Archive for April, 2003

Złodzieje dokumentów staną przed sądem

Tuesday, April 29th, 2003

Akta procesu dotyczącego produkcji i handlu narkotykami wyniósł z Sądu Rejonowego w Katowicach jeden z jego pracowników. Prokuratura Okręgowa zakończyła śledztwo przeciwko niemu.

Akt oskarżenia przeciwko byłemu pracownikowi sekcji wykonawczej Sądu Rejonowego w Katowicach trafił najpierw do… Sądu Rejonowego w Katowicach. Kierownictwo SR zwróciło się jednak do Sądu Najwyższego o przeniesienie sprawy gdzie indziej.

- Podjęliśmy taką decyzję powołując się na dobro wymiaru sprawiedliwości – wyjaśnia Joanna Sienkiewicz-Bitka, wiceprezes do spraw karnych Sądu Rejonowego w Katowicach. – Główny oskarżony był bowiem pracownikiem naszego sądu. Właśnie otrzymaliśmy decyzję SN o przekazaniu sprawy do Sądu Rejonowego w Gliwicach. Tam też przesłaliśmy już akt oskarżenia.

W katowickim Sądzie Rejonowym do dzisiaj nie mogą uwierzyć, że Szymon B., sumienny pracownik, sprzedał akta. Zwłaszcza że jego rodzina też pracuje w sądzie (np. matka oskarżonego jest kierowniczką sekretariatu jednego z wydziałów katowickiego sądu.) Szymon B. za wyniesienie akt dostał od przestępców trzy tysiące złotych. Sprzedał dokumenty członkom grupy handlującej narkotykami, a wszystko co od nich dostał… wydał na narkotyki.

Nie są natomiast znane motywy działania młodej protokolantki z Sądu Rejonowego w Będzinie, która wyniosła do domu akta kilkunastu procesów.

- I chyba nigdy się nie dowiemy, dlaczego to robiła – mówi osoba związana ze śledztwem.

Chciała poczytać?
Anna K. sądowe dokumenty wynosiła już wcześniej. Kiedy w sądzie zorientowano się, że giną dokumenty, za pośrednictwem swojej matki zwróciła je. Nie robiono z tego afery, po prostu sąd nie przedłużył umowy Annie K. I wówczas okazało się, że wciąż brakuje dokumentacji kilkunastu spraw.

- Podejrzenie od razu padło na Annę – mówi nasz informator. – Kiedy policjanci przyszli do niej z nakazem przeszukania, zaczęła się targować. – Liznęła trochę prawa, więc zapytała, czy jeśli odda akta dobrowolnie, to może liczyć na karę w zawieszeniu? I po chwili przyniosła stos teczek.
Śledztwo przejęła Prokuratura Okręgowa. Sprawdzano wszelkie powiązania podejrzanej. Zwłaszcza że związana była z synem jednego z sędziów katowickiego sądu. Poza tym wśród skradzionych dokumentów był akt oskarżenia przeciwko policjantowi, który spowodował po pijanemu śmiertelny wypadek. – Jedną z hipotez było nawet, że to właśnie o te akta chodziło, a reszta została wyniesiona dla zmylenia śladów – dodaje osoba znająca sprawę. – Nie natrafiono jednak na żadne związki. Nie ustalono również, by oskarżona przekazywała komukolwiek wynoszone dokumenty.

Anna K. nie została aresztowana. Przed sądem odpowiadać będzie z wolnej stopy. Grozi jej do dwóch lat więzienia.

To margines
Jak powiedziała nam sędzia Teresa Truchlińska-Binasik, rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach, w naszym regionie wynoszenie akt z sądów to, na szczęście, margines. – Poza tymi głośnymi przypadkami nie przypominam sobie żadnego innego – mówi sędzia Truchlińska-Binasik. – Nie ma u nas również zjawiska ginięcia akt z powodu bałaganu, czy niedbalstwa.

W PROKURATURACH
Niedawno zakończono wielkie liczenie akt w prokuraturach w całej Polsce.
Okazało się, że na Śląsku zginęło ich najwięcej,
bo dotyczyły one aż 94 spraw. Na szczęście większość z nich to były śledztwa zawieszone bądź umorzone i w dodatku dotyczące spraw drobnych. Większość akt już udało się odtworzyć.
Prokuratorzy okręgowi polecili wszcząć postępowania wyjaśniające w każdym ujawnionym przypadku zaginięcia dokumentów.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Ostre targowanie

Tuesday, April 29th, 2003

Około stu hurtowników z całej Polski przyjechało, w nocy z niedzieli na poniedziałek, na giełdę warzywną w Katowicach przy ul. Bocheńskiego, by jak zwykle sprzedać swoje towary. Nic z tego. Giełda została zablokowana. Rzecz cała rozbija się o pieniądze za czynsze od handlujących tu hurtowników. Chodzi, bagatela! o 70 tys. zł netto miesięcznie.
Pretendentów do tych pieniędzy jest dwóch: właściciel targowiska – Zenon Nowak, prezes Zakładu Transportu Mleczarskiego Trans-Mlecz oraz dzierżawca – Zdzisław Hutyra, pełnomocnik krakowskiej firmy Zamak i wiceprezes
firmy Bana-Cash.

