Archive for April, 2003

Lepper odjechał z Katowic z kwitkiem

Wednesday, April 16th, 2003

Cztery dni do namysłu mają radni wojewódzcy Samoobrony, żeby zerwać koalicję z SLD, ale wcale się do tego nie kwapią. Oficjalnie koalicja przestanie istnieć 19 kwietnia, ale to nie znaczy, że lewica straci w sejmiku większość.

Groźby przewodniczącego
- Jeżeli nasi radni tego nie zrobią, zostaną usunięci z partii i skończy się ich kariera – zapowiedział wczoraj w Katowicach, jak zawsze opalony, Andrzej Lepper.

Wicemarszałek śląski Jan Grela nie zamierza się podporządkować rozkazowi “wodza”, a gdy ten zechce wyrzucić go z Samoobrony, odwoła się do władz kongresu. Wicemarszałkiem, póki co, zostaje. – Czy ja źle wykonuję swoje obowiązki? – pyta. Nie boi się wojny z Lepperem. – W końcu ktoś musi zaryzykować – wyjaśnia. – Nie możemy kpić z ludzi, którzy nas wybrali.

Radni Samoobrony, a jest ich w sejmiku śląskim sześciu, muszą do Wielkiej Soboty ostatecznie się opowiedzieć. Podobno nie ma wśród nich jedności. Popierający Leppera poseł Andrzej Grzesik, szef Samoobrony w województwie śląskim uważa, że zbuntowało się dwóch, zaś Grela, że czterech.

- Nie będzie żadnego współczucia, wyjątków żadnych nie będzie – grozi Lepper, który nie chce brać dalej odpowiedzialności za sytuację w regionach i fatalne, jego zdaniem, rządy lewicy. – Nie możemy na to patrzeć i współrządzić z taką siłą w terenie, która ma przełożenia na górę, a góra działa przeciwko Polsce i Polakom – oznajmił.

Grela uważa, że nie ma podstaw, by wyrzucać ich z partii.
Żadnych poza wolą przewodniczącego. W zamian za posłuch mogą zyskać jego dobre słowo, a stracić np. partyjne łupy, jakie stały się udziałem koalicyjnej partii – oprócz stanowiska wicemarszałka to dwa miejsca w radach nadzorczych Funduszu Górnośląskiego i Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska.

Rozmowa na stadionie
Kilka tygodni temu radni Samoobrony usiłowali przekonać Leppera do zmiany decyzji. Wystosowali do niego prośbę, by wziął po uwagę specyfikę Śląska i jego problemy. Lepper był nieugięty. Nie pomogła nawet męska rozmowa z wicemarszałkiem Grelą, przeprowadzona podczas meczu Polska – Węgry na Stadionie Śląskim.

- Decyzjom wyższego szczebla trzeba się podporządkować. Nie będziemy firmować polityki SLD wobec górnictwa – ocenia sytuację poseł Grzesik, który zdaniem Greli zachowuje się “niestety jak marionetka w rękach przewodniczącego”.

- Pan wicemarszałek może przyrósł do stołka – ripostuje Grzesik. – Wysyłam właśnie pismo o zerwaniu koalicji. Jeśli pan Grela odejdzie z partii, będzie prywatną osobą. Chyba SLD nie zależy na koalicji z prywatnymi osobami?

- Wyobrażam sobie i będę popierał koalicję SLD z niezrzeszonymi radnymi, byłymi członkami Samoobrony, jeśli dojdzie do wykluczenia ich z partii – deklaruje szef SLD w województwie śląskim Zbyszek Zaborowski. – A poza tym wyrzucanie kogoś z partii w Wielką Sobotę jest niechrześcijańskie.

Niektórzy radni zaproponowali stworzenie w sejmiku koła “Samoobrona przed Lepperem”. Oczywiście dla żartów.
Żądaniu centralnych władz Samoobrony, dotyczącemu zerwania koalicji z SLD, nie podporządkowali się radni sejmiku woj. podlaskiego. Wykluczono ich z partii.

