Archive for June, 2003

KP Polska Energia Sosnowiec

Thursday, June 12th, 2003

Działacze KP Polskiej Energii Sosnowiec podpisali pierwsze kontrakty z nowymi zawodnikami. W przyszłym sezonie w drużynie z Sosnowca grać będą reprezentanci Czech i Słowacji.
Na pozycji libero Radosława Maciejewicza zastąpi Czech, Premysl Obdrzalek.

26-letni siatkarz ma 194 centymetry wzrostu i ostatnio występował w Dukli Liberec. Trenerzy i działacze “Kazików” obserwowali go niedawno w Ostrawie, w spotkaniach Ligi Światowej, w których Czesi wygrali z Francją. Zrobił bardzo dobre wrażenie na sosnowieckich wysłannikach. Skutecznie radził sobie z przyjęciem zagrywki Francuzów, również z serwisami jednego z największych specjalistów na świecie w tym elemencie gry, Frantza Granvorki. – To doskonały zawodnik. Na pewno będzie jednym z mocniejszych punktów naszego zespołu – uważa Jerzy Kajzer, szef KP Polskiej Energii. Obdrzalek z klubem z Sosnowca podpisał roczny kontrakt z możliwością przedłużenia na kolejny.

Drugim nowym zawodnikiem KP Polska Energia został Słowak, Robert Hupka. 22-letni siatkarz ma 202 centymetry wzrostu i gra na pozycji przyjmujący- atakujący. Ostatni sezon spędził w Serie A2, we włoskim Casanova D. V. S Asti. Wcześniej natomiast bronił barw Maxicano Parma i Povażskiej Bystrzycy.

- Był u nas na castingu. Uznaliśmy, że warto w niego zainwestować – twierdzi Kajzer.

- Czy przyjście nowych siatkarzy oznacza, że nie zostaną przedłużone kontrakty z Danielem Matoską i Sergiejem Żywołożnym?

- Jeden z nich na pewno odejdzie. Nie podjęliśmy jeszcze decyzji który. To zależy jak się potoczą rozmowy transferowe z kolejnymi zawodnikami – odpowiada szef sosnowieckiego klubu.

Dodajmy, że działacze “Kazików” interesują się m. in. Krzysztofem Janczakiem i Krzysztofem Śmiglem z Gwardii Wrocław oraz Rafałem Musielakiem z Mostostalu Azotów Kędzierzyn Koźle.

Autor artykułu: mim

Rozmowa z Michałem Wróblem, bramkarzem Górnika Zabrze

Thursday, June 12th, 2003

Czy można już panu gratulować transferu do Wisły Kraków?
Z nikim nie rozmawiałem! We wtorek rzeczywiście byłem w Krakowie, ale tylko na konsultacji u lekarza Wisły Jerzego Zająca. Może ktoś mnie tam widział i stąd te informacje. Teraz jestem na wakacjach w Zakopanem, odpoczywam od piłki.

Po co konsultacje u doktora Zająca?
Po ubiegłorocznej operacji prawej nogi chciałem utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko w porządku. Została blizna, ale z nogą jest ok.

No ale słyszał pan o tym, że trener Henryk Kasperczak chce pana ściągnąć?
Takie głosy dochodzą, ale powtarzam – na razie nie ma o czym mówić. Mam jeszcze dwuletni kontrakt z Górnikiem. Moimi sprawami zaś zajmuje się menedżer Ryszard Szuster. Jeśli pojawią się nowe informacje, będzie do mnie telefonował.

Wiosną w barwach Górnika zagrał pan tylko trzy mecze. Jak pan myśli, skąd zainteresowanie krakowskich działaczy
pana osobą?

Jestem zaskoczony, po kontuzji długo nie grałem. Wcześniej wystąpiłem jednak przeciwko Wiśle dwa razy. Raz z Górnikiem dwa lata temu przegraliśmy w Krakowie 1:2, a jesienią ubiegłego roku w barwach Garbarni – na inaugurację sezonu – był remis 1:1. Występy były udane, w obu przypadkach uznano mnie za najlepszego zawodnika meczu. Być może ktoś mnie zapamiętał?