Kilkunastu ochroniarzy zablokowało w nocy z niedzieli na poniedziałek wjazd na największą giełdę warzywną przy ul. Bocheńskiego w Katowicach. Z powodu konfliktu między właścicielem terenu a dzierżawcą, ok. stu hurtowników straciło wczoraj nie tylko dzienny zarobek. Wielu także towar wart kilka tysięcy złotych, który zgnił w upale. – Kto mi to teraz kupi, wezmę wszystko i na śmietnik wyrzucę – denerwował się Eugeniusz Mokrogulski, jeden z handlowców.

Akcja w środku nocy
Ochronę, która ok. północy zajęła wszystkie wjazdy na targ, wynajął Zdzisław Hutyra, pełnomocnik krakowskiej firmy Zamak i wiceprezes firmy Bana-Cash. Powołując się na prawomocny wyrok sądowy z 23 kwietnia ub.r. Hutyra utrzymuje, że to Bana-Cash jest pełnoprawnym dzierżawcą i tylko on może pobierać czynsze od handlujących tu hurtowników. Teraz czynsz pobiera właściciel terenu, czyli Trans-Mlecz.

Zenon Nowak, właściciel targowiska i prezes Zakładu Transportu Mleczarskiego Trans-Mlecz twierdzi, że umowę z byłym dzierżawcą dawno zerwał i Bana-Cash nie ma prawa do tego terenu. Chodzi o duże pieniądze. Miesięcznie od hurtowników wpływa do kasy właściciela 70 tys. zł netto! – Zamak nie jest uprawniony do występowania w charakterze dzierżawcy czy poddzierżawcy, a Bana-Cash nie jest właścicielem placu. Właścicielem jesteśmy my! Chcą zająć targ w złej wierze – denerwuje się Nowak.

Stracili kupcy
Zdzisław Hutyra miesiąc temu porozdawał handlowcom nowe umowy do podpisania. Straszył, że jak tego nie zrobią, zamknie targ. Nikt nie podpisał umowy. – To jak, mamy je podpisać i płacić podwójnie, bo oni nie mogą się dogadać?! – mówią zdenerwowani handlujący.

Wczoraj sprzed bramy giełdy z kwitkiem odjeżdżali wszyscy. Na inny targ. Z powodu blokady na całej ul. Bocheńskiego utworzyły się korki.

Najbardziej na konflikcie stracili jednak handlowcy. Błagali żeby odblokować targ. – Chcemy handlować! – krzyczeli zrezygnowani. – Już tu klient nie wróci, pojedzie gdzie indziej – złościł się Marek Pawłowski. Wczoraj nikt z handlujących nie sprzedał ani skrzynki. Wszyscy siedzieli i czekali aż prezesi się dogadają.

Zbigniew Oracz, handlujący cytrusami na giełdzie od 10 lat nie wytrzymał i wyniósł na własnych plecach kilka skrzynek pomarańcz i papryki. Zdesperowany sprzedał towar na ulicy. – Płacimy regularnie czynsz i kto nam te straty pokryje? – mówił ze złością.

- Podpiszecie, będziecie handlować, nie podpiszecie, nikogo nie wpuszczę na targ – nie spuszczał z tonu Hutyra. – Będziemy blokować do skutku. Teren jest nasz – groził dzierżawca.

Kto ma rację?
Sprawa z targowiskiem jest absurdalna. Zdzisław Hutyra utrzymuje, że umowa dzierżawy zawarta z Trans-Mleczem obowiązuje do 2014 r. i ich umowy z właścicielem są nieważne. Gdyby tak było, pieniądze z czynszu zarabiałby w całości dzierżawca, właściciel – ani grosza. – Wydałem 250 tys. zł na budowę podstacji, żeby ludzie mieli prąd i co teraz mam to oddać? – pyta prezes Nowak. – Mamy już projekt modernizacji targowiska i co teraz?

Jak wynika z dokumentów, które przedstawia Zenon Nowak, Trans-Mlecz 20 października 1994 r. wypowiedział umowę dzierżawy Ludwikowi Barnasiowi z Wawel-Turistu. – Obowiązywała od 31 października 1999 r. – opowiada prezes Nowak. Oficjalnym powodem był fakt, że Barnaś stawiał boksy na targowisku, choć tego robić mu nie było wolno. Poza tym bez zgody właściciela poddzierżawił teren firmie Bana-Cash. Barnaś, który stracił dzierżawę, automatycznie wypowiedział umowę Bana-Cashowi. Są na to dokumenty. Mimo tego, Bana-Cash oddał sprawę do sądu i… ją wygrał! Jak wynika z wyroku sądowego Bana-Cash otrzymał sądownie jedynie prawo do nieruchomości, które postawił Banaś, a nie terenu i dzierżawy.

Od 1 lutego Trans-Mlecz ma podpisane umowy z 70 firmami na dzierżawę placu.

