Archive for January, 2003

Yahaya nie dojechał

Thursday, January 30th, 2003

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom Moussa Yahaya nie pojawił się wczoraj na treningu Katowic.

- Podobno zdawał mieszkanie w Warszawie i załatwiał jakieś formalności i stąd wyniknęła zwłoka – mówi trener Jan Żurek. – Mam nadzieję, że dziś będę już miał go do dyspozycji.

Gdyby tak się stało napastnik z Nigru wystąpiłby najprawdopodobniej w sparingu z Cracovią, jaki zostanie rozegrany o godz. 11 na boisku Rozwoju. 

Autor artykułu: r.m.

Tychy płaczą po tragedii w Tatrach

Thursday, January 30th, 2003

Nie możemy uwierzyć, że oni nigdy już nie wrócą – mówili wczoraj koledzy zaginionych w Tatrach. Przez cały dzień czekali w swojej szkole na wiadomości z Zakopanego i cud, który jednak się nie wydarzył. Ratownicy nad Czarnym Stawem przerwali akcję nie odnajdując sześciorga zasypanych przez lawinę.

Za blisko szczytu
Profesor nalegał żebyśmy się cofnęli, wracali do schroniska, bo pogoda nagle się pogorszyła, ale myśmy się uparli, że chcemy wejść na szczyt – opowiada 16-letnia Luiza, licealistka, która przeżyła wypadek pod Rysami. Leży w szpitalu w Zakopanem ze złamaną ręką, jest mocno poturbowana, ma rozciętą głowę, ledwo mówi, ma spuchniętą twarz i oczy. Ale jako jedyna chce mówić. Dzięki temu jest jej lżej.

Dwa piętra wyżej, na oddziale intensywnej terapii, walczy o życie jej kolega, Przemek. Jest po ciężkiej operacji głowy. Załamany ojciec i przyjaciel chłopaka proszą przez łzy: Co mamy powiedzieć? Proszę, nie pytajcie.

Bez przewodnika
Luiza prawie nie zna gór. Nie należała do klubu “Pion” przy tyskim liceum, do którego chodziła pierwszy rok. O wyjeździe w Tatry dowiedziała się na lekcji geografii, którą prowadzi Mirosław Szumny, szef klubu i miłośnik wspinaczki wysokogórskiej. Nauczyciel pytał, kto chciałby poznać Tatry. – Chciałam zobaczyć jak to jest – tłumaczy.

Pojechali w niedzielę. 21 licealistów i czterech opiekunów.
Feralnego dnia wyruszyli w góry o 6.30 rano ze schroniska nad Morskim Okiem, gdzie mieszkali od niedzieli. Był drugi stopień zagrożenia lawinowego. Józef Janczy, szef Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego mówi, że w takim wypadku w Tatry można wyjść tylko pod opieką przewodnika tatrzańskiego pierwszego i drugiego stopnia. Pod opieką przewodnika może być najwyżej czterech turystów. Nikt z czterech opiekunów, którzy wyjechali z grupą tyskich licealistów takich uprawnień nie miał. Poza tym, na 13-osobową grupę było tylko dwóch dorosłych: Szumny, oraz, jak twierdzi Luiza, jego kolega, ale nie wie kto.

- Dzień wcześniej pierwsza grupa weszła na szczyt, myśmy też chcieli – opowiada dziewczyna. Pogoda była dość dobra. Szli już trzecią godzinę, kiedy zaczęło mocno wiać i sypać śniegiem. Szumny pożyczył jej swoje raki i karabinek. – Pan profesor powiedział, żebyśmy wracali. Ale nam został sam szczyt i było nam strasznie szkoda cofnąć się teraz, zwłaszcza że koledzy weszli. Tylko przypiąć się do łańcuchów i już. Powiedzieliśmy, że dojdziemy tyle, ile się da, gdyby nie to co się stało, weszłabym spokojnie nawet ja – mówi.

Szumny ugiął się pod namową młodzieży. Sam szedł pierwszy. Grupa wchodziła na Rysy w różnych odstępach, według własnych sił i możliwości. Luiza była z tyłu, szła wolniej z koleżanką, którą poznała na wyjeździe. – Powiedziała mi, że była tu rok temu i omal nie spadła – przypomina sobie Luiza.

Nikt nie spodziewał się tragedii. Lawinę strącili ci, którzy szli na początku. I ci się uratowali. Grupa z końca to m.in. Luiza i jej dwóch kolegów. Oni również mieli szczęście. Od wczoraj są w domu. Ci, którzy szli w środku, wciąż są pod śniegiem. – Tak właśnie schodzi lawina – tłumaczy Jan Krzysztof, TOPR-owiec. – Zachowuje się jak rwąca rzeka, a spływa zakrętami. Wyrzuca tych na zakręcie, na dole jest najsilniejsza.

