Archive for February, 2003

Bomba za płotem

Friday, February 28th, 2003

Mam migotanie przedsionka serca. Browar kiedyś mnie zabije. W nocy jak usłyszę minimalne syczenie, od razu zrywam się na równe nogi – opowiada Karol Stankowski, który przez płot sąsiaduje z żywieckim browarem.

Po wycieku amoniaku w tyskim Browarze Książęcym 5 lutego, na mieszkańców osiedla domków jednorodzinnych Zgoda w Żywcu padł blady strach. – Tam było 500 metrów od najbliższych ludzkich zabudowań, u nas jest 50, nawet nie zdąży się rozcieńczyć w powietrzu, zanim do nas dojdzie – mówią z przerażeniem.

Osiedle Zgoda to kilkadziesiąt budynków z tyłu browaru, na peryferiach Żywca. Tutejsi mieszkańcy z rozrzewnieniem wspominają czasy, kiedy browar był niezbyt dużym zakładem i jego sąsiedztwo w ogóle nie było uciążliwe. – Co z tego, że browar stał obok domu, kiedy w oddali miałem widok na górę Grojec, a z okien mogłem oglądać wschód słońca – opowiada Adam Czarnota.

Od momentu wejścia zagranicznego inwestora browar zaczął się dynamicznie rozwijać i dziś grupa Żywiec S. A. jest największa w swojej branży w Polsce. Wielkie jak kominy budynki fermentowni zaczęły stopniowo przesłaniać mieszkańcom Zgody i Grojec, i słońce. – Słyszeliśmy, że w środku jest 240 ton amoniaku – mówi Stanisław Bednarz. Niedawno browar rozpoczął budowę następnych tankofermentatorów. Te mają być chłodzone glikolem. Ale jak pokazał wtorkowy wypadek w Bydgoszczy, to także nie jest bezpieczna substancja. W tamtejszych zakładach chemicznych dwóch pracowników zasłabło w zbiorniku z resztkami glikolu.
Mieszkańcy Zgody twierdzą, że browar rozpoczął stawianie fermentatorów nie mając pozwolenia na budowę. – Mam na kamerze nakręcone, jak podjeżdżają tam ciężarówki i rusza budowa – mówi Karol Stankowski. – To nieprawdziwy zarzut. Mamy dokumenty nadzoru budowlanego potwierdzające, że przed 4 lutego, czyli uprawomocnieniem się decyzji burmistrza Żywca o wydaniu pozwolenia na budowę, nic na terenie browaru nie budowaliśmy, a do prac przygotowawczych i porządkowych mamy prawo – wyjaśnia Krzysztof Rut, rzecznik prasowy grupy Żywiec S. A.

W browarze twierdzą też, że urządzenia fermentowni są bezpieczne. – Wszystkie spełniają ostre normy europejskie, tylko dzęki temu uzyskaliśmy certyfikat HACPP uprawniający nas do sprzedaży na terenie Unii Europejskiej – mówi Rut.
Strach o własne życie to nie jedyny kłopot, jaki mają sąsiedzi browaru. Okazuje się, że wraz z rozwojem lokalnego potentata, wartość ich domów i działek spadła na łeb na szyję. – Kilka lat temu miałem kupca na mój dom, emerytowanego górnika z Sosnowca. Ostatnio odwiedził mnie znowu, ale gdy zobaczył, jak to teraz wygląda, powiedział, że teraz ja bym musiał mu dopłacić, żeby on tu zamieszkał – opowiada Stankowski.

Ludzie skarżą się także na hałas i spaliny ciężarówek wjeżdżających na teren budowy, smród, jaki nieraz roztacza się po okolicy oraz niemiłosierne trzaski olbrzymich połaci blachy, którymi obudowane są fermantatory. Po zmroku, kiedy blacha się kurczy pod wpływem chłodu, huk niesie się po okolicy niczym z baterii dział.

Mimo deklaracji, browar nie prowadzi rozmów z mieszkańcami na temat polepszenia warunków, w jakich przyszło im żyć lub wypłaty odszkodowań.

Antoni Szlagor, burmistrz Żywca:
Browar to jeden z najważniejszych pracodawców w mieście, ale chciałem uszanować wolę mieszkańców. Dlatego w sprawie wydania browarowi pozwolenia na budowę zorganizowałem rozprawę administracyjną, w której uczestniczyli mieszkańcy Zgody i przedstawiciele browaru. Wszystkie dokumenty przedstawione przez Żywiec S. A. były w porządku, ale mimo to prosiłem ich o uwzględnienie czynnika ludzkiego i załatwienie polubownie sprawy z mieszkańcami. Obiecali, że poszukają optymalnego rozwiązania tej sytuacji.

Autor artykułu: Krzysztof Bąk

Test Czarka

Friday, February 28th, 2003

Czarek trafił na komisariat i za nic nie mógł sobie przypomnieć, gdzie mieszka ani jak się nazywa. I trzeba przyznać, że tej wersji trzymałby się do końca, gdyby nie pech, zwykły pech. Pokazali go w telewizji. Przyjechała miła pani z kamerą i już dla Czarka nie było ratunku. Został rozpoznany właśnie jako Czarek z Wodnej.

Dowody rzeczowe w sprawie Czarka to brudna zielona piżamka frotte z naszytym misiem oraz solidne półbuty rozmiar 24 z ekologicznej skóry, przechowywane przez panie z domu dziecka w foliowej torbie.

