Archive for January, 2003

Górnicza naiwność

Wednesday, January 15th, 2003

Perspektywa była kusząca. Ustawa o restrukturyzacji górnictwa zapewniała im wynagrodzenie w wysokości 75 proc. zarobków liczonych jak wynagrodzenie za urlop wypoczynkowy, do tego wszelkie przywileje zapisane w zakładowych i ponadzakładowych układach zbiorowych pracy – świadczenia socjalne, deputat węglowy, nagrody barbórkowe, nagrody jubileuszowe i odprawy.

- Przez radiowęzeł podawane były informacje, jakie to dla nas korzystne. Przekonywał o tym dyrektor – mówi Stefan Grzankowski z Zabrzańskiego Związku Zawodowego Ludzi Pracy Pracowników Przebywających na Urlopach Górniczych KWK “Makoszowy”. – Byłem na każdym takim zebraniu z dyrekcją. Pytałem w jakich wysokościach będziemy mieli wypłacane świadczenia i cały czas słyszałem, że mam się nie martwić, bo na pewno na tym nie stracę. Gdybym wiedział, że zostanę tak wykolegowany, to bym się nigdy na to nie zgodził.

Zawiedzione nadzieje
- Najbardziej niezrozumiała jest wypłata zaniżonej do 75 proc. nagrody jubileuszowej. Z powodu przejścia na urlop górniczy np. 25 lat mojej pracy jest warte tylko trzy czwarte całości, choć odszedłem na urlop ledwie na trzy miesiące prze 25-leciem – podkreśla Edmund Żurek.

Kopalnia powołuje się na rozporządzenie ministra gospodarki z 1998 r., które zaniżyło wysokość wszystkich świadczeń o jedną czwartą.

- Kopalni nie interesuje, że Sąd Najwyższy w pełnym składzie uznał je za nieprawomocne. Rozporządzenie miało tylko określić, w jaki sposób będą dzielone pieniądze z rezerwy budżetowej na restrukturyzację górnictwa, a nie wysokość naszych świadczeń – przypomina Stefan Grzankowski.

W poszukiwaniu sprawiedliwości
Niezadowoleni pracownicy zaczęli szukać rozwiązania prawnego. Wtedy powstał pomysł założenia związku zawodowego pracowników przebywających na urlopach górniczych. Zaczęli pisać pozwy do sądu pracy przeciwko kopalni.

- Domagamy się barbórek, czternastek, nagród jubileuszowych i odpraw w pełnej wysokości, a także deputatu barbórkowego (ekwiwalent 1 tony węgla), dodatku na pomoce szkolne dla dzieci i świątecznych bonów towarowych – mówi Marian Żarłok.

Pierwsze pozwy zostały złożone w czerwcu 2000 r. Ale rozprawy odbyły się dopiero w 2002 r.

- Przebiegały bardzo szybko tzn. były odraczane na wniosek zakładu pracy. W końcu została wyznaczona jedna sprawa pilotażowa (moja i jeszcze dwóch innych pracowników) i dopiero po jej zakończeniu miały zapaść wyroki w następnych – mówi Stefan Grzankowski. – Sąd nie przesłuchiwał żadnych świadków, tylko odraczał sprawy. Jak do tej pory w Zabrzu nie zapadły żadne wyroki w sprawie kopalni “Makoszowy”.

Potem czekali po 6-10 miesięcy na ich ponowienie. W Sądzie Okręgowym w Katowicach analogiczne sprawy zostały rozstrzygnięte z korzyścią dla pracowników. W międzyczasie sprawa z Katowic trafiła do rozstrzygnięcia do Sądu Najwyższego.

Nierychliwa Temida
- Wiedzieliśmy o tym orzeczeniu i mieliśmy nadzieję, że ono załatwi sprawę – zaznacza Stanisław Górczyk. – Ale nasze sprawy nadal wiszą. Czy sąd boi się zakładu pracy?
- Zakład robi wszystko, żeby odwlec rozstrzygnięcie.

Ostatnio przedstawił protokół do układu zbiorowego pracy pracowników zakładów górniczych, ponoć zarejestrowany w 1994 r. Mówi on o tym, że pracownikom przebywającym na urlopach górniczych barbórka przysługuje w wysokości miesięcznego świadczenia socjalnego – pokazują dokument górnicy. – To dziwne, bo przecież w 1994 r. nikt jeszcze nie słyszał o urlopach górniczych. Ustawa została uchwalona dopiero cztery lata później. Poza tym jak to się stało, że taki protokół powstał bez naszej wiedzy?

