Archive for February, 2003

Ptak chce Gruzina

Thursday, February 13th, 2003

Trener Piotr Mandrysz nie chciał grać sparingów z ŁKS, gdy był trenerem RKS Radomsko, bo bał się o kontuzje swoich zawodników. Teraz jednak dał się namówić i docenił sztuczną nawierzchnię, na jakiej ŁKS przyjmuje rywali, bo przekonał się, że na twardym, nierównym śniegu (takim na przykład jak podczas ostatniego sparingu z GKS Bełchatów) o normalnej grze nie może być mowy, a kontuzję złapać też bardzo łatwo.
Przeniesiono więc środowy sparing do Łodzi, ale mimo doskonałych warunków do grania ani jednym, ani drugim gola nie udało się strzelić. Trener był jednak zadowolony z meczu, znacznie mniej jednak ? Marek Wleciałowski, który w pierwszej połowie opuścił boisko z powodu kontuzji.

Więcej szans miał ŁKS, zwłaszcza przed przerwą. – To normalne – uspokajał Mandrysz – Wczoraj zawodnicy mieli bardzo ciężki trening, więc brak świeżości jest wytłumaczalny. Widać było, że pod względem przygotowania fizycznego oba zespoły są na tym samym etapie przygotowań i II-ligowiec w niczym nie ustępuje zespołowi z ekstraklasy.

Za sprawą Bizackiego i aktywnie włączającego się do gry Łaszy Rechwiaszwilego po przerwie więcej szans na zdobycie bramki miał już Ruch, ale wszystkie strzały zatrzymywał Maciej Samuel, znany w Chorzowie rezerwowy bramkarz, choć wychowanek ŁKS. Swoim byłym kolegom przeszkadzał też grający w obronie ŁKS Piotr Duda.

A propos Gruzina. Pojawiła się plotka, że ponieważ nad Ruchem wisi dług w stosunku do Antoniego Ptaka, być może Rechiaszwili trafi do Piotrcovii. W każdym razie działacze tego klubu pilnie mu się w Łodzi przyglądali.

Ruch grał w składzie: Nowak (46′ Matuszek) – Wiechowski, Masternak, Balul – Krajanowski (46′ Szyndrowski), Jarczyk, Kulawik (46′ Jamróz), Wleciałowski (25′ Malinowski), Molek – Krzęciesa (46′ Bizacki), Suker (60′ Rechwiaszwili).

Autor artykułu: Wojciech Filipiak

Górnicy zapowiadają protest

Tuesday, February 11th, 2003

Pracownicy likwidowanego Zakładu Górniczego Bytom I, którzy poszli na urlopy górnicze i nie otrzymują należnych pieniędzy, zamierzają znów protestować. – Czy w tym kraju trzeba spalić jakiś urząd, żeby dostać pieniądze, które się człowiekowi należą? – pyta górnik Eugeniusz Sznajder.
Górnicy już okupowali Bytomską Spółkę Węglową.

Skończyli okupację, kiedy im obiecano przeniesienie do innych kopalń. – To było możliwe, zanim kopalnie zostały przekazane do Kompanii Węglowej – tłumaczy osoba zorientowana w sprawie.

- Teraz nikt w Bytomiu nie może wykonać żadnego ruchu. ZG Bytom I nie istnieje, brakuje jednak decyzji o zakończeniu likwidacji. Takiej decyzji sąd pewnie nie wyda, bo w kopalni jest ponad 300 zatrudnionych – na urlopach, ale formalnie tam figurują. A bez decyzji sądu ministerstwo nie może przenieść ich do innych kopalń.

Maciej Kapalski z Ministerstwa Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej przekonuje, że protesty na nic się nie zdadzą. – Trzeba szukać rozwiązań prawnych i takie się zapewne znajdą – zapewnia. – Górnicy muszą się uzbroić w cierpliwość, a świadczenia zostaną im wypłacone – dodaje.

Autor artykułu: mu

Ośmiu bandytów od wczoraj za kratkami

Tuesday, February 11th, 2003

Działali w sposób wyjątkowo bezczelny. W biały dzień napadali na filie banków na Śląsku i Zagłębiu. Pracowników terroryzowali bronią, zabierali pieniądze i znikali. Wszystko trwało kilkadziesiąt sekund.

Wczoraj policjanci z Centralnego Biura Śledczego zatrzymali osiem kolejnych osób należących do grupy przestępczej, która dokonała m.in. głośnego napadu na konwój w Sosnowcu w kwietniu ubiegłego roku, w czasie którego zginęło dwóch konwojentów.