Targ otwarty
Wczoraj strony nie chciały już ze sobą rozmawiać. W południe prezes Nowak wyszedł do kupców. – Dla waszego dobra zawieszamy umowę z wami z dniem 1 maja, tak byście mogli podpisać umowę z tamtą firmą i dzięki temu handlować. Nie będę wam szkodził – mówił do ludzi Nowak. Na pytanie czy się poddał, odpowiedział. – Z Bana-Cashem będziemy dalej walczyć. Tym razem na drodze sądowej – zapowiedział.

O godz. 13 Zdzisław Hutyra odblokował wjazdy na targ. Dziś handlowanie ma odbyć się bez ekscesów.

Autor artykułu: Izabela Jarosz

Proces Ryszarda B. zostanie powtórzony

Tuesday, April 29th, 2003

Ryszard B., domniemany zabójca generała Marka Papały i szefa gangu pruszkowskiego, znów zasiądzie na ławie oskarżonych katowickiego sądu.

Sąd Apelacyjny uchylił wyrok Sądu Okręgowego, który wymierzył Ryszardowi B. karę 4,5 roku więzienia za oszustwa finansowe. Sprawa wróci na wokandę sądu pierwszej instancji. Zdaniem Sądu Apelacyjnego, sędziowie okręgowi popełnili wiele błędów, m.in. nie dopuścili ważnych dowodów, słabo też uzasadnili werdykt.

Ryszard B. został skazany na 4,5 roku więzienia w maju 2002 roku za oszustwa finansowe z początku lat 90., kiedy uchodził za gwiazdę biznesu i był jednym z najbogatszych Polaków. Prokuratura zarzuciła mu, że wyłudził ponad 5 mln zł i 21 luksusowych samochodów od niemieckiej firmy Auto-Becker. Od wyroku Sądu Okręgowego odwołał się zarówno prokurator, który żądał 9 lat więzienia, jak i obrońca, mec. Leszek Piotrowski, który uznał wyrok za zbyt surowy. – Mój klient padł ofiarą nieuczciwych biznesmenów – argumentował. – Jego kłopoty wynikały z braku doświadczenia.

Tzw. gospodarczy proces B. toczył się od połowy lat 90. W pewnym momencie oskarżony zniknął. Dopiero w 2001 r. został deportowany z Meksyku, gdzie się ukrywał.

Ryszard B. przebywa w areszcie. W Nowym Sączu rusza jego proces o zabójstwo Andrzeja K. ps. “Pershing”, szefa gangu pruszkowskiego. Zdaniem oskarżycieli gangstera zastrzelił Ryszard B. wraz z poszukiwanym do dziś Ryszardem Niemczykiem. Prokuratura Okręgowa w Warszawie przedstawiła niedawno Ryszardowi B. zarzut zabójstwa byłego komendanta głównego policji gen. Marka Papały.

Autor artykułu: gz

Bulwersujący koniec hali sportowej “Baildon”

Thursday, April 24th, 2003

Wczoraj buldożery kruszyły resztki ścian hali przy ul. Chorzowskiej w Katowicach. Związkowcy nie mogli się nadziwić, że nie zdemontowano nawet krzesełek.

- Tę halę wybudowano za nasze pieniądze. Jak człowiek widzi ją w gruzach, to aż się serce kraje – mówią rozgoryczeni pracownicy Huty Baildon.

Żalu nie kryją też miejscy urzędnicy. Władze Katowic chciały przejąć halę w zamian za umorzenie długów huty. – Wyremontowany obiekt nadal służyłby mieszkańcom – mówi Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu.

Już w maju 1999 r. Huta Baildon zwróciła się do katowickiego Urzędu Miasta z propozycją przekazania gminie działki i stojącej na niej hali sportowej w zamian za umorzenie zaległych opłat z tytułu podatku od nieruchomości. Chodziło o kwotę 7,34 mln zł.

- To była duża suma, ale wyraziliśmy zainteresowanie przejęciem nieruchomości ze względów historycznych i społecznych – mówi Waldemar Bojarun.

Kłopotliwa hipoteka
Na drodze do sfinalizowania transakcji stanęła jednak hipoteka nieruchomości, obciążona przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych kwotą 2 mln zł. – Gmina nie mogła przejąć budynku, który ma zajętą hipotekę. Podtrzymaliśmy nasze zainteresowanie propozycją huty, ale pod warunkiem zwolnienia hipoteki – podkreśla Waldemar Bojarun.

Waldemar Brzuchacz, były dyrektor ds. administracyjnych Huty Baildon przyznaje, że pomimo starań nie udało się tego osiągnąć. – Proponowaliśmy ZUS-owi, by przeniósł hipotekę na inne z naszych nieruchomości. Niestety, nie chciał się na to zgodzić – wyjaśnia Waldemar Brzuchacz.

W maju 2001 r. sąd ogłosił upadłość Huty Baildon. W zakładzie pojawił się syndyk, który zaczął sprzedawać kolejne nieruchomości należące do przedsiębiorstwa. W ubiegłym roku odbył się przetarg na sprzedaż hali sportowej. Wygrała w nim firma Vox Industrie z Janikowa k. Poznania.