Śmigłowiec bez silników
O 6 rano spod Morskiego Oka wylatuje śmigłowiec ratowniczy TOPR – Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Za sterem siedzi Henryk Serda, pilot TOPR z 20-letnik stażem. Na pokładzie jest kilku ratowników oraz dwa psy. Zostawia grupę, wraca po kolejnych ratowników. Podczas lotu, już pod Rysami, wysiada jeden z dwóch silników. Wraca ze ściśniętym gardłem, ale już nie po kolejną grupę. Szuka miejsca do lądowania. W trakcie lotu, już w okolicach Zakopanego, wysiada drugi silnik. Śmigłowiec kołuje nad lasem w okolicy Mursasichla pod Jeziorem. Następuje dramatyczna walka pilota. Jest nad polaną, między dwoma domami. W jednym przebywa 15-letnia młodzież z Warszawy. Wszystko obserwuje Mieczysław Surmański, właściciel drugiego domu. – Zobaczyłem jak mu się silnik pali – opowiada. – Nagle wybił się w górę, wyprościło go. Pilot musiał być opanowany, a jak uciekłem za dom, bo myślałem że mnie zabije.

Pilotowi udaje się wylądować na płocie, 20 metrów od domu, gdzie mieszka młodzież. – Podbiegłem do niego i krzyczę wysiadaj pan, bo wybuchnie – mówi zdenerwowany Mieczysław Surmański. – A on nic. W końcu wyszedł, sięgnął po telefon i po trzech minutach była tu straż, policja, pogotowie, TOPR-owcy.

Rozbitą maszynę TOPR zastępuje śmigłowiec Karpackiego Oddziału Straży Granicznej. Maszyna, warta kilka milionów złotych, ma złamany ogon, uszkodzone łopaty. To cud, że nikt nie zginął – mówią ratownicy. – Gdyby nie doświadczenie i opanowanie pilota, nie obyłoby się bez ofiar – mówi Jan Krzysztof z TOPR.

Tylko czapka
Na lawinisku od 6 rano jest 30 ratowników TOPR, kilkanaście psów, głównie słowackich ratowników. Ci znajdują rękawiczki, pasek z plecaka, czapkę. Wciąż nie natrafiają na ciała zakopane pod śniegiem. Przyjeżdżają nurkowie, bo TOPR-owcy są prawie pewni, że sześciu licealistów lawina strąciła do Czarnego Stawu. Staw pokrywa gruby lód oraz kilkudziesięciometrowy śnieg. Nie wchodzą. Warunki są fatalne, cały czas sypie, wieje silny wiatr. Jest trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Ratownicy liczą na psy (one mają największe szanse odkryć ciała), sami specjalnymi sondami badają teren. Kiedy pies zaczyna kopać, biegną z łopatami. Mordercza lawina rozlała się na terenie 2 hektarów. Do przekopania jest ok. 50 tys. ton śniegu! Ratownicy ryzykują życiem. Lada chwila może zejść druga, dwa razy silniejsza lawina od tej, która zabrała tyskich licealistów.

Druga ok. 20-osobowa grupa ratowników, w pełnym ekwipunku, czeka w siedzibie TOPR w centrum Zakopanego. Mają wymienić kolegów. Czekają na rozkazy.

Piętro wyżej w małej salce siedzą rodzice dzieci, których szukają ratownicy pod lodem oraz matka jednego z opiekunów. Wśród nich jest nauczyciel geografii i organizator wyjazdu. Cały czas rozmawiają o dzieciach. Jak chciały jechać, jak się cieszyły, że poznają Tatry. Z szoku pomagają im wyjść psychologowie, w tym dwóch z krakowskiej policji. Wczoraj szef TOPR powiedział im wprost: Szukamy ciał.

- Nie mają żalu do nauczyciela. Są przygotowani na najgorsze – mówi Daria Szczepańska, wiceprezydent Tychów, która od wczoraj jest z nimi.

Mirosław Szumny jest załamany. Mówi, że to jego wina. Nie może sobie tego darować. Cały czas powtarza, “tyle razy byłem z młodzieżą w górach”…

Koniec akcji
O godz. 15.10 ratownicy, którzy rozpoczęli akcję, schodzą do schroniska nad Morskim Okiem. Mają przemarznięte twarze, ręce. Zwożą sprzęt. Są zrezygnowani. Sztab TOPR decyduje o powrocie do Zakopanego wszystkich ratowników. Jest niebezpiecznie. Co jutro? Jeszcze nie wiadomo. W schronisku od pół godziny przebywają rodzice dzieci, które są pod śniegiem.