- Sprawcy byli wyjątkowo agresywni i bezczelni, bo dokonywali napadów na filie, mimo iż byli poszukiwani za zabójstwo – mówi prok. Leszek Goławski z Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach.

Zatrzymani to koledzy poszukiwanych listami gończymi bandytów. Czterem z nich prokuratura zarzuca, że ukrywali sprawców w swoich domach m.in. w Dąbrowie Górniczej, Będzinie i Szczyrku oraz w hotelach. – Decyzją sądu czwórka zatrzymanych została już tymczasowo aresztowana, natomiast wobec pozostałych zastosowano dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju – mówi asp. Jacek Pytel z zespołu prasowego śląskiej policji. Policjanci nie wykluczają dalszych zatrzymań. W tej sprawie w sumie zatrzymano już 17 osób.

Autor artykułu: ij

Czy katowicki komendant chciał ostrzec prezesa?

Tuesday, February 11th, 2003

Przyjedź do mnie na policję innym samochodem, zrobimy alkomat. Musisz się z tej sprawy wykręcić, bo Rutkowski znów będzie robił ci numery – miał wczoraj powiedzieć komendant miejski policji w Katowicach Mirosław Cygan, dzwoniąc do Jana H., byłego prezesa Międzynarodowych Targów Katowickich. Twierdzi tak Dariusz Janas, były policjant i były rzecznik stołecznej policji, dziś detektyw w biurze Krzysztofa Rutowskiego. Cygan zaprzecza, że pomagał Janowi H. Telefonując nie wiedział, że komórkę byłego prezesa ma teraz nowy szef MTK.

Czy Mirosław Cygan, szef katowickiej policji chciał zatuszować sprawę znajomego? – Przyjedź do mnie na policję innym samochodem, zrobimy alkomat. Musisz się z tej sprawy wykręcić, bo Rutkowski znów będzie robił ci numery
- miał wczoraj powiedzieć komendant miejski policji
w Katowicach Mirosław Cygan, dzwoniąc do Jana H., byłego prezesa Międzynarodowych Targów Katowickich. Twierdzi tak Dariusz Janas, były policjant i były rzecznik stołecznej policji, dziś detektyw w biurze Krzysztofa Rutowskiego. Cygan zaprzecza, że pomagał Janowi H. Telefonując nie wiedział, że komórkę byłego prezesa ma teraz nowy szef MTK.

Były prezes Międzynarodowych Targów Katowickich Jan H. potrącił wczoraj rano samochodem Dariusza Janasa, detektywa z biura Krzysztofa Rutkowskiego. Janas twierdzi, że po tym zdarzeniu szef katowickiej policji ostrzegał Jana H. i chciał całą sprawę złagodzić. – Przypadkiem słyszałem rozmowę telefoniczną, z której wynikało, że ktoś z policji chce ukręcić sprawie łeb – mówi Janas. – Teraz wiem, że dzwonił komendant miejski policji w Katowicach Mirosław Cygan. Już wcześniej słyszałem, że obaj panowie przyjaźnili się.

Dariusz Janas w obecności dziennikarzy rozmawiał przez głośnomówiący telefon z komendantem Cyganem. – Przez dwadzieścia lat byłem policjantem. Jestem zszokowany, że pan ostrzega przestępcę – powiedział zdenerwowany były policjant. Pan źle interpretuje pewne fakty – odpowiedział szef katowickiej policji.

Historia pewnego samochodu

Wczoraj rano Dariusz Janas, były rzecznik Komendy Głównej Policji przyjechał do Katowic, by odzyskać samochód – granatowego saaba wartego ok. 170 tys. złotych. Działał na zlecenie nowego prezesa Międzynarodowych Targów Katowickich. – Ten samochód jest własnością firmy, a były prezes nie chce go zwrócić – mówi Robert Białczyk, nowy prezes MTK. – Pan Janas po trzech dniach namierzył saaba. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce Jan H. nie chciał słyszeć o oddaniu wozu.

Janas twierdzi, że pokazał byłemu prezesowi wszystkie dokumenty i pełnomocnictwa. – On powiedział, że nie odda auta i jak się nie odsuniemy, to nas rozjedzie – relacjonuje Dariusz Janas. – Kiedy postraszyłem, że zawiadomię policję, on tylko zaśmiał się i powiedział, że ma takie kontakty, o których nawet mi się nie śniło. Potem wsiadł do auta i z piskiem opon ruszył na mnie.

