Archive for May, 2003

Fałszywy magister

Friday, May 30th, 2003

Prace licencjackie i magisterskie oraz semestralne. Płatność w ratach, niskie ceny. Dr Piotr zaprasza z zakresu zarządzania, marketingu, rachunkowości, finansów, a nawet turystyki i europeistyki, bo jak przyznaje, choć się na tym kompletnie nie zna, to ostatnio modne kierunki i można na nich dużo zarobić.

Ile? Od tysiąca złotych za pracę licencjacką po 1,5 tys. za magisterską. Doktorska – 10 tys. zł! – Nie jestem przestępcą – zwierza się dr Piotr. – Przestępstwo popełniają ci, którzy je u mnie kupują.

Deklaracja studentów
- Od tego roku wszyscy studenci naszej uczelni muszą obowiązkowo złożyć deklarację, że praca jest ich autorstwa – mówi Marcin Baron, asystent rektora Akademii Ekonomicznej w Katowicach. – Niektóre uczelnie prowadzą system elektronicznej weryfikacji prac licencjackich, magisterskich czy doktorskich, które mają wyeliminować plagiaty. Niestety, z pisaniem prac za pieniądze sprawa jest trudniejsza. Kluczem do rozwiązania problemu może być dobra współpraca studenta z promotorem. To on może zauważyć, że mierny student, który nie pojawia się na seminariach, nagle przychodzi z doskonałą pracą.

Telefony się urywają
Dr Piotr ogłasza się na murach kilku śląskich uczelni m.in. Wyższej Szkoły Zarządzania Marketingowego i Języków Obcych w Katowicach, Górnośląskiej Wyższej Szkoły Handlowej. Reklamy usług, z adresem mailowym i numerem telefonu komórkowego na kartę, wiszą również na przydrożnych drzewach w okolicach szkół. Jak wielkie jest zainteresowanie usługami dr. Piotra, widać po kilku godzinach. Karteczki z telefonami znikają.

Dr Piotr przyznaje, że ma dużo pracy. W ciągu miesiąca dostaje 50-60 telefonów lub maili z pytaniem: za ile, jak długo trzeba czekać? Ostatnio selekcjonuje zlecenia. Wybiera najlepsze, najciekawsze tematy. Wielu odstrasza cena.

Ekspres droższy
Dzwonię jako studentka jednej z wyższych szkół. Kierunek turystyka. Temat pracy brzmi: Turystyka krajowa po wejściu Polski do Unii Europejskiej.

- Wdzięczna praca, ale mało literatury – mówi rzeczowo dr Piotr. Praca z zakresu etnografii, turystyki czy kulturoznawstwa jest droga. Zaliczka bez której piszący nie zacznie szukać materiałów wynosi 20 proc. Pierwszy rozdział kolejne 20 proc., następne – 30 katowickich proc. W cenę wliczone są poprawki, które wskaże promotor. Termin ekspresowy – od czterech do pięciu tygodni. Dr Piotr potrafi napisać pracę i w trzy dni. Cena jest proporcjonalnie wyższa. – Najłatwiej pisze się prace z rachunkowości czy zarządzania, bo są schematyczne – tłumaczy.

Dr Piotr nie pracuje sam. Ma trzech pomocników, którzy pomagają zbierać materiał. Prace pisze już osobiście, sam. Rzadko kiedy korzysta z Internetu, bo jest tam bardzo dużo przekłamań. Dr Piotr przyznaje, że nie ma stopnia doktora. Nie jest nawet magistrem. Wciąż studiuje. Ekonomię. Jest dobrym studentem. Stopień doktora? – Tego wymaga reklama – przyznaje szczerze. Tyle ma pracy z pisaniem prac cudzych, że nie zaczął nawet swojej.

Umawiamy się za dwa dni. Dr Piotr będzie już zbierał materiały. I weźmie zaliczkę – 300 zł.

I policjant, i radny
Pora odkryć karty. Dzwonię jako dziennikarz. – Podejrzewałem – mówi smutno. Dwie godziny spędził w bibliotece.

Prace pisze od dwóch lat. Ma ich na swoim koncie ok. 50, w tym dwa doktoraty, plus jeden w drodze. Za rok zamierza rzucić tę “profesję”. Wyjechać z kraju. Ma plany kupić dwa hotele na Krymie. – Mam już tego dość – mówi szczerze o pisaniu.

Klientami dr. Piotra są: policjanci, radni, górnicy, zwykli studenci. Z całej Polski od Warszawy po Zieloną Górę. – Nie lubię swoich klientów – mówi dr Piotr.

Wyrzuty sumienia? – Czasami je mam – przyznaje. – Ale to nie ja jestem przestępcą. Tylko moi klienci.

Autor artykułu: Izabela Jarosz

Dziury w drodze i… w pamięci

Thursday, May 29th, 2003

Kiedy 20 lat temu na Ligustrowej w Gliwicach budowano domy,
na drogę nie było pieniędzy. Mieszkańcy zbudowali ją na własny koszt. Teraz wszystko wskazuje na to, że na własny koszt powinni ją wyremontować.

Odcinek ul. Ligustrowej od strony ul. Podlesie ma 52 metry długości i 3,5 metra szerokości. Wykonany został ze środków Społecznego Zrzeszenia Prywatnych Właścicieli Domów Jednorodzinnych.
- To była w tym czasie ślepa uliczka, więc nie było na nią miejskich pieniędzy. A my potrzebowaliśmy dojazdu do domów – przypomina Edward Gałuszka. -Sami zapłaciliśmy za korytowanie, podbuwę i dywanik asfaltowy.

