Archive for March, 2003

Szusy u podnóża Jasnej Góry?

Tuesday, March 18th, 2003

Stok narciarski wraz z wyciągiem talerzykowym zamierza uruchomić w pobliżu Jasnej Góry prywatny inwestor. Obiekt przeznaczony ma być głównie dla początkujących oraz dzieci. “Ośla łączka” będzie oświetlona i sztucznie naśnieżana. Plany zakładają, że wyciąg pracować ma od grudnia do marca. Jeżeli projekt zostanie zrealizowany, mieszkańcy Częstochowy, i to nie tylko ci najmłodsi, nie będą już musieli wyjeżdżać w góry, aby zasmakować białego szaleństwa.

- Wniosek o ustalenie warunków zabudowy i zagospodarowania terenu wpłynął do nas pod koniec lutego – poinformował Tomasz Kucharski z biura prasowego Urzędu Miasta w Częstochowie. – Plany budowy stoku narciarskiego dotyczą prywatnej działki przy ul. Kingi. Z wniosku złożonego w urzędzie wynika, że inwestor zamierza stworzyć na tym terenie stok narciarski wraz z infrastrukturą. Na działce tej powstać mają dwa niewielkie budynki. Pierwszy, drewniany o powierzchni 50 metrów kwadratowych wzniesiony zostanie w górnej części stoku. Przewidziano tam m. in. dyżurkę, pomieszczenia dla GOPR-u oraz bufet i wypożyczalnię sprzętu sportowego. Na dole ma natomiast powstać mniejszy budynek, w którym ulokowane zostaną kasa oraz toalety.

Plany zakładają, że ze stoku równocześnie korzystać będzie mogło 40 osób. Cała trasa ma mieć 200 metrów długości, a nachylenie stoku wynosić będzie od 10 do 20 procent.
Inwestorzy przedstawili pomysł i pozytywną opinię Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Przed nimi jeszcze opracowanie dokładnego projektu i uzyskanie pozwolenia na budowę.

POPIERAM…
Piotr Van der Coghen, naczelnik Jurajskiej Grupy GOPR:
To bardzo dobry pomysł. Z przedstawionych nam projektów wynika, że ta działka świetnie będzie się nadawać dla początkujących narciarzy. To łagodny stok, z którego mogą korzystać dzieci. Popieram każdy pomysł, który służy rozwojowi sportu i rekreacji. Narciarstwo staje się coraz popularniejszym sportem, tymczasem brakuje właśnie takich małych stoków, na których można by nauczyć się jeździć.

Autor artykułu: ibz

Spółdzielnia nad przepaścią

Tuesday, March 18th, 2003

Lokatorzy spółdzielni mieszkaniowej “Lokum” w Sosnowcu nie płacą rachunków za ogrzewanie i czynsz. Jeżeli nie zaczną spłacać zadłużenia, spółdzielni grożą poważne kłopoty,
a do mieszkańców zapukają windykatorzy. Takie alarmujące wieści pojawiły się wraz z informacją o planowanym sabotowaniu przez lokatorów konieczności rozliczenia się za centralne ogrzewanie.

Poprzedni sezon – pierwszy rok po zamontowaniu podzielników ciepła – przyniósł spółdzielni “Lokum” oszczędności na ogrzewaniu rzędu prawie 230 tys. zł. Część mieszkańców faktycznie musi dopłacić do rozliczenia w sumie ponad 141 tys. zł, lecz w tym samym czasie spółdzielnia “Lokum” powinna zwrócić, tym którzy oszczędzali, prawie 371 tys. zł.

Na znak protestu

- Mimo przekazania instrukcji zaobserwowaliśmy wiele przypadków nieumiejętnego eksploatowania urządzeń regulacyjno-pomiarowych. Po tych pierwszych doświadczeniach należy się spodziewać, że w kolejnych latach oszczędności będą jeszcze wyższe. Niestety, te osoby, które mają nadpłaty, już zwracają się do nas po odbiór gotówki. Ale ci, którzy muszą dopłacić, na znak protestu przestali nawet płacić czynsz. Takie postępowanie może przynieść daleko idące skutki. Już zaczyna brakować pieniędzy – mówi Krystyna Krzywda, prezes “Lokum”.

Zawyżone koszty?

Protest zrodził się w chwili, gdy mieszkańcy otrzymali roczne rozliczenia zużycia ciepła uwzględniające także koszty instalacji urządzeń pomiarowych. Wielu z nich nie zgodziło się na doliczenie do rachunku kosztów tzw. dzierżawy urządzeń, twierdząc, że są zawyżone. Lokatorzy mówili także, że nikt nie informował ich wcześniej o konieczności pokrycia tych kosztów z własnej kieszeni.

- Po prostu kiedyś przyszli panowie monterzy i założyli regulatory, a potem podzielniki. Bez słowa wyjaśnienia. Nie sądziłem, że będę musiał za to zapłacić i to prawie 300 zł, gdy w sklepie kupić mogę wszystko za góra 50 zł – mówi jeden z lokatorów.

Kredyt dla spółdzielni

Według zarządu spółdzielni, na tzw. koszt dzierżawy urządzeń składa się nie tylko cena zaworu termostatycznego i podzielnika, ale także licznika zbiorczego ciepła, odpowietrzników oraz specjalistycznych prac inwentaryzacyjno-obliczeniowych i montażowych, których całość pokryła firma Viterra Energy, udzielając spółdzielni kredytu. Spółdzielni nie było bowiem stać na jednorazowy wydatek. Kredyt ten przez dziesięć lat spłacać mają lokatorzy.

- Ci, którzy twierdzą, że są zaskoczeni, to osoby, które mimo że są członkami spółdzielni, nie biorą udziału w jej życiu i nie uczestniczą w zebraniach grup członkowskich ani zebraniu przedstawicieli. Decyzja o realizacji tej inwestycji z udziałem trzeciej strony finansującej, czyli Viterry, zapadła 20 kwietnia 2001 r. podczas zebrania przedstawicieli członków – tłumaczy prezes Krzywda.