Dariusz Janas wpadł na maskę saaba i przejechał trzymając się wycieraczki ok. 15 metrów. Nic mu się nie stało. – Już czułem bieżnik na nodze, ale na szczęście wycieraczka pękła – Janas pokazuje fragment wycieraczki, który pozostawił sobie jako dowód rzeczowy. Na szczęście wpadłem w śnieg, który zamortyzował upadek. Jan H. odjechał.

Komórka zrobiła numer
W drodze na komendę zadzwonił telefon Roberta Białczyka.
- Ma duplikat karty prezesa Jana H. – dodaje Janas. – Rozmówca myślał, że odebrał były prezes targów – Usłyszeliśmy: ,Przyjedź do mnie na policję innym samochodem, zrobimy alkomat. Musisz się z tej sprawy wykręcić, bo Rutkowski znów będzie robił ci numery.” Kiedy pan Białczyk zapytał, kto mówi, telefon się rozłączył. Potem dowiedziałem się, że dzwonił komendant miejski. Wyświetlił się numer jego telefonu komórkowego.

Rozmawiałem z Janem H.
Sprawą zajął się już inspektorat policji, czyli wewnętrzna policja w policji. Młodszy inspektor Mirosław Cygan przyznał, że dzwonił do Jana H., ale nie po to by go ostrzec, ale poprosić na komendę. – Nie zaprzeczam, że kontaktowałem się z tą osobą. – Zrobiłem to, ponieważ znam tę osobę – wyjaśnia M. Cygan. – Intencją rozmowy było to, by ta osoba zgłosiła się w komendzie w związku ze zgłoszeniem i wyjaśniła okoliczności zdarzenia. Chciałem, żeby przyjechał na komendę, aby można było wykonać wszelkie rutynowe czynności, w tym również przeprowadzić badanie alkomatem. Na pewno nie mówiłem, by przyjeżdżał innym samochodem. Nie jestem też z panem H. “na ty”.

Dariusz Janas złożył oficjalne doniesienie na Jana H., który jego zdaniem chciał go przejechać. Powiedział nam wczoraj, że jest gotowy powtórzyć wszystko, co tyczy komendanta Cygana w inspektoracie policji. – Najważniejsze teraz, by policja odzyskała ten samochód. To ukróci wszelkie spekulacje na ten temat.

Mimo prób nie udało nam się wczoraj skontaktować z prezesem Janem H.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Katowicki komendant nie chce konnej policji

Thursday, February 6th, 2003

W śląskim garnizonie są tylko dwa oddziały konnej policji – w Częstochowie i Chorzowie. W Katowicach taki oddział nie powstanie, mimo że przydałby się chociażby w rejonach Doliny Trzech Stawów. To rozległe tereny, poznaczone alejkami, po których nie mogą poruszać się samochody, więc i radiowóz wszędzie nie dojedzie.

- Faktycznie, na tych terenach służba konna świetnie by się sprawdzała – przyznaje sierż. szt. Adam Jachimczak z biura prasowego śląskiej policji. – Jednak decyzje o powołaniu takiej jednostki podejmują komendanci miejscy. Oni decydują czy mogą sobie na to pozwolić, czy mają odpowiednie zaplecze, czy są w stanie przeszkolić lub zatrudnić osoby do opieki nad zwierzętami.

Z Doliny nie ma zgłoszeń
Komendant miejski w Katowicach nie widzi jednak potrzeby powołania w stolicy Górnego Śląska takiego oddziału. – Od trzech lat na terenie Doliny Trzech Stawów i Muchowca odbywają się letnie patrole rowerowe. I to w zupełności wystarczy – mówi mł. insp. Mirosław Cygan, komendant miejski policji w Katowicach. – Zimą nie ma tam żadnych zagrożeń, nie mam stamtąd żadnych zgłoszeń. Inaczej jest latem, kiedy w dolinie wiele się dzieje. Wtedy są tam kierowane większe siły policyjne i patrole rowerowe. Nie planuję utworzenia w Katowicach konnej policji, po prostu nie ma takiej potrzeby. A gdyby nawet się pojawiła, to konną policję mamy za miedzą, w Chorzowie i zawsze można się nią posiłkować.