Dlaczego nie zagrał pan w ostatnim meczu sezonu z Garbarnią?
Byłem kiedyś zawodnikiem tej drużyny. Nie chciałem, żeby były jakieś podteksty.

Gdyby został pan piłkarzem Wisły otworzyłaby się szansa nawet na występy w Lidze Mistrzów…
To na razie gdybanie. Ale zainteresowanie moją osobą zespołu mistrza Polski to dla mnie duże wyróżnienie.

Jak widzi pan rywalizację z Adamem Piekutowskim?
To bardzo dobry bramkarz, nikt nie odda łatwo miejsca w takiej drużynie. Na pewno będę walczył.

Jako pana pierwszy klub podaje się Sośnicę Gliwice. To prawda?
Jestem wychowankiem Górnika Zabrze, gdzie zaczynałem na obronie. Trener nie wystawiał mnie jednak do składu i odechciało mi się trenować. Po dwóch tygodniach trafiłem do Sośnicy i po pierwszym treningu znalazłem się na bramce. Dopiero stamtąd, już na tej pozycji, trafiłem z powrotem do Górnika.

Za jeden z pana atutów uważa się wzrost. Po kim ma pan te 203 centymetry?
Po rodzicach raczej nie. Może służył mi Czarnobyl?

Michał Wróbel – ur. 27 kwietnia 1980 roku. Kluby: Górnik Zabrze, Sośnica Gliwice, Górnik, Włókniarz Kietrz, Górnik, Garbarnia Szczakowianka, Górnik. Debiut w ekstraklasie 15 września 2001, w sumie 14 spotkań.

Autor artykułu: Rozmawiał Tomasz Mucha

Okulistka nie widziała

Tuesday, June 10th, 2003

Okulistka szpitala miejskiego w Rudzie Śląskiej przez kilka lat leczyła Lidię Szymik na zaćmę – bez rezultatu. Okazało się, że zaćmy nie było, a przyczyną pogarszania się wzroku był guz w mózgu. Mimo operacji pani Lidia nie widzi. Teraz wraz z mężem podała szpital do sądu. Są przekonani, że gdyby nie błąd lekarki, dzisiaj widziałaby normalnie.

Emerytowana krawcowa Lidia Szymik traciła wzrok wiele miesięcy. Od 10 lat regularnie odwiedzała okulistkę.
- Chodziłam do lekarki i mówiłam, że coraz gorzej widzę – wspomina Lidia Szymik. – Ona tylko powtarzała: to zaćma i to bardzo niewielka. Nikt nie podejmie się jej usuwania w tak mało zaawansowanym stadium. Proszę przyjść za pół roku.
Lekarka, jak mówią Szymikowie, nie zapisała żadnych leków i nie zaleciła żadnych dodatkowych badań – tak była pewna swojej diagnozy. Po kilku tygodniach pani Lidia ponownie odwiedziła lekarkę, skarżąc się na coraz słabszy wzrok. – Ona już wtedy nie rozpoznawała znajomych na ulicy, nie potrafiła rozróżnić banknotów – mówi Norbert Szymik, mąż pani Lidii. – Lekarka przepisała wtedy żonie jakieś krople i… znowu kazała przyjść za pół roku.

Okrutna diagnoza

Szymikowie zdecydowali się pójść do prywatnej przychodni. Nie pokazali poprzednich wyników. Lekarz po krótkim badaniu orzekł, że zaburzenia wzroku mają podłoże neurologiczne i polecił udać się do specjalisty. – I dzięki temu moja żona w ogóle uszła z życiem – dodaje pan Norbert. – Trafiliśmy do neurologa, który kazał zrobić tomografię komputerową i rezonans magnetyczny.

Rozpoznanie było okrutne: guz w mózgu, który uciska nerw wzrokowy i stąd zaburzenia widzenia. – Lekarze pytali nas, dlaczego tak późno przyszliśmy – dodaje Norbert Szymik. – Od początku nie dawali większych nadziei na odzyskanie wzroku. Nie chcieli wierzyć, że żona niczego nie zaniedbała, że regularnie chodziła do okulistki, a ta przez cały czas leczyła ją na zaćmę.