Zarząd zmienił zdanie

Mieszkańcy niedawno otrzymali kolejne rozliczenie ogrzewania – rachunki były o około 300 zł mniejsze, gdyż nie uwzględniono tzw. kosztów dzierżawy. Zarząd spółdzielni podjął bowiem decyzję o odstąpieniu od rocznego obciążania mieszkańców koniecznością spłaty tych należności. Spłata pokrywana będzie w ramach funduszu remontowego płaconego miesięcznie.


Krystyna Krzywda, prezes spółdzielni mieszkaniowej “Lokum” w Sosnowcu: Od dnia rozesłania rozliczeń pracownicy spółdzielni odbyli już kilkaset indywidualnych spotkań z mieszkańcami i kilka zebrań. Wszystkie indywidualne uwagi dotyczące na przykład miejsca zamontowania podzielnika, czy stosowania współczynników i innych zastrzeżeń rozpatrywane są przez nasze służby i firmę rozliczeniową.

Autor artykułu: ps

Zwykła łobuzerka – Jerzy Urban kruszy monolit SLD

Friday, March 14th, 2003

* Na złodzieju czapka gore… – Urban o wizytujących go ministrach rządu Leszka Millera
* Łobuzerskie nadużycie – Urban o ministrze Michale Toberze, rzeczniku rządu
* Zbieranina ludzi – Urban o członkach Stowarzyszenia “Ordynacka”
* Dwa lata w zawieszeniu dla Rywina – Urban nie wierzy w wyjaśnienie afery Rywina

Rozmowa z Jerzym Urbanem, redaktorem naczelnym tygodnika “Nie”

- Komentarze po przesłuchaniu pana przez Sejmową Komisją Śledczą w sprawie afery Rywina są jednoznaczne: Urban pogrążył Millera. Czy premier powinien się podać do dymisji?
Nie uważam, że premier powinien się podać do dymisji, ani nie uważam, że ja go pogrążyłem. Przecież nie premier wysłał Rywina po łapówkę, nie premier jest autorem tej afery i nie premier jest jej uczestnikiem. Premier jest osobą, która moim zdaniem zrobiła błąd wobec opinii publicznej, czy wobec prokuratury, nie nadając biegu temu, że powołano się na jego nazwisko, żądając w Agorze łapówki. Ja mam wiele krytycznych uwag do polityki rządu. Mianowicie jestem zdecydowanie przeciw lokowaniu się Polski w obozie proamerykańskim, a więc przeciwstawnym Niemcom i Francji. Jako wielki zwolennik programu rządowego w całości, jestem bardzo rozczarowany sposobami jego realizacji, ale w tej chwili wiążę pewne nadzieje z tym, że rząd stał się pozbawiony parunastu ludowców, że być może przeprowadzi jakieś sensowne reformy finansów publicznych, i że choćby dlatego teraz myśl o zmianie rządu wydaje mi się nie na czasie.

- Czyli rekonstrukcja rządu tak, ale nie z powodu afery Rywina, tylko z powodu rozczarowania jego dotychczasową polityką?
Tak jest i uważam, że to być może powinno nastąpić odpowiednio wcześnie przed następnymi wyborami, żeby błędy tego rządu nie doprowadziły Sojuszu Lewicy Demokratycznej do klęski.

- Przedterminowe wybory miałyby się pańskim zdaniem odbyć jeszcze przed czerwcowym referendum unijnym?
Na pewno po czerwcu. Na pewno nie ma co robić burz wewnętrznych przed unijnym referendum. To przecież Sojusz Lewicy Demokratycznej jest główną siłą polityczną promującą wejście Polski do Europy. I osłabianie tej siły i robienie w ogóle zamętu byłoby nierozsądne. Po pierwsze, wpływałoby ujemnie na procesy ratyfikacji w kolejnych państwach europejskich. Po drugie, w rezultacie mogłoby to źle wpłynąć na efekt referendum krajowego czy też frekwencji.

- Jako gorący zwolennik SLD, nie obawia się pan, że właśnie rozpoczął się proces demontażu tego ugrupowania. W regionach, w partyjnych “dołach” raz po raz wybucha burza. Nie obawia się pan, że SLD wkrótce będzie przerabiało ten sam scenariusz, który napisała wcześniej AWS?
Do AWS-owskiego nie jest podobny, ponieważ obecna ekipa rządowa nawzajem się nie kłóci i nie wycina. W parlamencie także istnieje sprawnie funkcjonująca dyspozycyjność posłów wobec przywódców ugrupowania. Natomiast to co się dzieje w SLD w ogóle, jest naturalnym rezultatem tego, że przestała być to formacja postkomunistyczna znajdująca się w sytuacji oblężonej twierdzy. Zaczęły dorastać nowe pokolenia, zaczęły powstawać nowe grupy interesów, które się ze sobą kłócą. Narastają też różne rozczarowania grup społecznych, którym SLD różne rzeczy naobiecywał, a ich teraz nie spełnia. Mnie najbardziej martwi to, że nigdy przedmiotem kłótni nie są zasadnicze kwestie programowe, przykładowo: jesteśmy z Ameryką czy z Niemcami, układamy się z Kościołem, czy zaznaczamy swoją tożsamość. Dochodzi raczej do walki różnych grup interesów niż frakcji scementowanych wspólnymi poglądami. To wszystko jest miałkie, prowincjonalne i zaprawione prywatą.

- Przed komisją śledczą zeznał pan, że w połowie ubiegłego roku przed pańskim gabinetem ustawiła się pielgrzymka ministrów. Można powiedzieć, że jest pan szarą eminencją obecnej ekipy rządzącej. Bo przecież nie jest oczywistym i codziennym fakt, że ministrowie zabiegają o porady redaktora…
Ja mówiłem o pewnym cyklu, zaskakującym mnie i nie mającym precedensu, próśb o rozmowę i odwiedzania mnie. To wszystko wydawało mi się tylko w jednym celu, żeby się upewnić, czy ja nie wysadzę Sojuszu Lewicy Demokratycznej ujawnieniem jakiejś afery.