W Chorzowie sobie chwalą
Szkoda, bo taka policja świetnie sprawdza się tam, gdzie nie dotrze patrol pieszy czy radiowóz. – W chorzowskiej policji od czerwca 2001 r. pełni służbę 11 koni, na etacie w Zespole Konnym mamy 10 funkcjonariuszy, w tym dwie panie – wylicza podinsp. Teresa Usarek-Konopka, oficer prasowy KMP w Chorzowie. – Nasz Zespół Konny sprawdza się zwłaszcza na terenach zielonych, np. na Żabich Dołach. To tereny porośnięte krzakami, drzewami, zagrożone dużą ilością przestępstw. W takich warunkach z grzbietu konia można zobaczyć więcej i szybciej zauważyć co się dzieje niż z wysokości wzroku człowieka. Tam są alejki, gdzie nie wjedzie samochód, a patrol pieszy porusza się przecież o wiele wolniej.

Zaczęli w Święto Policji
Częstochowska policja konna utworzona została wiosną 1998 roku, na pierwszy patrol policjanci i ich wierzchowce wyruszyli w Święto Policji, 24 lipca 1998 r. – Nasza drużyna policji konnej liczy 7 policjantów, którzy dosiadają 6 gniadych koni rasy wielkopolskiej o imionach: Don Camillo, Patryk, da Vinci, Hat Trick, King Henry, Dumny – opowiada kom. Katarzyna Staciwa, oficer prasowy częstochowskiej policji. – Koń pełni służbę przez ok. 5 godzin dziennie, pozostały czas to przewiezienie wierzchowców do miejsca patrolowania – mamy specjalny wóz doczepiany do “gazika”, w którym przewożone mogą być jednocześnie 2 konie. Raz w tygodniu koń musi mieć dzień odpoczynku.

Zimą policyjne konie przebywają najczęściej w swoich stajniach, tam są szkolone, trenowane, karmione. Policjanci – ich opiekunowie – korzystają z zaległych urlopów czy jeżdżą na szkolenia.

Autor artykułu: Agnieszka Szpila

Fiskus wprowadził podatników w błąd

Thursday, February 6th, 2003

Wielu podatników ucieszyło się, przeczytawszy w instrukcji do załącznika PIT/O tegorocznego zeznania podatkowego, że mogą odliczać wydatki na przyrządy i pomoce naukowe według ministerialnego rozporządzenia z grudnia 1996 r. W tym rozporządzeniu lista przyrządów dających ulgi liczyła aż 493 pozycje! Były tam m.in. lunety, lornetki, mikroskopy, cała gama sprzętu fotograficznego, a nawet płyty gramofonowe. Ludzie skwapliwie skorzystali z tej instrukcji. Niestety, wczoraj Ministerstwo Finansów przyznało, że popełniło błąd w opisie do PIT/O. I po radości…

Na stronie czwartej tej broszury, zamiast rozporządzenia ministra edukacji narodowej i sportu z 27 grudnia 2001 r., powołano się na nieaktualne rozporządzenie ministra edukacji narodowej z 24 grudnia 1996 r.

Osoby, które w złożonym już zeznaniu podatkowym za rok 2002 skorzystały z tzw. ulgi edukacyjnej powinny pilnie sprawdzić swoje zeznanie. Powód? W broszurkach informacyjnych do załącznika PIT/O, resort finansów popełnił bardzo istotny błąd. Jeśli ktoś wypełnił zeznanie zgodnie z instrukcją fiskusa, to mógł odliczyć wydatki na takie przyrządy i pomoce naukowe, które… zniknęły z ministerialnej listy na początku ubiegłego roku.

Bez konsekwencji
Wczoraj we wszystkich urzędach skarbowych w Polsce pilnie rozwieszano komunikaty informujące podatników o błędzie. – To nie jest bardzo istotna pomyłka, a na pewno nie jest to pomyłka, która mogłaby narobić dużo kłopotów podatnikom, jak i urzędom skarbowym – mówi Teresa Grandys, zastępca naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Katowicach. – Jeśli, ktoś postąpił zgodnie z przepisami cytowanymi w broszurce informacyjnej do załącznika PIT/O, to popełnił błąd, bo postąpił wbrew obowiązującym w Polsce przepisom.
Takie błędy zapewne wyłapalibyśmy. Jednak podatnik nie poniósłby z tego powodu konsekwencji karno-skarbowych.
Natomiast musiałby złożyć korektę zeznania i dopłacić podatek lub zwrócić część otrzymanej z urzędu nadpłaty.
Dodajmy, że do 30 kwietnia podatnicy mogą składać dowolną liczbę korekt zeznania podatkowego.