Pozew za pozwem
Od 1999 roku do Sądu Pracy w Zabrzu wpłynęły 463 pozwy przeciw kopalni “Makoszowy”, z czego 417 zostało rozstrzygniętych. Nadal toczą się:
* 1 sprawa z 1999 roku;
* 8 spraw z 2000 roku;
* 11 spraw z 2001 roku;
* 26 spraw z 2002 roku.

Przed Sądem Pracy
Proces w Sądzie Pracy odbywa się na zasadach procedury cywilnej, czyli nie ma możliwości stosowania środków przymusu. Sąd musi respektować wolę stron tj. pracodawcy i pracownika, które są traktowane na równych zasadach. Sąd nie może zakończyć procesu, do czasu, kiedy strony nie wyczerpią swoich wniosków dowodowych. Czasem zdarza się, że któraś z nich wydłuża postępowanie, ale odmowa złożenia kolejnych dowodów, często kończy się apelacją i uchyleniem wyroku przez sąd wyższej instancji z powodu błędów proceduralnych.

Co na to sąd?
Mówi Anna Andrysiak, przewodnicząca Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w Sądzie Rejonowym w Zabrzu:
Kiedy w 1989 r. zaczynała się w Polsce transformacja społeczno-ekonomiczna wpływało do Sądu Pracy w Zabrzu ok. 20 pozwów pracowniczych miesięcznie. W tej chwili jest ich 130 w ciągu miesiąca i nadal orzeka dwóch sędziów. Każdą nową sprawę mamy obowiązek skierować na wokandę w ciągu dwóch tygodni od daty wpływu. Pracujemy na sali rozpraw codziennie i możemy w jednym dniu rozpoznać tam tylko ograniczoną ilość spraw. Sprawy są też dużo bardziej skomplikowane niż kilka lat temu, a przepisy niespójne.
Uregulowania prawne są zawarte w zakładowych i ponadzakładowych układach pracy. Dlatego sporów tych nie da się rozstrzygnąć na pierwszym lub drugim posiedzeniu.
Ponieważ podobnych pozwów przeciw kopalni “Makoszowy” było kilkadziesiąt, postanowiliśmy za zgodą stron zakończyć tylko jedną sprawę pilotażową. Dopiero jak sąd wyższej instancji utrzyma w mocy nasze orzeczenie, wydamy rozstrzygnięcia w pozostałych sprawach z uwagi na spójność orzecznictwa i ekonomię procesową (jeśli sąd apelacyjny podważy wyrok, to tylko w jednej sprawie, a nie kilkudziesięciu, co oznacza mniejsze koszty).
Byliśmy już bliscy rozstrzygnięcia, gdy dostaliśmy wiadomość, że analogiczna sprawa z sądu w Katowicach trafiła na wokandę Sądu Najwyższego. Ustaliliśmy ze stronami, że poczekamy na rozstrzygnięcie. Uzasadnienie do uchwały otrzymaliśmy dopiero w sierpniu, jednak na jego podstawie obie strony wyciągnęły różne wnioski. W tej chwili czekamy na stanowisko strony powodowej czyli pracowników. Kiedy je otrzymamy, będę mogła wyznaczyć termin kolejnej rozprawy, ze względu na ilość spraw, prawdopodobnie dopiero na marzec 2003 r.

Autor artykułu: Anna Góra

Wojewódzki Ośrodek Lecznictwa Odwykowego wynajął firmę do przewozu posiłków na odległość 200 metrów

Wednesday, January 15th, 2003

2,4 tysiąca złotych wyjeżdża co miesiąc z kasy Wojewódzkiego Ośrodka Lecznictwa Odwykowego. Pieniądze kasuje firma, która wygrała przetarg na usługi transportowe na terenie ośrodka. Wyjaśnijmy przedmiot przetargu – zadaniem kierowcy jest wożenie posiłków do
budynku oddalonego o… 200 metrów od kuchni. (more…)

Spółka węglowa nie spłaca gminie długów, ale sama domaga się pieniędzy

Thursday, January 9th, 2003

Natychmiastowej zapłaty 2,6 miliona złotych żąda od miasta Gliwicka Spółka Węglowa. Tymczasem sama jest wobec niego zadłużona na 2,4 miliona i nie zamierza swego długu w tym roku uregulować.

Jeśli nie dojdzie do kompromisu, Czerwionce-Leszczynom grozi paraliż finansowy. – Na rok będziemy musieli wstrzymać wszystkie inwestycje i remonty – mówi Franciszek Stephan, skarbnik gminy.

Nieustępliwi

Kłopoty zaczęły się, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że gminy nie powinny pobierać podatku od wyrobisk podziemnych, który od lat płaciły im kopalnie.

- No i Gliwicka Spółka Węglowa nas podsumowała. Dostaliśmy wezwanie do zwrotu pieniędzy za ostatnie cztery lata – wyjaśnia Irena Woźnica, sekretarz gminy.

