Archive for July, 2003

Pobity piłkarz

Wednesday, July 30th, 2003

Sympatycy gliwickiego Carbo mogą mieć spore problemy z rozpoznaniem swojej drużyny. W porównaniu z poprzednim sezonem w kadrze zaszły wręcz rewolucyjne zmiany. – Będę od nowa tworzył zespół – mówi Zygmunt Kajda, trener Carbo.

Przed szkoleniowcem sporo pracy. Większość podstawowych zawodników opuściła klub. Do Walki Zabrze przenieśli się Andrzej Jarkiewcz, Adam Międzik i Marcin Domagała, grę w bytomskiej Polonii wybrali Dietmar Brehmer i Marcin Wujek, a Krzysztof Bąk został trenerem Uranii Kochłowice. Z kolei Andrzej Nikodem występował będzie w Unii Skierniewice. Nie są to jedyne zmartwienia trenera. W ostatnią sobotę w Gliwicach napadnięty został i pobity Sebastian Wiewióra. – Leży w szpitalu. Na razie nie wiem w jakim jest stanie, wiem jedynie, że ma szczękę złamaną w dwóch miejscach – martwi się Kajda. Od początku przygotowań do nowego sezonu na treningach nie pojawił się Fryderyk Wolny. – W klubie nikt nie wie co się z nim dzieje. – Może wyjechał do Niemiec – zastanawia się szkoleniowiec.

Są też i dobre wieści. Po nieudanych poszukiwaniach nowych klubów do Carbo powrócili Adam Piechocki, Dariusz Kałuża i Sylwester Lempa. Dodajmy, że tym pierwszym interesuje się inny gliwicki klub – Piast. – Myślę, że się dogadamy. Może Piast za niego wypożyczy nam kilku swoich zawodników – zastanawia się Kajda.

Z grupy piłkarzy testowanych przez opiekunów Carbo na pewno pozostanie Rafał Krzywka z Victorii Cisek. Bliscy podpisania kontraktów są też Marcin Staniek z Odry Wodzisław, Błażej Bieniaszewski z Górnika Zabrze, Grzegorz Chojnowski z KS Kędzierzyn-Koźle i Jarosław Wolański ze Skalnika Gracze.

Autor artykułu: mim

Magda ma się lepiej

Wednesday, July 30th, 2003

Poprawił się stan rocznej dziewczynki z Cięciny w Węgierskiej Górce pobitej przez ojca. Dziecko od piątku przebywa w bielskim szpitalu pediatrycznym.

Jeszcze przedwczoraj lekarze mówili, że stan dziecka jest krytyczny. Wczoraj było już znacznie lepiej.
- Myślimy nawet o tym, żeby w środę spróbować odłączyć Magdę od respiratora – dowiedzieliśmy się wczoraj w szpitalu.
Również wczoraj żywiecki Sąd Rejonowy aresztował na trzy miesiące rodziców dziewczynki. Prokuratura Rejonowa w Żywcu, która wystąpiła o ich aresztowanie, postawiła obojgu zarzuty usiłowania zabójstwa i znęcania się nad dzieckiem. Grozi za to od 8 do 25 lat więzienia lub dożywocie.

Autor artykułu: bak

Kto strzelał na Mariackiej?

Wednesday, July 30th, 2003

Biegli orzekną, kto strzelał 16 lipca na ulicy Mariackiej. Przypomnijmy, dwaj pijani policjanci po służbie pobili się wtedy z sutenerami. Podczas szamotaniny padł strzał.
Starszy sierżant Krzysztof M. został lekko ranny w ramię.

Początkowo dla wszystkich było jasne, że strzelać musiał posterunkowy Janusz J., bo pocisk pochodził z jego pistoletu. Teraz prokuratura nie jest tego pewna, bo zeznania świadków są sprzeczne. – Zwróciliśmy się do biegłych o ekspertyzę – mówi Elżbieta Mizeracka, zastępca prokuratora rejonowego Katowice Centrum-Zachód. – Badane będą drobiny prochu, które pozostają na dłoni po oddaniu strzału.