Właśnie tyle wszystkiego miał na sobie, kiedy wyruszył z ciasnego mieszkania przy ulicy Wodnej w Katowicach w świat. Dokładnie w poniedziałek 17 lutego. Jego wielka podróż skończyła się nagle na ulicy Warszawskiej 28 w sklepie spożywczym. Pewnie zaszedłby dalej, chociaż ma tylko 80 centymetrów wzrostu i całe cztery lata, ale wydała go ta piżamka.

Plan ostatecznie załamał się, gdy wezwano policję. Po dwóch dniach, kiedy już w domu dziecka Czarek przekonał się, że najbardziej podoba mu się wielki plastikowy samochód, odezwała się babcia. Zadzwoniła, zapytała jak się wnuczek czuje i obiecała przyjechać. Nie przyjechała. Rodzice, gdy tylko trochę wytrzeźwieli, zobaczyli wprawdzie, że Czarka brakuje, ale ostatecznie dali sobie z szukaniem spokój. A jak już się znalazł, to już zupełnie stracili powód, żeby coś zrobić. Teraz czekają na postanowienie sądu.

Bo zanim Czarek “wziął i sobie poszedł” pili trzy dni i trzy noce. Jak napisano w policyjnej notatce “z powodu biedy i bezrobocia”. (Tak na prosty rozum biorąc, niby z jakiego innego powodu mieli pić? Jak się na miesiąc ma 500 złotych i trójkę dzieciaków to jakoś trudno nie pić. Nie tylko zresztą na Wodnej.)

Żal do losu mamusi przeliczony na promile wyniósł 2,04, a tatusia 1,82. Można więc powiedzieć, że był umiarkowany.
Skąpe, ale rzeczowe zeznania Czarka na komisariacie (jak mu dali jeść to postanowił coś powiedzieć) były prawdziwe. Mały stwierdził, że mama śpi i rzeczywiście, kiedy ostatni raz obejrzał się za siebie miała zamknięte oczy i chrapała.

I tak miał szczęście

Czarek w domu dziecka w Mysłowicach jest nowy, ale absolutnie nie można powiedzieć, że trafił tu wskutek jakichś wyjątkowych okoliczności. Wręcz przeciwnie.

Na przykład mamusia Krzysia była jeszcze gorsza od jego mamusi. Schowała nowo narodzoną siostrzyczkę Krzysia do nieczynnej lodówki i potem nawet sekcja zwłok nie wykazała jak dziecko umarło. Samo, czy z pomocą tej mamusi. Zresztą to nie wszystko. Jak tatuś Krzysia wyłączył prąd, to Krzysiowi ubranie nie wyschło i musiał iść do przedszkola w mokrym. Ze spodni kapała mu woda, ale się nie buntował, bo wiedział, że mamusi denerwować nie wolno.

I niech się też Czarek cieszy, że nie musiał jak Radu, sześcioletni Rumun łykać psychotropów. Jego to mamusia przywiązywała do inwalidzkiego wózka i stawiała na osiem godzin przed supermarketem w Raciborzu. Wcześniej aplikowała relanium, żeby sprawiał wrażenie bardziej chorego. Podczas jednej z pracowitych dniówek Radu zauważyła pani sędzia, która w sklepie robiła właśnie zakupy.

Jak już trafił do Mysłowic, to trzeba go było najpierw poodwiązywać i wyprostować. (Nogi musiał mieć tak skulone, żeby wyglądało jakby ich nie miał wcale.)

Czarek może jeszcze z jednego powodu mówić o szczęściu. Mama nie przypalała go papierosem jak płakał i nie biła sprzączką od paska, a Szymek coś o tym wie i może nawet pokazać ślady. Nie było też jak u Karoliny, której wszyscy bracia i siostry, w sumie sześcioro, mówili do siebie po nazwisku, bo każdy miał innego tatusia. No i jego tata nie pił z nim wódki, jak to zdarzyło się nieraz pięcioletniej Beatce.

Serce pęknie i się poskłada

Krystyna Wolwiak jest dyrektorką domu dziecka 24 godziny na dobę. I naprawdę coś może powiedzieć o szczęściu Czarka. Ona z takich historii ułożyłaby bez specjalnego wysiłku scenariusz wzruszającej telenoweli, ale to jest tylko życie.

W każdej chwili ktoś może zadzwonić do bramy i kolejne łóżeczko znajdzie lokatora, a kolejny pluszowy zajączek nowego właściciela. I znów będzie gotowa opowieść, a zanim dobiegnie do końca, serce pęknie kilka razy, a potem się poskłada.

Jak już dzieci okrzepną i są na tyle pewne, żeby mówić, proszą “ciociu, znajdź mi nową mamę i nowego tatę”. Dla nich mama i tata to ludzie do wynajęcia. – No i szukamy – mówi pani Krystyna. Ubiegły rok był niezły. 17 dzieci zostało adoptowanych. 16 wróciło do własnych domów bez żadnej gwarancji na jak długo. W tych historiach zwykle nie ma happy endów.

W domu dziecka uczą się, do czego służy łyżka i że łazanki są jak najbardziej jadalne. No, weźmy np. opowieść o kanapce, o zwykłym chlebie z masłem i szynką oraz pomidorem. Tu dzieci patrzą na kanapki nieufnie. Zrzucą pomidora, zdejmą szynkę i zeskrobią masło. Wtedy chleb się nadaje do zjedzenia. Niektórzy po raz pierwszy w domu dziecka spróbowali jak smakuje rosół.

Klaudia, rozłożona na kocyku w pokoju maluchów nie widzi. Po Sandrze deptał konkubent matki i zgruchotał jej kości.

No i wreszcie jest czysty

Czarek w tym wszystkim wychodzi więc właściwie na swoje. Jest zdrowy, ładny i niespecjalnie przyzwyczajony do poprzedniego adresu.