Rozjeżdżona
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych osiedle domków jednorodzinnych zaczęło się rozrastać. Ulicę otwarto i zaczęła służyć jako droga przelotowa i dojazdowa do placu budowy.
- Tędy było najbliżej, więc po naszej wąskiej uliczce zaczął jeździć ciężki sprzęt i ciężarówki z materiałami budowlanymi – opowiada Lech Stopa. – Asfalt zastał zdewastowany, rozjeżdżony, a krawężniki zniszczone. Urząd Miasta pocieszał nas, że nam tę drogę naprawią, jak będą robić dalszy ciąg ulicy, ale nic z tego nie wyszło. Dalej jest nowy, szeroki asfalt, a u nas dziury.

Szansę dla Ligustrowej mieszkańcy widzieli w generalnym remoncie sąsiedniej ulicy Podlesie, kiedy planowano, że w jej okolicach powstanie Makro Cash. Zawiedli się.
- Na miejscu był sprzęt, materiały i ludzie. Z ich relacji wynikało, że remont zdewastowanego odcinka naszej ulicy zająłby im trzy dni roboty. Jednak na nasze pisma otrzymaliśmy odpowiedź odmowną z uzasadnieniem, że najpierw trzeba zrobić kanalizację deszczową. Musimy poczekać aż będą pieniądze na generalny remont.

Władze milczą
Ligustrowa miała zostać ujęta w “planach na najbliższe lata”. Ale mimo kolejnych pism interwencyjnych, urzędnicy nabrali wody w usta.
- W listopadzie 1999 r. zwróciłem się pisemnie do pana prezydenta miasta z uprzejmym zapytaniem o termin realizacji obietnic. Nie otrzymałem odpowiedzi – mówi Edward Gałuszka. – Trzy lata później pismo wystosowała moja małżonka nadmieniając, że urząd lekceważy obywateli, ale ani prezydent, ani rzecznik UM nie raczyli udzielić odpowiedzi. Dopiero po liście otwartym z lutego 2003 r. zechcieli się odezwać.

Naczelnik Wydziału Komunalnego napisała, że ze względu na koszty (212900 zł), naprawa tego odcinka nie została ujęta w wieloletnim planie inwestycyjnym.

Nikt nas nie szanuje
- Ulica jest w coraz gorszym stanie. Starsze osoby łatwo mogą się wywrócić na tych dziurach – podkreśla Janina Nowakowska. – Poza tym trudno tu trafić, bo nie możemy się doprosić o tabliczkę z nazwą ulicy. Podobnie bez skutku staraliśmy się o wyznaczenie na tym odcinku drogi jednokierunkowej.
- To jest draństwo ze strony władz miasta – oburzają się mieszkańcy Ligustrowej. – Najbardziej boli to, że od nas wymaga się poszanowania cudzej własności, a naszego wkładu urząd nie szanuje.

Autor artykułu: Anna Góra

W Piekarach Śl. zmarnotrawiono pieniądze

Thursday, May 29th, 2003

Prawie 900 tys. zł kosztowało przygotowanie terenu pod nowe wysypisko śmieci w Piekarach Śląskich. Z gminnej kasy zapłacono za działkę, kosztorys i projekt, opracowanie planu zagospodarowania przestrzennego oraz budowę drogi łączącej stare wysypisko z nowym. Teraz okazało się, że przez składowisko ma przebiegać autostrada A-1. Publiczne pieniądze wyrzucono w błoto. – Wtedy to nikomu nie przeszkadzało – tłumaczył się wczoraj Grzegorz Gowarzewski, były wiceprezydent Piekar.

Nie było przeciwskazań
Składowisko odpadów w Piekarach Śląskich leży między Bytomiem i Piekarami, w dzielnicy Szarlej. Od kilku lat przygotowywano się w mieście do uruchomienia nowego wysypiska, które mogłoby służyć wiele, wiele lat. Miało powstać między ulicami Podmiejską i Obwodową Zachodnią Miasta, kilometr dalej. Nie powstanie. Właśnie tędy pobiegnie autostrada.

Marian Sobula, zastępca dyrektora katowickiego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad utrzymuje, że trasa autostrady była znana Urzędowi Miasta w Piekarach Śląskich, zgodna jest z udzielanymi wskazaniami i Urząd nie wniósł uwag.

Nikomu to nie przeszkadzało
Nie wiadomo, jak to się stało, że nikt z byłego Zarządu Miasta nie zorientował się, że trasa autostrady koliduje z wysypiskiem. Dowodem, że ówczesny Zarząd Miasta nie miał zastrzeżeń co do przebiegu trasy jest pismo z 17 września 2001 r., w którym Zarząd Miasta poparł proponowany przebieg.
Grzegorz Gowarzewski, były członek Zarządu i wiceprezydent Piekar odpowiada: – To pytanie nie do mnie. Projekt przygotowywała firma z Gdańska. Wiedzieliśmy, że obok wysypiska będzie przebiegać autostrada. Projektantowi to nie przeszkadzało. Są na to dokumenty w urzędzie.

Inne zdanie na ten temat ma Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, która nakazała gminie “zmianę lokalizacji składowiska odpadów, aby nie kolidowało ono z projektowaną autostradą A-1″.