- Za działkę i budynek nowy właściciel zapłacił ponad pięć milionów złotych – mówi dyrektor Brzuchacz. Przyszłe inwestycje miały być zgodne z obowiązującym planem zagospodarowania przestrzennego.

- Przedstawiciele firmy zapewniali, że teren nadal będzie przeznaczony na działalność sportowo-rekreacyjną. Taki zapis znalazł się zresztą w umowie – twierdzi Andrzej Karol, przewodniczący komisji “Solidarności” przy Hucie Baildon.

Woleli zburzyć
Tymczasem tuż przed świętami rozpoczęło się wyburzanie hali. – Przecież tu od początku chodziło tylko o działkę. To atrakcyjny teren, tuż przy Drogowej Trasie Średnicowej. Tak samo poszedł dom kultury przy ulicy Gliwickiej. Potem powstało tam Cinema City – denerwują się związkowcy.

Marian Adamski, dyrektor ds. inwestycji Vox Industrie, odrzuca zarzuty. – Nie zakładaliśmy z góry wyburzenia hali – przekonuje. – Przeprowadziliśmy ekspertyzę stanu technicznego budynku i okazało się, że musielibyśmy wydać na remont dwa miliony złotych. To było dla nas za dużo – dodaje.

Szefowie Vox Industrie przekonują, że nie wiedzą jeszcze, co powstanie na miejscu wyburzonej hali. – Podejmiemy decyzję w ciągu miesiąca. Mogę zagwarantować, że nie powstanie tam żaden hipermarket. Myśleliśmy o pawilonie meblowym, być może w przyszłości stacji benzynowej. Nie wykluczamy również prowadzenia działalności sportowo-rekreacyjnej – zastrzega dyrektor Adamski.

Czy firma rozważa również sprzedaż działki? – Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie – twierdzi przedsiębiorca.

Tylko sport
W obecnym planie zagospodarowania przestrzennego działka, na której stała hala, przeznaczona jest na tzw. “usługi sportu”. – Oznacza to, że może tam powstać wszystko to, co jest związane ze sportem, np. korty, boisko czy hala sportowa. Pawilon handlowy nie wchodzi już w grę – tłumaczy Adam Śleziak, naczelnik wydziału urbanistyki, architektury i budownictwa katowickiego Urzędu Miasta.

- To nieporozumienie – odpowiada dyrektor Adamski. – Jest już gotowy projekt miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego dla terenu Huty Baildon. Zakłada on rozszerzenie przeznaczenia gruntu o handel i usługi.
Najpóźniej w lipcu projekt trafi na sesję katowickiej Rady Miejskiej. Nie próbowaliśmy wywierać w tej sprawie żadnych nacisków – podkreśla Marian Adamski.

- Nawet jeśli projekt trafi na sesję, nie jest to równoznaczne z jego przyjęciem przez radnych. Gmina jest zainteresowana, by w miejscu wyburzonej hali nadal była prowadzona działalność sportowa. Kupując teren, inwestor powinien się z tym liczyć – zaznacza Waldemar Bojarun.

Syndyk nieuchwytny
Chcieliśmy wczoraj zapytać syndyka, dlaczego sprzedał halę za 5 mln zł, jeśli istniała możliwość przekazania jej miastu w zamian za umorzenie ponad 7 mln zł długów huty. Niestety, syndyk Andrzej Kasprzyk był nieuchwytny. W jego biurze dowiedzieliśmy się, że jest w sądzie i nie wiadomo, kiedy wróci. Sekretarka obiecała połączyć nas z syndykiem, gdy tylko pojawi się w hucie. Nie doczekaliśmy się telefonu.

HISTORIA
Hala sportowa Huty Baildon słynęła z rozgrywanych tu meczów koszykówki. Pierwsze spotkanie publiczność obejrzała tu we wrześniu 1969 r. Reprezentacja Polski zmierzyła się wtedy z amerykańskim zespołem gwiazd. Hala nie była jeszcze wykończona. Jej uroczyste otwarcie odbyło się 10 października 1969 r. “Efektownie przeszklony i pokryty oryginalnym siodłowym dachem obiekt. Będzie prawdziwą ozdobą zachodniej części miasta.” – pisała wtedy gazeta “Sport”. Oprócz imprez sportowych w hali organizowano liczne koncerty, bale sylwestrowe czy uroczystości z okazji Dnia Hutnika. Na widowni mogło zasiąść około 1,5 tysiąca osób.

JAKA FIRMA
Vox Industrie S. A. jest producentem mebli, materiałów budowlanych i wyposażenia wnętrz. Prowadzi ogólnopolską sieć składów budowlanych. Do firmy należy również poznańska Fabryka Rekreacji i Sportu, gdzie można korzystać z toru do jazdy na rolkach, sal do squasha i ścianki wspinaczkowej.