Przekłada właśnie sznurek z dziurki do dziurki – to takie ćwiczenie zręcznościowe – i trzeba przyznać, że nieźle sobie radzi. Bystry jest ten Czarek. Układa klocki, rozbija się plastikowym volkswagenem i do wszystkich, kogo spotka na swojej drodze, woła mamo i tato, jakby sprawdzał, kto wreszcie zareaguje.

To taki “Specjalny Test Czarka”. Jak ktoś wreszcie odpowie, to znaczy, że Czarek znalazł to czego szukał. A jak nie znajdzie? Trudno. Ganiać po świetlicy też jest przyjemnie. Po pierwsze nigdy nie braknie chleba, który dla Czarka mógłby być codziennie na śniadanie, obiad i kolację. A po drugie jest wreszcie czysty. Jak już mu zdjęli tę piżamkę, to musieli go wyszorować. Głowę myli mu i myli, a przed wejściem do wanny bronił się jak psiak.

PS. Imiona niektórych dzieci zostały zmienione.

Autor artykułu: Agata Pustułka

Posłani po śmierć

Wednesday, February 26th, 2003

- Dyrekcja kopalni posłała ludzi na śmierć. Wiele nie brakowało, a zginęliby tam. Nie możemy pozwolić, aby dyrekcja robiła co chce i nie ponosiła za to żadnych konsekwencji – powiedział nam szef związku “Sierpień 80″ w kopalni “Bielszowice” Dariusz Forma.

- W poniedziałek rano kierownictwo zwołało zebranie wszystkich związków zawodowych, na którym poinformowano nas o niedzielnym wypadku. Jednocześnie zakazano nam o nim mówić. Tłumaczono, że to dla dobra kopalni. W piątek urząd górniczy kazał przerwać fedrowanie na tej ścianie, mieliśmy tylko poszerzyć chodnik. Gdyby zastosowano się do tego polecenia i wstrzymano wydobycie, nie doszłoby ani do niedzielnego wypadku, ani poniedziałkowego – dodał.

Wypadek, który miał miejsce w nocy z soboty na niedzielę, nie został zgłoszony do urzędu górniczego. W poniedziałek doszło do katastrofy. Poszkodowanych zostało 31 górników, 13 jest ciężko poparzonych. Wczoraj metan wybuchł w tym samym miejscu po raz trzeci.

Sztab akcji ratowniczej w kopalni “Bielszowice” podjął wczoraj ok. 16 decyzję o wstrzymaniu wydobycia. Z dołu kopalni wycofano wszystkich 550 pracowników. Po 19 wycofano ratowników.

Około 15 w miejscu, gdzie w poniedziałek metan poparzył 16 górników, ten sam gaz zapalił się po raz trzeci. To pierwsze w historii górnictwa takie wydarzenie.

Odpowie dyrekcja
To dyrekcja kopalni “Bielszowice” jest odpowiedzialna za poniedziałkowy wypadek, w wyniku którego 16 górników zostało ciężko poparzonych metanem – twierdzi zarząd Kompanii Węglowej. Dyrekcja zlekceważyła zagrożenie, mimo iż w niedzielę nad ranem w tym samym miejscu metan zapalił się po raz pierwszy. Tę wersję potwierdził nam wczoraj jeden z trzech górników, który w niedzielę z dwoma kolegami przekopywał chodnik. Ma poparzenia 20 proc. ciała, leży w siemianowickiej oparzeniówce. Był zszokowany, kiedy dowiedział się, że dyrekcja utrzymuje, że poparzyło go gorące powietrze.

To nie woda, to metan
Jeszcze wczoraj dyrekcja kopalni “Bielszowice” utrzymywała, że górnik trafił do siemianowickiego Centrum Leczenia Oparzeń w niedzielę, bo poparzyła go gorąca woda, później, że gorące powietrze. Rozmawialiśmy z nim. Ma poparzone ręce, klatkę piersiową, głowę i twarz. Jego stan lekarze określają jako średniociężki. Wczoraj od rana był przesłuchiwany – przez inspektorów bhp z kopalni, Wyższego Urzędu Górniczego i prokuratorów. Na dole pracuje 15 lat, zostało mu trzy lata do emerytury. – Na kopalnię już nie wrócę – mówi. Nie szuka winnych. – Prokuratura wskaże – ucina. Koledzy, którzy przyszli go odwiedzić, mówią wprost: – Kłamią, żeby uratować własne skóry. Pora zacząć mówić prawdę, bo to się nigdy nie skończy. Myślicie, że oni myślą o naszym życiu? Przecież za bramą stoją inni, chętni do pracy.

W niedzielę o 3.50 w rejonie feralnej ściany zanotowano przekroczenie dopuszczalnej zawartości tlenku węgla w powietrzu. Oznaczało to wzmożone zagrożenie pożarowe, mimo to wpuszczono tam górników. Kilka minut później doszło do zapalenia się metanu. Wyższy Urząd Górniczy przyznał wczoraj, że kopalnia ukryła to przed Okręgowym Urzędem Górniczym w Gliwicach. Dlaczego? Bano się odpowiedzialności oraz tego, że ściana zostanie zamknięta. – A ta ściana utrzymuje całą kopalnię i pracę kilku tysięcy ludzi – stwierdzają górnicy.

