W oddanym do użytku w 1998 roku dwupiętrowym budynku, na dziennej zmianie pracuje dziś jeden celnik, który ma do dyspozycji… 30 pomieszczeń i pięć garaży.
- Mieliśmy środki na likwidowanie skutków powodzi – mówi Andrzej Gałażewski, poseł Platformy Obywatelskiej, a wtedy wicewojewoda śląski. – Więc budowaliśmy. Granicę przekracza tutaj codziennie zaledwie pięć tysięcy osób. Szlaban otwiera się tylko dla Czechów i Polaków, jeżdżących samochodami osobowymi. Niektórzy mówią bez ogródek, że najwięcej pracy na tym przejściu ma… sprzątaczka.
- Rozbudowa przejścia była związana z nadziejami na podniesienie jego statusu – wyjaśnia Jarosław Mrozek, kierownik oddziału celnego w Gołkowicach.
- Jestem zdziwiony tym, co pan mówi – stwierdził Gałażewski, były wicewojewoda śląski kiedy powiedzieliśmy mu, jakie są losy tej inwestycji. – To przejście miało służyć nam dziesięć lat.
I wciąż służy. Problem w tym, że wybudowano je na wiwat, a od 1998 roku utrzymanie pustych w większości pomieszczeń, kosztuje podatnika ok. 208 tys. złotych rocznie.
Dożynki z otwarciem
W 1998 roku do Gołkowic przyjechał wojewoda Marek Kempski, jego zastępca Andrzej Gałażewski, byli też goście z Czech. Powód? Dożynki w gminie Godów i otwarcie pięknego przejścia granicznego. Wtedy mówiło się, że już niedługo będą z niego korzystać obywatele wszystkich państw Europy, a granicę będą przekraczać też samochody o wadze do 3,5 tony.
- Czesi byli chętni – mówi poseł Gałażewski, tłumacząc ówczesną decyzję o rozbudowie przejścia.
Dodajmy, że byli też rozsądniejsi – decyzję o rozbudowie podjęto w 1997 roku. W tym roku powódź zniszczyła tereny przygraniczne obu państw. Jednak Polacy pieniądze powodziowe wydali na nowy budynek graniczny, a Czesi na rzeczywistą pomoc dla ofiar kataklizmu.
- Przecież wchodzimy do Unii Europejskiej – przekonuje Czech jadący do Wodzisławia po warzywa. – Tej granicy też nie będzie.
- No wie pan, gdybyśmy myśleli takimi kategoriami, że nic nie warto robić, bo za dziesięć lat coś się zmieni, to nie miałyby sensu żadne działania – twierdzi Andrzej Gałażewski.
Na salonach
Kierownik Jarosław Mrozek w budynku granicznym ma pełen luksus. Prócz swojego gabinetu ma do dyspozycji salę konferencyjną (nie używaną), kilka łazienek, pięć garaży i magazyn. Jest też rampa do kontroli większych samochodów, które przez Gołkowice nie jeżdżą. Celnicy mogą korzystać z pokoi przeszukań, które ze względu na mizerny ruch graniczny są zamknięte na klucz. Jest też nowoczesna sieć komputerowa i telefoniczna, wykorzystana w niewielkim stopniu.
Ale jest też coś, co przyniosło pożytek nie tylko celnikom, ale i gminie – oczyszczalnia ścieków. Ona też została oddana do użytku w 1998 roku.
W sumie Mrozek jako jedyny pracownik granicznego budynku zatrudniony na dziennej zmianie ma do dyspozycji 722 mkw, wybudowanych kosztem 35 milionów złotych.
Czesi w polskiej sieci
Pieniądze na rozbudowę przejścia w Gołkowicach wyłożyła strona Polska, ale z budynku korzystają dziś także czescy celnicy, którzy mają tutaj szatnię. Ich komputery są także podłączone do sieci komputerowej założonej przez Polaków (koszt – 299 tys. zł).
Jednym z warunków podniesienia statusu przejścia była przebudowa drogi po stronie czeskiej, która jest za wąska.
- Droga jest jaka była. Czesi wydali pieniądze na naprawy powodziowe i zrezygnowali z tej inwestycji – mówi Jarosław Mrozek.
Z gminy Godów, na której terenie leży gołkowickie przejście, kilka dni temu wysłali list do marszałka województwa śląskiego. Chcą poparcia w staraniach o podniesienie statusu przejścia, nawet tylko na 1,5 roku, czyli do czasu kiedy zameldujemy się w zjednoczonej Europie.
- Na razie nie ma odpowiedzi – wyjaśnia Józef Pękała, wójt Godowa.
Naiwny Polak, cwany Czech
Krzysztof Mejer, rzecznik prasowy wojewody śląskiego powtarza: – To przejście nie będzie miało podniesionego statusu, bo Czesi nie wywiązali się z umowy o budowie drogi.
Andrzej Gałażewski zapytany, czy Polacy nie wyszli na idiotów, skoro sami zbudowali sąsiadom miejsce pracy, nie otrzymując nic w zamian, odpowiada wprost: – Wyszło na to, że jedni są naiwni, a inni cwani.
Autor artykułu: Maciej Kołodziejczyk