OPINIE
Pozostał żal
Waldemar Bojarun, rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Katowicach:
Gdyby gmina przejęła halę, na pewno wyremontowalibyśmy ją lub na jej miejscu zbudowali nową, która mogłaby dalej służyć mieszkańcom. Podobnie wyglądała sytuacja z halą sportową w Józefowcu, którą w bardzo złym stanie technicznym kilka lat temu miasto odkupiło od GKS-u Katowice. Obiekt został oddany do użytku w 2001 roku. Korzystają z niego szkoły, kluby sportowe i mieszkańcy, którzy chcą pograć w siatkówkę czy koszykówkę.
Dlaczego?
Waldemar Brzuchacz, były dyrektor ds. administracyjnych Huty Baildon:
Koszty utrzymania hali były bardzo wysokie. Co roku na media, podatki i inne opłaty musieliśmy wydawać 800 tysięcy złotych. Wynajmowaliśmy halę, były w niej organizowane różne imprezy, koncerty czy spotkania, ale przedsięwzięcie i tak było deficytowe. Ze względu na zły stan techniczny hala była nieczynna od 2001 roku. Nakaz jej zamknięcia wydały Sanepid i straż pożarna.
Ta hala wrosła w krajobraz Katowic, sam nie opuszczałem żadnego organizowanego w niej meczu. Widząc ją w gruzach, jest mi żal. Z drugiej strony, jeśli dzięki temu mają powstać nowe miejsca pracy, może dobrze się stało.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Haracz dla urzędu

Thursday, April 24th, 2003

Wadliwa uchwała Rady Miasta w Sosnowcu nakazała kioskarzom płacić codziennie tzw. opłaty targowe. Niektórzy z nich przypłacili to zdrowiem, inni zamknęli kioski. Kilka dni temu błąd wyszedł na jaw i miasto zobowiązało się oddać nieprawnie pobrane opłaty. Tylko, że nie poinformowało o tym kioskarzy.

Właściciele i dzierżawcy kiosków z gazetami niczym się nie różnią od handlujących z wózków kwiatami przy cmentarzach, czy sprzedających warzywa z dostawczych żuków na targowiskach. Do takiego wniosku doszli radni w Sosnowcu i nakazali kioskarzom płacić codziennie tzw. opłatę targową. Mimo że kilka dni temu okazało się, że radni byli jednak w błędzie i sporny zapis wycofano, dopiero reporter “Trybuny Śląskiej” przekazał kioskarzom wiadomość, że nie będą musieli odprowadzać bezprawnie naliczanych opłat.

Już tu więcej nie przyjdą?

- Naprawdę? I już więcej tu nie przyjdą? To doskonale! Ale musi pan wiedzieć, że się postawiłem i jeszcze ani grosza nie zapłaciłem. Nawet się ze strażnikami pokłóciłem – mówi Dariusz Peć, który kiosk Ruchu w dzielnicy Niwka prowadzi wraz z matką.

Dariusz Peć mówi, że w połowie marca strażnicy miejscy przyszli do niego z informacją o nowej uchwale miejskiej. Pokazali jej kopię. Wynikało z niej, że za kiosk ustawiony w pasie drogowym w tzw. strefie II, do której zaliczana jest dzielnica Niwka, powinien codziennie płacić 4 zł. Początkowo nie mógł uwierzyć w nowe zapisy miejskiej uchwały i próbował się bronić interweniując w urzędzie miejskim.

Cztery złote do za dużo

- 4 zł dziennie to bardzo dużo jak na kiosk w takim miejscu. Płacimy przecież miastu podatek gruntowy – 60 zł miesięcznie i dodatkowo Ruchowi 200 zł za dzierżawę kiosku. W sumie tych opłat uzbierałoby się ponad 380 zł, a gdzie ZUS i inne podatki? Poszlibyśmy z torbami. Tak się tym wszystkim zdenerwowałam, że zaczęłam chorować na serce – dodaje Halina Peć, właścicielka kiosku.

W innej dzielnicy – Zagórze – kioskarze także nie kryją zadowolenia z faktu, że nie będą musieli płacić miastu “haraczu”, jak sami określają opłaty targowe. Dziwią się jedynie, że z taką radosną wiadomością przyszedł do nich dziennikarz.

- Powinniśmy chyba dostać jakieś oficjalne pismo. Strażnicy przyjeżdżali tutaj codziennie i wiem, że niektórzy kioskarze, z którymi spotykam się w hurtowni, już się ugięli i podobno płacili dla świętego spokoju.

Brali, a nie mogli

Oni powinni być oficjalnie przeproszeni za nieporozumienie. Ja miałam trochę inną sytuację, bo przez ostatni czas chorowałam i strażnicy miejscy jeszcze do mnie nie dotarli – mówi Anna Lewandowska z kiosku w Zagórzu.

W najgorszej sytuacji znaleźli się ci, którzy chcąc być w zgodzie z prawem, od razu bez dodatkowych wezwań, zaczęli płacić strażnikom. Zdaniem Anny Lewandowskiej kilku z nich już musiało zamknąć kioski, bo nie opłacało się w nich handlować. Przykładem takiego kiosku jest prawdopodobnie zamknięty od kilku tygodni punkt przy ul. Prusa w dzielnicy Środula.