Zbigniew Wieczorek, przewodniczący sejmiku województwa śląskiego:
Póki nie wypowiedziano koalicji na piśmie, koalicja trwa. Jeśli radni Samoobrony zostaną wyrzuceni z partii, to przecież pozostaną radnymi i będą z nami współpracować.
Do odwołania zarządu województwa trzeba poparcia trzech piątych składu sejmiku. Liczę na stabilne poparcie naszego zarządu.

Samoobrona stołków
KOMENTARZ:
Lepper nie chce pić piwa, które nawarzył rząd Millera, choć kilka miesięcy temu pchał się do władzy i mizdrzył do Sojuszu. Ale wybory idą i czas uciekać. Politycy Sojuszu flirtowali z Lepperem, bo nie mogli liczyć na poparcie innych sił politycznych, a rządzić chcieli i to bardzo. Teraz też im nie zależy, z kim będą sprawować władzę, byle tylko mogli zachować jej “stabilność” i “przewidywalność”.
W polityce nazywamy to samoobroną stołków.
Agata Pustułka, “Trybuna Śląska”

Autor artykułu: Agata Pustułka

Dobry szpital dla biednych ludzi

Wednesday, April 16th, 2003

Komornicy zajęli szpitalne konta. Pacjenci martwią się, że ich szpital zostanie zlikwidowany i stracą darmową opiekę. – To dobry szpital, tutaj dają nawet zupę i drugie danie – chwali opiekę jeden z pacjentów Szpitala Miejskiego
im. Jędrzeja Śniadeckiego w Katowicach.

W katowickim szpitalu im. Jędrzeja Śniadeckiego są dwa światy. Wyremontowany, nowoczesny to prywatne przychodnie. Po drugiej stronie budynku resztki szpitala Śniadeckiego. Zagrzybione ściany, spróchniałe okna, brak sanitariatów, ciasne sale, wysłużony sprzęt i brak pieniędzy prawie na wszystko, głównie na leki.

Pensje albo leki
- Toniemy w długach, które sięgają już ponad 9 milionów złotych. Komornicy zabierają nam od ubiegłego roku pieniądze bezpośrednio z kont. Nie mamy ani złotówki. W takich warunkach pracujemy już od dłuższego czasu. To cud, że leczymy – stwierdza Piotr Dłubis, pełniący obowiązki dyrektora szpitala. Każdego miesiąca ma te same dylematy. Nie wypłacić załodze pensji, czy ratować życie pacjentów, tym bardziej, że szpital pełni ostre dyżury.

W tym miesiącu oprócz pieniędzy na leki zabrakło pieniędzy na wypłaty dla pracowników. – Mogłem im tylko wypłacić po 460 złotych, bo na tyle wystarczyło. A będzie coraz gorzej – nie ukrywa Piotr Dłubis.

Były zwolnienia
W ubiegłym roku zwolniono ponad 170 osób. Tyle samo nadal pracuje. Szpital, jak twierdzi dyrektor, pogrążyli między innymi byli pracownicy. Po zwolnieniach masowo wysyłali pozwy do sądów pracy domagając się wypłaty zaległych podwyżek. Upomnieli się również dostawcy leków.

- Wiedząc, że po pierwszym kwietnia zmienią się przepisy i mogą stracić część swoich należności, lawinowo zaczęli wysyłać pozwy i pisma do komorników – dodaje Piotr Dłubis. Liczy, że ustawa o Narodowym Funduszu Zdrowia da szpitalowi szansę na przetrwanie, bo komornicy mogą zająć tylko do 25 procent zadłużenia szpitala.

Nic nie robili
Za złą sytuację personel obwinia również władze Katowic, którym szpital podlega. – Przez tyle lat nic nie zrobiono. Zmieniały się tylko koncepcje i programy. Przez lata rosły długi. Udało się sprywatyzować laryngologię i chirurgię. Zlikwidowano ginekologię i położnictwo. Ale były to spóźnione działania ? mówi jedna z pielęgniarek.