Grzegorz Gowarzewski, obecnie przewodniczący Rady Miejskiej w Piekarach mówi, że w takim razie stare wysypisko posłuży jeszcze 3-4 lata.

Wyjaśnią w urzędzie
Przygotowania do budowy nowego składowiska rozpoczęły się już w 1998 r., kiedy to radni uchwalili zmiany w planach zagospodarowania przestrzennego. Na tym terenie (oprócz wysypiska również osiedla Pod Lipami). Za opracowanie planu zapłacono 55 tys. zł. Okazało się, że część terenu należy do prywatnego właściciela. Wypłacono (do depozytu bankowego, bo do dzisiaj właściciel ziemi się nie odnalazł) 192 tys. zł wraz z działką zamienną w wysokości 106 tys. zł.
Należało wybudować również drogę do wysypiska. Z miejskiej kasy poszło na ten cel kolejne 400 tys. zł. Na wysypisku, którego nie będzie, firma projektowo-architektoniczna zarobiła ok. 250 tys. zł.

Dowiedzieliśmy się, że w piekarskim Urzędzie Miasta wszczęto już postępowanie wyjaśniające. Prowadzi je obecna sekretarz miasta Renata Łuczek.

Autor artykułu: Izabela Jarosz

Brzezinka chce wygodniej

Friday, May 23rd, 2003

Jest szansa na to, że mieszkańcy Brzezinki – dzielnicy Gliwic doczekają się wreszcie kanalizacji. Jednak po zebraniu, na którym przedstawiono im wstępne warunki przyłączenia, część mieszkańców zaczęła się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby pozostać przy… szambach.

Okazało się, że za samą dokumentację budowy kanalizacji w dzielnicy Brzezinka trzeba zapłacić około 2 tysięcy złotych. Do tego dochodzą koszty indywidualnego podłączenia się do sieci kanalizacyjnej.

Trzeba płacić
- Nie chodzi o to, że my wcale nie chcemy kanalizacji. W końcu żyjemy w XXI wieku – mówią mieszkańcy. – Ale dlaczego na nas spadają aż takie koszty? Miasto się chwaliło, że dostało pieniądze na kanalizację, to niech je wykorzysta. Nasza dzielnica zawsze traktowana była po macoszemu, nawet o kanalizację musieliśmy szarpać się przez 26 lat.

Miasto zaprzecza tym oskarżeniom. – To że koszty administracyjne są tak wysokie, to nie nasza wina. W przypadku tego typu inwestycji koszty ustalane są odgórnie, ustawowo – wyjaśnia Marek Jarzębowski, rzecznik gliwickiego magistratu. – To nie dlatego, że jakoś specjalnie uwzięliśmy się na Brzezinkę. Tyle samo zapłacą mieszkańcy Ostropy czy Łabęd, innych dzielnic Gliwic, które też będą kanalizowane. Za koszty indywidualnego podłączenia się do kanalizacji płaci właściciel budynku, tak to jest zorganizowane. Gdy np. budujemy dom, media są podłączane do działki, ale już na jej terenie właściciel sam gospodaruje.

Stowarzyszenie pomoże
Jest jednak szansa na trochę tańszą kanalizację. Sprawą zajęło się Stowarzyszenie Mieszkańców “Brzezinka”. – Z naszych wstępnych orientacji wynika, że projekt oraz wszelkie pomiary geodezyjne to koszt około 2 tys. zł na jedno przyłączenie – mówi Antoni Wojkowski, prezes stowarzyszenia. – Gdybyśmy jednak, jako mieszkańcy, zadziałali razem, wystąpili jako jedna organizacja – to koszty projektu i całej dokumentacji spadną co najmniej do tysiąca zł. Mamy nadzieję, że uda się jeszcze obniżyć tę kwotę. To szacunki dotyczące sytuacji, kiedy ok. 100 wlaścicieli posesji wystąpiłoby razem.

Teraz Stowarzyszenie pracuje nad treścią porozumienia. Pismo powinien podpisać każdy mieszkaniec, który zgodzi się na to, żeby stowarzyszenie reprezentowało go w sprawie kanalizacji. – Wtedy mieszkańcom odpadnie bieganie po urzędach i indywidualne załatwianie spraw, ponieważ stowarzyszenie będzie wszystko załatwiało “hurtowo” – wyjaśnia Wojkowski. – Będzie nie tylko taniej, ale i wygodniej. Przecież nie wszyscy mają czas biegać po urzędach. Oczywiście, nikogo do niczego nie zmuszamy. Jeśli ktoś ma ochotę załatwić wszystko sam, to jest to jego decyzja.

Ruszy wiosną
Mieszkańcy dzielnicy liczącej ok. 500 domków są zadowoleni z propozycji stowarzyszenia. – To dobrze, że ktoś się tym wszystkim zajmie, ktoś kto się na tym zna i ma czas biegać po urzędach. Starsze osoby, takie jak ja, miałyby z tym problem. A córka dużo pracuje i pewnie nie miałaby czasu – mówi Wanda Adamek. – Żeby to tylko tyle nie kosztowało.

- My finansujemy głównie kolektory i studzienki, natomiast zgodnie z ustawą koszty podłączenia się do całej sieci ponoszą mieszkańcy – wyjaśnia Józef Gumienny, naczelnik wydziału inwestycji i remontów Urzędu Miasta w Gliwicach. – Do tej części, która biegnie do samego domu w ogóle się nie wtrącamy, bo wtedy trzeba by było oprzeć się na ustawie o zamówieniach publicznych, co mocno skomplikowałoby sprawę. To nawet korzystniej dla mieszkańców, kiedy sami próbują znaleźć najtańszego oferenta, bo nie muszą opierać się na ustawie.