Włodzimierz Sieruga, kierownik referatu Straży Miejskiej w Sosnowcu:

Z urzędu dostaliśmy szczegółowy wykaz punktów, które podlegają obowiązkowi poboru opłaty targowej i szczerze mówiąc nikt nie zastanawiał się nad zasadnością takiego a nie innego zapisu uchwały z 6 grudnia 2002 r. Strażnicy stali się w tym przypadku inkasentami upoważnionymi uchwałą Rady Miejskiej. Otrzymali kwitariusze i ich zadanie polegało wyłącznie na poinformowaniu o konieczności zapłaty oraz wypisaniu blankietu i pobraniu pieniędzy. Potwierdzam, że w ostatnim czasie doszło do małego zamieszania, co do zasady od kogo pobierać opłatę targową, a od kogo jej nie pobierać. Ale sprawa jest już wyjaśniona.

Ewa Dela, naczelnik wydziału finansowego Urzędu Miasta
w Sosnowcu:

Jeżeli któryś z kioskarzy już uiszczał codziennie opłaty targowe, to urząd zwróci mu pieniądze. Zapewniam, że wystarczy tylko napisać pismo i wskazać numery dowodów wpłaty.
Nieporozumienie z opłatami wzięło się z tego, że według znowelizowanej ustawy, kioski zostały wyłączone z pojęcia nieruchomości. Jeżeli tak, to nie podlegają opodatkowaniu od nieruchomości więc jedyną formą płatności wydawała się opłata targowa. W sprawie wątpliwości interweniowaliśmy w ministerstwie finansów i dopiero w ostatnim czasie otrzymaliśmy ostateczną wykładnię. Na jej podstawie zrezygnowaliśmy z opłat targowych. Kioskarze płacić będą po staremu.

Autor artykułu: Marcin Twaróg

O urzędzie po esperancku

Thursday, April 24th, 2003

Oficjalna strona internetowa Urzędu Miasta w Sosnowcu została znacznie wzbogacona. Do tej pory tworzona była wyłącznie po polsku, angielsku, niemiecku i francusku. W ostatnim czasie natomiast dodano wersję w języku esperanto.

- Zaproponowaliśmy prezydentowi stworzenie takiej strony, a on nie miał nic przeciwko pomysłowi. Po esperancku mówi i pisze wiele milionów ludzi na całym świecie. Pomyślałem, dlaczego by nie mogli przeczytać w Internecie także o Sosnowcu – mówi Jerzy Walaszek, przewodniczący miejskiego oddziału Polskiego Związku Esperantystów, który wraz z kolegami tłumaczył z polskiego kilkaset stron tekstu.
Dodaje, że praca nie była trudna, bo właściwie tekst nie zawiera pojęć czysto technicznych. Przetłumaczył łącznie 40 tematów począwszy od historii miasta aż do składu Rady Miejskiej.

Urząd Miasta w Sosnowcu jest dopiero dziesiątym w kraju, który postanowił na stronie internetowej stworzyć wersję esperancką. Wyprzedziły go m.in. Bydgoszcz, gdzie urodził się twórca esperanto Ludwik Zamenhof oraz Gliwice, gdzie mieści się Zarząd Główny Polskiego Związku Esperantystów.
Na tym nie koniec. Jak udało się nam dowiedzieć, w najbliższym czasie stronę urzędową czytać będzie można aż w siedmiu językach – dodatkowo po włosku i rumuńsku. Będzie to wówczas najbogatsza pod względem wersji językowych urzędowa strona internetowa w Polsce.

Autor artykułu: ps

Największa sieć kablowa na Śląsku zmienia program i podwyższa abonament

Tuesday, April 22nd, 2003

Największa sieć kablowa na Śląsku – UPC od dziś rozpoczyna wprowadzanie istotnych zmian w programie, wzrośnie też abonament. – Niektóre stacje musiały zniknąć z naszej oferty, ale na to miejsce wprowadzamy od 22 kwietnia nowe propozycje programowe – twierdzi Dariusz Polak, koordynator do spraw komunikacji UPC Telewizja Kablowa.

Podobne zmiany zachodzą w innych telewizjach kablowych. – Od 1 stycznia br. zniknęła tzw. licencja ustawowa dla sieci kablowych – tłumaczy Andrzej Ostrowski, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Komunikacji Kablowej. – Oznacza to, że każda sieć musi podpisać umowę ze wszystkimi nadawcami: telewizjami publiczną i prywatnymi oraz organizacjami, które reprezentują interesy twórców – dodaje Ostrowski.

Bez koncesji na Polskę
Do ubiegłego roku w kablówkach bez odrębnej umowy i bez dokonywania jakichkolwiek opłat można było nadawać programy, które były dostępne dla widzów bez opłat – np. Telewizji Polskiej, TVN czy Polsatu. – Nowe przepisy są niekorzystne nie tylko dla nas, ale i dla naszych klientów – twierdzi Dorota Zawadzka, rzecznik prasowy UPC. – Czasu na podpisanie umów było zbyt mało. Dlatego z telewizji kablowych zniknęły niektóre programy.