Ryzykują życiem
Mimo wysokiego zagrożenia metanowego i zakazu Okręgowego Urzędu Górniczego, dzień później nadzór wysyła tam kolejną zmianę. – Nikt nam nie powiedział ani o wypadku, ani o tym, że jest tu zagrożenie metanowe – przyznał wczoraj Wiesław Rekowski, 43-letni ślusarz z “Bielszowic”, leżący z potłuczonymi nogami w Szpitalu Specjalistycznym w Bytomiu. W poniedziałek ok. 50 górników pracowało w chodniku 840 metrów pod ziemią. Ok. 12.20 zapalił się metan. Wiesław Rekowski pracował wraz z trzema kolegami przy skręcaniu rur, ok. 200 metrów od epicentrum, przy wylocie. Gorący podmuch wyrwał go w górę na wysokość 5-7 metrów. Spadł na nogi. – Koledzy wynieśli mnie na noszach, ale kiedy okazało się, że są gorzej poszkodowani, doczołgałem się na górę sam – opowiadał nam wczoraj. Twierdzi, że był przy nich sztygar zmianowy. Czy wiedział o zagrożeniu metanowym? Górników na pewno nie poinformował.

Proszą o spokój
W Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach leży 13 górników. Trzech z nich ma poparzone drogi oddechowe, skórę twarzy, rąk, klatki piersiowej do głębokości 65 proc. Większość jest w stanie ciężkim. To oni, jako jedyni, mogli powiedzieć wczoraj, czy wiedzieli o niedzielnym wypadku, o tak wysokim zagrożeniu metanowym. Większość nie chciała rozmawiać. Przy łóżkach szlochały żony, dzieci, rodzice poszkodowanych górników. – Potrzebują ciszy, spokoju – prosił dziennikarzy o wstrzemięźliwość dyrektor Centrum Krzysztof Wysota. – W tej chwili są na granicy wychodzenia ze wstrząsu.

Pójdzie góra?
Koledzy poszkodowanych górników na korytarzu nie ukrywali złości. – Niech czapa odpowie za życie tych ludzi, niech w końcu wszyscy dowiedzą się prawdy – mruczeli.
Wiesław Rekowski ma swoje zdanie: – Pójdzie góra. Jak nic.
Wczoraj późnym wieczorem zapadła decyzja o wznowieniu produkcji w części kopalni.

DYREKCJA UKRYŁA
Z oświadczenia Zarządu Kompanii Węglowej SA
Każdy wypadek w górnictwie niesie smutek, ale jednocześnie stawia pytania o odpowiedzialność, która musi być surowo egzekwowana. Szczególnie tam, gdzie szaleje żywioł i odpowiedź na wiele pytań nie jest prosta – problem bezpieczeństwa pracy jest najważniejszy, bo dotyczy zdrowia i ludzkiego życia.
Dochodzenie, dotyczące wypadku w kopalni “Bielszowice”, ujawnia dalsze jego okoliczności. Dziś wiadomo, że już 23 lutego, w niedzielę, br. o godzinie 3.55 w kopalni “Bielszowice” w ścianie 837, na skutek wstrząsu górotworu i gwałtownego wypływu gazów, został poszkodowany górnik.
Dyrekcja kopalni wbrew Zarządzeniu Prezesa Zarządu Kompanii Węglowej SA z dnia 1 lutego br. w sprawie bezpieczeństwa ruchu zakładów górniczych, nie powiadomiła o tym fakcie, ani Okręgowego Urzędu Górniczego, ani kierownictwa Kompanii Węglowej SA. Nastąpiło ewidentne złamanie zasad pragmatyki służbowej i niedopełnienie obowiązków.
Zarząd Kompanii Węglowej uważa, że nie może tak być, aby jakiekolwiek zdarzenia mogące zagrozić zdrowiu i życiu pracowników, zostały przemilczane lub lekceważone.
Dyrekcja KWK “Bielszowice” nie wyciągnęła z tego wydarzenia wniosków. 24 lutego, w poniedziałek, o godzinie 12.30 nastąpiło kolejne zapalenie się metanu. Tym razem poszkodowanych zostało 31 górników, w tym 13 ciężko poparzonych. (…)

BĘDĄ PIENIĄDZE
Śląski Urząd Wojewódzki zapowiada, że udzieli pomocy finansowej ofiarom wypadku i ich rodzinom. – Mamy listę rannych, skontaktowaliśmy się już z działem socjalnym kopalni “Bielszowice”. Pieniądze będą przekazywane za pośrednictwem Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Na razie jest jeszcze za wcześnie, by mówić o konkretnych kwotach – zastrzega Krzysztof Mejer, rzecznik prasowy wojewody śląskiego.
ic

Autor artykułu: Izabela Jarosz

Mecze Odry Wodzisław bez kibiców?

Tuesday, February 25th, 2003

Zanosi się na to, że pierwszy mecz w rundzie wiosennej piłkarze Odry Wodzisław rozegrają bez udziału publiczności. W miniony piątek odbyła się policyjna lustracja obiektu przy ulicy Bogumińskiej, w której trakcie stwierdzono wiele uchybień. Co to oznacza? Wodzisławski klub może nie otrzymać zgody na organizowanie imprez masowych i mecz z Widzewem odbędzie się bez kibiców.

Od kilku miesięcy na stadionie Odry trwają prace przy instalacji masztów oświetleniowych. Mroźna aura utrudnia roboty. “Na stadionie są cztery głębokie wykopy, w których znajdują się częściowo zabetonowane podstawy wież, a obok usypane są pryzmy ziemi i gruzu” – czytamy w informacji sporządzonej dla mediów przez specjalną komisję nadzoru nas spełnieniem warunków bezpieczeństwa.

- Ziemia jest zmrożona i nie można jej wrzucić do wykopów ani usunąć – broni klubu wiceprezes Odry, Hubert Mołdrzyk. – Inwestor zapewnia, że do 5 marca, a więc trzy dni przed meczem, nie będzie śladu po wykopach. Komisji oceniającej stan bezpieczeństwa naszego stadionu jednak to nie interesowało.