Jak się dowiedzieliśmy, policjanci zgodnie zeznają, że to jeden z sutenerów wyrwał policjantowi broń spod kurtki i oddał strzał do drugiego funkcjonariusza. Co innego mówią sutenerzy. Ich zdaniem posterunkowy J. od początku wymachiwał pistoletem, grożąc nim jednej z prostytutek.
Zgodnie z ich relacją, pijani policjanci chcieli skorzystać z usług pań stojących na rogu ulic Mariackiej i Francuskiej, żądali jednak dużego upustu.

Niezależnie od tego, kto strzelał, policjant nie miał prawa mieć przy sobie broni, będąc pod wpływem alkoholu. Poza tym obaj funkcjonariusze będą najprawdopodobniej odpowiadać za udział w bójce. Jak powiedziała nam prokurator Mizeracka, przedstawienie im zarzutów jest kwestią czasu. Do tej pory takie zarzuty przedstawiono dwóm sutenerom.

* Imiona policjantów zostały zmienione.

Autor artykułu: gz

Katowicki trop w śledztwie w sprawie śmierci Papały

Friday, July 25th, 2003

Cały czas pojawiają się nowi świadkowie, nowe dowody w sprawie zabójstwa generała Papały; zbyt wcześnie aby mówić o przełomie, ale jest to postęp – powiedział w czwartek zastępca komendanta głównego policji Adam Rapacki, odnosząc się do podanej przez “Gazetę Wyborczą” informacji, że istnieje świadek tego zabójstwa.

Według gazety zatrzymany przez policję złodziej samochodów chwilę przed zabójstwem Papały próbował ukraść auto jego sąsiadowi. Nie zdążył, bo mieli przegonić go zamachowcy. – Ten człowiek potwierdził wszystkie wcześniejsze ustalenia operacyjne oficerów Centralnego Biura Śledczego oraz relacje innych świadków. Dzięki niemu znamy personalia prawie wszystkich uczestników zamachu – opowiadał osoba związana ze sprawą. Asem w rękawie warszawskiej prokuratury prowadzącej śledztwo w sprawie zabójstwa gen. Marka Papały jest Igor Ł., ps. “Patyk”. To znany złodziej samochodów, który jesienią 2000 r. wpadł w ręce katowickiej policji.

W czasie śledztwa dotyczącego kradzieży luksusowych aut na Śląsku załamał się i poszedł na współpracę z prokuratorami z Katowic. “Patyk” wsypał też stołecznych policjantów, którzy pracowali dla mafii. W zamian zyskał status świadka koronnego. Zainteresowali się nim również oficerowie CBŚ. W czasie jednego z przesłuchań Igor Ł. przyznał się im, że chciał ukraść auto należące do sąsiada gen. Papały. Wówczas w pobliskich krzakach zauważył sikającego mężczyznę, który kazał mu spierd… i natychmiast wskoczył do zaparkowanego w pobliżu auta. Siedziały w nim jeszcze dwie osoby – mówi gazecie inna osoba związana ze sprawą.

“Patyk” odszedł, a potem z telewizji dowiedział się, że zabito tam gen. Papałę. Przez pięć lat nikomu o tym nie opowiadał, bo bał się o życie. Dopiero na prośbę oficerów CBŚ przejrzał kilka tysięcy fotografii. Nie miał wątpliwości, że mężczyzną, który go przegonił był Krzysztof W., związany z półświatkiem były członek kadry olimpijskiej w zapasach, który zginął w wypadku samochodowym.

W aucie na parkingu miał być też Ryszard B., znany katowicki biznesmen, który kilka dni temu został skazany na 25 lat więzienia za zabicie Andrzeja K., ps. “Pershing”, szefa mafii pruszkowskiej.