- Mają do tego prawo. Daje im je ordynacja podatkowa – dodaje Franciszek Stephan.

Czerwionka-Leszczyny ma oddać pieniądze za lata 1997-2000 czyli 2,6 miliona złotych. W 50-milionowym budżecie miasta na rok 2003 to dziura nie do załatania. Co więcej – GSW nie zgodziła się na rozłożenie płatności na raty, żądając gotówki. – Do tej sumy trzeba doliczyć odsetki. Licznik cały czas tyka, a my wciąż nie mamy odpowiedzi na nasze pismo z prośbą o polubowne załatwienie sprawy – mówi Stephan.

Dług za dług

Ta prośba jest związana z długami, jakie Gliwicka Spółka Węglowa ma wobec miasta. Wierzytelności wynoszą 2,4 miliona złotych, które GSW ma wpłacić na miejskie konto do końca 2007 roku.

- Chcemy tę sprawę załatwić na zasadzie wzajemności – oni nam nie płacą zaległości, a my dopłacamy różnicę, czyli ok. 200 tys. zł – mówi Irena Woźnica. – Wciąż liczymy na porozumienie.

Szansa na to jest jednak mizerna, bo kolejne propozycje kierowane do GSW pozostają bez odpowiedzi.

Wczoraj chcieliśmy się skontaktować z wiceprezesem spółki Jerzym Kocjanem, który zajmuje się tą sprawą. Niestety, był dla nas nieuchwytny.

Kopalnia płaciła węglem

W urzędzie miasta nie ukrywają rozczarowania twardą postawą GSW. Wspominają, że kiedy w Czerwionce fedrowała jeszcze kopalnia “Dębieńsko”, władze spółki wiele razy prosiły o przesunięcie terminu płatności podatków, czy rozłożenie na raty odsetek od opłaty eksploatacyjnej.

- Argument był zawsze ten sam – jak nam nie pomożecie, kopalnia upadnie – wspomina Irena Woźnica. – My zawsze pomagaliśmy, a kopalni i tak już nie ma. Na dodatek Gliwicka Spółka Węglowa traktuje nas tak brzydko.
Co więcej – kopalnia rzadko płaciła swoje należności w gotówce. Zazwyczaj podstawiała do dyspozycji gminy kilka wagonów węgla, który ta za pośrednictwem wynajętej firmy sprzedawała.

- Braliśmy, bo był to jedyny sposób na uzyskanie jakichkolwiek pieniędzy od górnictwa. Traciliśmy na pośrednictwie, ale przecież sami nie mogliśmy handlować – mówi Irena Woźnica. – A teraz mamy płacić gotówką. I to jak najszybciej.

Autor artykułu: mak

Samobójstwo nastolatki

Thursday, January 9th, 2003

Z okna klatki schodowej na dziesiątym piętrze wieżowca rzuciła się wczoraj siedemnastoletnia dziewczyna. Tragedia zdarzyła się tuż przed południem w sosnowieckiej dzielnicy Zagórze, przy ul. Bohaterów Monte Cassino.

Jak ustaliła policja, dziewczyna była mieszkanką Mikołowa i uczennicą jednej ze szkół średnich w Katowicach.

- Przed południem dziewczyna była widziana na 10. piętrze bloku. Prawdopodobnie otworzyła okno klatki schodowej i wyskoczyła. Tego momentu jednak nie widział żaden ze świadków – powiedział nam wczoraj komisarz Krzysztof Kwiatkowski z sosnowieckiej komendy policji.

Okoliczności zdarzenia bada prokurator, który zadecyduje, czy przeprowadzić sekcję zwłok. Wyniki pierwszych ustaleń pozwalają przypuszczać, że było to samobójstwo i na razie nie ma śladów działania osób trzecich. Policja ustala teraz, co mogło skłonić nastolatkę do targnięcia się na swe życie.

Autor artykułu: ps

Nawet dwukrotnie wzrosły ceny działek przeznaczonych pod budowę drogi

Thursday, January 9th, 2003

Do końca marca władze miasta muszą wykupić działki, na których zostanie zbudowana zachodnia obwodnica. Dlatego za nieruchomości płacą teraz nawet dwa razy więcej niż ich wartość wyceniają rzeczoznawcy.

- Mieszkamy tu od dziesięcioleci. Zbudowaliśmy się na ziemi, którą dostałam od rodziców. Skoro zmuszają mnie, abym na stare lata się przeprowadzała, to niech zapłacą godziwie. Tyle, abyśmy mogli pobudować się gdzie indziej – mówi pani Maria, mieszkanka domu przy ul. Klubowej.