Dalej w informacji komisji czytamy, że “z powodu beztroski i nieśledzenia obowiązków uregulowań prawnych klub został “zaskoczony” przez wejście w życie 2 stycznia 2003 roku Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 2 lipca 2002 r w sprawie wymogów, jakie powinny spełniać służby porządkowe organizatora imprezy masowej w zakresie wyszkolenia i wyposażenia oraz szczególnych warunków i sposobów ich działania. Przepisy te nakładają na organizatora obowiązek posiadania przeszkolonej w sposób szczególny służby porządkowej. Należy dodać, że problem ten sygnalizowany był przez przedstawicieli tut. Komendy Powiatowej Policji już w sierpniu, a w październiku wpisany został jako zalecenie pokontrolne do protokołu lustracji”.

- Skorzystaliśmy z oferty Centrum Szkolenia i Adaptacji Zawodowej w Bytomiu, która za sumę 11.500 złotych przeszkoli nam 100 osób – dodaje wiceprezes Mołdrzyk. – Zajęcia już trwają i egzamin końcowy odbędzie się 4 marca. Komisja również tego nie uwzględniła. Mamy pozytywne opinie Straży Pożarnej, Sanepidu i pogotowia ratunkowego.
Mimo tego, podobno jest już przygotowana negatywna opinia do wydania zezwolenia na rozgrywanie ligowych spotkań na stadionie Odry. Tak przynajmniej zapewnia Andrzej Jaworski z sekcji prewencji KP w Wodzisławiu.

- Do klubu jeszcze nie dotarły żadne pisma – wyjaśnia Mołdrzyk. – Uprzedziłem prezydenta, że możemy zwrócić się w ostatniej chwili o wydanie zezwolenia, ale liczymy się również z tym, że mecz z Widzewem odbędzie się bez publiczności.

Wiceprezes Mołdrzyk dodał, że nie ma w tym złośliwości żadnej strony.

- Nie doszukiwałbym się w tym wszystkim również gier politycznych – uważa. – Robimy wszystko, aby nasi kibice oglądnęli wszystkie spotkania.

W klubie nie robią na razie z tego tragedii, uważając, że wszystko zakończy się po ich myśli. Instalacja świateł, które są jednym z warunków uzyskania licencji, nie będzie chyba kością niezgody. Klubowi działacze uważają, że od połowy rundy wiosennej mecze w Wodzisławiu będzie można oglądać przy sztucznym oświetleniu. I oczywiście przy pełnych trybunach.

Inni są gotowi

Piotr Dziurowicz, prezes Dospela Katowice

Złożyliśmy w Wydziale Kultury i Sportu Urzędu Miejskiego
w Chorzowie wniosek o pozwolenie na organizację imprez masowych. Na naszym stadionie odbyła się lustracja przedstawicieli policji i Urzędu Miejskiego, nie powinniśmy mieć problemów. W ostatnim czasie wykonaliśmy prace, które poprawiły bezpieczeństwo na stadionie. Uzupełniliśmy monitoring, wzmocniliśmy ogrodzenie i załataliśmy
dziury w płocie.

Jerzy Frenkiel, dyrektor Garbarni Szczakowianki

Stadion przy ul. Krakowskiej, na którym rozgrywaliśmy swoje mecze jesienią, jest już po lustracji straży pożarnej oraz policji wojewódzkiej i miejskiej. Żadna ze służb nie miała zastrzeżeń i teraz czekamy na podpis prezydenta miasta pod zgodą na organizację imprez masowych. Powinna to być formalność.

Leszek Brzeziński, kierownik ds. bezpieczeństwa Górnika Zabrze

Zgodę otrzymaliśmy już od straży miejskiej, pożarnej, sanepidu. Zastrzeżenia miała jedynie policja. Po ich pierwszej kontroli musieliśmy usunąć nieco skruszonego gruzu z trzech sektorów. Zgodnie z ich zaleceniami gruz uprzątnięto i przy kolejnej inspekcji nie mieli już zastrzeżeń. Teraz czekamy na oficjalne pismo z policji i całość dokumentów musimy dać do podpisania prezydentowi miasta.

Jacek Blok, sekretarz Ruchu Chorzów

W naszym klubie komisja dokonująca przedsezonowej lustracji pojawiła się w miniony czwartek. Oprócz drobnych zaleceń, do których stosujemy się na bieżąco, nie pojawiły się żadne przeciwwskazania, by ligowe mecze rozgrywać na naszym stadionie. W pełnym zatem spokoju szykujemy się do sezonu.

Autor artykułu: Leszek Jaźwiecki

Tytuł wrócił do Gliwic

Tuesday, February 25th, 2003

Wydarzeniem 17. kolejki polskiej ligi halowej było spotkanie lidera PA Novej Gliwice z Baustalem Kraków.
Gliwiczanie po zwycięstwie 8:5 praktycznie mogą już przyjmować gratulacje za zdobycie 4 tytułu mistrza Polski.

- Do zakończenia rywalizacji pozostały jeszcze trzy kolejki – mówi trener Novej, Roman Sowiński. – Mamy sześć punktów przewagi nad pauzującym w ostatniej kolejce obrońcą mistrzowskiej korony Cleareksem Chorzów i Baustalem. Za tydzień gramy z beniaminkiem Timemasterem i wystarczy nam w tym spotkaniu remis.

Baustal miał jeszcze cień szansy na tytuł, ale musiał wygrać mecz z gliwiczanami. Obie drużyny miały kilka dogodnych sytuacji, ale pierwsza bramka padła dopiero w 10 min. Jacek Paszko pokonał bramkarza gości i Nova objęła prowadzenie.