Nie wiadomo tylko, kim był trzeci mężczyzna. Wszystko jednak wskazuje na to, że to poszukiwany Ryszard
Niemczyk, ps. “Rzeźnik”, wspólnik B. w czasie
zabójstwa “Pershinga”.

Autor artykułu:

Były szef Colloseum zatrzymany w Izraelu

Friday, July 25th, 2003

Ścigany międzynarodowym listem gończym Józef Jędruch, podejrzany o wyłudzenie prawie 400 milionów złotych były szef Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjnego Colloseum z Ornontowic, został aresztowany w Izraelu. Tamtejsza policja zatrzymała go we wtorek w hotelu w Jaffie. Na radość jednak jeszcze za wcześnie. Izrael nigdy w historii nikogo nie wydał polskim organom ścigania.

O tym, że Józef Jędruch przebywa w Izraelu, wiadomo było od roku. Tak długo Prokuratura Krajowa starała się o jego aresztowanie i deportację. Izrael słynie z tego, że praktycznie nie uznaje instytucji ekstradycji.

- To była bardzo kosztowna współpraca – mówi prokurator Andrzej Kępiński z Wydziału Obrotu Prawnego z Zagranicą Prokuratury Krajowej. – Jak zwykle strona izraelska mnożyła trudności. Żądała coraz to nowych dokumentów, a nawet dowodów winy pana Jędrucha. Same tłumaczenia dokumentów były drogie. Ale udało się!

Jędruch został zatrzymany w hotelowym pokoju. Nie stawiał żadnego oporu. Poprosił tylko o kontakt ze swoim izraelskim adwokatem. Policja znalazła przy nim kilka fałszywych paszportów m.in. ukraiński i RPA oraz laptopa. Właśnie z tym ostatnim polscy prokuratorzy wiążą duże nadzieje.

- Wiemy, że na dysku jest bardzo wiele dokumentów, mogą one być pomocne w toku dalszego śledztwa – dodaje osoba związana ze sprawą.

Nie deportacja, a ekstradycja
Po zatrzymaniu Jędrucha polscy prokuratorzy zacierali ręce: – Myśleliśmy: teraz się już nie wywinie! – mówi jeden z nich.

- Jędruchowi kilka miesięcy temu skończyła się wiza izraelska – mówi osoba znająca sprawę. – Mieliśmy nadzieję, że zostanie najzwyczajniej deportowany do kraju. To trwałoby zaledwie kilka dni.

Niestety, jak się dowiedzieliśmy, do Prokuratury Krajowej wpłynęło już pismo z izraelskiego Ministerstwa Sprawiedliwości z prośbą o skierowanie tam wniosku o ekstradycję. – To bardzo komplikuje sprawę – mówi prokurator Kępiński. – Już wiemy, że procedura będzie bardzo trudna i długotrwała. Niech świadczy o tym fakt, że nigdy w historii Izrael nikogo nam nie wydał na mocy ekstradycji. Jędruch jest pierwszym Polakiem zatrzymanym w Izraelu na nasz wniosek. Wszystkie dokumenty ekstradycyjne jesteśmy zobowiązani dostarczyć w ciągu 40 dni. Już nad nimi pracujemy.

Fałszywe paszporty
Sprawę mocno komplikuje też fakt, że Jędruch miał przy sobie fałszywe paszporty. Popełnił przestępstwo na terenie Izraela i teraz tamtejsze organy ścigania zdecydują, czy będą go pociągać za to do odpowiedzialności. Jeśli tak, ekstradycja może się opóźnić o wiele miesięcy, a nawet lat.

Równie ważne jest, na jakiej podstawie Jędruch zostanie przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Teraz to Izrael zdecyduje, za które przestępstwa będzie mógł odpowiadać w Polsce. – Zgodnie z konwencją, taka osoba może być sądzona tylko za te zarzuty, które zostaną uznane przez państwo, w którym się ukrywała – dodaje Kępiński. – Czyli np. jeśli Józef Jędruch ma kilkanaście zarzutów, a Izrael wyda go nam na podstawie tylko trzech, to przed sądem odpowiadać może tylko na podstawie tych trzech zarzutów. Mamy jednak nadzieję, że się tak nie stanie.