- Zatem uchodzi pan w SLD za osobę najlepiej poinformowaną?
Nie. Po prostu stało się tak chyba tylko dlatego, że wcześniej na łamach tygodnika “NIE” napisałem, że zamierzam ujawnić jakąś aferę. I wtedy zaczęły się te nieoczekiwane wizyty. I takie wrażenie odniosłem, że na złodzieju czapka gore…

- Michał Tober, rzecznik rządu Leszka Millera pańskie zeznania przed komisją skwitował krótko: Urban powiedział więcej niż wiedział. Nie ubodło to pana?
To jest łobuzerskie nadużycie. Przecież przed komisją byłem obficie pytany o moje opinie, rozumowanie, wnioskowanie. I wtedy właśnie sam podkreślałem, że mówię więcej niż wiem. Ale interpretowanie teraz tego faktu, jakobym publicznie kłamał, to zwykła łobuzerka.

- Komisja śledcza domaga się zawieszenia prezesury przez szefa telewizji publicznej Roberta Kwiatkowskiego, prezydent apeluje o dymisję członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a opozycja chce zaprzestania prac nad ustawą o mediach i ustąpienia Leszka Millera. Ta burza głosów została niewątpliwie wywołana zeznaniami Jerzego Urbana i przewodniczącego KRRiT, Juliusza Brauna.
Ja sądzę, że jeśli idzie o Krajową Radę, to należy jednak poczekać, aż ta komisja wysłucha wszystkich, których z Rady chce przesłuchać. Jeśli chodzi o ustawę o mediach, to nie widzę powodu, żeby ją wstrzymywać. Osobiście jestem przeciw ograniczaniu w takiej formie, żeby jedno przedsiębiorstwo mogło mieć jeden rodzaj mediów, a inne drugi. To jest nonsens w dzisiejszych czasach, gdzie cały system staje się multimedialny, kiedy redakcje prasowe stanowią zaplecze intelektualne, a telewizja jest dźwignią komunikowania się prasy i publicystów z czytelnikami. Prezes Kwiatkowski? Po sposobie, w jaki odpowiadał na pytania komisji, jego wiarygodność została silnie nadwerężona. Zatem żądania komisji wydają mi się uzasadnione.

- Panie redaktorze, jako osoba doskonale poinformowana o tym, co się dzieje w kręgach SLD, może pan powiedzieć, że Włodzimierz Czarzasty, sekretarz KRRiT jest jednym z tych, którzy “trzymają władzę”?
Pana Czarzastego w ogóle nie znam. Poznałem go dopiero tydzień temu, tylko na zasadzie, że się mu przedstawiłem. Nie słyszałem o jakichś szczególnych wpływach pana Czarzastego. On z całą pewnością jest poza jakimś politycznym trzonem SLD.

- Rozumiem, że jego rola jest przeceniana. Nie jest – jak podkreślają niektórzy komentatorzy – członkiem pewnej grupy, która chciałaby przejąć dominującą rolę w szeregach SLD, dominującą rolę w państwie.
To jest pewna hipoteza Adama Michnika, która mi się wydaje całkowicie nieprawdziwa. Dlatego, że żadne grupy, takie powiedziałbym typowe grupy interesów, które są na obrzeżach SLD, nie są założycielami tej formacji. Nie ciągną tego wozu w sensie politycznym, nie mogą uzyskać mandatu, który jednak się rodzi w sposób zbytnio demokratyczny. Kto będzie w SLD głosował na jakiegoś Czarzastego, znanego tylko z tego, że kręci jakieś swoje lobby?

- Nawiązuje tu pan do osławionego ostatnio Stowarzyszenia “Ordynacka”?
Tak. Też bywam raz w roku na takim zgromadzeniu towarzyskim w “Ordynackiej” i tam gołym okiem widać, że jest to zbieranina ludzi, którzy kiedyś działali w Zrzeszeniu Studentów Polskich, a dziś są rozproszeni w najrozmaitszych bankach, ambasadach, kancelariach adwokackich i urzędach państwowych. Trudno wyobrazić sobie jakieś połączenie inne niż kombatanckie.

- Funkcjonowanie partii wiąże się z kosztami. A mówi się, że przy “Ordynackiej” są większe pieniądze…
Trudno powiedzieć, że z nimi są pieniądze. Można też powiedzieć, że dysponentami pieniędzy są byli ludzie służb specjalnych. Tak dokładnie nie znam tej mapy pieniądza, bo tutaj są różnego rodzaju pieniądze, i państwowe, tymi jednak rządzi rząd, czyli spółki skarbu państwa. Każdy taki Wróbel (prezes zarządu Orlenu – dop. red.) czy Montkiewicz (prezes zarządu PZU S. A. – dop. red.) to jest człowiek, który jest zależny od rządu i jest, albo go nie ma, zależnie od woli szefów politycznych. Są też ludzie, którzy mają własne pieniądze, i robią je większymi pieniędzmi, przy użyciu różnych dźwigni rządowych.

- Wróćmy do afery Rywina. Od lata zeszłego roku pewnie wielokrotnie analizował pan tę sprawę. Ku której hipotezie skłaniałby się pan teraz: oferta pana Rywina była z pogranicza gabinetu psychiatry, czy jednak Rywin był rzeczywiście wysłannikiem ludzi “trzymających władzę”?
Nie podzielam hipotezy premiera Leszka Millera, że to jakaś aberracja umysłowa pana Rywina. Znam go osobiście, nie okazuje on żadnych odchyleń od normy, a nawet ponad normę jest człowiekiem rozumnym. Trzeba przypuszczać, że ktoś i coś go do tej wyprawy skłoniło.