- Broszura informacyjna do załącznika PIT/O składanego wraz z zeznaniem PIT-28, PIT-36 lub PIT-37 za 2002 rok zawiera błąd – przyznaje p. o. Dyrektora Biura Ministerstwa Finansów, Jarosław Skowroński. – Na stronie czwartej tej broszury, zamiast rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej i Sportu z dnia 27 grudnia 2001 r. (Dz. U. Nr155, poz. 1812) mylnie zostało powołane rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 24 grudnia 1996 r. (Dz. U. Nr 156, poz. 784 ze zm.), które straciło moc obowiązującą z dniem 1 stycznia 2002 r.

Zostały tylko lupy
To dla podatników niezwykle istotna różnica. W rozporządzeniu, które fiskus przytacza we wspomnianej broszurce z błędem – lista przyrządów, pomocy naukowych i programów komputerowych, które mogliśmy odliczyć w ramach tzw. ulgi edukacyjnej liczyła aż 493 pozycje. Były tam m. in. wszystkie lunety, lornetki, mikroskopy i teleskopy. Była cała gama sprzętu fotograficznego, a nawet płyty gramofonowe.

Niestety, w ramach ograniczania ulg podatkowych, lista ta została mocno skrócona. W nowym rozporządzeniu MEN znalazły się tylko 253 pozycje. Zniknęły z listy m. in. kamery, lampy błyskowe, wspomniane płyty gramofonowe, a z urządzeń optycznych zostały tylko… lupy.

Fiskus przeprasza
Niestety, Ministerstwo Finansów jakby nie zauważyło tej zmiany i w broszurce dla podatników podało – jako podstawę prawną do odliczeń – rozporządzenie, które straciło moc. – Za błąd ten Ministerstwo Finansów przeprasza – podkreśla rzecznik resortu. – Jednocześnie informuje, iż w chwili obecnej – z uwagi na wydrukowanie i przekazanie do urzędów skarbowych całej partii broszur informacyjnych do zeznań podatkowych i ich załączników – nie jest możliwe naprawienie tej omyłki bezpośrednio w treści broszury. Ministerstwo wystosowało pismo do wszystkich izb i urzędów skarbowych z prośbą, aby udzielały stosownej informacji oraz aby informację tę zamieściły w miejscu ogólnie dostępnym – dodaje rzecznik.

Tak więc w urzędach skarbowych nadal są dostępne instrukcje do PIT/O z błędem. – Będziemy musieli chyba ręcznie poprawiać te broszurki – usłyszeliśmy w jednym z urzędów.
Marek Frątczak twierdzi, że podatnicy powinni złożyć korektę zeznania, bo broszurka to nie żadna podstawa prawna, a z fiskusem wygrać trudno. Inni doradcy podatkowi sugerują jednak, że nie trzeba się spieszyć. – Jeśli fiskus zapewnia, że podatnicy nie będą ponosić konsekwencji karno-skarbowych, a urzędy skarbowe nie będą naliczać odsetek za zwłokę, to trzeba fiskusa przetrzymać – zalecają. Ale tylko nieoficjalnie.

Autor artykułu: Mariusz Urbanke

Z Morzykiem do Brukseli

Thursday, February 6th, 2003

Pieniądze, 100 milionów euro, jakie mamy dostać z Unii Europejskiej na budowę drogi ekspresowej między Bielskiem a Cieszynem mogą przepaść. Ekolodzy domagają się korekty przebiegu drogi w okolicach Grodźca, bo inaczej zostanie zniszczony chroniony europejskim prawem rezerwat “Morzyk”. A na coś takiego Bruksela na pewno nie da pieniędzy.

Rezerwat na prawach Unii

Rezerwat “Morzyk” zajmuje powierzchnię 11 hektarów, a swoją nazwę wziął od strumienia, który przez niego przepływa. Wśród pomnikowych buków, dębów i lip mieszkają dziki, jelenie, borsuki, myszołowy i sowy. Kiedyś próbował zamieszkać tu nawet bocian czarny. Są tu jedne z nielicznych w naszym województwie tufy wapienne, czyli skały wydrążone przez wodę, wyglądające jak gąbka.

“Morzyk” jest zgłoszony do Europejskiej Sieci Obszarów Chronionych “Natura 2000″. Kiedy staniemy się członkiem Unii będą go chroniły ostre normy prawa, które zresztą sami przyjęliśmy w negocjacjach. W Unii będziemy w 2004 roku, a ekspresowa ma być wybudowana w 2005. Czy zatem Bruksela sfinansuje inwestycję wbrew jej własnym przepisom? Zdaniem ekologów, nie.