Dobre ceny

Ogródek obok jej domu wkrótce zamieni się w asfaltową jezdnię. Ale wtedy samochody będą przejeżdżać tuż pod balkonem. Dlatego nie zgadza się na odstąpienie miastu kawałka ogródka i chce sprzedać całość. W najbliższym czasie Ratusz zapowiedział początek negocjacji. Czy jednak pani Maria ma szansę uzyskać tak dobrą cenę, aby wybudować dom gdzie indziej? Rzeczoznawcy, na których opinii opiera się Urząd Miejski, uwzględniają cenę rynkową. A ta w ostatnich latach jest dużo niższa niż życzyliby sobie właściciele. – A jednak sąsiedzi uzyskali dobrą cenę. Bez problemu kupią dom, i to zupełnie nowy, w innym miejscu Bielska – przekonuje mieszkanka Klubowej.

Za rozbudowany przed kilkoma laty dom z lat siedemdziesiątych (pow. ok. 200 mkw.) na niewielkiej działce jeden z sąsiadów uzyskał pół miliona złotych. Inny, za jeszcze mniejszy dom, choć z pomieszczeniami sklepowymi – o niecałe 15 tys. zł mniej. Za takie sumy można w Bielsku wybudować nawet dwa domy!

Przyspieszenie

Nowe władze Bielska nie mają jednak wyjścia, dlatego tak dużo płacą. Droga za 20 milionów euro kredytu z Europejskiego Banku Inwestycyjnego musi być wybudowana do wiosny 2004 r. Tymczasem z 80 działek, jakie są potrzebne pod jej budowę, do tej pory wykupiono zaledwie siedem. Budowa nie ruszy, jeżeli do końca marca budowniczowie nie będą mieli praw do terenu.

Według Barbary Granuszewskiej, nowej szefowej wydziału mienia gminnego, wykupy należało przeprowadzić wiosną ub. roku. Wtedy z pewnością ceny nie byłyby tak wysokie.
Właściciele gruntów teraz są twardzi w negocjacjach, bo wiedzą, że Ratusz ma nóż na gardle. Dlatego też w urzędzie miejskim niechętnie mówią, o ile więcej płacą za nieruchomości w stosunku do opinii biegłych.

Autor artykułu: Łu

Czy będzie strajk generalny na kolei?

Tuesday, January 7th, 2003

Na razie spór z rządem, a później być może strajk generalny – tak postanowił wczoraj komitet strajkowy sekcji kolejarskiej śląsko-dąbrowskiej “Solidarności”.

Od 28 grudnia we wszystkich śląskich zakładach kolejowych trwało referendum. Pracownicy odpowiadali na pytanie: “Czy popierasz strajk generalny w obronie miejsc pracy?”. Są już pierwsze nieoficjalne wyniki głosowania. – Do naszej centrali spływają wyniki z ponad 20 centrów referendalnych – mówi Henryk Grymel, szef kolejarskiej “Solidarności” w Katowicach. – Z tych pierwszych informacji wynika, że większość z pracowników zakładów kolejowych opowiada się za strajkiem generalnym. Wiemy już na pewno, że referendum będzie ważne, ponieważ wzięło w nim udział ponad 50 proc. uprawnionych do głosowania.

Oficjalne wyniki referendum powinny być znane jutro. Jednak pozytywny wynik referendum nie będzie od razu oznaczał rozpoczęcia strajku generalnego. – My działamy dwutorowo: jako sekcja krajowa kolejarzy i jako komitet strajkowy w ramach całej śląsko-dąbrowskiej “Solidarności” – wyjaśnia Henryk Grymel. – Jako cała sekcja krajowa pracowników kolei decydujemy się na spór z rządem, co na pasażerów kolei i komfort podróży nie będzie miało większego wpływu.
Natomiast tak strategiczną decyzję, jaką jest decyzja o strajku generalnym może podjąć tylko zarząd śląsko- dąbrowskiej “Solidarności”, który zbierze się najprawdopodobniej w czwartek, kiedy znane już będą oficjalne wyniki referendum.

Kolejarze domagają się ustalonych wcześniej 800 mln zł dofinansowania dla Regionalnych Przewozów Pasażerskich, a nie 300 mln zł co przewiduje budżet, refundacji za przejazdy ulgowe i 570 mln zł na inwestycje w infrastrukturę kolejową (budżet gwarantuje 180 mln).

Autor artykułu: Agnieszka Szpila

Szarlatan jest bezkarny

Tuesday, January 7th, 2003

Lekarze nie mogą współpracować z Kazimierzem Piotrowiczem – taką decyzję podjęła po naszych publikacjach Śląska Izba Lekarska. Tymczasem prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa przeciwko uzdrowicielowi z Gliwic.