Odbiorcy pożegnali przede wszystkim programy niemieckojęzyczne. Niemieckie stacje tłumaczą, że nie mogą podpisywać umów z naszymi sieciami kablowymi, ponieważ nie mają koncesji na nadawanie swych programów w Polsce.
Inny problem pojawił się w negocjacjach z sieciami francuskimi i włoskim RAI. Nadawcy ci uznali, że polskie sieci powinny im płacić 3 eurocenty od każdego abonenta. – Trudno się dziwić naszym partnerom – wiedzą, że musimy podpisać umowy, jeśli nie chcemy się narazić na zarzut łamania prawa – mówi Krzysztof Stefaniak, rzecznik prasowy Grupy Vectra. – To jest biznes, jak można, to każdy chce zarobić.

Co w zamian?
Krzysztof Stefaniak zapewnia, że Grupa Vectra zmierza do tego, by z jej oferty nie zniknął ani jeden polski program, a na miejsce tych stacji zagranicznych, z którymi umów nie uda się podpisać, weszły nowe. Podobnie jest w UPC. – Na miejsce programów, które musieliśmy przestać nadawać, wejdą od 22 kwietnia w regionie katowickim i w Częstochowie trzy kanały tematyczne z grupy Discovery, a także rozrywkowo-edukacyjny BBC Prime – twierdzi Polak. – Do oferty pakietu pełnego dołączy także Pilot TV oraz Mango 24 – całodobowy program w całości poświęcony telezakupom. Zmiany programowe będą przeprowadzane sukcesywnie w poszczególnych sieciach UPC i zakończą się w maju.

UPC podnosi też opłatę abonamentową za korzystanie z pakietu pełnego – wysokość podwyżki wyniesie od 2 do 3 zł.
Klienci drugiej dużej sieci – Śląskiej Telewizji Kablowej też musieli się pożegnać z kilkoma popularnymi programami: RAI, RTL czy M6. – Staramy się, żeby telewizja RTL szybko wróciła – twierdzi Rafał Wróbel ze ŚTK. – Niemcom też na tym zależy, bo Polska jest dla nich ważnym rynkiem.

Wróbel dodaje, że ich stacja stara się wprowadzić nowe pozycje na miejsce programów, które musiała wyłączyć. – Od maja będziemy nadawać Polsat Sport, który jest dostępny tylko na platformie cyfrowej Polsatu – podkreśla Wróbel.

Za biedni na wysoki abonament
ŚTK nie podnosi abonamentu. – Przyjęliśmy cennik na cały rok i nie chcemy w tym zakresie żadnych zmian – mówi Wróbel.

Abonament w sieci Vectra wzrósł od 1 stycznia o złotówkę. – Ale to głównie ze względu na wzrost kosztów eksploatacji, a nie ze względu na wysokie koszty umów z dostawcami programów – podkreśla rzecznik firmy. – Operujemy w małych miastach, gdzie klienci liczą każdą złotówkę i dlatego do wszelkich podwyżek podchodzimy bardzo ostrożnie – dodaje.
Sieci kablowe muszą coraz mocniej walczyć o klienta, dlatego niektóre oferują promocyjne ceny za podłączenie i za abonament. Jeżeli jednak wzrosną opłaty z tytułu praw autorskich, będzie także musiał wzrosnąć abonament – twierdzi Dorota Zawadzka. – Chcemy tego uniknąć, gdyż już teraz ponosimy – i tym samym nasi klienci – wysokie opłaty z tego tytułu. Wiele zależy od woli porozumienia organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi.

Autor artykułu: Mariusz Urbanke

Znowu rtęć

Tuesday, April 22nd, 2003

Około 40 g rtęci zebrali w sobotę po południu strażacy na ul. Rymera na wysokości numeru 55. Trująca substancja rozlana była na chodniku i placu między trzypiętrowym blokiem a garażami.

Na miejsce przyjechał pluton chemiczny z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej z Łabęd koło Gliwic i zebrał rtęć. Ze względu na niewielką ilość rozlanej substancji nie było potrzeby ewakuacji okolicznych mieszkańców.

Autor artykułu: sz

Kwartalna pomyłka

Tuesday, April 22nd, 2003

Renowację bytomskiej starówki prowadzi Przedsiębiorstwo Rewitalizacji “Kwartał”, którego większościowym udziałowcem jest Bytomskie Przedsiębiorstwo Komunalne (gminna spółka ma ponad 60 proc.) oraz Zakład Remontowo-Budowlany Mirbud z Piekar Śląskich, firma prywatnego biznesmena Mirosława Michalskiego.

Jest także generalnym wykonawcą inwestycji.
Gdy budowa ruszyła trzy lata temu, władze Bytomia pokazywały wizjonerskie makiety. Honorowy patronat objął Krzysztof Wójcik, prezydent miasta. Nikt nie widział kłopotów finansowych przyszłego wykonawcy i inwestora. Nie przewidywano, że budowa stanie na dobre i będzie niechlubnym pomnikiem.