Budowa kanalizacji ruszy z początkiem przyszłego roku, jeśli będzie ciepło, to nawet w lutym. Potrwa około 30 miesięcy. Brzezinka jest pierwsza na liście do założenia kanalizacji.

Stowarzyszenie hula, że aż miło
Stowarzyszenie Mieszkańców “Brzezinka” działa w dzielnicy od 1999 roku. – Wszystko zaczęło się od “czynu społecznego” – śmieje się Antoni Wojkowski, prezes stowarzyszenia. – Zastanawialiśmy się jak zagospodarować budynek starej szkoły i teren między szkołą a plebanią. Martwiło nas to, że budynek zaczyna niszczeć. Jedynym wyjściem było założenie stowarzyszenia, które mogłoby zbierać fundusze na remont szkoły. Teraz to nasz dzielnicowy Dom Kultury.
Sprawie pomogli nie tylko oficjalni, “zapisani” członkowie stowarzyszenia – a jest ich 35 – ale i niezrzeszeni mieszkańcy i lokalne firmy. W pierwszym roku działalności naprawiono dach. Szczęśliwie w tym czasie wymieniano dach na nowej szkole w Brzezince i miasto zgodziło się, by stare, ale dobre jeszcze dachówki przekazać stowarzyszeniu. Potem zbieranie funduszy ruszyło pełną parą. – W sklepach rozprowadziliśmy cegiełki po 5 zł, organizowaliśmy festyny, zabawy, wszystkie pieniądze szły na remont budynku. Od naszych firm budowlanych dostaliśmy za darmo drzwi, cegły – opowiada Wojkowski. – Udało się. Rok 2000 witaliśmy na zabawie sylwestrowej w świeżo wyremontowanym budynku.
W budynku byłej szkoły mieszczą się teraz – oprócz siedziby stowarzyszenia i Rady Osiedla – biblioteka i kawiarenka internetowa z pięcioma stanowiskami, z której można korzystać bezpłatnie. Przed budynkiem powstała scena, na której podczas festynów grają lokalne zespoły.
Stowarzyszenie wypożycza też pomieszczenia na wesela, komunie, konferencje. Pozwala to zarobić pieniądze, które są bardzo potrzebne, bo w planach są już następne przedsięwzięcia. – W tym roku chcemy założyć centralne ogrzewanie olejowe – mówi Wojkowski. – Piec mamy już od sponsora, wykonanie będzie gratis, bo zrobi to “nasza” firma. My zapłacimy tylko za materiał. Chcemy też zagospodarować strych. Może będzie tam jakaś kawiarnia?

Autor artykułu: Agnieszka Szpila

Dziwne powiązania

Friday, May 23rd, 2003

Jeden z tropów afery korupcyjnej w Ministerstwie Zdrowia prowadzi do Katowic, na ulicę Orkana, gdzie ma siedzibę Polskie Towarzystwo Analizy Decyzyjnej w Medycynie. Mogło ono być przykrywką dla niejasnych powiązań między firmami farmaceutycznymi a osobami, które decydowały o rejestracji leków.

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego twierdzi, że sprawdzone do tej pory fakty wskazują na możliwość korupcji w Ministerstwie Zdrowia za rządów Mariusza Łapińskiego. Do takich wniosków doprowadziła agentów sprawa Waldemara Deszczyńskiego, byłego szefa gabinetu politycznego ministra, który w zamian za wprowadzenie leku na listę refundacyjną miał żądać milionów złotych łapówki od firmy farmaceutycznej. To być może pierwsza odsłona gigantycznej sieci powiązań biznesu i polityki.

Służby specjalne od 12 maja intensywnie badają każdy wątek związany z łapówkami w ministerstwie. Jeden z tropów prowadzi do Katowic na ulicę Orkana, gdzie w niepozornym bloku mieści się Polskie Towarzystwo Analizy Decyzyjnej w Medycynie. Według hipotez mogło być ono jednym z kanałów korupcji..

Wśród członków założycieli Towarzystwa znaleźli się były minister M. Łapiński oraz były szef Urzędu Rejestracji Leków Piotr Mierzejewski, który kierował Urzędem w czasach, gdy resortem trząsł Łapiński. To już na pierwszy rzut oka dziwne towarzystwo.

Nikt nie widział ministra
Sąsiedzi z bloku nie mają pojęcia, że pod numerem 4c/48 działa jakaś organizacja. – Nikt tam nie wchodzi, nikt nie przychodzi. W ogóle nigdy nikogo tu nie widzieliśmy – opowiadają ludzie.

- Na tym osiedlu mieszkam od 1985 roku, klatkę obok siedziby Towarzystwa, o którym wszyscy ostatnio mówią. Nigdy nikogo znanego tutaj nie widziałem – zarzeka się Krzysztof Wójcik. – Żadnych rządowych lancii, ministra Łapińskiego. Albo innych znanych profesorów medycyny. Kupiłem “Neewseek”, gdy przeczytałem artykuł, to się mocno zdziwiłem. Zobaczyłem na zdjęciu nasz blok i nie mogłem uwierzyć, że tutaj takie nazwiska i taka kasa. Pomyślałem, że to niemożliwe. Spaceruję codziennie z psem, nie ma siły, żebym kogoś tu nie zauważył. Rozmawiałem z sąsiadami i znajomymi, byli równie zaskoczeni. Nikt nic nie wie.