Tufy nie ocaleją

Według obecnych projektów droga ma zabrać hektar powierzchni rezerwatu i biec praktycznie wzdłuż niego, między innymi kilka metrów do gniazda myszołowa. – Dwa pasy w każdą stronę, ruch międzynarodowy, ten rezerwat szybko przestanie istnieć. Drzewa zostaną zatrute, zwierzęta przepłoszone, a tufy się rozsypią – uważa Dariusz Matusiak z Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot z Bystrej koło Bielska.

Dotychczasowy protest

bez skutku

Pracownia już od prawie roku protestowała w sprawie przebiegu drogi, między innymi u wojewody i wojewódzkiego konserwatora przyrody. Bez skutku. Teraz wraz z 10 innymi organizacjami z całej Polski wysłała pismo do Europejskiego Banku Inwestycyjnego i dyrektora funduszu ISPA, w którym domaga się wycofania wsparcia finansowego dla inwestycji, która narusza obszar cenny przyrodniczo.

- Żeby było jasne nie chodzi nam o to, żeby drogi nie było. Rozumiemy, że ona jest potrzebne. Ale w okolicach rezerwatu trzeba ją przesunąć o kilkaset metrów – tłumaczy Paweł Grzybowski z Klubu Gaja w Bielsku.

Za późno

na zmiany?

Zdaniem Jerzego Widzyka, byłego ministra transportu a obecnie pełnomocnika prezydenta Bielska ds. dróg ekspresowych, teraz już za późno na zmiany. – W trakcie ustalania przebiegu drogi były zachowane wszelkie procedury. Generalna Dyrekcja Dróg Publicznych i Autostrad wszystko opisała w dokumentach przesłanych do Brukseli. Wszystkie pozwolenia są zdobyte legalnie i protestowanie teraz nie ma żadnego uzasadnienia – mówi Widzyk.

Przypomnijmy, że już jesienią ubiegłego roku rozpoczęły się prace na odcinku ekspresowej między Skoczowem a Cieszynem. Odcinek Jasienica i obwodowa Skoczowa są w fazie przetargów. Wkrótce zostanie ogłoszony przetarg na obwodową Grodźca.

Autor artykułu: Krzysztof Bąk

Goło w Gołkowicach

Tuesday, February 4th, 2003

W oddanym do użytku w 1998 roku dwupiętrowym budynku, na dziennej zmianie pracuje dziś jeden celnik, który ma do dyspozycji… 30 pomieszczeń i pięć garaży.

- Mieliśmy środki na likwidowanie skutków powodzi – mówi Andrzej Gałażewski, poseł Platformy Obywatelskiej, a wtedy wicewojewoda śląski. – Więc budowaliśmy. Granicę przekracza tutaj codziennie zaledwie pięć tysięcy osób. Szlaban otwiera się tylko dla Czechów i Polaków, jeżdżących samochodami osobowymi. Niektórzy mówią bez ogródek, że najwięcej pracy na tym przejściu ma… sprzątaczka.

- Rozbudowa przejścia była związana z nadziejami na podniesienie jego statusu – wyjaśnia Jarosław Mrozek, kierownik oddziału celnego w Gołkowicach.

- Jestem zdziwiony tym, co pan mówi – stwierdził Gałażewski, były wicewojewoda śląski kiedy powiedzieliśmy mu, jakie są losy tej inwestycji. – To przejście miało służyć nam dziesięć lat.

I wciąż służy. Problem w tym, że wybudowano je na wiwat, a od 1998 roku utrzymanie pustych w większości pomieszczeń, kosztuje podatnika ok. 208 tys. złotych rocznie.

Dożynki z otwarciem
W 1998 roku do Gołkowic przyjechał wojewoda Marek Kempski, jego zastępca Andrzej Gałażewski, byli też goście z Czech. Powód? Dożynki w gminie Godów i otwarcie pięknego przejścia granicznego. Wtedy mówiło się, że już niedługo będą z niego korzystać obywatele wszystkich państw Europy, a granicę będą przekraczać też samochody o wadze do 3,5 tony.

- Czesi byli chętni – mówi poseł Gałażewski, tłumacząc ówczesną decyzję o rozbudowie przejścia.

Dodajmy, że byli też rozsądniejsi – decyzję o rozbudowie podjęto w 1997 roku. W tym roku powódź zniszczyła tereny przygraniczne obu państw. Jednak Polacy pieniądze powodziowe wydali na nowy budynek graniczny, a Czesi na rzeczywistą pomoc dla ofiar kataklizmu.

