za to wiceminister żądał deklaracji, że górnicy nie będą strajkować, głodować, blokować dróg, ani zatrzymywać kopalń. (more…)