Przypomnijmy. Na początku października pisaliśmy o praktykach prof. Piotrowicza, który w swoim ośrodku w Gliwicach “leczy” ludzi cierpiących na poważne choroby przy pomocy specjalnych łóżek. W kilku największych śląskich szpitalach współpracownicy Piotrowicza rozrzucili ulotki, w których nakłaniano pacjentów do rezygnacji z usług lekarzy i skorzystania z oferty Piotrowicza (10-dniowa kuracja kosztuje ok. 2 tys. zł). Ulotki podrzucano w szpitalach nielegalnie, na korytarzach i salach chorych, najczęściej na oddziałach onkologicznych. Po naszej interwencji sprawą zajęła się Okręgowa Izba Lekarska, która uznała działania Piotrowicza za bardzo szkodliwe.

Już nie pracują
Ustaliliśmy, że w ośrodku prof. Piotrowicza pracują lekarze (pan S. i pani M.), którzy swoim autorytetem medycznym wspierają jego metody “uzdrawiania”.

- Kodeks etyki lekarskiej zabrania lekarzom współpracy z uzdrowicielami – wyjaśnia dr Wencelis, przewodniczący komisji etyki w Śląskiej Izbie Lekarskiej.

- Zaprosiliśmy pana doktora S. na posiedzenie komisji etyki, po którym złożył wypowiedzenie w ośrodku pana Piotrowicza. Jeżeli chodzi o panią doktor M., to rzecznik dyscyplinarny Izby Lekarskiej w Krakowie wszczął wobec niej postępowanie.

Prokurator mówi: przestępstwa nie ma!
Izba Lekarska sprawę Kazimierza Piotrowicza skierowała do Prokuratury Rejonowej w Gliwicach. Ta odmówiła wszczęcia postępowania twierdząc, że Piotrowicz prawa nie łamie.

- Po raz pierwszy badaliśmy sprawę z urzędu w 2000 roku i nie doszukaliśmy się znamion przestępstwa w działalności pana P. – mówi prokurator Wojciech Grzenia z PR w Gliwicach. – Musimy działać na podstawie przepisów prawa.
Ustawa o zawodzie lekarza bardzo dokładnie określa, jakie praktyki uznaje się za leczenie. Leżenie na specjalnych łóżkach nim nie jest, więc nie ma przestępstwa. Gdyby zgłosił się do nas choć jeden poszkodowany pacjent, który czuje się oszukany, moglibyśmy wszcząć śledztwo w sprawie wyłudzenia.

- Złożyliśmy zażalenie na decyzję prokuratury – mówi dr Wencelis. – Naszym zdaniem, działalność pana Piotrowicza jest szczególnie szkodliwa społecznie. Otwarcie krytykuje on medycynę i odciąga pacjentów od prawdziwych lekarzy. I to jest najgorsze w jego działalności.

Dr Andrzej Wojcieszek, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Onkologicznego, prezes PTO na Śląsku:
Bardzo źle się stało, że prokuratura nie wszczęła śledztwa w tej sprawie. Co może być większym przestępstwem ze społecznego punktu widzenia niż szkodzenie zdrowiu i życiu? Na co dzień spotykam się z ludźmi, którzy zawierzyli szarlatanom i dla niektórych skończyło się to tragicznie, bo zaniechali właściwego leczenia. Z drugiej strony rozumiem prokuratora, bo w polskim prawie termin medycyna czy leczenie nie jest chroniony. Różnego rodzaju uzdrowiciele rejestrują w urzędzie miasta zwykłą działalność gospodarczą i oficjalnie zajmują się nie leczeniem, a np. wspomaganiem zdrowia. Dokonują oszustwa, które, niestety, nie może być ścigane. Potrzebne są jasne przepisy, stworzone przy współudziale samorządu lekarskiego.

Dr Stanisław Wencelis, przewodniczący komisji etyki w Śląskiej Izbie Lekarskiej:
Działalność pana Piotrowicza to zwykłe żerowanie na ludzkim cierpieniu, nieszczęściu. Ludzie ciężko chorzy chwytają się każdego promyka nadziei i ten człowiek to wykorzystuje z niepohamowanej chęci zysku. Nigdy nie spotkałem się z tak agresywnym atakiem na medycynę naukową. Metody uzdrowicielskie nie mają żadnej wartości. Stosowanie metod bezwartościowych opóźnia czas rozpoczęcia właściwej kuracji, diagnostyki. Nie muszę przypominać, że właściwie we wszystkich chorobach czas odgrywa kluczową rolę.