Bez komentarza

Lekarze, z którymi rozmawialiśmy nie chcą zajmować jednoznacznego stanowiska w tej sprawie. Mówią, że od tego jest sąd. Dyrektorka prywatnego szpitala okulistycznego potwierdza tylko, że Lidia Szymik była tam badana. – Została zbadana i zatrudniony u nas lekarz orzekł, że tu potrzebna jest pomoc neurologa. Nie mogę jednak oceniać innych lekarzy. – mówi Elżbieta Nowińska, dyrektor chorzowskiej Korvity. – Teraz objęliśmy panią Lidię bezpłatną opieką okulistyczną.
Lidia Szymik nie może pogodzić się ze swoim kalectwem. – Jest mi bardzo ciężko – mówi z trudem powstrzymując łzy.

– Zawsze byłam bardzo aktywna. Teraz wszystko wokół mnie musi robić mąż. Nie chcę zemsty, ale ta lekarka nie powinna już nikogo leczyć. Powinno się chronić przed nią innych pacjentów.
Szymikowie wytoczyli szpitalowi w Rudzie Śląskiej proces cywilny, żądają 100 tys. złotych odszkodowania i dożywotniej renty. Sprawą zajęła się także Prokuratura Rejonowa w Rudzie Śląskiej. Prowadzi ona postępowanie w sprawie o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Jak nas poinformowano w prokuraturze, czekają tam teraz na opinie biegłych sądowych z Warszawy. Pomimo usilnych starań nie udało nam się skontaktować z lekarką, która leczyła Lidię Szymik.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Wiadukt do rozbiórki

Tuesday, June 10th, 2003

Wiadukt nad trasą DK-1 w Dąbrowie Górniczej został zamknięty dla ruchu, ponieważ grozi zawaleniem. Ciężarówka, która uderzyła w wiadukt, zniszczyła jego konstrukcję.

Most drogowy nad trasą DK-1 w dąbrowskiej dzielnicy Ząbkowice powinien zostać rozebrany. Takie zalecenie zawiera ekspertyza, która dziś trafi na biurko prezydenta Dąbrowy Górniczej.

- Nieczęsto zdarza się widzieć tak zniszczony obiekt. Jeżeli zostanie dopuszczony do użytku, w każdej chwili może się zawalić – mówi Tomasz Kaczmarek, prezes firmy inżynierskiej Europont z Katowic, która wykonała ekspertyzę.

W wiadukt uderzył samochód ciężarowy wiozący w kierunku granicy polsko-czeskiej ogromnych rozmiarów kocioł. Kierowca był przekonany, że się pod nim zmieści, bo kilometr przed nim jechał pilot sprawdzający trasę przejazdu. Górna część kotła stojącego na lawecie rozpędzonej ciężarówki dosłownie rozpruła wiadukt na dwie części, masakrując belki i poprzecznice głównej płyty.

- To dziwne. Skoro mieliśmy do czynienia z ładunkiem ponadnormatywnym, to transport musiał być zarejestrowany i zaakceptowany przez właściciela drogi. Dlaczego pilot nie zwrócił uwagi na zbyt niski wiadukt, to już pozostanie jego tajemnicą – powiedzieli nam policjanci.

Początkowo wydawało się, że zniszczenia nie są katastrofalne. Jednak gdy chwilę po zdarzeniu wiaduktem chciał przejechać maluch, konstrukcja zaczęła trzeszczeć i oderwały się dwa potężne kawały betonu.

- To zadecydowało, że zamknęliśmy jedną nitkę trasy, prowadzącą od strony Siewierza do Tychów. Kruszejącą konstrukcję obwiązaliśmy prowizorycznie siatką. Ruch odbywa się teraz drugą częścią drogi – mówi Jan Bogus, naczelnik wydziału zarządzania kryzysowego dąbrowskiego magistratu. – Nie chcemy ryzykować, dlatego oprócz znaków zakazu ruchu, ustawiliśmy też betonowe słupki, aby nikomu nie przyszło do głowy tamtędy jeździć samochodem.