Lider po przerwie prowadził już 5:0. – Przyszedł moment rozprężenia i goście doprowadzili do stanu 5:4 – mówi trener Novej. – Na szczęście ostatnie słowo należało do mojej drużyny. Nie wypuścimy okazji z rąk.

Wyniki: VVV Irex Sosnowiec – TPC Komputery Legnica 5:4 (1:2), Cuprum Polkowice – Jango Gliwice 1:5 (0:2), Skała Inter Tychy ? Rekord Bielsko Biała 4:3 (2:0), PA Nova Gliwice – Baustal Kraków 8:5 (2:0), pauzowały Timemaster Siemianowice i Clearex Chorzów

1. PA Nova 17 45 99-60
2. Clearex 16 39 122-42
3. Baustal 17 39 121-69
4. Jango 15 28 41-44
5. Rekord 15 18 59-66
6. Cuprum 15 17 57-73
7. Komputery 15 11 54-80
8. Timemaster 16 10 53-95
9. Irex 16 10 54-101
10. Skała 15 9 52-82

W klasyfikacji strzelców prowadzi Robert Dąbrowski z Baustalu – 34 bramki.

Autor artykułu: l.laź.

Kryzys siatkarzy Galaksji trwa

Wednesday, February 19th, 2003

W tym roku siatkarze Galaksji Kaffe Pamapol AZS Częstochowa wygrali zaledwie jedno spotkanie. Nie odnieśli sukcesów w Lidze Mistrzów, odpadając po meczach grupowych, nie udało im się wywalczyć Pucharu Polski. Oddala się mistrzostwo Polski. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku prowadząca Galaksja miała kilka punktów przewagi nad rywalami, teraz jest na trzeciej pozycji. Na zawodników posypały się kary finansowe, a od dwóch spotkań zespół prowadzi nowy trener Edward Skorek. Nie przyniosło to jednak efektów i drużyna dalej przegrywa.

- Trapią nas kontuzje, choroby – mówi Skorek. – W kadrze jest 12 zawodników, ale gra opiera się na 7-8 i jeśli któryś z nich “wypadnie” rodzą się problemy.

Najpierw odpadł Damian Dacewicz, podejrzewano kontuzję ścięgna Achillesa, ale pod dokładnym badaniu wyszło zapalenie stawu skokowego. Lekarze zalecili dwutygodniową przerwę. W ostatnim meczu z Gwardią kostkę skręcił Krzysztof Gierczyński.

- Mam nadzieję, że obaj będą już do mojej dyspozycji i zagrają przeciwko KP Polska Energia – dodaje trener Galaksji. – Jakub Oczko jest po operacji i mam do dyspozycji tylko jednego rozgrywającego. Andrzej Stelmach wie, że musi cały ciężar gry brać na swoje barki.

Niestety, do gry reprezentacyjnego rozgrywającego można mieć wiele zastrzeżeń. Szkoda, że nie prezentuje on formy sprzed kilku miesięcy. Zresztą większość zawodników zatraciła formę z początku sezonu. Kontuzja Dacewicza zmusiła trenera do przesunięcia na środek bloku Grzegorza Szymańskiego.

- Już wcześniej testowaliśmy ten wariant – mówi pełniący obecnie funkcję drugiego trenera Stanisław Gościniak.

Zawodnicy z Częstochowy mają żal o nałożone na nich kary finansowe. Podobny manewr zastosowali przecież działacze Mostostalu Kędzierzyn. Efekt jest taki, że mistrzowie Polski powrócili na fotel lidera tabeli serii A i mają olbrzymie szanse awansować po raz drugi do finału Ligi Mistrzów. Siatkarze Galaksji mieli okazję odegrać te pieniądze, wystarczyło wygrać spotkania z Mostostalem i Skrą Bełchatów. W obu tych spotkaniach częstochowianie zdołali wygrać zaledwie jednego seta! Mimo to jeszcze nic straconego.

- Jeśli zespół wywalczy mistrzostwo Polski, kary zostaną anulowane – wyjaśnia prezes “akademików” Roman Lisowski.

Nie ma co ukrywać, że ostatnie porażki mocno rozbiły zespół. Tak na dobrą sprawę powinien nimi zająć się psychoterapeuta. Słabsza dyspozycja to przecież nie brak umiejętności czy ich zatracenie. Potrzeba im odbudowy mentalnej. Słabsza dyspozycja “siedzi” gdzieś w nich samych, w ich psychice. Siatkarze muszą się odblokować, wówczas ten zespół – o dużych możliwościach – zacznie ponownie wygrywać.

Autor artykułu: Leszek Jaźwiecki

Wysłużone sanitarki wypadkowe odmówiły posłuszeństwa

Wednesday, February 19th, 2003

Od minionego piątku do wypadków drogowych na terenie Rybnika przestały wyjeżdżać duże sanitarki wypadkowe. Obie się zepsuły…

Informację o tym, że od piątku Rybnik pozbawiony jest dwóch jedynych karetek z prawdziwego zdarzenia przekazał nam wczoraj jeden z lekarzy Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3.

- Cały sprzęt specjalistyczny do ratowania życia trzeba było przenieść do starych polonezów. Dobrze, że nie było żadnego poważniejszego wypadku, czy nie daj Boże karambolu. W polonezie nie da się nawet prowadzić reanimacji. Trzeba by było wykonywać ją na mrozie – powiedział lekarz i odłożył słuchawkę.

Sprawdziliśmy. – Nic o tym nie wiem. Skąd ma pan taką informację? – mówił zdziwiony Mariusz Marquardt, dyrektor szpitala i odesłał nas do szefa transportu, Krzysztofa Wyleżycha.