Dzisiaj w strukturach szpitala jest zakład opiekuńczo-leczniczy, oddział dla przewlekle chorych oraz internistyczny.

Dyrektor Dłubis twierdzi, że załoga przesłała władzom miasta własne propozycje restrukturyzacji. – Chcemy zająć się opieką nad przewlekle chorymi na bazie już istniejących zakładów, a oddział internistyczny sprywatyzować. Jednak do tej pory miasto nie wyraziło zainteresowania – ubolewa dyrektor szpitala.

- Mamy kolejkę pacjentów, ale nie możemy ich przyjąć, bo jest za mało łóżek i fatalne są sanitariaty. Ludzie nie chcą iść do innych szpitali. Pacjenci czekają w kolejce. Nie wiemy co dalej z nami będzie – przyznaje Lidia Trzaska-Michalska, ordynator oddziału internistycznego.

Jest zupa i drugie danie
Pacjenci nie mogą się nachwalić lekarzy i personelu. O pielęgniarkach mówią “nasze siostry święte”. Przyznają, że są ciężkie warunki i szpital ma długi, ale nie obwiniają za to personelu.

- Ciśnienie mi skoczyło, gdy usłyszałem, że nasze kochane siostry nie dostaną wynagrodzeń za swoją ciężką harówkę. mówi roztrzęsiony 71-letni Tadeusz Kubis z Katowic. – Mieszkam na Kozielskiej. Mogłem iść do szpitala na Raciborskiej, ale wybrałem w Janowie. Na Raciborskiej tylko zupę dają, tutaj mam cały obiad i doskonałą opiekę, mimo że szpital tonie w długach – podkreśla pan Tadeusz. – Nie wolno zlikwidować naszego szpitala – grozi palcem.

Spóźnione działania
- Tak wygląda polska służba zdrowia. Jesteśmy dla biednych ludzi, których nie stać na zakup lekarstw. Obsługujemy starzejące się dzielnice, Janów, Szopienice. Dla nich zawsze był tutaj szpital, nie wyobrażają sobie innego. Jesteśmy im potrzebni – mówi dyrektor Dłubis.

Autor artykułu: Renata Cius

Elektrociepłownia obchodzi 90. urodziny

Monday, April 14th, 2003

Franz Holtgreve z niemieckiej spółki Envia M z okazji jubileuszu 90-lecia Elektrociepłowni Będzin wręczył jej prezesowi Jackowi Umińskiemu niecodzienny prezent. Jest nim elektroniczny barometr.

- Z dużym wyprzedzeniem będzie pan wiedział, ile ciepła zamówią klienci – żartował wiceprezes spółki, która jest większościowym udziałowcem elektrociepłowni.

Uroczystość rozpoczęła tegoroczne obchody jubileuszu będzińskiej firmy. A będzie on dla niej znamienny także pod tym względem, że w najbliższych miesiącach zlikwidowana zostanie najstarsza część zakładu, tzw. “stara kotłownia”, która została wybudowana w 1914 roku.

- Jubileusz 90-lecia to dla nas okazja do wspomnień, ale i spojrzenia w przyszłość. Produkcja odbywa się w zakładzie wybudowanym w latach 70., więc stara część jest już nam zbędna. Mamy zamiar stworzyć tam warunki dla powstania innych przedsiębiorstw, które dadzą pracę mieszkańcom tego terenu – zapowiedział prezes Jacek Umiński.

Autor artykułu: ps

Temida bez kółek

Monday, April 14th, 2003

Sądowy korytarz. Przyjechali świadkowie i pokrzywdzeni. Sędzia założył togę. Brakuje tylko… oskarżonego. Siedzi w areszcie, bo nie ma go kto przywieźć.

- Sytuacja z roku na rok się pogarsza – ubolewa Bogdan Fibinger, prezes Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej. – Traci Skarb Państwa, bo za każdym razem trzeba zwracać wezwanym koszty podróży. Naszym sędziom przybywa niezałatwionych spraw. A oskarżonym wydłuża się czas postępowania. Tylko patrzeć, jak zaczną pisać do Strasburga.