Pojawia się informacja, że zakopiańska Prokuratura Rejonowa wszczęła śledztwo, które ma wyjaśnić okoliczności tragedii. Organizatorom prawdopodobnie zostaną postawione zarzuty nieumyślnego narażenia na niebezpieczeństwo życia i zdrowia wielu osób.

- Oni nie powinni wychodzić w góry. To był nieprzygotowany i bezmyślny wyjazd – mówi z całą mocą Józef Janczy, prezes TOPR.

W zakopiańskim szpitalu na obserwacji przebywa pilot śmigłowca. Jest w bardzo dobrym stanie.

Luiza pobędzie tutaj jeszcze ok. 10 dni. Jest przy niej matka i siostra. – Miała szczęście dziewczyna – mówi Piotr Dunin, lekarz. – Tomografia nic nie wykazała, rany się zagoją.
Tatrzańscy ratownicy mówią, że to największa tragedia zbiorowa, jaka miała miejsce w Polskich Tatrach.

O godz. 21 TOPR-owcy ogłaszają komunikat: akcja zawieszona do odwołania. Mówią, że ciała młodych turystów spod śniegu odkryje słońce. W czerwcu, może lipcu.

Piątek będzie dniem żałoby w całym powiecie tatrzańskim. W ten sposób społeczność Podtatrza chce oddać hołd tym, którzy zginęli przysypani lawiną w rejonie Czarnego Stawu w Tatrach.

Autor artykułu: Z Zakopanego Izabela Jarosz

Dlaczego poszli po śmierć?

Thursday, January 30th, 2003

Prokuratura Rejonowa w Zakopanem wszczęła śledztwo, które ma wyjaśnić przyczyny tragedii. We wtorek pod lawiną
u podnóża Rysów zginęło siedem młodych osób z Tychów.

Śledztwo dotyczy nieumyślnego sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób – powiedział Krzysztof Knapik, prokurator rejonowy w Zakopanem. ? Obecnie kompletowana jest dokumentacja wycieczki, nie przesłuchano nikogo, gdyż uczestnicy wycieczki nie są w stanie odpowiadać na pytania – dodał Knapik. W Tychach wokół wycieczki zapanowała zmowa milczenia i całkowita blokada informacji. Pojawia się wiele znaków zapytania dotyczących samego opiekuna i organizatora wycieczki, Mirosława Szumnego, nauczyciela z charyzmą. Geografa, fotografa, podróżnika i organizatora tragicznej wycieczki.

Miasto: było wszystko w porządku
Zastępca dyrektora szkoły zamknęła wczoraj liceum i otoczyła się strażą miejską. – Mam zakaz udzielania informacji wydany przez władze miasta pod groźbą wydalenia z pracy – oznajmiła wicedyrektor zapytana o okoliczności wyjazdu do Zakopanego. Ze strachu nie chciała podać nazwiska. Odesłała dziennikarzy do urzędu miejskiego.

- Czterej instruktorzy mieli wszystkie potrzebne dokumenty i uprawnienia wysokogórskie instruktorskie. Impreza zorganizowana została zgodnie z prawem. Była wypełniona karta wycieczki, jej cel, termin, liczba uczestników. Jest oświadczenie opiekunów, którzy zobowiązali się do przestrzegania przepisów. Rodzice wyrazili zgodę na wyjazd dzieci – stwierdziła Aleksandra Cieślik, rzecznik Urzędu
Miejskiego w Tychach. – Pan Szumny organizował wyjazdy treningowe na Jurę Krakowsko-Częstochowską, gdzie członkowie klubu uczyli się wspinaczki. Miał doświadczenie.
W 1999 roku zorganizował obóz sportowy w Alpy, rok później na lodowce w Islandii – mówi Aleksandra Cieślik. Z jego inicjatywy w marcu 2000 roku w szkole zbudowano ścianę wspinaczkową.

Nie miał uprawnień
- Mirosław Szumny nie ma uprawnień wysokogórskich instruktorskich – stwierdza Dariusz Porada, przewodniczący komisji szkolenia Polskiego Związku Alpinizmu. – Nie figuruje na liście instruktorów Polskiego Związku Alpinizmu. Może mieć uprawnienia instruktora wspinaczki sportowej, ale to coś zupełnie innego. Dotyczą one wspinania się na sztucznych obiektach – stwierdza Porada.

- Klub sportowy “Pion” zajmuje się wspinaczką sportową na sztucznej ścianie. Nie jest to klub związany z działalnością w górach. Może był to wyjazd zapaleńców z zapaleńcem ?-ocenia. Opiekun, który zginął pod lawiną, miał 22 lata. Był nauczycielem wychowania fizycznego w tej szkole. – Miał małe doświadczenie w alpinizmie, raczej sympatyzował z nami – ocenia Porada.