- Mieliśmy już w III RP kilka lub kilkadziesiąt różnego rodzaju afer, o różnym kalibrze. Nie znajduję takiej, która znalazłaby swój finał. Czy taki sam los spotka aferę Rywina?
Jestem pesymistą i uważam, że w sprawie ekspedycji Rywina do Michnika nic nie zostanie wykryte. Że ten wątek, który dał początek aferze, skończy się skazaniem Rywina na dwa lata w zawieszeniu, i koniec. Natomiast Komisja Sejmowa badająca tak naprawdę sprawę ustawy o mediach, mechanizmy, jakie towarzyszą jej powstawaniu, może nieco rozjaśni tę sferę stosunków w Polsce. Przynajmniej stwarza precedens przesłuchań publicznych i skutków, które przyniosą. Łamie pewien stan bezkarności i załatwiania afer po cichu.

- Czy można mówić, że istnieje w Polsce układ polityczno-biznesowy, który steruje wszystkim, co dzieje się w kraju?
Ja się boję, że on zacznie sterować wszystkim, ponieważ to jest coś co narasta. Natomiast to nie jest stały układ polityczno-biznesowy, Obserwujemy jak pierwsi pośrednicy z operacji kapitałowych lgną do każdego kolejnego rządu, póki mają tam interes. Potem zmieniają swoje sympatie, stosunki towarzyskie i gabinety, do których przychodzą.

- Czyli układ jest, ale zmieniają się osoby…?
Ja uważam, że jest to coś, czego nie można ograniczać do problemów łapówkarstwa. Bo jeśli, na przykład, Jan Kulczyk przechwala się w towarzystwie swoich kolegów biznesmenów swoimi koneksjami, jaki ma łatwy wstęp do premiera i ministrów, jak premier w jego obecności przesłuchuje ministrów, to takie opowieści na pewno ułatwiają mu zdobywanie kapitałów, bo znaczy to, że on wiele może. Z kolei jak on jest zdolny ściągnąć kapitały, to wzmacnia się jego pozycja we władzy. I ten mechanizm, który być może odbywa się w ogóle bez żadnej korupcji, tylko w wyniku zwyczajnych powiązań towarzyskich i innych pomiędzy światem polityki i kapitału powoduje, że stosunki wolnorynkowe zostają złamane. Ale – pragnę raz jeszcze podkreślić – wcale nie potrzeba tu łapówki.

- Jaką będzie Polska w grudniu 2003 roku? Myślę, że pańskie wieloletnie doświadczenie polityczne pozwala panu na roztoczenie takiej wizji.
Trudno jest prorokować, żartując z proroctwa… Ale widzę, że istniejący, zakrzepły układ został rozhuśtany. Ośmieleni zostali różni ludzie, którzy zaczną opowiadać co wiedzą przy różnych okazjach. Można się spodziewać następnych komisji śledczych w różnych innych sprawach. Parlament zasmakował w dodatkowym rodzaju władzy. Jednym słowem myślę, że to co się dzieje, służy jakiemuś zahamowaniu rozwoju stosunków oligarchicznych. Myślę, że pod koniec roku, z mojego punktu widzenia, najlepszy scenariusz to powstanie nowego, mającego większy kredyt zaufania społecznego gabinetu SLD, być może mającego jakiegoś koalicjanta, być może z powrotem PSL.

- To kto w grudniu będzie premierem?
Mówi się o Hausnerze, ja go osobiście nie znam. Myślę że mógłby to być Kaczmarek, Borowski, Oleksy… Mógłby to być wreszcie Cimoszewicz, jako reakcja formacji lewicowej na różne nieuczciwości. Bo on uchodzi za takiego nieskalanego.

- Nie obawia się pan, że w grudniu możemy mieć premiera Leppera?
Nie, ja się raczej boję premiera Kaczyńskiego, gdyż wszyscy zapominają, że to bracia Kaczyńscy rozpoczęli psucie państwa. Już się nie pamięta afery Telegrafu, jakie kłótnie polityczne rozpętali. A teraz oni nagle, jakby się świeżo urodzili, jawią się jako wspaniali bojownicy.

CO POWIEDZIAŁ PRZED KOMISJĄ JERZY URBAN?
Zeznania Jerzego Urbana przed Sejmową Komisją Śledczą, jako jednego ze świadków w Rywingate, wywołały prawdziwą polityczną burzę.
Okazało się, że już 12 stycznia 2002 roku, a zatem kilka tygodni po słynnej konfrontacji w gabinecie premiera Rywina i Michnika, namawiał szefa rządu do ujawnienia sprawy.
Nawoływał do tego również na łamach swojego tygodnika, ale ze strony szefa rządu, nie było żadnej reakcji. Żadnej, poza licznymi wizytami kolędujących do Urbana polityków, którzy chcieli się dowiedzieć, co wie na temat propozycji Rywina.
Daty spotkań z liderami SLD Urban miał dokładnie odnotowane na specjalnej kartce, z której przed komisją wyczytywał kolejno nazwiska swoich gości – ministrów: Krzysztofa Janika, Grzegorza Kurczuka, Marka Wagnera, Jerzego Szmajdzińskiego, Andrzeja Barcikowskiego, Lecha Nikolskiego oraz marszałka Sejmu Marka Borowskiego.
Podczas zeznań Urban powiedział, że Rywin bardziej bał się redaktora naczelnego ?Gazety Wyborczej? niż reakcji premiera. Oznajmił nawet Urbanowi: Ja pierwszy Leszka nie zaatakuję. Według Urbana Rywin był “stałym elementem pejzażu SLD”.
Redaktor naczelny “Nie” chciał, by Leszek Miller odciął się od sprawy, a jednocześnie “w czasie 50-minutowego wykładu” opowiadał mu o innych przypadkach korupcji, w którą wplątani są lub mogą być ludzie kojarzeni z Sojuszem. Premier nie podjął jednak działań, a jego stosunki z Urbanem bardzo się ochłodziły.
Tego samego nie da się powiedzieć o kontaktach Urbana z Adamem Michnikiem, innym bohaterem tej sprawy, z którym widział się na dzień po konfrontacji u Millera (słynna już “pijana noc”) oraz dzień po złożeniu zeznań przed komisją śledczą. Fakt potwierdzenia tego spotkania wywołał kolejną burzę. Poseł, który zapytał o ostatnie widzenie Urbana z Michnikiem – Bogdan Lewandowski z SLD – został pośrednio posądzony o posiadanie informacji z… podsłuchu.
aga