Sprawę komplikuje też fakt, że nie wszystko, co jest przestępstwem karnym w Polsce, jest również przestępstwem w Izraelu. Nie ma tam na przykład kodeksu karnoskarbowego, a gros zarzutów wobec byłego prezesa KFI Colloseum właśnie dotyczy “skarbówki”. – Na szczęście do konwencji dopisano protokół na temat przestępstw skarbowych – dodaje Kępiński. – Jestem dobrej myśli.

Ani listu, ani obywatelstwa
Jak potwierdził nam jeden z prokuratorów Prokuratury Krajowej, Józef Jędruch usilnie starał się o przyznanie mu obywatelstwa izraelskiego. Powoływał się na swoje żydowskie korzenie. – Jego babcia na łożu śmierci miała podobno wyznać jego matce, że jest żydówką – mówi jeden z prokuratorów. – To taka trochę legendarna wersja. Ale z pewnością chciał dostać obywatelstwo. W takiej sytuacji z pewnością byłby bezkarny, bo żaden kraj nie wydaje swoich obywateli, a co dopiero Izrael.

Przypomnijmy: zaraz po ucieczce z Polski Jędruch w kontaktach telefonicznych z dziennikarzami utrzymywał, że przebywa w Republice Południowej Afryki, gdzie wyjechał, by poddać się operacji. Teraz wiadomo, że niemal od razu uciekł do Izraela. Przez cały czas deklarował, że jest gotów wrócić do kraju pod warunkiem, że otrzyma list żelazny, który gwarantować mu będzie pozostawanie na wolności i swobodny wyjazd z Polski.

HISTORIA UCIECZKI
* październik 2001 – szefowie KFI Colloseum Józef Jędruch i Piotr Wolnicki po raz pierwszy zostali zatrzymani przez UOP. Po przedstawieniu im zarzutów przez prokuraturę, Sąd Rejonowy w Katowicach aresztował podejrzanych na trzy miesiące.
* listopad 2001 – sędziowie wydziału odwoławczego Sądu Okręgowego, którym kierował Andrzej Rembisz, podjęli decyzję, że szefowie Colloseum mogą wyjść na wolność.
* luty 2002 – prokuratura ma nowe dowody przeciw Jędruchowi i ponownie zwraca się do SR o areszt. Tym razem sędziowie odrzucają ten wniosek.
* marzec 2002 – Sąd Okręgowy zmienia decyzję SR i orzeka areszt dla czterech podejrzanych w sprawie. Nakaz zatrzymania zostaje wydany dopiero następnego dnia. Józef Jędruch i Piotr Wolnicki, choć obaj kręcili się w pobliżu sądu, zdołali uciec za granicę. W kilka tygodni później rozpętała się publiczna nagonka na katowickich sędziów. Szef wydziału odwoławczego Andrzej Rembisz podał się do dymisji, ale postępowania dyscyplinarnego wobec niego nigdy nie wszczęto.

Autor artykułu: Grzegorz Zasępa

Przekupstwo w banku

Friday, July 25th, 2003

Policja zatrzymała 42-letniego dyrektora chorzowskiego oddziału Górnośląskiego Banku Gospodarczego. Jest on podejrzany o przyjmowanie łapówek od swoich klientów.
Policja wpadła na trop procederu dzięki doniesieniu jednej z klientek banku.

- Wzięła kredyt na samochód i w pewnym momencie zalegała z dwiema ratami – mówi osoba związana ze sprawą. – Wtedy pan dyrektor przyjechał do niej do domu i zażądał wydania samochodu i kluczyków. Powiedział, że jeżeli kobieta chce odzyskać auto, musi przynieść mu tysiąc złotych łapówki.
Ona jednak zamiast dać pieniądze, zgłosiła sprawę nam.