Należy rozważyć…
Z naszych informacji wynika, że w siedzibie Towarzystwa, przy której oczywiście nie ma żadnej tabliczki, zameldowany jest nastolatek.

Czy Towarzystwo było przykrywką dla korupcji? Na to podstawowe pytanie być może odpowiedzą prokuratorzy. Oczywiście, jeśli zdecydują o wszczęciu śledztwa. W każdym razie rzecznik Agencji Bezpieczeńszwa Wewnętrznego kapitan Magdalena Kluczyńska w specjalnym komunikacie stwierdziła, że na podstawie dotychczasowej wiedzy na temat afery lekowej należy rozważyć taką decyzję.

Czy katowicki trop okaże się istotny? Czy członkowie Towarzystwa wykonywali analizę farmakoekonomiczną leków na zlecenie firm, za co brali pieniądze? Ile tak przebadanych specyfików miało ułatwiony wstęp na listę refundacyjną?
Udało się nam nawiązać kontakt z prezesem Towarzystwa dr Ewą Orlewską, która stwierdziła: – Polskie Towarzystwo Analizy Decyzyjnej w Medycynie nie zajmowało się przeprowadzaniem analiz farmakoekonomicznych. Jest towarzystwem naukowym i nie prowadzi działalności gospodarczej.

Tymczasem dziennikarze tygodnika “Newsweek” podszyli się pod przedstawicieli firmy, która chce wprowadzić lek na listę i usłyszeli, że choć Towarzystwo nie prowadzi działalności gospodarczej, to zlecenie na opracowanie analizy leku mogą przyjąć członkowie organizacji.

Fikcja z pośpiechu
Dr Orlewska odpowiedziała nam na pytanie, dlaczego siedzibą Towarzystwa są Katowice. Jej zdaniem zdecydowały o tym: mniejsze obciążenie sądu i w związku z tym krótszy proces rejestracji stowarzyszeń. – W Warszawie może to trwać nawet kilka lat – oceniła.

Trudności z szybką rejestracją zmusiły więc założycieli do stworzenia fikcji, bowiem przy Orkana nie dochodziło do zebrań Towarzystwa, a jednocześnie wynajmowano lokal i płacono czynsz.

Jak jednak wytłumaczyć fakt, że nawet członkowie-założyciele Towarzystwa, wśród których jest wybitny śląski kardiochirurg prof. Marian Zembala, nie wiedzieli prawie nic na temat podejmowanych przez nie działań?

Towarzystwo zostało zarejestrowane w 2001 roku, na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, ale już wtedy, gdy było jasne, że Łapiński będzie ministrem zdrowia. Czy potem posłużyło innym niż naukowe celom przy całkowitej nieświadomości firmujących go autorytetów medycznych?

ZAŁOŻYCIELE
Prof. Krystyna Czechowicz-Janicka, prof. Andrzej Członkowski, prof. Anna Członkowska, dr med. Stanisław Góźdź, prof. Waleria Hryniewicz, mgr Witold Kmiotek, doc. Andrzej Krzywiecki, prof. Mariusz Łapiński, mgr Elżbieta Makulska-Gertruda, dr Piotr Mierzejewski, dr med. Ewa Orlewska, mgr Marzena Pełszyńska, mec. Agnieszka Pietraszewska-Macheta, prof. Kazimierz Roszkowski, prof. Wojciech Rowiński, dr Dariusz Tereszkowski-Kamiński, prof. Adam Torbicki, prof. Marian Zembala.

KTO Z KIM
Waldemar Deszczyński, były szef gabinetu politycznego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego, jest prezesem Centrum Osteoporozy Kobieta + 50. Przewodniczącą Rady Nadzorczej tej firmy jest natomiast towarzyszka życia szefa Narodowego Funduszu Zdrowia Aleksandra Naumana – Małgorzata Kazubowska. W planach Deszczyńskiego było otwarcie sieci centrów osteoporozy, na co miał domagać się łapówki.
Prezes Towarzystwa Analizy Decyzyjnej w Medycynie dr Ewa Orlewska, była według medialnych informacji współautorką analizy porównawczej lekarstw na osteoporozę. To, które trafiło na listę refundacyjną ministerstwa, wypadło w tej pracy najlepiej.
Członkami-założycielami towarzystwa byli między innymi Mariusz Łapiński oraz Piotr Mierzejewski, szef Urzędu Rejestracji Leków z czasów Łapińskiego.

Autor artykułu: Agata Pustułka, mokr

Telefoniczna walka polityczna

Thursday, May 22nd, 2003

Jarosław Szczęsny, radny powiatowy z Wodzisławia Śląskiego, obawia się o własne życie, bo ktoś groził mu telefonicznie. – To pewnie któryś z moich politycznych wrogów – przekonuje Szczęsny

Listę wrogów Szczęsnego ustala obecnie prokuratura, która wszczęła śledztwo w tej sprawie.

Ty pacanie…

- Szczęsny to pacan. Jak nie przestanie bawić się w detektywa i węszyć, to pożałuje tego on i jego rodzina – powiedział głęboki męski głos do słuchawki. Telefon zadzwonił dokładnie 28 kwietnia o 9.30 rano. Odebrała go teściowa radnego i zgodnie z instrukcjami nieznanego sprawcy zanotowała informację dla zięcia.