KIM JEST JERZY URBAN?
O sobie Jerzy Urban mówi bez kokieterii: wygląd – łysy, 163 cm wzrostu, otyły, nadziany golonkami i forsą.
Jerzy Urban, z domu Urbach, urodził się 3 lipca 1933 r.
w Łodzi. Pochodzi z rodziny zasymilowanych Żydów. Ojciec był dziennikarzem, przedwojennym właścicielem i szefem gazety.
Jerzy Urban chodził w sumie do… 17 szkół. Na studiach spędził trzy lata. Wyrzucono go zarówno z prawa, jak i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w redakcjach: “Nowej Wsi”, “Po prostu”, “Polityki”, “Życia Gospodarczego”.
Uchodził za odważnego i wyjątkowo sprawnego autora. W latach 80. został rzecznikiem prasowym rządu generała Jaruzelskiego, budząc propagandowymi kłamstwami powszechną nienawiść.
Od 1990 r. jest redaktorem naczelnym skandalizującego tygodnika “Nie”. Jego trzecią żoną jest Małgorzata Daniszewska, dziennikarka i wydawca gazet.

Autor artykułu: Rozmawiał: Romuald Orzeł

Złodzieje coraz bardziej zuchwali

Friday, March 14th, 2003

Najpierw wysypali z wagonów ponad 30 ton węgla, a potem próbowali zastraszyć interweniujących sokistów. Wyłamali drzwi do nastawni kolejowej, w której przebywał kolejarz i jeden ze strażników. Policjanci zatrzymali dwóch najbardziej agresywnych mężczyzn.

Wydarzenia rozegrały się we wtorek wieczorem na stacji kolejowej w Dąbrówce Małej. – Po otwarciu drzwi wagonów złodzieje wysypali na tory około 30 ton węgla. Na miejsce została wezwana ekipa usuwająca tzw. usypy, ale przed jej przyjazdem złodzieje zaczęli kraść węgiel – relacjonuje Włodzimierz Leski, rzecznik prasowy oddziału regionalnego PKP Polskich Linii Kolejowych S. A. w Katowicach.

Gdy na miejscu pojawili się pracownicy kolei, złodzieje nadal nie zamierzali zrezygnować ze swojego łupu. – Spier…! To nasz węgiel! – krzyczeli, nie szczędząc sokistom obraźliwych wyzwisk. W stronę strażników poleciały kamienie.

Po chwili złodzieje postanowili dostać się do budynku nastawni, w którym przebywali nastawniczy i pracownik Straży Ochrony Kolei. Zabezpieczone niewielkim haczykiem drzwi nie wytrzymały naporu. Napastnicy zagrozili mężczyznom pobiciem i zażądali, by opuścili nastawnię. W odpowiedzi jeden z sokistów wyciągnął broń i wezwał policję.

- Złodzieje zaczęli uciekać między blokami. Zatrzymaliśmy dwóch najbardziej agresywnych, którzy wyłamali drzwi do nastawni. Obaj mają po niespełna 20 lat – mówi komisarz Magdalena Szymańska-Mizera, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Katowicach. – Mężczyźni byli tak pijani, że nawet nie dało się z nimi rozmawiać. Po nocy spędzonej w izbie wytrzeźwień zostali przesłuchani. Twierdzili, że niczego nie pamiętają – dodaje.

Wczoraj obaj mężczyźni zostali doprowadzeni do sądu, który miał zdecydować o ewentualnym tymczasowym aresztowaniu sprawców.

Autor artykułu: ic

Kulturalnie doradzą

Thursday, March 13th, 2003

Wczoraj zainagurowała w Częstochowie działalność Rada Kultury przy Prezydencie Miasta. Rada liczy 20 członków, a jej zadaniem będzie m.in. opracowywanie długoterminowych programów, opiniowanie, doradztwo oraz kreowanie i wspieranie wszelkich działań służących rozwojowi kultury w mieście. W skład Rady wchodzą przedstawiciele uczelni wyższych, muzealnicy, artyści oraz pedagodzy. Akt powołania do Rady otrzymali wczoraj m.in. ks. Bogdan Blajer, dyrektor muzeum archidiecezji w Częstochowie, Elżbieta Hurnik, pracownik naukowy Wyższej Szkoły Pedagogicznej, pisarz Andrzej Kalinin, muzycy: Janusz Yanina Iwański i Marcin Pospieszalski, rzeźbiarz Jerzy Kędziora, a także ks. Kazimierz Szymonik – wykładowca Akademii Muzycznej w Warszawie oraz ks. Grzegorz Ułamek, duszpasterz częstochowskich środowisk twórczych.

Już na inauguracyjnym spotkaniu pojawiły się pierwsze pomysły i propozycje. Jeden z członków Rady zaproponował przygotowanie przez częstochowski teatr specjalnego spektaklu dla osób niesłyszących z udziałem tłumacza migowego. Czy projekt ten uda się zrealizować, na razie nie wiadomo.

Autor artykułu: IBZ

Casting na strażnika

Tuesday, March 11th, 2003

Paweł Cabaj jest barmanem i na swoją pracę nie narzeka. Ale stanie za kontuarem, to jednak nie to samo, co praca w mundurze. – Od młodzieńczych lat marzyłem o takiej pracy. Próbowałem dostać się do policji, ale nie mają tam miejsc – wyjaśnia.