Przebierają nogami

- Niektórym już trzy razy z rzędu spadła sprawa. Przebrani i gotowi do wyjazdu przebierają nogami, a w ostatniej chwili dowiadują się, że konwoju znów nie ma. Wracają do celi i narzekają – dodaje pułkownik Zbigniew Kmiecik, dyrektor bielskiego Aresztu Śledczego.

Z aresztu do sądu idzie się wolnym krokiem najwyżej siedem minut. Więźniowie pokonują tę trasę policyjnym autem w towarzystwie co najmniej dwóch konwojentów.

- Z powodu braku ludzi nie jesteśmy w stanie wykonać wszystkich zleceń – wyjaśnia Jerzy Pykosz, zastępca komendanta miejskiego policji. – Nie tłumaczymy się brakiem paliwa, choć z benzyną jest krucho. Ale jeśli będzie trzeba, możemy konwojować na piechotę.

Załatwić konwój

W bielskim sądzie nie ma dnia, żeby coś nie spadło z wokandy. Sędziowie wyznaczają kolejny termin, bez gwarancji, czy oskarżony dotrze. Dzwonią do komendy. – Tym razem na pewno mi go przywieźcie – proszą.

Policjanci prawie codziennie muszą dokonywać wyborów – kogo wieźć na rozprawę w sądzie lub prokuratorskie przesłuchanie: rozbójnika, zabójcę, alimenciarza?
Kursują nie tylko w Bielsku, ale również pomiędzy Pszczyną, Czechowicami, Żywcem, a zdarza się, że i Wadowicami czy Krakowem. Czasem dostają polecenie deportacji obcokrajowca na lotnisko w Warszawie czy do wschodniej granicy, albo zabezpieczenia sądu z powodu procesu niebezpiecznych przestępców.

- W ubiegłym roku wykonaliśmy ponad 5,5 tysiąca konwojów – wylicza Jerzy Pykosz. – Przejechaliśmy 124 tysiące kilometrów. To 20 tysięcy godzin pracy. Nie wiem, ilu ludzi musiałbym przyjąć, by realizować wszystkie konwoje – dodaje.

O tym, że oskarżony – nie z własnej winy – nie stawi się na rozprawę, sędziowie dowiadywali się dotychczas po fakcie. – Staramy się informować telefonicznie sądy, ale udaje nam się to robić zaledwie z jednodniowym wyprzedzeniem – mówią policjanci, świadomi, że to za późno na przekładanie terminu rozprawy.

Sąd do szkoły?

Było kilka pomysłów na rozwiązanie problemu. Policyjne związki zawodowe postulowały, by finansowanie konwojów przejęło od MSWiA Ministerstwo Sprawiedliwości.
Prezes Fibinger ma inny pomysł: – Do 1975 roku sąd mieścił się w tym budynku co areszt, przy ul. Słowackiego. Wystarczyło otworzyć drzwi, by znaleźć się na rozprawie. Potem w tym miejscu była siedziba KW PZPR. W latach 90. wielokrotnie postulowaliśmy, by sąd powrócił na dawne miejsce. Mieści się tam teraz liceum ogólnokształcące. Należałoby pomyśleć o przeprowadzce szkoły.

Pułkownik Kmiecik też wolałby graniczyć z sądem. – Na pewno nie byłoby takich problemów z konwojami, gdyby sąd był obok aresztu, jak to zaprojektowano przed stu laty – podkreśla. – Ale musiałoby dojść do porozumienia między ministerstwem a gminą. W ratuszu nikt na razie tego nie rozważał.

Czas oczekiwania na wyrok ostatnio jeszcze bardziej się wydłużył. Bielski areszt, z powodu przepełnienia, od stycznia odsyła aresztantów do Cieszyna.

W KRAJU

Barbara Mąkosa-Stępkowska, rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości:

Problem z konwojowaniem oskarżonych narasta w całym kraju. Policja chętnie pozbyłaby się “niechcianego dziecka”, jakim jest konwojowanie przestępców, ale tego obowiązku nie ma kto przejąć. Służba więzienna nie jest technicznie przygotowana i odpowiednio przeszkolona.