Radny potraktował te pogróżki śmiertelnie poważnie.
- Natychmiast powiadomiłem o sprawie prokuraturę. To nie przelewki. Jestem opozycjonistą, członkiem komisji rewizyjnej, sprawdzam innych, może komuś zaszedłem za skórę – zastanawia się Jarosław Szczęsny.

- Prowadzimy czynności w tej sprawie. Wkrótce sprawdzimy billingi telefoniczne – poinformował nas krótko Józef Pałka, prokurator rejonowy w Wodzisławiu Śląskim.

Jestem dyskryminowany

Jarosław Szczęsny jest w radzie powiatowej jednym z czterech opozycjonistów z ugrupowania Ruch Demokracji Lokalnej. W radzie zasiada 27 osób, więc głos tych czterech niewiele znaczy. Szczęsny jednak uchodzi za prawdziwego bojownika, więc lista jego wrogów może być długa. Ostatnio skrytykował starostę za niezgodne – w jego ocenie – z prawem, zwolnienie wieloletniego dyrektora szpitala w Rydułtowach i powołanie na to stanowisko nowego, związanego z rządzącym SLD.

Radny Szczęsny niedawno domagał się odwołania sekretarza powiatu, Zbigniewa Seemana. Powód? ? Bo uważa, że nie było nic zdrożnego w tym, by dzieci urzędników byli zatrudniani jako gońcy w starostwie. Mówił o tym publicznie ? mówi Szczęsny.

Jako jedyny otwarcie sprzeciwiał się regulacji pozwalającej radnym pobierać pieniądze za sesje, na których nie byli obecni. – Czuję się dyskryminowany. Przewodniczący rady nie dopuszcza mnie do głosu, nie dostaję odpowiedzi na pytania. A mnie chodzi o prawdę – zapewnia Szczęsny.

Pytania niezrozumiałe

W powiecie aż huczy od plotek. Eugeniusz Wala, przewodniczący rady powiatu, o pogróżkach wobec radnego dowiedział się kilka dni temu. Jednak nie uważa, by to miało związek z jego pracą w radzie.

- Nie wierzę, by miał aż takich wrogów. Może to ma związek z jego prywatną działalnością. Ma przecież swoją firmę, pracuje w banku – zastanawia się Wala.

Szczęsny zaprzecza: – Nikomu nie jestem nic dłużny. To ja powinienem chyba innych ścigać za zaległe rachunki – mówi.
Przewodniczący Wala nie uważa, by dyskryminował radnego, nie dopuszczając go do głosu. – Trzymam się statutu i nie mogę mu pozwolić zabierać głosu poza kolejnością – wyjaśnia. Dlaczego radny nie otrzymuje w ustawowych terminach odpowiedzi na swoje pytania? – Hm… Czasem po prostu są tak konstruowane, że nie wiadomo, o co w nich chodzi. Tutaj tkwi problem – odpowiada przewodniczący.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Żadnej czarnej magii

Tuesday, May 20th, 2003

Rozmowa z Markiem Koźmińskim, potencjalnym większościowym udziałowcem Górnik Zabrze SSA

Kiedy może dojść do zakupu przez pana akcji Sportowej Spółki Akcyjnej Górnik Zabrze?
Z firmą Polind, czyli ze sprzedającym akcje, doszliśmy już do porozumienia, ustaliliśmy warunki. Teraz czekam aż Polind uzgodni pewne rzeczy z miastem. To jest klucz do wszystkiego.

Jak blisko jest więc do sfinalizowania umowy?
To nie jest pytanie do mnie. Ja czekam na pewne decyzje. Mam nadzieję, że zapadną jak najszybciej, wszystkim w Zabrzu powinno na tym zależeć. Z mojej strony nie ma jednak presji, nie jest to też sytuacja patowa.

Czy to prawda, że przejmie pan od Polindu większościowy pakiet akcji Górnika, czyli ponad 50 procent?
Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam. Zapewniam jednak, że jeżeli dojdzie do sfinalizowania umowy, to – poza pewnymi kwestiami objętymi tajemnicą handlową – reszta będzie jawna i o wszystkim poinformujemy. Tu nie będzie żadnej czarnej magii.

Poprzedni właściciel Górnika, Stanisław Płoskoń twierdzi, że Polind wciąż nie spłacił swoich zobowiązań wobec niego. Nie obawia się pan, że Płoskoń zablokuje transakcję?
To nie moja sprawa. Jeżeli kupuję od kogoś auto, to mam się martwić, że poprzedni właściciel nie zapłacił za nie komuś innemu? To kwestia tych dwóch podmiotów. Ja nie mieszam się do tych spraw i nie chcę ich znać. Co innego, gdyby Górnik miał założoną hipotekę…

iedy w pana głowie pojawił się pomysł kupna akcji klubu?
Półtora roku temu, w grudniu 2001, po raz pierwszy spotkałem się z panem Andrzejem Daszkiem (prezesem Polindu – przyp. red.). Początkowo chciałem namówić na kupno akcji Górnika moich włoskich znajomych, ale oni wycofali się, widząc, że Canal+ ogranicza dotacje.