Decyzja o rozbiórce wiaduktu zapadnie zapewne już dziś. – Dla mnie to sprawa oczywista. Przęsło trzeba rozebrać i postawić nowe. Każda próba naprawy tylko podraża koszty – tłumaczy Kaczmarek.

Od 400 tysięcy do 4 milionów złotych wynosi, według różnych ekspertów, koszt postawienia nowego mostu w Ząbkowicach. Teoretycznie most można próbować naprawić, jednak jego konstrukcja pochodząca z początków lat 70. nie gwarantuje, że wytrzyma taką operację.

Zamknięcie przejazdu jedną nitką DK-1 nastąpiło w fatalnym okresie. Cierpią nie tylko mieszkańcy Ząbkowic, ale i podróżujący w stronę Zawiercia. Nie dość, że przed zwężeniem tworzą się już gigantyczne korki, to dodatkowo trwają remonty podrzędnych dróg, co powoduje, że dzielnica jest praktycznie nieprzejezdna. Aby ją w pewien sposób udrożnić, prawdopodobnie już jutro zacznie działać nowa sygnalizacja świetlna na skrzyżowaniu DK-1 z ul. Kusocińskiego.


Kierowca, który jechał samochodem ciężarowym i uszkodził wiadukt, został ukarany mandatem w wysokości 500 zł.
To jedyna kara, jaka go spotkała za spowodowanie zniszczeń, których wartość może sięgnąć nawet 4 mln zł.
Koszt naprawy lub rozbiórki obiektu pokryje towarzystwo ubezpieczeniowe, z którym kierowca zawarł umowę OC.

Autor artykułu: Marcin Twaróg

Niezadowoleni mieszkańcy, ale pełna kasa

Tuesday, June 10th, 2003

Piotr Wieczorek, wiceprezydent Gliwic odwołał ze stanowiska Jerzego Codogniego, prezesa Zarządu Budynków Mieszkalnych – I Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Za co? Za…
gospodarność, która odbiła się na mieszkańcach. – Codogni nastawiony jest wyłącznie na zysk i zapomina o mieszkańca komunalnych bloków – twierdzi Wieczorek. W ciągu dwóch lat Codogni nie tylko wyprowadził miejską spółkę z długów, ale zarobił na czysto kilka milionów zł.

Jerzy Codogni został prezesem ZBM, jednej z największych spółek miejskich w połowie 2001 r. Firma administruje prawie 11 tysiącami lokali mieszkalnych i użytkowych w Gliwicach, co stanowi 70 proc. miejskich zasobów. Od kilku lat buduje bloki w ramach TBS. Roczne przychody spółki to ponad 60 mln zł rocznie.

W 2001 r. pierwszy ZBM miał na koncie 1,5 mln zł długu. W ciągu czterech miesięcy pracy Codogniego spółka była już na zysku 175 tys. zł. W ubiegłym roku czysty zysk wzrósł o 337 proc.!

Jerzy Codogni był podawany za przykład gospodarności i dobrego zarządzania. W tym miesiącu miał otrzymać nawet specjalną nagrodę właściciela za efektywność.

Był bardzo zaskoczony, kiedy na walnym zgromadzeniu wspólników nie otrzymał absolutorium. Piotr Wieczorek, wiceprezydent od gospodarki komunalnej i nadzoru właścicielskiego nad spółkami miejskimi odwołał go ze stanowiska. Jerzy Codogni twierdzi, że nie wyjaśniono mu, dlaczego. – Jestem takim człowiekiem, że nie pytam, tylko przyjmuję to z pokorą – stwierdza prezes Codogni. – Żadna kontrola nie wykazała nam ani jednego uchybienia – podkreśla.

Wiceprezydent Wieczorek ma inne zdanie na ten temat. Przypomina, że pięć miesięcy temu upomniał cały zarząd ZBM-u. – ZBM ma złą opinię w mieście. W końcu uznałem, że tak dalej być nie może – tłumaczy Wieczorek.

Wiceprezydent przyjmuje mieszkańców zawsze we wtorek. – Bywało, że skarg na pierwszy ZBM było kilkanaście, a w miesiącu kilkadziesiąt. Najczęściej narzekano na stan okien – mówi Marek Jarzębowski, rzecznik urzędu. Jak twierdzi Jarzębowski, większość skarg była zasadna.