Kazimierz Piotrowicz, profesor informacyjnych technologii medycznych, prezes Międzynarodowego Instytutu Zdrowia w Gliwicach:
Nie walczę z medycyną konwencjonalną, jak zarzucają mi lekarze. Współczesna medycyna leczy skutki, a ja przyczyny chorób. Już w Piśmie Świętym napisano: “Jeśli będą grzeszyć, oddajcie ich w ręce lekarzy.” Stąd bierze się niechęć niektórych do mojej metody, która usprawnia komunikację międzykomórkową. Historia wskazuje, że nigdy nie lubiano ludzi, którzy wprowadzali rewolucyjne metody zmieniające dotychczasowe schematy myślowe. Bo przecież, jeśli wyeliminujemy przyczyny schorzeń, lekarze nie będą mieli co robić! Większość chorych trafiających tu to tzw. odrzuty medyczne, którym lekarze nie potrafili pomóc. Gdyby najpierw przychodzili do mnie, a dopiero potem poddawali się zabiegom inwazyjnym, mogliby uniknąć niepotrzebnego cierpienia. Medycyna klasyczna ma ok. 10-procentową skuteczność, ja nawet 80-procentową.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Oddala się piękna wizja centrum handlowo-rozrywkowego Plaza

Tuesday, January 7th, 2003

Obiecywano 60 sklepów, osiem sal kinowych, salon gier, dyskotekę, kręgielnię i plac zabaw dla dzieci. To wszystko na 20 tysiącach metrów kwadratowych rybnickiej Plazy, która miała powstać w centrum miasta.

Tyle tylko, że firma jeszcze nawet nie wpłaciła miastu pieniędzy za teren, na którym ma powstać budynek. Nie ma projektu, pozwolenia na budowę, a ministerialna zgoda na kupno ziemi w Polsce dla Plazy Centers… wygasła. (more…)

Noworoczne noworodki

Thursday, January 2nd, 2003

Już w pierwszych godzinach roku 2003 województwo śląskie wzbogaciło się o małych obywateli. Mamy i dzieciaki czują się dobrze!

Pani Jolanta Łazarz z Czechowic-Dziedzic zaczęła rodzić w bielskim szpitalu na kilka minut przed Nowym Rokiem. O godzinie 1.05 na świat przyszła jej córeczka Aleksandra.
W innych miastach regionu, 1 stycznia urodziły się Natalka, Ola, Dominika, Kinga i maleńki Danielek.

Pierwsze były dziewczynki
Dwie Ole, Natalka, Dominika, Kinga i maleńki Danielek
- te dzieci przyszły na świat wczorajszej nocy, w pierwszych godzinach 2003 roku. Prawie wszystkie trochę się pośpieszyły, bo według lekarskich wyliczeń miały się urodzić nieco później niż 1 stycznia. Ich pierwszy krzyk był dla rodziców jak noworoczny toast.

KATOWICE, GODZINA 0.40: Dominika z karuzeli
Mimo wyznaczonego na 31 grudnia terminu porodu, 25-letnia Agnieszka Misera liczyła, że uda jej się powitać nowy rok z bliskimi. Jednak pierwsze skurcze zaczęły się późnym wieczorem. Na porodówce w Okręgowym Szpitalu Kolejowym w Katowicach towarzyszyła jej siostra Joanna. W najgorszych chwilach trzymała ją za rękę. Ojciec dziecka, Piotr bał się, więc czekał na korytarzu. 40 minut po północy urodziła się Dominika. Jej pierwszy krzyk był dla mamy jak toast noworoczny. – Dziecko urodziło się superszybko – śmieje się dr Maciej Niewolski, który odbierał poród.
Dominika waży 2900 g i ma 51 cm. Dużymi niebieskimi oczami spogląda na mamę. – Najważniejsze dla mnie było, żeby urodziła się zdrowa – mówi szczęśliwa Agnieszka. Najbardziej żywiołowo reaguje 2,5-letnia siostra Dominiki, Weronika. Na widok owiniętego w becik maleństwa piszczy radośnie: – Daj mi, daj mi! – woła i wyciąga rączki. Obiecuje, że będzie się bawić z siostrzyczką i wozić ją na karuzeli.
Piotr wraz ze swoją siostrą dzierżawi jedną z karuzel w Śląskim Parku Atrakcji. To właśnie przy tej karuzeli spotkał Agnieszkę. ? pal