Bartosz Bielawski, wiceprezes Klubu “Pion”, ma zaledwie 22 lata. – Przychodził do klubu, jest sympatykiem i dobrze zapowiadającym się alpinistą. Jak ustaliłem był również organizatorem wyjazdu – mówi Dariusz Porada. Tymczasem we wtorek Bielawski mówił dziennikarzom, że w Zakopanem jest prywatnie i w wyprawie nie uczestniczył i nie organizował jej. Jednak to on zawiadomił TOPR o lawinie schodzącej z Rysów. Jak mówił dziennikarzom dowiedział się potem, że pod śniegiem są jego koledzy z klubu.

Wyprawa zapaleńców?
Mirosław Szumny złamał przepisy oświatowe. – Zgodnie z prawem wycieczkę należy zgłosić władzom kuratoryjnym województwa do którego jest organizowana. Wyprawa licealistów z Tychów nie została zgłoszona w małopolskim kuratorium oświaty. Ponadto wycieczka w góry powyżej 1000 metrów, licząca powyżej 10 osób, musi iść z przewodnikiem tatrzańskim – mówi Piotr Świątek z małopolskiego kuratorium. Niestety i ten przepis złamano.

- Do tragedii by nie doszło, gdyby z młodymi ludźmi wyszedł odpowiednio przygotowany przewodnik II lub I klasy i nie powinien mieć pod opieką więcej niż 2-3 turystów – stwierdza Paweł Skawiński, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego. Tyska wycieczka miała sprzęt do zimowych wędrówek po górach – raki i czekany, ale uczniowie nie mieli ani jednego detektora lawinowego, który pomaga w lokalizacji człowieka zasypanego śniegiem. Przed wyjściem ze schroniska z Morskiego Oka nie zapytali nawet ratownika dyżurnego o warunki panujące w tym dniu na szlaku.

Był jak kumpel
Przed Liceum im. Kruczkowskiego w Tychach od rana do późnego wieczora zbierali się uczniowie: koleżanki i koledzy uczestników wycieczki. Schodzili z całego miasta. Palili znicze za kolegów, którzy zostali w górach.

Niektórzy przychodzili do urzędu miejskiego, pytali o swoich przyjaciół. – Wszystko miało być jak w filmie K2 Wernera Herzoga. Mieli poczuć się niczym zdobywcy. Zabrali ze sobą aparaty fotograficzne, tyską flagę, którą mieli wetknąć na szczycie Rysów. Mieli się wspiąć 2499 metrów ponad poziom morza… – płacze Anka z trzeciej klasy.

Oczarował wszystkich
- Całą noc nie spałem, myślałem o tej tragedii – mówił Mirosław Kańtor. Ojciec licealisty z “Kruczkowskiego”. Płakał, gdy widział palące się znicze. – To jest prawdziwy nauczyciel – broni Mirosława Szumnego. Nagradzany za swoją pracę przez władze oświatowe. – Jeszcze dwa dni temu mój syn pod jego wpływem niedawno oświadczył, że chce studiować geografię – wspomina.

Dwa lata temu była głośna sprawa w szkole. Do reporterów TVN ktoś przesłał zdjęcia, akty uczennic wykonane przez Mirosława Szumnego. – Falujące biusty i nogi na zdjęciach.
TVN podstępnie podszedł nauczyciela, opowiadając, że tematem rozmowy będzie jego pasja alpinisty. Tymczasem pokazali mu zdjęcia. Przyznał, że przekroczył granice jako nauczyciel. Żadna z dziewczyn, która była na zdjęciu, nie złożyła oficjalnego doniesienia do prokuratury. Sprawę badało kuratorium oświaty. Nie było podstaw do tego, by usunąć go ze szkoły. Jako rodzice stanęliśmy murem za nim.
Słaliśmy petycje, ostro protestowaliśmy – mówi Kańtor.
Przyznaje, że geograf miał luźne podejście do młodzieży.

- Traktował ich jak przyjaciel i kolega. Opowiadał o swoich podróżach, zwierzał się z kłopotów, nawet rodzinnych. Żal mi tego człowieka, bo teraz opinia publiczna zrobi z niego kozła ofiarnego – dodaje.

- My już na pewno nie poślemy naszej córki na jakąkolwiek wycieczkę. Boimy się o nią – mówili rodzice jednej z licealistek, którzy przyszli przed szkołę. chcieli dowiedzieć się, co się stało. Córka ich znajomej zginęła w lawinie. – Niech prokuratura wyjaśni kto zawinił, domagamy się tego. Chcemy poznać prawdę, to nam się należy – upominali się.