- To prawda. Nie informowaliśmy dyrektora o tym, bo uznaliśmy, że szybko załatwimy tę sprawę w naszym dziale – wyjaśnia po chwili zastanowienia Wyleżych.

Pierwszy ambulans, vw transporter, został odstawiony w piątek do warsztatu, bo miał usterkę zawieszenia. Wczoraj został naprawiony. – Kończy się termin ostatniego przeglądu technicznego, więc musieliśmy go naprawić – dodaje Wyleżych. Traf chciał, że w tym samym czasie popsuł się drugi wypadkowy furgon, renault master. Wysiadły hamulce. Wczoraj stał w garażu z wymontowanymi przednimi kołami.
Jerzego Straszyńskiego – kierownika pogotowia w szpitalu – nie zdziwiła nagła indolencja obydwu pojazdów:

- To gruchoty. Wraki – mówi wprost. – Vw transporter jest z 1994 roku i przejechał ponad 275 tys. km. Renault jest młodszy, ale ma przebieg ponad 300 tys. km. Jeżdżą 30 razy na dobę. Tylko od początku tego roku były w akcji 1560 razy – wyjaśnia. Zapewnia, że nawet w razie ich awarii rybniczanie mogą się czuć bezpiecznie. Niezastąpione są stare, wysłużone – choć małe – polonezy.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Siostrzany biznes

Wednesday, February 19th, 2003

Prawie 13,5 miliona złotych będzie kosztować remont byłego szpitala, w którym swoją siedzibę będzie mieć rybnicka Szkoła Muzyczna. – Jednak budynek nie należy do miasta, które tylko go dzierżawi – mówi Kazimierz Zięba, radny SLD.
Do budynku o łącznej powierzchni 4 tys. mkw. u zbiegu ulic Powstańców Śląskich i Byłych Więźniów Politycznych w Rybniku po remoncie ma przeprowadzić się rybnicka Szkoła Muzyczna. Wcześniej, był tutaj szpital, który na dobre wyprowadził się do nowej siedziby w 2000 roku. Wtedy budynkiem, który wrócił w ręce sióstr boromeuszek, zainteresował się urząd miasta. – To jest najlepsze rozwiązanie dla uczniów szkoły muzycznej – przekonuje Józef Cyran, wiceprezydent Rybnika. – W samym centrum, w sąsiedztwie innych szkół. Same zalety.

Zaglądamy w umowę dzierżawy pomiędzy miastem, a zakonem. Wynika z niej, że to miasto pokrywa wszystkie koszty remontu zrujnowanego obiektu, płaci zakonowi miesięczny czynsz (z podatkiem VAT to ok. 5 tys. zł) i pokrywa koszty podatku gruntowego. Umowa została podpisana na 40 lat.
O obowiązkach właściciela budynku, czyli Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia Bożego św. Karola Boromeusza, nie ma tu ani słowa.

Czy interes miasta w umowie został dobrze zabezpieczony? Co będzie, jeśli zakon po kilku latach postanowi zerwać umowę?
- Umowa jest tak skonstruowana, że ani siostry nas nie wyprowadzą w pole, ani my sióstr – zachwala Cyran. – Na przykład jeśli zakon zerwie umowę przed czasem, wypłaci nam taką sumę, jaką włożyliśmy w remont.

Znów zaglądamy do umowy – wynika z niej, że zakon wypłaci miastu tylko część pieniędzy, które zostały wydane na remont.

A czynsz?

- Z czynszem jest tak, że płaci go Ministerstwo Kultury. Jak na razie regularnie, choć wiem że zdarzyły się jakieś poślizgi – mówi Józef Cyran.

Kazimierz Zięba, radny Sojuszu Lewicy Demokratycznej przyznaje, że kiedy po raz pierwszy przeczytał umowę z zakonem, był zszokowany. Podobnie jak inni przeciwnicy inwestycji podkreśla, że miasto nie zapewniło sobie nawet w umowie prawa pierwokupu, nie określiło nawet wartości zrujnowanego obiektu w dniu jego przejęcia.

W tym roku na remont budynku należącego do zakonu boromeuszek miasto wyda ponad cztery miliony złotych. Do zrobienia pozostały tylko prace wykończeniowe i skompletowanie wyposażenia obiektu.

- Moim zdaniem za te pieniądze można było wybudować nową szkołę. Albo wyremontować inny budynek, byleby on należał do miasta – tłumaczy Zięba.

Wiceprezydent Cyran przekonuje, że miasto nie wyrzuciło pieniędzy w błoto. – Tyle utalentowanej młodzieży mamy. Niech oni wreszcie uczą się w dobrych warunkach.
- Ja nie wiem o co w tym chodzi, ale chciałabym się stąd wreszcie wyprowadzić – mówi Romana Kuczera, dyrektorka rybnickiej Szkoły Muzycznej. W placówce uczy się ponad 300 uczniów. Ściany toczy grzyb, ostatnio wysiadła kanalizacja, a lekcje trwają tu od godz. 10 do 22.

Zdaniem władzy

Józef Cyran, wiceprezydent Rybnika:

Jaka będzie przyszłość budynku, na razie nie wiadomo. Być może po 40 latach umowa dzierżawy zostanie przedłużona, a może odkupimy go od zakonu. Nie obawiam się jednak o to, że stracimy na tej transakcji. Powiem więcej ? my wyręczyliśmy państwo, bo to przecież ono ma obowiązek utrzymywania tego typu szkół. Staraliśmy się nawet o dotację na budowę z budżetu centralnego, ale nie uzyskaliśmy jej.