BIELSKO-BIAŁA, GODZINA 1.05: Ola, skarb Joli
Pani Jolanta Łazarz z Czechowic-Dziedzic zaczęła rodzić na kilka minut przed Nowym Rokiem. Dokładnie o godz. 1.05 na świat przyszła jej córeczka.
- Będzie miała na imię Aleksandra – mówi szczęśliwa mama. Ola urodziła się bez żadnych komplikacji, ważyła 3,65 kg i mierzyła 57 cm. Ma ciemną, gęstą czuprynkę. Mama przyznaje, że nawet nie zwróciła bacznej uwagi na kolor oczu. Przypomina sobie, że chyba są ciemne. – Nie mogę dojść do tego, do kogo z rodziny jest podobna – mówi pani Jola.
Tata Oli, Piotr, na jej narodziny czekał w domu. Mama zaraz po porodzie w bielskim Szpitalu Miejskim zadzwoniła z telefonu komórkowego do całej rodziny z radosną wiadomością. Starszy braciszek Oli, 4-letni Andrzej, o tej porze już spał, choć chciał przywitać Nowy Rok i narodziny siostrzyczki.
- Tak naprawdę, to do samego końca nie wiedzieliśmy, czy będzie syn, czy córka. Andrzej też nie zapowiadał, czy chce brata czy siostrę. Na nic się nie nastawialiśmy i bardzo cieszymy się z córeczki – mówi pani Jola.
Za kilka dni mama i mała Ola opuszczą szpital i pojadą do domu. Tam już wszystko jest przygotowane na ich powrót.
Mirosław Łukaszuk

DĄBROWA GÓRNICZA, GODZINA 0.05: Szampan dla Kingi
Pierwszy noworoczny obywatel Zagłębia to dziewczynka! Przyszła na świat w Dąbrowie Górniczej, w Szpitalu Miejskim nr 1. Choć termin rozwiązania wyznaczono na 17 stycznia, mama, Bożena Cichoń, cieszy się, że Kinga Weronika urodziła się pierwszego dnia stycznia i będzie mogła obchodzić urodziny… wspólnie z dziadkiem.
Dziewczynka waży 2250 g i ma 50 cm wzrostu. To pierwsze dziecko państwa Cichoniów, którzy mieszkają w Będzinie. Pani Bożena nie chciała znać płci dziecka przed porodem, ale po cichu życzyła sobie córeczki. Jej mąż, który nie chciał nam zdradzić swojego imienia, myślał raczej o chłopcu, ale gdy zobaczył Kingę, od razu nabrał przekonania do dziewczynek. – Ma niebieskie oczy po mnie. Wolałabym, żeby jej takie zostały, bo mąż ma dziwny kolor oczu – śmieje się pani Bożena. Tata podczas porodu stał za drzwiami i usiłował zaglądać do sali porodowej. Pielęgniarki poczęstowały go szampanem. Wzniósł toast na cześć córki. ? kg

JASTRZĘBIE ZDRÓJ, GODZINA 1.30: Natalka zamiast syna
Ja jej nawet nie dotknę – powiedział 5-letni Błażej Gajda, kiedy wczoraj przyszedł do szpitala zobaczyć nowo narodzoną siostrę. Natalia urodziła się o 1.30 i ma dwóch braci – Błażeja i dwuletniego Mateusza.
Grażyna Gajda i jej mąż liczyli po cichu, że będzie trzeci chłopak. Miał się urodzić 2 stycznia, ale we wtorek pół godziny przed północą pani Grażyna była już w szpitalu.
- Szybka była ta nasza córka. Muszę się przyzwyczaić do tego, że mamy dziewczynkę – mówi szczęśliwa mama. Tata Arkadiusz też był zdziwiony płcią dziecka. – Jakoś przyzwyczailiśmy się do chłopaków.
Natalia urodziła się bez powikłań i ważyła 3,60 kg. Pani Grażyna jest fryzjerką, od dwóch lat przebywa na urlopie wychowawczym.
Gajdowie nie planują już powiększania rodziny. – Jak na dzisiejsze czasy, trójka to już bardzo dużo – wyjaśnia mama karmiąc dziewczynkę. ? mak

CZĘSTOCHOWA, GODZINA 2.30: Daniel się pośpieszył
Maleńki Daniel Okwiet bardzo śpieszył się na świat, bo urodził się w 35. tygodniu ciąży. Niestety, wcześniaki zwykle komplikują swoim mamom porody. Tak było i tym razem. Lekarze ze szpitala im. Biegańskiego musieli wykonać cesarskie cięcie. – Dokładnie nie pamiętam, ale była gdzieś 2.30, kiedy go urodziłam – mówi 20-letnia Magdalena Okwiet, mama Daniela.
Chłopczyk w chwili narodzin ważył zaledwie 2 kg i miał 47 cm wzrostu. Na szczęście nie wymaga opieki medycznej i pierwsze godziny życia spędza przy matczynym boku.
Mąż pani Magdaleny przeczekał cały poród w szpitalu. Wyszedł dopiero około 3 na ranem, kiedy dowiedział się, że wszystko jest w porządku i kiedy zobaczył na własne oczy maleńkiego Danielka. Wnuczka widział już także ojciec pani Magdaleny.
Daniel spędza na razie większość czasu na rozkosznych drzemkach. Budzi się tylko co parę godzin, żeby skosztować matczynego mleka i znowu zasypia.
Kiedy oboje z mamą wyjdą już ze szpitala, Danielek zamieszka w pokoiku rodziców, którzy na razie mieszkają jeszcze z teściami. ? mp