W REGIONIE

Teresa Truchlińska-Binasik, rzecznik katowickiego Sądu Okręgowego:

Tylko gdy policjanci mają natłok innych spraw, zdarzają się sporadyczne przypadki, że nie ma kto doprowadzić oskarżonego do sądu. Współpraca z policją i służbą więzienną układa nam się bardzo dobrze.

Bogusław Zając, rzecznik SO w Częstochowie:

U nas jest nie najgorzej. W ciągu roku zdarza się może kilka przypadków, gdy policja nie dowiezie oskarżonego.

Autor artykułu: Anna Paluch, ic

Rozmowa z Adrianem Sikorą, napastnikiem Górnika Zabrze

Monday, April 14th, 2003

Przed meczem z Amiką nie chciał pan zdradzić komu zadedykuje pan ewentualną bramkę. Teraz może pan już chyba odkryć karty?
Nie chciałem mówić, aby nie zapeszyć. Mogłem przecież nie zdobyć bramki i co wtedy?! Teraz mogę już zdradzić. Gola, którego strzeliłem Amice, dedykuję Piotrowi Kalinowskiemu, dyrektorowi Podbeskidzia, który nie wierzył, że będę grał w I lidze.

Zdobył pan dwie bramki w meczu z Pogonią, jedną w potyczce z drużyną z Wronek. Oba mecze w pana wykonaniu były udane, ale stopień ich trudności chyba trochę różny?
Oczywiście. Przede wszystkim Amica to bardzo silna, poukładana drużyna. Obrońcy grają twardo – jestem poobijany. O każdą piłkę trzeba było walczyć. Trochę luźniej było z Pogonią.

W wyjściowym składzie zajął pan miejsce Piotra Gierczaka. Jego kontuzja dla pana okazała się przepustką do gry.
Na pewno nie cieszę się z kontuzji Piotrka. To dla każdego piłkarza przykra sprawa. Przede mną otworzyła się jednak szansa gry i staram się ją wykorzystać. To, że na koncie mam już trzy trafienia, nie świadczy o tym, że jestem pewny miejsca w składzie.

Po meczu z Amiką, jako najlepszy piłkarz Górnika, otrzymał pan od wiernego fana tej drużyny koguta. Co pan z nim zrobi?
Jest to już drugi w mojej “kolekcji”. Pierwszego dostałem po meczu z Pogonią i do tej pory biega sobie po ogródku. Chętnie wymieniłbym jednego z nich na kurę. Wówczas mógłbym pomyśleć o założeniu małej fermy.

Autor artykułu: Rozmawiał prass

Zapłata za miliony

Thursday, April 10th, 2003

Prokuratura Okręgowa w Katowicach zakończyła śledztwo przeciwko sprawcom jednego z największych w regionie oszustw początku lat 90. Dwaj mężczyźni wyłudzili z katowickiego oddziału PKO SA dwa miliony dolarów.
Pomysł szybkiego zarobienia dużych pieniędzy był prosty, ale skuteczny. Trzech młodych biznesmenów: Andrzej S., Dariusz H. i Jerzy K. w styczniu 1991 roku wystąpiło do banku o kilka milionów dolarów pożyczki. Jako zabezpieczenie przedstawili swoje kontrakty z amerykańską firmą.
? W tamtych czasach biznesmen z zagranicznymi koneksjami był bardzo wiarygodny ? mówi Leszek Goławski, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach. ? Zresztą wszystko było dopracowane. Oskarżeni na potrzeby oszustwa założyli firmę, która miała zajmować się importem sprzętu elektronicznego. W banku przedstawili listy intencyjne z amerykańską firmą Braxton Ind. Pokazali dokumenty świadczące o tym, że mają zapewnione dostawy towaru, tworzą sieć sklepów.
Sprawy zaczęły się komplikować, kiedy oszuści dostali pożyczkę. Okazało się bowiem, że bank dał im czek, który może zrealizować tylko… amerykańska firma Braxton Ind. A ta, choć w rzeczywistości istniała (zajmowała się handlem dżinsami), o polskich biznesmenach nawet nie słyszała. Oszuści nie dali jednak za wygraną. Znaleźli kontakt w USA i założyli własną firmę o nazwie Braxton Ind. Teraz już bez trudu mogli podjąć pieniądze z konta w Stanach Zjednoczonych. Wiadomo, że przelali je m.in. na rachunki w Szwajcarii i Lichtensteinie.