Zdaniem opozycji

Kazimierz Zięba, radny Sojuszu Lewicy Demokratycznej:

Grube miliony z miejskiej kasy idą na coś, co już niedługo
może należeć do kogoś innego. Jest to niezwykle rzadki przykład wielkiej hojności naszego samorządu. Ja sobie
nawet nie przypominam, kiedy o tej sprawie dyskutowaliśmy na radzie miasta. Zarząd sam podjął decyzję o dzierżawie budynku.

Nie ma decyzji

Siostra ekonomka ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia im. św. Karola Boromeusza w Mikołowie:

U nas jest jak w samorządzie, władze się zmieniają. Na dziś nie ma decyzji o sprzedaży budynku, ale za kilka lat może być inaczej. Decyzję podejmą nasi przełożeni.
(Nasza rozmówczyni nie chciała podać swoich personaliów)

Autor artykułu: mak

Przewodniczący “Solidarności” popiera Regionalny Dzień Protestu

Friday, February 14th, 2003

Janusz Śniadek, przewodniczący “Solidarności”, jest oburzony wypowiedziami ministra gospodarki i pracy Jerzego Hausnera, dotyczącymi przygotowywanego na Śląsku protestu. – Te stwierdzenia są szkodliwe. Podważają nasze zaufanie do ministra – podkreślał wczoraj w Katowicach szef związku.

W ubiegły czwartek śląsko-dąbrowska “Solidarność” zapowiedziała zorganizowanie 21 lutego Regionalnego Dnia Protestu. W tym dniu w Warszawie ma się rozpocząć posiedzenie komisji trójstronnej, w którym wezmą udział m. in. przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej oraz przewodniczący “Solidarności”.

Minister Jerzy Hausner uznał akcję śląsko-dąbrowskiej “S” za bezpodstawną. Podkreślał, że z przewodniczącym Śniadkiem potrafi dojść do porozumienia.

- Może się zdarzyć, że w Warszawie ogłosimy, że rozpoczynają się negocjacje, a w Katowicach pan Duda rozpocznie protest. Pytanie, czy w tym momencie będziemy mieli jeszcze śląsko-dąbrowską “Solidarność”, czy jakąś formę nowego AWS-u – mówił w Katowicach 7 lutego minister Hausner. – W regionie śląsko-dąbrowskim jest stale jakaś kolejna próba akcji strajkowej: to na kolei, to w służbie zdrowia, to w górnictwie, to w hutnictwie. Tak się zachowuje związek zawodowy? – pytał.

Janusz Śniadek nie krył wczoraj oburzenia. – To nie “Solidarność” kreuje napięcia na Śląsku. To efekt dramatycznej sytuacji gospodarczej regionu, na którą ludzie reagują tak, jak potrafią. Cały związek będzie się w dniu protestu solidaryzować z regionem śląsko-dąbrowskim – podkreślał przewodniczący. Nie zdradził, czy możliwa jest akcja ogólnopolska. – Nie chcę w tej chwili straszyć takimi czy innymi kataklizmami – przekonywał.

Tymczasem, jak zapewnia szef śląsko-dąbrowskiej “S” Piotr Duda, w województwie cały czas trwają przygotowania do Regionalnego Dnia Protestu. – Szczegóły będą ustalane do ostatniej chwili. Ze względu na skuteczność akcji nie możemy ich na razie zdradzać. Nie wykluczamy pikiet przed urzędami i biurami poselskimi, ale wszystko może się zmienić – podkreślał Duda.

Przyłączenie się do akcji “Solidarności” rozważają inne związki zawodowe. – O planowanym proteście dowiadujemy się z mediów. Trudno nam w tej chwili jednoznacznie powiedzieć, czy się do niego przyłączymy. Jeszcze w tym tygodniu podejmiemy ostateczną decyzję – zapowiada Andrzej Chwiluk, przewodniczący Związku Zawodowego Górników.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Odwołany szef PSL

Friday, February 14th, 2003

Za kompromitujący wynik wyborczy oraz… zimne kaloryfery w siedzibie partii został odwołany z funkcji prezesa PSL w woj. śląskim Adam Stach.

Z liczącego 51 osób zarządu PSL w głosowaniu wzięło udział 40 osób. 26 było przeciwko Stachowi, 13 za utrzymaniem go na stanowisku, jeden głos uznano za nieważny. Pojawiły się wątpliwości, czy wynik głosowania oznacza odwołanie prezesa. Zwolennicy Stacha stwierdzili, że aby był on wiążący, potrzeba 27 głosów przeciw. – Decydujące są stanowisko Rady Naczelnej PSL oraz statut, które mówią wyraźnie, że 26 głosów wystarczy – ocenia jeden z liderów Stronnictwa w regionie, Zygmunt Wilk.

Adwersarze Stacha obwinili go o beznadziejny wynik w wyborach samorządowych. PSL nie ma np. ani jednego radnego wojewódzkiego. Ważne okazały się też sprawy organizacyjne. Otóż siedziba PSL, piękna willa przy ul. Zajączka w Katowicach, nie jest ogrzewana i nie mogło się w niej odbyć posiedzenie zarządu. Ludowcy musieli się spotkać w sali konferencyjnej jednej z tyskich restauracji. Posiedzenie było bardzo gorące. Skupiono się na krytyce personalnej polityki partii, która w regionie ma tylko jednego człowieka na eksponowanym stanowisku – wicewojewodę Jerzego Borowca.

Tuż po głosowaniu, posiedzenie zostało przerwane i będzie kontynuowane “w najbliższym czasie”. Podczas drugiej części trzeba wybrać następcę Stacha.

Autor artykułu: aga