Czy klub piłkarski w Polsce to dobry interes? W naszej lidze większość z nich funkcjonuje na wariackich papierach, ma ogromne długi…
Ja traktuję to w kategoriach sposobu na życie, oczywiście także jako biznes. Wiem, że nie ma nic za darmo. Muszą być inwestycje, a polityka długofalowa. Zapewniam, że nie chcę dorwać się, dorobić, a potem wszystko zakopać. Górnik sam w sobie to jest znak firmowy. Jeżeli w Europie coś kojarzy się z Zabrzem, to właśnie Górnik.

Ma pan już wizję Górnika pod swoim przewodnictwem?
Gdybym nie miał, to bym się w to nie angażował. Wszystko jednak w swoim czasie. Na razie możemy sobie pogadać. Dopóki nie ma umowy, nie ma o czym mówić. Ja lubię fakty, konkrety.

Czy to prawda, że chce pan zakończyć piłkarską karierę?
A kto tak powiedział? Na razie gram w piłkę, jestem w kadrze Górnika i nie myślę o zawieszeniu butów na kołku.

Autor artykułu: Rozmawiał Tomasz Mucha

Nie pokażę!

Tuesday, May 20th, 2003

Jeden radny oraz ośmiu przewodniczących rad gmin i powiatów na Śląsku nie złożyło oświadczeń majątkowych, choć mieli taki obowiązek. Jedyna kara, jaka im grozi, to odebranie diet. Okazuje się, że na dietach im nie zależy.

Niczego nie mam do ukrycia, ale nie zamierzam rozpowiadać, jaki mam majątek i skąd. Jestem kontrolowany co roku przez Urząd Skarbowy, a kiedy składałem przysięgę radnego, to obowiązku składania oświadczeń nie było – tłumaczy Piotr Płaczek, radny Piekar Śląskich.

Radny Płaczek nie złożył oświadczenia majątkowego, mimo iż nałożony przez Sejm termin minął 30 kwietnia. Za karę nie dostanie diety. Straci 900 zł brutto. – Nie dla pieniędzy jestem w radzie – kwituje Płaczek.

Ośmiu spóźnialskich

Takich jak radny Płaczek jest w całym województwie jeszcze ośmiu ? to przewodniczący rad gmin i powiatów. Wczoraj biuro dyrektora generalnego Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach wysłało do nich pismo ponaglające. Zostali poinformowani, że do czasu złożenia oświadczenia majątkowego nie mogą pobierać diet. Stracą od 850 zł (w Pietrowicach Wielkich) do 1600 zł (w Raciborzu).

Na liście “spóźnialskich” są: Stanisław Karpeta – przewodniczący powiatu mikołowskiego, Zenon Kowalski z gminy Kruszyna, Eugeniusz Boral z Mstowa, Jan Kuliński z Olsztyna k. Częstochowy, Henryk Joachim Marcinek z gminy Pietrowice Wielkie, Henryk Kondzielik z Pszczyny, a także Tadeusz Wojnar z Raciborza i Ryszard Biały z Włodowic. Ten ostatni na nasze pytanie, dlaczego nie dopełnił ustawowego obowiązku, krzyknął: – Ach, spóźniłem się! Może jeszcze dziś wyślę, a może już to zostało wysłane… Dużo w delegacji byłem i tak zeszło – tłumaczył się przewodniczący rady Włodowic. Ryszard Biały bardzo się zmartwił, że nie dostanie majowej diety. – No, trudno – westchnął.

Nie złożę i nie biorę

Okazuje się jednak, że nie wszyscy się spóźnili. Niektórzy, jak np. Henryk Kondzielik z Pszczyny, nie złożyli oświadczeń majątkowych świadomie. Kondzielikowi przysługuje 1500 zł comiesięcznej diety. – Nie złożyłem oświadczenia i nie złożę, bo nie chcę żadnej diety, zresztą nie pobieram jej od 1 grudnia, no bo wtedy też nie złożyłem tego oświadczenia. Nikt mnie do tego nie zmusi, sprawdziłem w ustawie – powiedział zaskakująco szczerze przewodniczący Kondzielik.

Henryk Kondzielik działa w samorządzie trzecią kadencję. Ma piekarnię i sklep spożywczy w Jankowicach, gdzie mieszka. Jak twierdzi, “prawie od początku? oddawał diety na cele społeczne. – Przez pierwsze dwa lata na ośrodek rehabilitacyjny w Pszczynie, potem osiem lat na kościół w Jankowicach, wspierałem także straż pożarną – wymienia.

Nie wiem, ale może

49-letni Piotr Płaczek z Piekar jest bodaj jedynym w województwie “szeregowym” radnym, który nie dopełnił obowiązku ustawowego. Startował z bezpartyjnej listy “Nasze Piekary”, mieszka w domku jednorodzinnym, jeździ dwuletnim oplem astrą. Jest radcą prawnym, ma od 12 lat własną kancelarię. Jest nowy w samorządzie. – Kancelarię prowadzimy razem ze wspólnikiem, takie oświadczenie wymaga jakichś zasad lojalności wobec niego. Poza tym od kilku lat jestem kontrolowany przez instytucję do tego powołaną, czyli Urząd Skarbowy – tłumaczy nam Płaczek.

Radny twierdzi również, że informacje majątkowe powinny być poufne dla jego bezpieczeństwa. Straty diety nie żałuje. – Może takie pieniądze na ulicy nie leżą, ale nie jest to podstawa moich dochodów – mówi. Na koniec jednak dodaje: – Jeszcze nie powiedziałem, że nie złożę oświadczenia. Być może to zrobię.