RACIBÓRZ, GODZINA 4.10: Aleksandra, nasze szczęście
Katarzyna i Krzysztof Znachowscy wiedzieli, że na początku stycznia urodzi im się dziewczynka, więc już dawno zdecydowali, że będzie miała na imię Aleksandra.
Ola urodziła się kilka minut po czwartej. Poród przebiegł błyskawicznie – w szpitalu mama zameldowała się o pierwszej w nocy, a już trzy godziny później Krzysztof cieszył się, że po raz pierwszy został ojcem.
- To nasze szczęście waży 3,68 kilograma – mówi Katarzyna Znachowska. – Ola jest bardzo spokojna. Ma to chyba po mężu.
Tata Krzysztof spędził wczoraj w szpitalu większość dnia. Pracuje jako sprzedawca. Jego żona będzie zajmować się wychowaniem malucha. Znachowscy wzięli ślub we wrześniu i od tego czasu ich życie nabrało przyśpieszenia.
- Liczyło się już tylko dziecko. Może za kilka lat postaramy się o rodzeństwo dla Oli – wyjaśnia z uśmiechem Krzysztof. – Na razie nie rób takich dalekich planów – przerywa mu szczęśliwa mama pierwszego raciborzanina urodzonego w 2003 roku.

Autor artykułu: TŚL

Odroczenie za łapówkę

Thursday, January 2nd, 2003

Siedmiu śląskich lekarzy, m.in. z Gliwic, Rybnika i Orzesza, zasiadających w komisjach lekarskich przy Wojskowych Komendach Uzupełnień znajduje się na liście osób podejrzewanych o wystawianie poborowym fikcyjnych zaświadczeń o złym stanie zdrowia – dowiedziała się “Trybuna Śląska”. Z usług lekarzy skorzystało 51 młodych mężczyzn.

Nie mogą spać spokojnie
- Do tej pory oficjalny zarzut postawiliśmy jednemu lekarzowi, przewodniczącemu Rejonowej Komisji Lekarskiej nr 1 w Rybniku. Pozostali jednak nie mogą spać spokojnie, bo czynności przeciwko nim podejmiemy w najbliższym czasie – potwierdza prokurator Bernadetta Breisa, prokurator rejonowy w Rybniku, gdzie od ponad roku toczy się śledztwo w tej bulwersującej sprawie.

Ze względu na dobro dalszego postępowania, prokuratura odmawia podania nawet inicjałów imienia i nazwiska podejrzanego lekarza z Rybnika. Zarzucono mu dwukrotne przyjęcie łapówek w wysokości 1200 zł i 1500 zł w gotówce. Prokuratura nie ujawnia jednostek, w których pracują pozostałe osoby objęte śledztwem.

- Jeden z poborowych zeznał, że lekarz sam mu zaproponował tyle pieniędzy za uniknięcie służby wojskowej – uzupełnia prokurator Breisa. Za przyjęcie korzyści materialnej grozi maksymalnie do 10 lat więzienia.

Z lekarskiej pomocy w uniknięciu służby wojskowej skorzystało 51 poborowych – głównie z Czerwonki-Leszczyn, Stanowic, Bełku i Szczejkowic.

Ojciec i syn
Z dotychczasowych ustaleń wynika, że proceder kwitł od 1995 roku. Za wszystkim stał pośrednik – Zenon P., były pracownik kopalni “Dębieńsko” i miejscowego klubu sportowego. W pracy zajmował się m. in. sprawami odroczeń z wojska górników i zawodników, więc wyrobił sobie znakomite kontakty w środowisku lekarskim – m. in. w Szpitalu Wojskowym w Gliwicach.

- Stamtąd zdobywał niezbędną dokumentację, która pozwalała poborowym uzyskiwać kategorie B, D, a nawet E – mówi jeden z policjantów.
We wrześniu 1996 roku Zenon P. zmarł, a “interes” po nim przejął jego syn Leszek. Za swoje usługi brał od poborowych od 800 do nawet 5 tys. zł. Średnio za uzyskanie odroczenia trzeba było zapłacić 2-3 tys. zł. Później pośrednik dzielił się “utargiem” z lekarzami. Dzięki nim poborowi “cierpieli” na ciężkie schorzenia urologiczne i ortopedyczne.

- Tworzono dokumentację z chorobą nerek. Preparowano urazy kręgosłupów, wszelakie skoliozy i podobne niedomagania – wyjaśnia Breisa.

Autor artykułu: Jacek Bombor