- Rzeczywiście spółką dobrze zarządzano, wyprowadzono z długów, ale Zarząd Budynków Mieszkalnych to nie jest spółka giełdowa nastawiona na zysk. Zysk jest sprawą co najmniej drugorzędną – ucina prezydent Wieczorek.

Konkurs na stanowisko prezesa “jedynki” zostanie rozstrzygnięty jeszcze w tym miesiącu.

Autor artykułu: Izabela Jarosz-Kacprzak

Chcą nas dobić!

Wednesday, June 4th, 2003

Wyrzucają nas z mieszkania. Za eksmisję mamy zapłacić sądowi dwa tysiące złotych. Nigdy nie wyjdziemy z długów. Dlaczego dobija się biednych? – żali się Janusz Olczak z Dąbrowy Górniczej.

W spółdzielni “Sami Swoi” Janusz Olczak ma 6 tys. zł zaległości. Ze skromnej renty Olczaków, jedynego źródła ich dochodów, komornik zabiera 100 zł miesięcznie na wynagrodzenie dla adwokata. Na życie zostaje im 200 zł.
Sprawa Olczaków toczy się od trzech lat. W grudniu ub. roku zapadł wyrok w Sądzie Rejonowym w Dąbrowie Górniczej. Eksmisja z prawem do mieszkania socjalnego – zadecydował sąd.

Wyrok odroczony
- Wyrok zapadł, gdy był okres ochronny, dlatego dali nam mieszkanie socjalne w Strzemieszycach, dzielnicy Dąbrowy Górniczej – opowiada Janusz Olczak. Pojechał z żoną na miejsce. Zobaczyli 16 metrów kwadratowych, które mieli zająć z dorosłym synem. – Tam jest grzyb, brud, smród i ubóstwo. Nie da się mieszkać. Nie chcemy poniewierać się po slumsach. Mieszkanie mamy zadbane i w dobrym stanie – mówi Olczak. Postanowili nie wprowadzać się do lokalu socjalnego. Jednak sędziowie i komornicy byli nieubłagani.

Szukał pracy
- Chcę pracować, ale nie mam gdzie. Gdy znalazłem robotę za granicą, chcą mnie wyrzucić z domu. Zarobię i zaraz im oddam wszystko co do złotówki – stwierdza Janusz Olczak. Pokazuje skierowanie do pracy w Iraku wydane przez warszawski Instal. W lipcu ma wyjechać na kontrakt.

Dziś dąbrowski Sąd Rejonowy rozpatrzy jego wniosek o oddalenie eksmisji. Wszystko zależy od dobrej woli sądu i spółdzielni.

Olczak ma 53 lata. Żyje z pracy dorywczej. – Wszędzie pytają, czy mam rentę, bo takich potrzebują do pracy. Jesteśmy na garnuszku ojca, robię dorywczo gdzie się da. Nie zawsze mi zapłacą. Jeśli wpadnie mi parę groszy, oddaję spółdzielni – opowiada.

Twierdzi, że ich dług nie jest wysoki. – Są więksi dłużnicy – podkreśla. Jego żona Grażyna od ponad 20 lat leczy się psychiatrycznie. Była pielęgniarką.

- Przez tę eksmisję żona ma lęki, myśli samobójcze, miesiącami leży w szpitalu. Doszło do wyraźnego pogorszenia jej stanu zdrowia – stwierdza pan Janusz.

W bloku Olczaków mieszka także wiceprezes spółdzielni. Zna ich sytuację dokładnie, bo są sąsiadami. – Nie chce nam pomóc. Nasze mieszkanie pewnie zostało wystawione już na sprzedaż – uważa Olczak.

Robią uniki
Zarząd spółdzielni “Sami Swoi” jest innego zdania.

- Od trzech lat nie płacą, nic nie robili, żeby uregulować długi. Ciągle obiecują, ale nic z tego nie ma. Przeciągają wyroki i grają na zwłokę. Od lat są problemy z nimi, a zaległości rosną – mówi Andrzej Jurczak, wiceprezes Spółdzielni Mieszkaniowej “Sami Swoi” w Dąbrowie Górniczej, sąsiad Olczaków.