Uczniowie już w domu
Jeszcze tego samego dnia, gdy wydarzyła się tragedia, dwóch chłopców z Zakopanego trafiło do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach. To uczniowie trzeciej klasy tyskiego liceum. Jeden z nich jest synem chirurga pracującego w centrum.
- Chłopcy mają powierzchowne uszkodzenia. Są w złym stanie psychicznym, wymagają opieki psychologa – mówi prof. Ewa Małecka-Tendera, rzecznik szpitala. Chłopcy byli świadkami tragedii. Na ich oczach ginęli koledzy. Oni próbowali wzywać też pomoc dla nich. Są w szoku.

Ich rodzice są również w podobnym stanie. – Prosili, żeby oszczędzić im kontaktów z mediami – dodaje. Nie wiadomo jak długo będą w szpitalu. – Ich stan fizyczny jest dobry.
Będą wymagali długiej terapii i pomocy psychologa – zauważa prof. Małecka-Tendera.
Po południu do Tychów powróciły z Zakopanego dzieci oraz ich opiekun, którzy nie byli pechowego dnia na wycieczce.
Łącznie wróciło 15 osób. Na prośbę rodziców autobus rozwoził dzieci pod miejsce zamieszkania, by uniknąć kontaktów z mediami.

Tyski Urząd Miasta zwraca się z apelem do wszystkich, którzy chcieliby wspomóc finansowo akcje ratunkową w Tatrach oraz wspomóc poszkodowane rodziny. W tym celu ruchomione zostało specjalne konto: “Lawina” PKO BP S. A. o/Tychy 3010202528 106530 52322.

Władze miasta przekazały już na konto TOPR-u na poczet kosztów akcji ratunkowej 20 tysięcy złotych.

Autor artykułu: Renata Cius

Burza nad Zabrzem

Monday, January 27th, 2003

Sensacyjne informacje Stanisława Płoskonia, dotyczące sprzedaży przez niego pakietu większościowego akcji SSA Górnik Zabrze, wywołały natychmiastowy odzew drugiej, zainteresowanej strony. Jutro w Zabrzu ma zebrać się rada nadzorcza spółki, podczas której przedstawione zostaną fakty dotyczące tej transakcji.

Jak na razie nie ulega wątpliwości, że sytuacja w klubie, jak również firmie Polind, która nabyła akcje, nie jest najlepsza. Działacze Górnika czekają na pieniądze, które zalega im Admira Wacker Wiedeń za transfer Sebastiana Olszara. Kwota 120 tys. euro w obecnej sytuacji byłaby olbrzymim zastrzykiem finansowym. Ponadto wszyscy liczą, że Zbigniew Drzymała jak najszybciej zdecyduje się na kupno Andrzeja Niedzielana. Jak na razie napastnik trenuje z Groclinem, wystąpił też w meczu sparingowym tej drużyny, wygranym 1:0, z Arką Gdynia. Transakcja Niedzialana do Wielkopolski nastąpi najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu.

Zwycięstwo zanotowali również piłkarze Górnika, którzy pokonali V-ligową Przyszłość Ciochowice 5:0. Bramki dla I-ligowca zdobyli: Rafał Kaczmarczyk, Adam Kompała, Dragan Ilić, Adrian Sikora i Marcin Chyła.

Trener zabrzan, Waldemar Fornalik nie skorzystał w tym spotkaniu jedynie z usług Mariusza Nosala, który narzeka na uraz mięśnia nogi. W środę zabrzanie zmierzą się z Walką Zabrze.

Autor artykułu: prass

Po premierze w Teatrze Śląskim

Monday, January 27th, 2003

- Powiedziałeś, że się płaszczę – mówi Henryk. – Powiedziałem, że podacie nam płaszcze – łże Hubert Finidori, w dramacie Yasminy Rezy “Życie: trzy wersje”. To kwintesencja “finidoryzmu”, czyli cynizmu, hipokryzji, złośliwości i braku “moralnego kręgosłupa”. Dramatopisarka ma specyficzne poczucie humoru i na świat patrzy z ogromnego dystansu. Analizuje swoich bohaterów rozbiera na “czynniki pierwsze” i uwypukla ich śmieszność wynikającą z tzw. “normalnych zachowań”.

W “Życie: trzy wersje” mamy do czynienia z tą samą sytuacją i tymi samymi bohaterami aż trzy razy. Zmieniają się tylko pewne postawy, co prowadzi do różnych zakończeń. Nie łatwo więc aktorom zagrać niby to samo, ale inaczej. Henryk (Andrzej Dopierała) jest naukowcem, który po latach badań ma opublikować pracę naukową. Sonia (Violetta Smolińska), to jego żona. Hubert Finidori (Wiesław Sławik) decyduje o losach kariery Henryka, a dręczenie wszystkich sprawia mu przyjemność. Ines (Ewa Kutynia) jest jego żoną. Państwo Finidori przychodzą w gości, tyle że o jeden dzień za wcześnie. Na stole są tylko chipsy, serki smakowe, whisky i cola. Aktorzy z owych przemian charakterów w każdej wersji wychodzą dobrze i bardzo sprawnie, tworząc ciekawe nowe zależności, sytuacje i dramaty ludzkie.