Wie, jak ludzie traktują funkcjonariuszy straży miejskiej. – Ale policjantów też nie lubią. Nie przejmuję się tym, bo to ważna praca, nawet jeżeli ludzie nie zdają sobie z tego sprawy – mówi Cabaj. Gdy dowiedział się od znajomego o naborze do bielskiej straży miejskiej, od razu złożył podanie o pracę. Takich osób jak on było 300, on znalazł się w grupie 150 osób dopuszczonych do drugiego etapu: rozmowy kwalifikacyjnej.

Wykształcony, wysportowany

- Nie chcę się chwalić, ale chyba wypadłem bardzo dobrze – mówi Arkadiusz Buda chwilę po wyjściu z egzaminu. Rzeczywiście, jego kwalifikacjami można by obdzielić kilku kandydatów: skończone studia prawnicze, wysoki, dobrze zbudowany, wysportowany, na dodatek kilkakrotny mistrz Polski w trójboju siłowym.

A jednak od roku, gdy tylko skończył służbę wojskową, nie może znaleźć pracy. W wojsku też chciał zostać, ale oficerów jest tam za dużo, a na podoficera ma za wysokie wykształcenie. To zresztą przeszkoda dla większości szefów szukających pracowników do prostych czynności. Wiedzą, że przy nadarzającej się okazji ludzie z wyższym wykształceniem odejdą do lepszej pracy. – W straży miejskiej jest dobra praca. Wiadomo, że pensję dostanę na czas, a nie jak moi znajomi, którzy po trzy miesiące czekają, aż szef uzbiera na wypłatę – mówi.

800 złotych na rękę

Kandydat na funkcjonariusza zaczyna rozmowę od oparcia się o ścianę, gdzie na wysokości 180 centymetrów przystawiono papierową miarkę. – Oceniamy wygląd i budowę fizyczną, ale akurat aż tak wysoki wzrost nie jest wymagany – mówi zastępca komendanta bielskiej straży Edward Orliński. Komisja ocenia kilkanaście elementów, potem jej członkowie stawiają kandydatom oceny.

Strażnikami zostaną najlepsi. Żaden z nich nie będzie służył “za biurkiem”, lecz trafią na ulicę do patroli w najbardziej zagrożonych miejscach w Bielsku. Najpierw czuwać będą wraz z bardziej doświadczonymi strażnikami, potem przejdą kilkumiesięczne przeszkolenie. Dopiero wtedy staną się pełnoprawnymi funkcjonariuszami straży miejskiej. Mogą liczyć na około 800 zł “na rękę”.

Według komendanta straży Andrzeja Grzegorzka dodatkowe 10 etatów (teraz funkcjonariuszy jest 48) pozwoli tak zorganizować służbę, aby patrole regularnie odwiedzały osiedla mieszkaniowe także w nocy. Teraz robione to jest sporadycznie, a obok śródmieścia, to właśnie blokowiska są najbardziej zagrożone przestępczością.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Nocne poszukiwania Piotrka

Tuesday, March 11th, 2003

Ponad 8 godzin trwały w nocy z niedzieli na poniedziałek poszukiwania zaginionego 10-letniego Piotra mieszkającego we wsi Kościelec koło Częstochowy. W akcję oprócz rodziny zaangażowani byli policjanci z psem tropiącym, strażacy oraz mieszkańcy gminy. Tuż przed godziną 2 w nocy dziecko całe i zdrowe odnaleziono w Opolu.

Zaczęło się od gaśnicy
Jak wynika ze wstępnych ustaleń, Piotrek wraz z kolegami na parkingu klubu sportowego w Kościelcu bawił się gaśnicą samochodową. Skąd dzieci wzięły gaśnicę, nie ustalono. Wiadomo, że gaśnica została uruchomiona. Dziesięciolatek przestraszył się tego, co się stało i w obawie przed karą nie wrócił do domu. Rodzina chłopca zaniepokoiła się jego nieobecnością późnym popołudniem. Sprawdzono ulubione miejsca zabawy chłopca. Gdy poszukiwania te nie dały rezultatów, około godziny 21 rodzina zwróciła się o pomoc do policji w pobliskich Kłomnicach. Na poszukiwania wysłano wszystkich pełniących w tym czasie służbę policjantów. Zawiadomiono także także policję częstochowską. O wsparcie poproszono wójta gminy Rędziny.

Przeczesywali lotnisko
- Po godzinie 21 policja zatelefonowała do mnie z prośbą o zebranie jak największej liczby ludzi do poszukiwań – opowiada wójt Rędzin Waldemar Chmielarz. – Zawiadomiłem Ochotniczą Straż Pożarną w Kościelcu, Rudnikach, Rędzinach i Koninie. Od rodziców dziecka dowiedziałem się, że chłopiec może być na terenie lotniska w Rudnikach. Razem ze strażakami z Kościelca zaczęliśmy przeszukiwać ten teren.
Około północy przed budynkami aeroklubu zebrali się wszyscy uczestnicy poszukiwań. Warunki stawały się coraz trudniejsze. Padał deszcz, zrobiło się zimno. Postanowiono więc przeczesać las znajdujący się na lotnisku. – On może być przerażony, przecież jest sam w lesie w nocy – pouczał koordynujący akcją aspirant Piotr Krzemiński z Państwowej Straży Pożarnej w Częstochowie.

Koniec akcji
Jak ustaliła policja, w chwili, gdy na lotnisku w Rudnikach przygotowywano się do przeczesywania lasu, Piotrek już był w Opolu. Spacerujące po ul. Armii Krajowej dziecko zatrzymali policjanci z I Komisariatu Policji patrolujący ulice.

Chłopca znaleziono około 1 w nocy w pobliżu dworców PKS i PKP. Policjanci z Kłomnic podejrzewają, że Piotrek dojechał do Opola pekaesem. Najprawdopodobniej najpierw dostał się do Częstochowy, a następnie wsiadł do autobusu jadącego do Opola. Dziecko nie wybrało przypadkowo. Chłopiec chciał dojechać do mieszkającej w tym mieście krewnej.