- Od marca stoi wolne mieszkanie socjalne, przecież nie wylatują na bruk. Sąd wydał wyrok, a nie zarząd spółdzielni, od tego nie ma odwrotu – mówi Stefan Lubach, prezes SM “Sami Swoi”. – Nie mogę im pobrać nawet pieniędzy z wkładu członkowskiego, bo takiego nie mają – dodaje wspominając okoliczności nieodpłatnego przejęcia zakładowych budynków przez spółdzielnię.

Czy Olczakowie to najwięksi dłużnicy spółdzielni?
- Zaległości czynszowe są tajemnicą. Olczakowie mają więcej długu niż sąd zasądził – oznajmił prezes Lubach.

- Nie stać nas na tworzenie miejsc pracy, to zbyt kosztowne. Muszą pogodzić się i wyprowadzić – dodał zapytany, dlaczego nie zatrudnił Olczaka, by mógł odpracować zaległości czynszowe.

Autor artykułu: Renata Cius

Kant na VAT?

Tuesday, June 3rd, 2003

22-procentowy VAT od składników czynszu, które zawierają już podatek VAT – takie absurdy widnieją na rozliczeniu, które dostaje Tadeusz Pagieła, właściciel sklepu od cieszyńskiej spółdzielni “Liburnia”. W dodatku zamiast faktur otrzymuje rozliczenie za czynsz jak zwykły lokator.

Sklep w piwnicy

Państwo Pagiełowie prowadzą od 1998 roku sklep w piwnicy jednego ze spółdzielczych budynków. Na 66 metrach kwadratowych sprzedają chemię, kosmetyki, papierosy. Sami wyremontowali pomieszczenie, co kosztowało około 15 tysięcy złotych. Po półtora roku zdecydowali się wykupić lokal na własność. Wyłożyli na to 28 tysięcy złotych.

W zarządzie miejsca nie zagrzał

W tym czasie zmieniły się władze spółdzielni, a Pagieła otrzymał propozycję pracy w zarządzie. Zgodził się, przepracował kilkanaście miesięcy. Odszedł, gdy dostał do podpisania nowy sposób rozliczeń z najemcami i właścicielami lokali użytkowych. Chodziło o to, że składniki czynszu np. centralne ogrzewanie, wywóz nieczystości, opłaty za wodę zawierające już podatek VAT w wysokości 7 lub 22 procent były zsumowane, a potem od całej kwoty jeszcze raz był naliczony 22-procentowy VAT! – Wydawało mi się to nie w porządku. Jak można dwa razy płacić ten sam podatek? – zastanawia się Pagieła.

Faktur nie będzie?

Co gorsza, rozliczenia do niego przestały przychodzić w formie faktury. Zaczął dostawać czynsz jak zwykły lokator, przez co nie mógł odliczyć sobie VAT-u w rozrachunkach z urzędem skarbowym. Wysłał kilka pism, w których domagał się od spółdzielni wystawiania faktur. Pozostały bez odpowiedzi. Próbował uzyskać opinię z cieszyńskiego urzędu skarbowego. Wreszcie zgłosił sprawę do Ministerstwa Finansów. – Nikt nie chce mi dać konkretnej odpowiedzi. Może być nawet na “nie”, byle ktoś udowodnił, że nie mam racji. Wtedy jestem nawet gotowy wykupić ogłoszenie w gazecie i przeprosić spółdzielnię – mówi Pagieła. Szacuje, że przez niewystawianie faktur i podwójny VAT nadpłacił już spółdzielni 1,5 tysiąca złotych.