- Przecież wchodzimy do Unii Europejskiej – przekonuje Czech jadący do Wodzisławia po warzywa. – Tej granicy też nie będzie.

- No wie pan, gdybyśmy myśleli takimi kategoriami, że nic nie warto robić, bo za dziesięć lat coś się zmieni, to nie miałyby sensu żadne działania – twierdzi Andrzej Gałażewski.

Na salonach
Kierownik Jarosław Mrozek w budynku granicznym ma pełen luksus. Prócz swojego gabinetu ma do dyspozycji salę konferencyjną (nie używaną), kilka łazienek, pięć garaży i magazyn. Jest też rampa do kontroli większych samochodów, które przez Gołkowice nie jeżdżą. Celnicy mogą korzystać z pokoi przeszukań, które ze względu na mizerny ruch graniczny są zamknięte na klucz. Jest też nowoczesna sieć komputerowa i telefoniczna, wykorzystana w niewielkim stopniu.

Ale jest też coś, co przyniosło pożytek nie tylko celnikom, ale i gminie – oczyszczalnia ścieków. Ona też została oddana do użytku w 1998 roku.

W sumie Mrozek jako jedyny pracownik granicznego budynku zatrudniony na dziennej zmianie ma do dyspozycji 722 mkw, wybudowanych kosztem 35 milionów złotych.

Czesi w polskiej sieci
Pieniądze na rozbudowę przejścia w Gołkowicach wyłożyła strona Polska, ale z budynku korzystają dziś także czescy celnicy, którzy mają tutaj szatnię. Ich komputery są także podłączone do sieci komputerowej założonej przez Polaków (koszt – 299 tys. zł).

Jednym z warunków podniesienia statusu przejścia była przebudowa drogi po stronie czeskiej, która jest za wąska.

- Droga jest jaka była. Czesi wydali pieniądze na naprawy powodziowe i zrezygnowali z tej inwestycji – mówi Jarosław Mrozek.

Z gminy Godów, na której terenie leży gołkowickie przejście, kilka dni temu wysłali list do marszałka województwa śląskiego. Chcą poparcia w staraniach o podniesienie statusu przejścia, nawet tylko na 1,5 roku, czyli do czasu kiedy zameldujemy się w zjednoczonej Europie.

- Na razie nie ma odpowiedzi – wyjaśnia Józef Pękała, wójt Godowa.

Naiwny Polak, cwany Czech
Krzysztof Mejer, rzecznik prasowy wojewody śląskiego powtarza: – To przejście nie będzie miało podniesionego statusu, bo Czesi nie wywiązali się z umowy o budowie drogi.

Andrzej Gałażewski zapytany, czy Polacy nie wyszli na idiotów, skoro sami zbudowali sąsiadom miejsce pracy, nie otrzymując nic w zamian, odpowiada wprost: – Wyszło na to, że jedni są naiwni, a inni cwani.

Autor artykułu: Maciej Kołodziejczyk

W Teatrze Cogitatur: Szokują, ale nie tylko

Monday, February 3rd, 2003

To bardzo nieszczęśliwi ludzie, winią innych za rzeczywistość, którą również sami współtworzą. Mylą świat realny z fikcją – mówi twórcy spektaklu “Matryca ver. Hardware”, czyli członkowie Teatro La Terrorismo Suka Off. Mimo skomplikowanej nazwy, pochodzą z Sosnowca. Trzon zespołu istniejącego od 1995 roku tworzą: Piotr Węgrzyński, Dorota Kleszcz i Mirosław Matyasik. Mają na swoim koncie liczne akcje teatralne i plastyczne oraz spektakl teatralne. Grupa należy do nurtu teatrów radykalnych.

“Matryca ver. Hardware” jest jedną z najważniejszych ich realizacji. Spektakl pokazywany był nie tylko w całej Polsce, ale również za granicą, zdobywając liczne nagrody na konkursach i przeglądach. Nie jet to typowy twór fabularny, lecz swoisty proces, w którym widz obserwuje mechanizmy ewolucyjne. Znajduje się bowiem w laboratorium, sterowanym przez operatorów ulegających kolejnym przemianom. W tworzącym się chaosie powstaje coś zupełnie nowego – życie. Obrazy, które stają się udziałem widzów, nie są obliczone na wywołanie szoku ani też nie hołdują bezzasadnej perwersji. Spektakl ma bowiem charakter rytuału i misterium. Można go zobaczyć 7 lutego, o godz. 19 na gościnnej scenie katowickiego Teatru Cogitatur (ul. Gliwicka 9).