Spektakl wyreżyserował Michał Rosa, znany dotąd ze świetnych filmów. Teatr jest mu jednak materią dosyć obcą, do czego sam się przyznał podczas bankietu. Naładował spektakl pomysłami. Pokazał, że wszyscy lubimy oglądać i podglądać: telewizję, rybki w akwarium czy innych ludzi. Wprowadził monitory, projekcję video. Wpuścił też niestety na scenę obsługę techniczną, która na oczach wszystkich przestawia dekorację. To zupełnie rozbija napięcie. Okazało się bowiem, że najprostsza dekoracja złożona z: kanapy foteli, stoliczka i barku, wymaga tyle hałasu i zamieszania. Wydaje się też, że wiele pomysłów nie zostało wykorzystanych do końca. Spektakl jest śmieszny i gorzki, filozoficzny i zaściankowy. To debiut teatralny Michała Rosy, więc jest nadzieja, że z czasem bardziej zaprzyjaźni się z konwencją teatralną. Widać w tym przedstawieniu jego ogromny potencjał. Lubię sztuki Yasminy Rezy i mimo wszystko, ta inscenizacja podobała mi się. A że oczekiwałam więcej?… Mam też nadzieję, że kolejne teatralne reżyserie Michała Rosy będę mogła pokochać tak, jak jego filmy.

Autor artykułu: Regina Gowarzewska-Griessgraber

Browar w Zabrzu ma szansę na przetrwanie

Monday, January 27th, 2003

Syndyk browaru w Zabrzu – upadłego, ale nadal produkującego z zyskiem piwo, wystąpi do sądu o przedłużenie zgody na prowadzenie przez browar działalności gospodarczej.
Pojawiła się szansa, że browar kupi spółka, która powstanie przy wsparciu samorządu Zabrza. – Podczas spotkania z udziałem m.in. załogi browaru, prezydenta Zabrza i wojewody śląskiego, padła deklaracja dotycząca tworzenia grupy kapitałowej czy spółki, która byłaby w stanie kupić browar – powiedział syndyk Zbigniew Suliga.

Dziesiąty przetarg
Brak rozwiązań dla browaru oznaczałby konieczność wstrzymania w nim produkcji i zwolnienia załogi z końcem stycznia. Pomysł powołania spółki pod egidą miasta, popierany przez miejscowy samorząd i wojewodę śląskiego, daje syndykowi możliwość starania się o przedłużenie zgody sądu na działalność browaru do końca września.

Jednocześnie ogłoszony zostanie kolejny, dziesiąty już przetarg na sprzedaż browaru, z terminem składania ofert do końca maja. Syndyk ma nadzieję, że do tego czasu powstanie spółka, zdolna do złożenia oferty i kupna browaru.
Poprzednie przetargi na sprzedaż firmy zakończyły się fiaskiem. Cena browaru była w nich obniżana z ponad 30 do 15 mln zł.

Pomysł na ratowanie firmy
Spółka zdolna do kupienia browaru ma powstać pod egidą samorządu Zabrza, z udziałem załogi firmy. Nie wykluczone, że w tworzenie nowego podmiotu zaangażują się komunalne spółki, np. wodociągi, dostarczające browarom wodę. Prezydent Zabrza, Jerzy Gołubowicz zadeklarował, że miasto mogłoby poręczyć nowej spółce kredyt na kupno browaru.
W opinii syndyka, do spółki mogliby wejść również kooperanci browaru, m.in. dostawcy surowców czy etykiet. Zainteresowanie wyrażały też hurtownie sprzedające piwo z Zabrza.

Powołanie spółki przy wsparciu samorządu to kolejny pomysł na ratowanie browaru. Wcześniej załoga i syndyk proponowali powołanie spółki wierzycielskiej – upadłość zostałaby wówczas umorzona, a wierzyciele zostaliby właścicielami browaru. Mimo licznych deklaracji poparcia sprawa utknęła w martwym punkcie.

W tej sytuacji w końcu stycznia, kiedy kończy się obecne pozwolenie sądu na działalność browaru, pozostałoby zamknięcie dobrze prosperującego, choć upadłego, zakładu i sprzedaż jego majątku w częściach. Wojewoda i prezydent Zabrza wysłali jednak do sądu listy z prośbą o pozytywne rozpatrzenie wniosku syndyka o zgodę na dalszą działalność.