Zmowa milczenia

Zdaniem naszego Czytelnika, w Cieszynie panuje zmowa milczenia, gdy próbuje się wyjaśnić jego problem. Sprawdziliśmy, jak wygląda sprawa w spółdzielniach w Bielsku-Białej. Wszędzie, gdzie pytaliśmy, osoby prowadzące działalność gospodarczą otrzymują faktury VAT-owskie (niezależnie od tego, czy wynajmują lokal od spółdzielni czy są jego właścicielami), aby móc sobie potem odliczyć ten podatek w rozliczeniach ze skarbówką. – W fakturze VAT opłata powinna być rozbita na poszczególne składniki, bo niektóre np. ubezpieczenie budynku czy odpis na remonty są zwolnione z VAT-u, inne jak woda objęte są podatkiem 7-procentowym, a nie 22-procentowym. Liczenie 22-procentowego VAT-u po zsumowaniu wszystkich składników czynszu jest absurdem – mówi Irena Kozik, prezes Karpackiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

“Liburnia” się miga

Próbowaliśmy dociec w spółdzielni “Liburnia”, dlaczego Pagieła nie dostaje faktury i czy, jeśli płacił VAT dwa razy, teraz ktoś mu to zwróci. – Faktury VAT-owskie wystawiamy obcym podmiotom, natomiast pan Pagieła jest członkiem naszej spółdzielni i dostaje normalne rozliczenie. Jeśli potrzeba szczegółowych wyjaśnień, proszę skontaktować się jutro, będzie główna księgowa, ona wszystko powie – mówi Piotr Broda, kierownik spółdzielni do spraw technicznych. Dzwonimy nazajutrz. Księgowej najpierw nie ma. – Wyszła, proszę spróbować później – informuje nas żeński głos. Wykonujemy kolejny telefon. – Wszelkie zapytania do nas prosimy kierować na piśmie – informuje tym razem ten sam głos. Boimy się jednak, że na nasze pisma spółdzielnia będzie odpowiadać tak jak na pisma Pagieły, czyli wcale.

Błażej Filipowicz, prawnik:

Wykorzystywanie spółdzielczego pomieszczenia w celach gospodarczych nie jest tożsame ze spółdzielczym lokatorskim prawem do lokalu mieszkalnego i powinno być rozliczane na podstawie faktury VAT.

Ponieważ pan Pagieła poniósł straty z tytułu nierozliczonego podatku VAT, powinien wystąpić na piśmie z żądaniem prawidłowego wystawiania faktur.

Ponadto przysługuje mu wobec spółdzielni roszczenie o zapłatę równowartości poniesionych strat.

Wszelkich żądań można dochodzić w sądzie w drodze powództwa cywilnego.

Autor artykułu: Krzysztof Bąk

Przez zieloną granicę

Tuesday, June 3rd, 2003

Jedenastu Czechów, dziesięciu Polaków, Chińczyka, Ukraińca, a nawet Amerykankę i Angielkę – zatrzymała w miniony weekend śląska straż graniczna.

Zatrzymany obywatel Chin trafił do Polski nielegalnie ze Słowacji, gdzie wraz z grupą współobywateli próbował nielegalnie przedostać się do Czech.

- W trakcie wędrówki grupę zatrzymali pogranicznicy ze Słowacji, a jemu udało się uciec. Samotnie szedł w wyznaczonym wcześniej przez przewodnika kierunku. Trafił do Polski, gdzie został zatrzymany przez naszych funkcjonariuszy – powiedział kpt. Grzegorz Klejnowski, rzecznik śląskich pograniczników.

Chińczyk już dwukrotnie był zatrzymywany na granicy przez służby słowackie i osadzony w ośrodku dla cudzoziemców. Tam też prawdopodobnie trafi i tym razem, gdyż Straż Graniczna przekazała cudzoziemca słowackim pogranicznikom.

W trakcie weekendu wielokrotnie dochodziło do nielegalnego przekraczania granicy przez turystów wędrujących szlakami wzdłuż granicy. – Na dłuższy pobyt w naszej dyspozycji naraziła się Amerykanka. Nie dość, że wędrując w górach wraz ze znajomą Polką i Angielką pomyliły drogę i znalazły się w Czechach, to jeszcze nie miała ze sobą żadnego dokumentu – dodaje Klejnowski.

Po złożeniu wyjaśnień koleżanki zostały zwolnione, a Amerykanka musiała czekać aż znajomi dostarczą jej paszport.

Autor artykułu: Jacek Bombor