To nie był jedyny numer Andrzeja S. W Stanach dopuścił się kilku przestępstw bankowych i fałszerstw. Za to zatrzymało go FBI, a amerykański sąd skazał na kilka lat więzienia. Wówczas znalazły go polskie organy ścigania. – FBI odzyskało 1,1 miliona złotych – dodaje Leszek Goławski. – Po odsiedzeniu wyroku w USA, Andrzej S. został w styczniu tego roku deportowany do kraju i aresztowany. Zasiądzie na ławie oskarżonych razem z Dariuszem H. Jerzy K. zginął w wypadku samochodowym. Obu przestępcom za oszustwo grozi do 10 lat więzienia.

Autor artykułu: gz

Martwią się murawą

Wednesday, April 9th, 2003

Największym zmartwieniem wodzisławian przed meczem z Zagłębiem Lubin jest stan murawy. Nie od dziś wiadomo, że murawa Odry nie należy do najlepszych.

- Utarło się powiedzenie, że gramy na “bagienku” a przecież nie lepszą murawę mają w Jaworznie – mówi drugi trener Marek Bęben. – Każdy ma takie boisko na jakie go stać. Wiadomo, że w takich warunkach lepiej się bronić niż atakować, a to będzie w tej sytuacji atutem gości. Z Zagłębiem zagramy jednak o całą pulę.

Z powodu kartek nie wystąpi Rafał Jarosz, kontuzja natomiast wyeliminowała Bartłomieja Sochę. – Bartek ma już zdjęty gips, ale przechodzi jeszcze rehabilitację – dodaje drugi trener.

W poniedziałek piłkarze Odry, chcąc oszczędzić murawę, trenowali w hali, wczorajsze zajęcia mieli już na głównej płycie. Trener Ryszard Wieczorek oglądał dzisiejszego rywala w meczu z KSZO Ostrowiec i z pewnością poznał słabe i mocne strony Zagłębia.

Lubinianie w dalszym ciągu znajdują się w strefie spadkowej i próbują się z niej jak najszybciej wydostać. W Wodzisławiu nie zagrają Andrzej Szczypkowski (bohater meczu z KSZO), który odpocznie za kartki oraz kontuzjowani Krzysztof Kazimierczak i Olgierd Moskalewicz. Pod znakiem zapytania stoi też występ Bogdana Zająca.

Zagrożona jest również posada trenera Wiesława Wojno. – Taka nerwowa atmosfera nie służy dobrze ani piłkarzom ani tym bardziej mnie – żali się szkoleniowiec.
Jego następcą miał być Mirosław Jabłoński, ale odmówił. Mówi się, że już wkrótce zespół poprowadzi Andrzej Szarmach, przyjaciel nowego przewodniczącego rady nadzorczej, Andrzeja Kruga.

Niezbędnik

Przypuszczalny skład: Bęben – Madej, Jankowski, Sablik, R. Górski – Myszor, Grzyb, R. Górski, Nowacki -? Chałbiński, Ziarkowski

Nieobecni: Socha, (kontuzja), Jarosz (kartki).
Jesienią. Faworytem spotkania w Lubinie było naszpikowane gwiazdami Zagłębie, ale komplet punktów wywalczyła Odra. Jedyną bramkę zdobył Paweł Sibik, który pochodzi z Dzierżoniowa i niegdyś szukał zatrudnienia w Lubinie. Cegiełkę do tego cennego sukcesu podopiecznych Ryszarda Wieczorka dorzucił Wojciech Górski, przez wiele lat podpora lubińskiej drużyny. Po tym meczu zachwiana została posada trenera Zagłębia Adama Nawałki.