Spłacają długi
Upadły blisko 4 lata temu browar nie tylko nadal produkuje piwo, przynosi zyski, płaci podatki, ale także powoli spłaca długi, które w momencie upadłości wynosiły 80 mln zł. W ubiegłym roku browar sprzedał blisko 235,4 tys. hektolitrów piwa, ponad 76 proc. więcej niż rok wcześniej. W końcu roku na koncie firmy było ok. 5 mln zł czystego zysku.

Browar potrzebuje inwestycji rzędu 2,1 mln zł. Ma na nie pieniądze, ale w procesie upadłości inwestowanie jest niemożliwe. Zakład potrzebuje też ok. 50 nowych pracowników. Ale ich zatrudnienie także jest niemożliwe w upadłości. Browar reguluje wszystkie swoje należności. Od początku upadłości firma zapłaciła 73 mln zł akcyzy.

Upadłość Browarów Górnośląskich SA, grupujących niegdyś sześć zakładów, sąd ogłosił w marcu 1999 roku. To jedyne duże polskie browary, dla których nie udało się pozyskać inwestora. Dotychczas syndyk sprzedał browary w Częstochowie, Rybniku, Raciborzu, Siemianowicach Śląskich i budynki po browarze w Bytomiu. Pozostał tylko zakład w Zabrzu.

Autor artykułu: Mariusz Urbanke

Katowickie zagadki

Tuesday, January 21st, 2003

Piłkarze Katowic w środę wyjadą na sześciodniowy obóz przygotowawczy do Bielska-Białej.

- Podczas zgrupowania nie planujemy żadnych sparingów, pierwszą grę, z Cracovią, przewidujemy dopiero na 29 stycznia. Miejsce wciąż nie jest ustalone – stwierdził drugi trener Jan Pietryga.

W ekipie Jana Żurka nadal panuje chaos personalny. Nie wiadomo kto zastąpi Krzysztofa Gajtkowskiego.

- Na razie trenują z nami Marek Szemoński, Krystian Czyżo i Tomasz Owczarek. Trudno powiedzieć jaki kształt będzie miała kadra przed rundą wiosenną – wylicza Pietryga.

Z Bukową pożegnał się Krzysztof Kłosiński, zawodnik Groclinu Grodzisk wybrał ofertę z Belgii. Komplikuje się także sprawa pozyskania Moussy Yahayi. Podobno z Legii ma jednak odejść Cezary Kucharski, a w takim przypadku powrót Yahai na Śląsk byłby wykluczony.

Autor artykułu: r. mus.

Alba – Lublin 104:67

Monday, January 20th, 2003

Koszykarze Alby Alstomu Chorzów, po kilku wpadkach, znów poznali smak zwycięstwa. Tym razem łatwo i w efektownym stylu wygrali z akademikami z Lublina 104:67. To zwycięstwo zapewniło drużynie z Chorzowa miejsce w play off, ale ambicje sięgają znacznie wyżej.

Tylko przez pierwsze 5 minut gra była wyrównana, a wynik oscylował wokół remisu. Potem z minuty na minutę przewaga gospodarzy systematycznie rosła. Goście, poza kapitanem Andrzejem Wierzgaczem, szybko stracili ochotę do gry i trener Teodor Mołłow na próżno robił roszady w składzie. W drugiej połowie zrezygnowany stał przy końcowej linii i pewnie zastanawiał się jak zmobilizować drużynę w kolejnych występach.

Zbigniew Mardoń, prezes i trener Alby w jednej osobie, po przegranym meczu z Pogonią odsunął od składu Rafała Partykę. Na razie został zawieszony w prawach zawodnika i zarząd na dzisiejszym posiedzeniu ma przeprowadzić z nim oraz kilkoma innym zawodnikami rozmowy. Być może Partyka będzie musiał szukać nowego pracodawcy.

Gospodarze w potyczce z AZS Lublin już dawno nie grali tak zespołowo. Zapisali na swoim koncie aż 25 asyst, odstawili popisy indywidualne w kąt i po raz pierwszy w tym sezonie przekroczyli magiczny próg 100 punktów.

Alba Alstom Chorzów – AZS Lublin 104:67 (27:15, 27:23, 24:10, 23:19). Punkty dla zwycięzców: Cieślak 20, Roszyk 18, Dygutowicz 18, Miller 13, Basiński 11 oraz Pawlik 12, Bąk 4, Bruździński 3, Symbor 3, Chomicz 2.

Pozostałe wyniki: SMS Warka – Pogoń Ruda Śl. 85:82, Turów – St. Wola 70:62, Daikin Kotwica – Zastal Zielona Góra 81:57, Wisła Kraków – SKS Starogard Gd. 79:82, SKS Szczecin – AZS Koszalin 74:86.