Dyrektor został zatrzymany przez policjantów z wydziału do walki z korupcją. Teraz są oni przekonani, że do wysokiej pensji dorabiał sobie w inny sposób. – Po prostu uzależniał przyznanie kredytu od łapówki – dodaje policjant. – Z reguły było to 10-15 procent sumy pożyczki. Na razie wiemy o kilku takich przypadkach, ale być może jest ich więcej.

Dla prokuratury sprawa wcale nie jest taka oczywista.
Dyrektor oddziału prywatnego banku nie jest bowiem osobą publiczną i jako taki nie może odpowiadać za przyjmowanie łapówek. Jednak, “na szczęście” dla prowadzących śledztwo, dyrektor bezprawnie zabrał samochód i zażądał formy okupu. A na to już jest paragraf w kodeksie karnym.

- Samochód mieszkanki Chorzowa został odebrany niezgodnie z obowiązującymi procedurami bankowymi za niepłacenie rat kredytu – mówi asp. Jacek Pytel z zespołu prasowego śląskiej policji. – Ponadto mężczyzna groził poszkodowanej egzekucją mienia oraz wszczęciem postępowań karnych. W ten sposób zdobył oświadczenie, że w posiadanie samochodu wszedł w sposób legalny.

Jak się dowiedzieliśmy, zatrzymany dyrektor pracował w banku od kilku lat. – Nie chcę komentować tej sprawy – mówi Jolanta Karmańska, rzecznik prasowy GBG SA. – Na razie dyrektor został urlopowany do czasu wyjaśnienia całej sprawy. To dobry pracownik i dobry dyrektor. Mamy nadzieję, że są to tylko pomówienia.

Po zatrzymaniu dyrektor złożył zażalenie. Sąd Rejonowy w Chorzowie uznał jednak akcję policji za zasadną i legalną. Sąd uznał, że dowodowy są na tyle mocne, że podejrzenie popełnienia przez niego przestępstwa jest uzasadnione. Za żądanie korzyści w zamian za zwrot bezprawnie przywłaszczonego samochodu dyrektorowi grozi do ośmiu lat więzienia.

Autor artykułu: gz

Ile pan wziął, panie prezesie?

Tuesday, July 22nd, 2003

Mirosław Podsiadło, prezes katowickiego oddziału Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Trzecią Rzeszę znalazł się pod lupą komisji rewizyjnej.

Komisyjna kontrola wykryła m.in.:
* brak tzw. kart księgowania analitycznego, wskutek czego nie wiadomo dokładnie, ile pieniędzy wyciekło ze stowarzyszenia;
* dokumenty dotyczące likwidacji kilku lokat bankowych na łączną kwotę 60 tys. 322 zł. Na jaki cel te środki zostały wydane?
* dowody potwierdzające finansowanie ze środków stowarzyszenia kampanii wyborczej do Sejmu w 1997 r. Mirosława Podsiadły (dostał się z listy SLD).

- Gdyby mnie dotyczyły te zarzuty, bardzo bym się martwił – tak skomentował protokół pokontrolny Marian Nawrocki, przewodniczący Zarządu Głównego stowarzyszenia.

Speckontrola po publikacji “Trybuny Śląskiej”
Komisja rewizyjna bada wydatki katowickiego oddziału Stowarzyszenia Poszkodowanych przez III Rzeszę, kierowanego przez Mirosława Podsiadłę. Z protokołu pokontrolnego wynika, że ze składek członków opłacał on własną kampanię wyborczą do Sejmu w 1997 roku!