Autor artykułu: REG

Niepełnosprawna, ale zdrowa

Monday, February 3rd, 2003

Janina Roskosz z Tarnowskich Gór cierpi na poważne zaburzenia psychiczne. Ale według komisji lekarskiej Zespołu Orzekania o Stopniu Niepełnosprawności jest zdrowa. I nie przysługuje jej zasiłek.

Janina Roskosz ma 43 lata. Urodziła jedenaścioro dzieci, siedmioro nadal z nią mieszka. Najmłodsze ma 4 miesiące. Do niedawna otrzymywała rentę inwalidzką, ze względu na zaburzenia psychiczne. Niestety, niedawno straciła jedyne źródło utrzymania.

Komisja wzywa

22 stycznia Janina Roskosz została wezwana na komisję lekarską w tarnogórskim Zespole do spraw Orzekania o Stopniu Niepełnosprawności.

- Lekarka poświęciła mi najwyżej minutę. Zapytała o nazwisko i adres, po czym stwierdziła, że nie ma więcej pytań. Po co w takim razie w ogóle mnie tam wzywano? Może wystarczyło wysłać im zdjęcie, skoro tak bardzo chcieli mnie zobaczyć? – dziwi się pani Janina.

Gdy zapytała o wynik badania dowiedziała się, że jest… zdrowa. A jeszcze pół roku temu z powodu zagrożenia dla najbliższych dostała skierowanie na szpitalne leczenie psychiatryczne. Codziennie przyjmuje leki psychotropowe.

Choroba dziedziczna

- Cierpię na zaburzenia psychiczne od wielu lat. W szpitalu psychiatrycznym leczyli się moja matka i brat. Od piątego roku życia przebywałam w domu dziecka, miałam bardzo trudne dzieciństwo. To pewnie dlatego tak bardzo kocham moje dzieci. Nieba bym im przychyliła, a tu taka bieda, że już można się z niej tylko śmiać. Nie mam pieniędzy na podręczniki, bilety do kina, ubrania. A mimo to dzieci mają bardzo dobre stopnie i z żadnym nie miałam najmniejszych problemów wychowawczych. Nasza dziewięcioosobowa rodzina musi przeżyć miesiąc za osiemset złotych. Chodzę do MOPS-u po zasiłek socjalny i do instytucji charytatywnych po jakąkolwiek zapomogę. Czuję się jak żebraczka, ale czy to moja wina, że jestem chora, a mój Mirek nie ma pracy? W opiece urządzają mi pogadanki o antykoncepcji. A ja nie wyobrażam sobie życia bez dzieci. Każde jest dla mnie ważne. To moja jedyna radość. Gdyby nie one i Mirek już dawno popełniłabym samobójstwo – twierdzi nasza Czytelniczka.

Tylko oni

Pani Janina nie jest zdolna do samodzielnego życia. Większość prac domowych wykonują jej partner i ośmioletnia córka.

- Zdarza się, że jak mam atak choroby, to bez powodu krzyczę albo na kilka dni tracę kompletnie kontakt z otoczeniem. Wtedy siedzę, do nikogo się nie odzywam, nie jem. Kotłują się wówczas we mnie różne myśli, często samobójcze. Do życia przywracają mnie leki psychotropowe, które muszę przyjmować codziennie, aby w miarę normalnie żyć – opowiada.

Mimo biedy, pani Janina potrafi jeszcze się śmiać i żartować. Gromadka ślicznych dzieci daje jej poczucie sensu życia. Choć wszyscy ją pytają, po co jej tyle dzieci?

- Chodziłam już nawet po śmietnikach. Pracownik MOPS-u zaproponował Mirkowi zbiórkę i sprzedaż złomu. Gdybym nie martwiła się o godność dzieci może poszłabym żebrać. Ale nie mogę im tego zrobić – mówi.

Nie chcą się poddać

Janina i Mirek radzą sobie jak mogą. Sami wyremontowali poddasze, które przydzieliła im opieka społeczna, założyli toaletę w mieszkaniu, próbują własnymi siłami robić meble.

- Nie możemy się poddać. Mamy przecież dla kogo żyć. Nie chcemy żebrać, skąd jednak wzięć pieniądze? Mnie nikt nie zatrudni, a Mirek od dawna nie może znaleźć pracy – skarży się Janina Roskosz.

Autor artykułu: Małgorzata Himmel