Autor artykułu: ibz

Dziura aż strach!

Tuesday, March 11th, 2003

Zagrzmiało, jakby miała przyjść burza, nawet syn się zbudził, a my z mężem podbiegliśmy do okna. Chwilę potem wszystko się uspokoiło. Kto wiedział, że to ziemia się prawie pod nami zapadła?! – opowiada Dorota Sachnik.

Wczoraj wieczorem musiała wraz z rodziną wyprowadzić się z domu, przy ul. Bydgoskiej w Gliwicach Brzezince, w którym mieszka od 12 lat. Przy wejściu do budynku nocą zrobiła się wyrwa głębokości 16 metrów!

Strażacy z obawą obserwowali, jak wyrwa wokół domu przy ul. Bydgoskiej w Gliwicach Brzezince z godziny na godzinę się powiększa. W każdej chwili mogła naruszyć konstrukcję domu. Sachnikowie mogą mówić o szczęściu w nieszczęściu. – Kiedy rano syn wyszedł do szkoły cudem nie wpadł do tej dziury. Boże, przecież płytki wisiały w powietrzu, a pod spodem nic już nie było! – mówi Dorota Sachnik.

Groźnie zagrzmiało
Dorota Sachnik pamięta że było ok. północy kiedy groźnie zagrzmiało. Długo siedziała w oknie, ale nic nie wypatrzyła. Poszli z mężem spać. Rano zaalarmował ich syn, 17-letni Romek. O 7.15 wyszedł jak zawsze do szkoły. Kiedy schodził po schodach, zobaczył z boku ścieżki prowadzącej do bramy, wielką dziurę. – Szczęście, że nie postawił nogi na płytkach, bo te już wisiały w powietrzu, a pod spodem była woda – kręcą głową strażacy.

Sachnikowie natychmiast wezwali straż pożarną. Strażacy po obejrzeniu zapadliska zdecydowali, że trzeba je najszybciej zasypać. Kiedy okazało się, że dziura nie tylko się pogłębia, ale i powiększa strażacy szybko zawiadomili powiatowego inspektora nadzoru budowlanego. Średnica dziury miała już prawie metr, z każdą chwilą była głębsza o kolejne metry.

To niebezpieczne
Przybyła na miejsce Beata Druszkiewicz, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Gliwicach natychmiast kazała lokatorom opuścić budynek. – Dopóki nie wiemy co jest przyczyną zapadnięcia się ziemi, czy stało się to na wskutek odwiertu górniczego czy zjawiska krasowego, jak duży jest lej i ile ich jest na tym terenie, nie można tu bezpiecznie mieszkać – tłumaczy Beata Druszkiewicz. – Nie znamy przyczyn i trudno przewidzieć co się stanie. Jestem optymistką, ale może się stać i tak, że dom runie – dodaje.

Trzy dziury wokół domu
Sachnikowie wynajmują dom przy ul. Bydgoskiej od 12 lat. Właściciele mieszkają w Niemczech.
Franciszek Sachnik, mąż pani Doroty przypomina sobie,
jak osiem lat temu wymieniał rury wodno-kanalizacyjne. Kiedy wszystko już było gotowe, nagle, z boku domu, zauważył zapadlisko. – Dołek był tak wielki, że wsypałem tam 10 taczek gruzu – opowiada.

Wokół domu Sachników są co najmniej trzy dziury: z tyłu domu, z boku, trzecia, która powstała z niedzieli na poniedziałek, z przodu. Strażacy podejrzewają, że poza odwiertami, które prawdopodobnie wykonywano przed wojną i nie zostały odpowiednio zabezpieczone, pod domem może być groźny już teraz ciek wodny, który porwał ziemię. Mieszkańcy Brzezinki mówią, że odwiertów na tym terenie jest dużo. Prawdopodobnie wykonywali je Niemcy sprawdzając czy jest tu węgiel, czy glina. Być może chciano na tym terenie coś budować, np. fabrykę i wykonano mnóstwo odwiertów.

Wczorajsze zapadlisko to prawdopodobnie także pośrednio efekt rozmarzającej po zimie ziemi.

W ciągu kilku dni zostanie wykonana ekspertyza geologiczna. Wtedy okaże się też, czy Sachnikowie nadal mogą tu bezpiecznie mieszkać. Wczoraj późnym wieczorem wyprowadzali się do rodziny, mimo iż miasto zaproponowało im lokum w pobliskiej szkole. – Bierzemy to co najcenniejsze – wzdychali Sachnikowie. – Ja bym nie chciała się stąd ruszać, ale jak mówią, że niebezpiecznie? – kiwa głową Dorota Sachnik.

Andrzej Karasiński, wiceprezydent Gliwic:
Przygotowaliśmy program pomocy poszkodowanym i ewentualnej ewakuacji. Na koszt miasta zleciliśmy wykonanie ekspertyzy, mimo iż nieruchomość leży na terenie prywatnej posesji.
Państwo Sachnikowie w każdej chwili mogą zamieszkać w szkole, gdyby była taka potrzeba. Pomożemy.

St. asp. Józef Glagla ze straży pożarnej:
Zapadlisko cały czas się powiększa. Na razie, na szczęście ziemię trzyma zmarzlina, ale robi się coraz cieplej i ziemia pęka. W ciągu dnia ziemia odtajała na 10-15 cm. To także ma wpływ na powiększanie się dziury. Dom nie będzie miał na czym stać!

Inż. Marek Skarżeński, specjalista geolog mierniczy:
Wygląda to na źle zlikwidowano otwór wiertniczy, ale te informacje trzeba sprawdzić w materiałach archiwalnych, mapach i dokumentach geologicznych. To może dać nam jednoznaczną odpowiedź. Wtedy będzie można temu zaradzić.