Nasz typ: 1 – do tej pory Odra wygrała wszystkie wiosenne spotkania i choć każda passa musi mieć swój koniec, nie wydaje się to prawdopodobne, by nastąpiło to w meczu z Zagłębiem.

Autor artykułu: l. jaź.

Dziecięcy świat z obrazów

Wednesday, April 9th, 2003

Janosch to literacki pseudonim urodzonego w zabrzańskim familoku (1931 r.), a mieszkającego na Teneryfie, najpopularniejszego w obszarze niemieckojęzycznym twórcy książek dla dzieci, malarza, autora powieści i filmów. Naprawdę nazywa się Horst Eckert. Był ślusarzem i kowalem. Przygodę z plastyką zaczynał jako projektant wzorów na tkaninach w fabryce tekstylnej. Dzieci, zwłaszcza te mieszkające w okolicach Bielska-Białej, doskonale znają jego bajkę “Ach, jak cudowna jest Panama”. Można jej sceniczną wersję zobaczyć w Teatrze Banialuka. Ta książka to jak dotąd największy sukces Janoscha. Książeczka opowiada o przygodach pary nierozłącznych przyjaciół, Misia i Tygryska, którzy w poszukiwaniu swej mitycznej, wyidealizowanej Panamy po długiej wędrówce docierają do własnego domku, odkrywając w nim wymarzoną Arkadię. Jednak pierwszą jego książką dla dzieci była “Historia konia Wałka”, o koniu, który przez 17 dni stał i płakał nad grobem przyjaciela. W swoich powieściach wraca na górnośląskie, wielokulturowe pogranicze, na przykład w “Cholonek albo dobry Pan Bóg z gliny”.

- Ciągle jeszcze postrzegam siebie raczej jako malarza, który po prostu sam pisze historie do swoich obrazów – twierdzi Janosch.

Tworzy on ilustracje do własnych i cudzych historii, dla dzieci i dorosłych. Plakaty, kalendarze, pocztówki, wzory na t-shirtach, szczoteczkach do zębów i pościeli. Używa intensywnych kolorów, szokuje zestawieniami. Jego ilustracje są “naiwne”, spontaniczne, przypominające rysunki dzieci. Pojawiają się na nich: zwierzęta, czarodzieje, muzycy i dzieci, które przy pomocy magicznych okularów zmieniają rzeczywistość. Są fantastyczne i baśniowe sytuacje, które jednak często przedstawiają ludzkie zachowanie w krzywym zwierciadle. Tak Janosch komentuje rzeczywistość.

Autor artykułu: REG

Błędy w przyjęciu

Monday, April 7th, 2003

Siatkarze Ivettu nie mają szczęścia do Galaksji Kaffe Pamapol AZS Częstochowa. Akademicy wyeliminowali zespół z Jastrzębia w półfinale Pucharu Polski, a teraz zanosi się na to, że zamknę im drogę do złotego medalu w ligowych rozgrywkach. Ivett przegrał oba półfinałowe spotkania play off z Galaksją w sobotę 2:3 (23:25, 25:21, 25:23, 21:25, 14:16) oraz w niedzielę 2:3 (25:19, 20:25, 25:19, 21:25, 13:15) i teraz będzie musiał szukać swojej szansy w Częstochowie.

- Postawimy wszystko na jedną kartę – stwierdził trener Ivett, Jan Such.

Gospodarze zagrali bez kontuzjowanego Grzegorza Nowaka. W pierwszym secie sobotniego meczu goście od początku prowadzili mając 2-3 punktową przewagę, którą udało im się utrzymać do końca. Potem dwa sety należały do gospodarzy, w czym duża zasługa Przemysława Michalczyka, bezbłędnego tak na zagrywce, jak i w ataku. Gdyby gospodarze utrzymali takie tempo to z pewnością odnieśliby zwycięstwo. Niestety, popełnili zbyt dużo błędów w przyjęciu i to się zemściło. Jastrzębianie mieli duże kłopoty z przyjęciem zagrywki Damiana Dacewicza, nie radzili sobie również z atakami Grzegorza Szymańskiego.