Autor artykułu: Izabela Jarosz

Osiem lat za lawinę

Tuesday, May 20th, 2003

Osiem lat pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci tyskich licealistów grozi Mirosławowi Sz., organizatorowi styczniowej wycieczki w Tatry, podczas której pod lawiną zginęło osiem osób.

Wczoraj zakopiańska prokuratura postawiła nauczycielowi z Tychów zarzuty sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób. Został on przesłuchany w charakterze podejrzanego.

Od początku śledztwa było wiadomo, że głównym i prawdopodobnie jedynym (drugi opiekun grupy zginął w Tatrach) podejrzanym będzie organizator wycieczki na Rysy, nauczyciel geografii w tyskim liceum im. Kruczkowskiego.
Mirosław Sz. nie miał uprawnień przewodnika tatrzańskiego, co jest wymagane do wyjścia w Tatry zimą z grupą młodzieży. 28 stycznia w Tatrach panował drugi stopień zagrożenia lawinowego, a mimo to Sz. zaryzykował wejście na szczyt. Wycieczka nie była nawet zarejestrowana w małopolskim kuratorium.

W czasie trzymiesięcznego śledztwa prokuratura przesłuchała świadków tragedii, głównie uczestników wycieczki. Część z nich zeznała, że Sz. nalegał, aby zrezygnować ze zdobywania Rysów. Uczniowie jednak chcieli tam wejść.

Zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci dotyczy na razie trzech osób, których ciała odnaleziono. Czworo licealistów i trzeciego opiekuna lawina strąciła do Czarnego Stawu. Wciąż ich nie odnaleziono.

- Poza dwiema osobami, które na wniosek rodziców sąd uznał za zmarłych, pozostali to dla nas osoby zaginione, dlatego zarzut zostanie uzupełniony po odnalezieniu wszystkich ciał – powiedziała nam prokurator Małgorzata Ciężkowska-Gabryś z Prokuratury Rejonowej w Zakopanem.

Prokuratura podejrzewa, że turyści sami wywołali lawinę. Tezę tę mają zweryfikować biegli: instruktor alpinizmu oraz międzynarodowy przewodnik wysokogórski.

Autor artykułu: ij

Ludzie mają tyle serca

Thursday, May 15th, 2003

Jakież to niesprawiedliwe, żeby robić z dziecka inwalidę tylko dlatego, że państwo nie chce zapłacić za protezy. Dla tych na górze to tylko przekładanie papierków, a tu chodzi przecież o zdrowie i szczęście dziecka – mówiła Czytelniczka z Chorzowa, jedna z osób, które zadzwoniły do redakcji z pytaniem o numer konta, na które można wysłać pieniądze na protezy dla Krzysia Włoki. Pieniądze zebrali wszyscy jej koledzy i koleżanki z pracy.

Fundusz nie zapłaci
O chłopcu z Mysłowic pisaliśmy dwa dni temu. Od lutego nie chodzi do szkoły, bo połamały się protezy, które nosił od paru lat. Narodowy Fundusz Zdrowia zgodził się pokryć tylko część kosztów nowych protez. Resztę, tzn. ponad 8 tys. zł, rodzina musi dozbierać sama.

Protezy z pisanek

Na nasz apel zareagowała natychmiast po ukazaniu się artykułu Placówka Humanitarno-Opiekuńcza przy ul. Granicznej w Katowicach. – Postanowiliśmy przekazać Krzysiowi Włoce wszystkie pieniądze ze zbiórki charytatywnej przetrzymywane przez restaurację “Labirynt”, a odzyskane dzięki interwencji dziennikarzy “Trybuny Śląskiej”, czyli kwotę 1331 zł – mówi Jacek Pikuła.
Pieniądze to dochód z aukcji pisanek, która odbyła się 19 kwietnia br. Forum Sztuk Dom Wydawniczy Ryszarda Gila wystawiło na niej do licytacji wielkanocne jajka pomalowane przez dzieci i znanych śląskich plastyków. Ale zebrane fundusze udało się odebrać dopiero, kiedy upomniała się o nie “Trybuna Śląska”.

- Chcemy pokazać właścicielowi lokalu, panu Ryszardowi Gilowi, że pieniądze idą faktycznie na cele charytatywne – tłumaczy Pikuła. – Do tego dołączamy przekaz w wysokości 500 zł z własnych środków.

Żeby mógł się uczyć
Górnośląski Bank Gospodarczy dołożył na “nowe nogi” dla Krzysia 1000 zł. Rozważa też pomysł przekazania chłopcu komputera. W banku sprzęt wymieniany jest dość często, a chłopcu mógłby jeszcze posłużyć do nauki.

- Mamy pewną pulę pieniędzy na wypadki losowe. Nie są to duże sumy, ale staramy się reagować tam, gdzie potrzebna jest pomoc – mówi Jolanta Karmańska, dyrektor ds. public relations w GBG.

- Po artykule w “Trybunie Śląskiej” przyszła do mnie grupa 13 chłopców, którzy kiedyś uczyli się w gimnazjum, do którego teraz chodzi Krzysiu. Chcą przeprowadzić zbiórkę pieniędzy we wszystkich mysłowickich szkołach. To wspaniałe, że ludzie mają dla nas tyle serca – mówią rodzice Krzysia Włoki.

Autor artykułu: Anna Góra