Autor artykułu: Izabela Jarosz

Rozmowa z Jarosławem Tkoczem, bramkarzem Dospela Katowice

Wednesday, March 5th, 2003

Długo walczył pan o miejsce w bramce Katowic, ale gdy cel został osiągnięty zajął je pan na dobre. Oskar Canal+ dla najlepszego bramkarza to zamknięcie pewnego etapu w karierze?
Nigdy nie traciłem wiary w to, że walka o miejsce w bramce Katowic ma sens. Trudno mówić o podsumowaniu jakichś etapów, myślę, że jeszcze wiele przede mną.

Słynie pan z kolekcjonowania szampanów, czyli nagrody dla najlepszego zawodnika meczu, teraz trzeba zrobić miejsce na Oskara?
Na razie ten jeden bez problemu się zmieści. Poza tym, to naprawdę bardzo cenne wyróżnienia. Szampany “zafundowali” mi kibice, natomiast Oskara sami koledzy po fachu, czyli piłkarze. Uznanie z takich właśnie stron to duża satysfakcja. Ale chcę podkreślić, że to nagroda dla całej drużyny, wszyscy wspólnie zapracowaliśmy na wynik. Poza tym nominacji było więcej, na galę pojechaliśmy razem z Mirkiem Widuchem, Marcinem Bojarskim i trenerem Janem Żurkiem.

Najlepszy bramkarz ligi – to wybór otwierający furtkę reprezentacyjną?
O kadrze marzę i wcale tego nie ukrywam. Wiem, jak wiele pracy jeszcze mnie czeka, jak ważna będzie runda rewanżowa. Muszę w niej potwierdzić, że jesień nie była przypadkowa.

Ligową jesień zakończył pan jako jedyny ligowy bramkarz z jednocyfrową stratą. Jaki jest cel wiosenny?
Nie ma sensu deklarować konkretnych liczb. Wiadomo, że gramy defensywnie, poświęcamy wiele uwagi obronie, ale rzeczywiście jesienią robiliśmy to dobrze. Jeśli tylko wszystko będzie nadal tak funkcjonowało może być nieźle. Obrona została bez zmian, świetnie rozumiemy się z chłopakami, cel też mamy wspólny: jak najwyższe miejsce w tabeli.

Powoli normuje się też sytuacja finansowa. Po wpłacie z Dospelu otrzymaliśmy część zaległych pieniędzy…
Potwierdziła się prawda, że na sukces trzeba zapracować. Nasze jesienne wyniki zwróciły na nas uwagę sponsorów, którzy wiążą z nami duże nadzieje. Nie ukrywam, że z wzajemnością.

Przełożenie pierwszej kolejki ekstraklasy ma dla bramkarza wiceliderów tabeli jakieś znaczenie?
Osobiście trochę żałuję, bo lepiej byłoby zacząć od meczu u siebie z Wisłą Płock niż wyjeżdżać na trudne spotkanie do Widzewa. Ale na takie decyzje nie mamy żadnego wpływu. Zresztą zwycięstwo w Łodzi dodałoby nam skrzydeł i mam nadzieję, że właśnie tak będzie.

Autor artykułu: Rozmawiał Rafał Musioł

Mleko każdego dnia

Wednesday, March 5th, 2003

Dzieci z niezamożnych rodzin w rybnickiej dzielnicy Maroko?Nowiny mogą codziennie wypić kubek mleka. Postarała się o to Eryka Kowalczyk

O Eryce Kowalczyk z Rybnika pisaliśmy przy okazji organizowanej przez nią akcji rozdawania chleba ubogim. W każdy wtorek i piątek 63-letnia emerytka wydawała pieczywo biednym ludziom. Teraz działalność tę powierzyła zaufanym osobom. Sama zajęła się prowadzeniem świetlicy integracyjnej i promowaniem akcji “Pij mleko, będziesz wielki”.

Uparta jak osioł

Pani Eryka mówi o sobie, że jest uparta jak osioł. – Jak sobie coś zaplanuję, to nie spocznę, póki nie osiągnę założonego celu. Już jakiś czas temu postanowiłam, że dzieci z niezamożnych rodzin w mojej dzielnicy każdego dnia będą miały zapewniony kubek mleka i dopięłam swego – mówi z dumą rybniczanka.

Energiczna emerytka szybko uporała się ze wszystkimi trudnościami. Najpierw znalazła i wyremontowała lokal, a zaraz potem rozejrzała się za sponsorem. Mówi, że ma chyba szczęście do ludzi, bo niemal natychmiast spotkała osobę, która zadeklarowała, że w każdy piątek będzie dostarczać do świetlicy kilkanaście kartonów mleka. Taka ilość podopiecznym pani Eryki wystarcza na cały tydzień. Rybniczanka zadbała również o jednorazowe kubki.

Nie żałuje pieniędzy

- Pamiętam, że jako dziecko zawsze piłam mleko w szkole. Teraz młodzież nie ma takiej możliwości. A w rodzinie, gdzie liczy się każdy grosz, często zapomina się, że dziecko powinno mieć zapewnioną szklankę mleka. Sama mam zaledwie parę złotych emerytury, ale jak czasem zabraknie nam mleka, nie żałuję pieniędzy i dokupuję karton czy dwa – wyjaśnia Kowalczykowa.

Od kilku dni, punktualnie o godzinie 15, pani Eryka otwiera swoją świetlicę. Na mleko do niej przychodzi zarówno młodzież, jak i dzieci w wieku przedszkolnym.

Eryka i Gabriela

- W świetlicy spędzam całe popołudnia i wieczory. Cieszę się, że mogę coś dobrego zrobić dla dzieci i tej działalności zamierzam się poświęcić – zapewnia emerytka.
Gabriela Pierchała, która prowadzi prywatną firmę i dostarcza mleko do świetlicy pani Eryki, mówi, że bez wahania przyłączyła się do akcji. – Kowalczykowa jest społecznikiem z krwi i kości. Uważam, że to co robi jest słuszne. Mam pewność, że mleko trafia w dobre ręce – wyjaśnia pani Gabriela.

Autor artykułu: ktw