I liga mężczyzn
1. Starog. Gd. 21 36 1771-1655
2. Turów 18 34 1497-1310
3. Koszalin 20 33 1627-1500
4. Alba 20 31 1622-1591
5. Zastal 20 31 1567-1516
6. Wisła 20 31 1526-1529
7. St. Wola 20 30 1601-1540
8. Kotwica 19 28 1476-1413
9. Pogoń 19 26 1508-1594
10. SMS W. 21 25 1553-1772
11. Szczecin 19 25 1398-1581
12. AZS L. 19 24 1391-1536

Autor artykułu: sow

Zgoda – Sośnica 17:20

Monday, January 20th, 2003

Piłkarki ręczne Sośnicy Gliwice zawsze miały kłopoty w derbowych meczach ze Zgodą, zwłaszcza w Bielszowicach. Tym razem również nie obyło się bez problemów. Irina Latyszewska oraz trener Harald Tłuczykont otrzymali czerwone kartki, ale “7″ z Sośnicy stanęła na wysokości zadania i odniosła zwycięstwo 20:17.

W 43 min Latyszewska miała wykonywać rzut wolny, ale nie poczekała na gwizdek sędziego i trafiła piłką w twarz Witkorię Gryliową. Całe zdarzenie było przypadkowe, ale arbitrzy nie mieli żadnej wątpliwości i Latyszewska otrzymała czerwoną kartkę. Trener Tłuczykont za dyskusję otrzymał żółtą kartkę, a w chwilę później za odsunięcie krzesła obserwatorowi czerwoną.

- Nawet tego wydarzenia nie zarejestrowałem, byłem poirytowany i nie zrobiłem tego świadomie – stwierdził po meczu trener Sośnicy.

Sporo twardej walki, momentami niezła gra i wiele zupełnie niepotrzebnych fauli w końcowych fragmentach spotkania – tak wyglądały derby Śląska. Przez długi czas wynik oscylował wokół remisu, ale w końcu konsekwencja w grze przechyliła szalę wygranej na korzyść Sośnicy.

Wszystko rozstrzygnęło się między 50 i 56 min. Gole: Agnieszki Grzelak, Iwony Szafulskiej i Ewy Jarzyny pozwoliły Sośnicy na objęcie prowadzenie 19:16. W tym momencie było wiadomo, że tak doświadczony zespół nie zniweczy tej przewagi.

Zgoda Ruda Śląska – Sośnica Gliwice 17:20 (11:12).
Zgoda: Krzymińska, Radlińska – Pohrybniak 1, Pawlik 9, Pastuszyk 1, Echolc 1, Guryliowa 1, Rogocz 3, Hanert 1, Liwa 0, Bogusz 0.

Sośnica: Łącz, Mieńko – Szafulska 5, Hanysek 4, Grzelak 4, Świszcz 3, Dworaczyk 2, Jarzyna 2, Latyszewska 0.
Pogoń 1922 Żory – Łącznościowiec Szczecin 13:26 (7:10).

Pogoń: Henne, Łukowska – K. Semeniuk 5, Przygodzka, Janczak, Jacek 1, Wojciechowska, Rózga 1, Grudka, Leśniak 3, Gołąb 3, Czekaj. Najwięcej dla Łącznościowca: Naumienko 10, iontke 6.

Pozostałe wyniki: Dominet Zagłębie Lubin – TPR Chorzów 29:23 (15:12), EB Start Elbląg – Piotrcovia Piotrków Trybunalski 23:26 (11:14), POL-SKONE Lublin – Vitaral Jelfa Jelenia Góra 35:28 (16:12), Nata AZS AWF Gdańsk – Kolporter Kielce 17:16 (8:6).

Ekstraklasa kobiet
1. POL-SKONE 17 31 525-411
2. Kolporter 17 23 412-413
3. Sośnica 17 22 451-422
4. Piotrcovia 17 21 414-410
5. AZS Gd. 17 20 466-412
6. Zagłębie 17 20 418-386
7. Start 17 18 389-377
8. Jelfa 17 17 453-448
9. Zgoda 17 13 369-386
10. TPR Ch. 17 9 361-409
11. Łączn. 17 7 331-409
12. Pogoń 17 3 325-431

Autor artykułu: sow

Czego się boi wojewoda śląski?

Wednesday, January 15th, 2003

Wojewoda Lechosław Jarzębski poprosił policję o ochronę budynku urzędu wojewódzkiego. Przed gmachem przez cały dzień stoi patrol, a w środku funkcjonariusz w cywilu.
Co wpłynęło na taką decyzję? Zarówno rzecznik wojewody, jak i policja milczą na ten temat. Mówi się tylko o tajemniczej grupie, która ponoć kręciła się po gmachu. (more…)