Jak to możliwe?

- Miał dobre układy. Firma Michalskiego budowała dom dyrektorowi bytomskiego oddziału banku PKO BP, remontowała główną siedzibę tego banku w Bytomiu. Remontowała również siedzibę Bytomskiego Przedsiębiorstwa Komunalnego, dlatego “Kwartał” od ręki dostał kredyt w wysokości 10 mln zł na przebudowę miasta – mówią nasi informatorzy.

Gdy przelano pieniądze z kredytu na konto “Mirbudu”, przebudowa stanęła w miejscu. Wykonano jedynie hotel przy ul. Jainty i część pasażu od ul. Kwietniewskiego. Pozorowano prace remontowe. Bank wycofał się z dalszego finansowania.
Michalski okazał się bankrutem. Ma 172 wierzycieli, wśród nich są jego pracownicy, podwykonawcy, banki, piekarski magistrat, ZUS, PFRON. Zobowiązania jego wynoszą ok. 10 mln zł łącznie, dotyczą lat 1999-2002, gdy przystąpił do przebudowy Bytomia.

Mirosław Michalski oburza się, gdy wierzyciele wytykają mu uchylanie się od spłaty długów i posiadanie luksusowego chryslera wartego 200 tys. zł. – Samochód jest majątkiem wierzycieli, a ja tylko użytkownikiem – tłumaczy. Wierzycieli przekonuje, że przebudowa Bytomia o wartości 80 mln zł i budowa 250 mieszkań w Ustroniu przyniosą mu duże i pewne pieniądze. W rzeczywistości obu inwestycji nie skończył.

Prywatna gminna firma

W tym roku “Kwartał” musi spłacać kredyt. Zarząd spółki, udziałowcy, wędrują bezskutecznie po bankach prosząc o pożyczkę. “Kwartał” utracił wiarygodność.

- Michalski traktował tę spółkę, po części gminną, jak własną firmę – stwierdzają nasi rozmówcy. Do ub. roku był jej wiceprezesem. Bytomski Urząd Skarbowy podczas kontroli podatkowej ujawnił fakturę na roboty, których nie wykonano. Opiewały one na 880 tys. zł netto. Fakturę wystawił Michalski jako wiceprezes “Kwartału”. Urzędnicy nie dali wiary jego wyjaśnieniom. “Kwartał” stracił 200 tys. zł. Dostał 50 tys. zł grzywny za próbę wyłudzenia podatku.

- Faktura została wystawiona na roboty archeologiczne potwierdzone przez inspektora nadzoru budowlanego oraz inwestora zastępczego (spółkę “Kwartał”). Spółka wniosła odwołanie – tłumaczy Mirosław Michalski.

Stanisław Szczepański, prezes “Kwartału” jest dobrej myśli: – Załatwiamy kredyt. Chcemy dokończyć rozpoczęte dwie budowy i ruszyć z kolejnym etapem. Potrzeba nam 28 mln zł.

Nie lobbuję

Miasto nie ma też nic wspólnego z tym, że spółka Metabet (należy do żony Michalskiego) jest podwykonawcą budowy oczyszczalni ścieków na granicy Bytomia i Radzionkowa. Jak również z faktem, że Mirbud remontował bytomskie Centrum Działalności Podwodnej Nurek oraz jako podwykonawca stawia francuski market w centrum Bytomia.

Dziwnym trafem Michalski remontował też bytomski urząd skarbowy, a w Piekarach, gdzie mieści się jego firma, remontował magistrat i urząd skarbowy. Nie ma żadnych związków? – Nie lobbuję, zajmuję się rzetelną działalnością gospodarczą – oznajmia Michalski.


Przebudową starówki władze Bytomia chciały uczcić 750. rocznicę nadania praw miejskich, która wypada w 2004 roku. Na 27 tys. metrów kwadratowych mają być podziemne parkingi, biura, luksusowe mieszkania i hotel.

Autor artykułu: Renata Cius

Popisy kulinarne po polsku i po czesku

Wednesday, April 16th, 2003

Kilkanaście nietypowych i bardzo smacznych potraw świątecznych przygotowali wczoraj polscy i czescy uczniowie, którzy wzięli udział w konkursie kulinarnym w rybnickim Zespole Szkół Ekonomiczno-Usługowych.

Stoły uginały się od smakowitości, wśród których nie zabrakło jajek podawanych na kilka sposobów. Znakomite wrażenie robił comber króliczy ze śliwkami i biały barszczyk na winie. Na deser zaproponowano babkę cytrynową i kilka efektownych tortów.

- Liczy się nie tylko smak i zapach potrawy. Bardzo ważny jest sposób jej podania – tłumaczyła Halina Nowak, zastępca dyrektora ZSE-U.

Biorąc pod uwagę tempo, w jakim potrawy znikały ze stołu, można stwierdzić, że rybniccy uczniowie i ich czescy koledzy z Bohumina i Ostrawy spisali się znakomicie. W każdym razie jurorzy i zaproszeni goście byli zadowoleni.

Autor artykułu: mak