W tie-breaku od stanu 5:5 na zagrywkę w zespole częstochowskim powędrował Krzysztof Gierczyński i zrobiło się 5:9. Jastrzębianie doprowadzili jeszcze do remisu, ale było to wszystko, na co stać było gospodarzy w sobotę.
Podobny przebieg miało drugie spotkanie tych zespołów. Gospodarze dość łatwo wygrali pierwszego seta, potem górą byli goście. Trzeci set rozpoczął się od prowadzenie Ivettu 6:1, ale ta przewaga topniała do stanu 11:10. Gospodarze w końcówce jeszcze raz wspięli się na wyżyny i po autowym zagraniu Gierczyńskiego Ivett prowadził w setach 2:1.

Goście nie rezygnowali i doprowadzili – podobnie jak dzień wcześniej – do tie beraku. W piątym secie gospodarze prowadzili 7:4, głównie za sprawą skutecznych ataków Petera Divisa. Później jednak do głosu doszli rywale i na tablicy pojawił się wynik 8:8. Końcówka należała do gości. Po ataku Szymańskiego Divis nie utrzymał piłki w boisku i Ivett przegrał mecz 2:3.

Trener Galaksji Edward Skorek nie ukrywał zadowolenia. Jak sam przyznał nie spodziewał się, iż wyjedzie z Jastrzębia z kompletem zwycięstw.

- Wszystkie atuty leżą teraz po stronie Galaksji – stwierdził Such. – Nie rezygnujemy i będzimy na wyjeździe walczyć o awans do finału.

IVETT: Chudik, Szczygieł, Gabrych, Trocki, Michalczyk, Divis, Wójcik (libero) oraz Łuka, Pawłowski, Kopciński (n).

GALAXIA: Stelmach, Bąkiewicz, Dacewicz, Szewiński, Gołaś, Winiarski, Ignaczak (libero) oraz Szymański, Gierczyński Panas (s).

Autor artykułu: Leszek Jaźwiecki

Najładniejsze dzieci

Monday, April 7th, 2003

Teraz wiem, że ktoś mnie lubi – powiedziała chwilę po odczytaniu werdyktu pięcioletnia Emilka Stachurska z Sosnowca, dziecięca miss regionu. W sobotę w mysłowickim domu kultury odbyły się wybory Dziecięcej Miss i Mistera Urody i Wdzięku Śląska i Zagłębia. Tytuł mistera zdobył 10-letni Patryk Jelonek z Rudy Śląskiej. – Chciałem wygrać telewizor i wygrałem – powiedział po ogłoszeniu werydktu.

Spośród 29 kandydatów na miss i mistera jury wybrało finałową jedenastkę – pięć dziewczynek i sześciu chłopców. Program wyborów był bogaty. Kandydaci w rytm muzyki prezentowali się na scenie. Wszystko zostało opracowane przez choreografa. Patryk Jelonek paradował z jedną ręką w kieszeni, krok w tył, krok w przód, zimne spojrzenie w kierunku jury. Pełen profesjonalizm. – Widziałem to w telewizji – zdradził chłopak. Kolejna konkurencja była trudniejsza. Dzieci musiały odpowiadać na pytania. Większość jak tylko zasiadła na kanapie, recytowała wyuczoną formułkę. Jury się krzywi. Woli dzieci naturalne, nawet jeśli tak jak Filip Woźniak z Jaworzna, uciekł ze sceny po jednym pytaniu.

-Nie wzorujemy się na amerykańskich konkursach, bo dzieci to nie lalki barbie udające dorosłych – mówi Joanna Jurkowska, organizatorka wyborów. – Szukaliśmy dzieci prawdziwych, spontanicznych, bez makijażu i wymyślnych fryzur. Zależało nam na wybraniu dzieci komunikatywnych, z osobistym urokiem, które same chciały brać udział w konkursach.

Autor artykułu: ij