Nie wiadomo dokładnie, ile pieniędzy wyciekło ze stowarzyszenia, bo komisja rewizyjna stwierdziła brak tzw. kart księgowania analitycznego. – To najcięższy grzech. To wszystkie przychody i wydatki z podaniem celu, na jaki zostały przeznaczone. Te dokumenty po prostu wyparowały – potwierdziła “Trybunie Śląskiej” Maria Brodzińska, przewodnicząca wojewódzkiej komisji rewizyjnej Stowarzyszenia. Wygląda na to, że ktoś specjalnie się ich pozbył, by ukryć prawdziwe przeznaczenie gotówki. – Tak przypuszczam – mówi Brodzińska.

Na kampanię
Finansowe zagadki się mnożą. Komisja miała zastrzeżenia co do likwidacji kilku lokat bankowych w tym okresie na łączną kwotę 60 tys. 322 zł. – Brak jest potwierdzenia wydatkowania gotówki, jak również określenia, na jaki cel została wydatkowana – informuje Brodzińska.

Kontrolerzy w raportach kasowych znaleźli kilka dowodów mających wyraźny związek z finansowaniem ze środków Stowarzyszenia kampanii wyborczej do Sejmu RP Mirosława Podsiadło (dostał się do Sejmu z listy SLD).

Np. umowa z Miejskim Ośrodkiem Kultury w Tychach na najem sali widowiskowej na zebranie wyborcze. Stowarzyszenie zapłaciło za to 854 zł. Podsiadło za pieniądze poszkodowanych wynajmował również salę w Śląskim Teatrze Tańca. Opłacano za nie pełnomocnika kandydata, a nawet kupowano wodę mineralną i znaczki pocztowe. Dowody noszą odręczny dopisek “M. Podsiadło” lub “Na kampanię wyborczą”.

Błędne delegacje
W trakcie kontroli komisja ujawniła szereg delegacji wystawionych na nazwisko prezesa Podsiadło, wypłaconych bez potwierdzenia pobytu w miejscu wskazanym na delegacji. Kontrowersje budzi przelot z Warszawy do Gdańska, wizyty w Poznaniu, Częstochowie, Krakowie, Kaliszu, Oświęcimiu i Opolu.

- Nasze wątpliwości wzbudziło 12 delegacji. Łącznie opiewały na sumę ponad 4 tys. zł – wyjaśnia Brodzińska.
W zaleceniach pokontrolnych komisja wskazuje na dalszą kontrolę delegacji służbowych pana Podsiadło “co najmniej w okresie jego kadencji poselskiej”. – Naszym zdaniem po wykryciu tych nieprawidłowości należy skontrolować całość dokumentacji w latach 1998-2002, ale to już zadanie dla centrali naszego Stowarzyszenia w Warszawie – mówi Brodzińska. Protokół został wysłany już do Zarządu Głównego Stowarzyszenia Poszkodowanych przez III Rzeszę w Warszawie.

Ja bym się martwił
Marian Nawrocki, przewodniczący ZG Stowarzyszenia w Warszawie przyznał w rozmowie z naszym dziennikarzem, że zapoznał się z wynikami kontroli w śląskim oddziale.

- To bardzo poważne zarzuty. Musimy wyjaśnić sprawę do końca i będziemy kontynuować kontrole, aby wyjaśnić wszystkie kwestie – mówi Nawrocki. – Jesteśmy ogromną organizacją, mamy 48 oddziałów terenowych, 300 tys. członków i nie możemy sobie pozwolić na takie rzeczy.

Po naszej czerwcowej publikacji pięciu oburzonych członków Stowarzyszenia ze Śląska wysłało do Warszawy pisma, domagając się wyjaśnień. – Ostatnio o informację na ten temat prosił mnie nawet wojewoda śląski – przyznaje Nawrocki.

12 sierpnia odbędzie się posiedzenie prezydium zarządu głównego – najwyższej władzy Stowarzyszenia. Czy polecą głowy? – Nie jestem wróżką – odparł prezes Nawrocki, ale przyznał, że gdyby jego dotyczyły zarzuty, bardzo by się martwił.

To nie ja…
Prezes Mirosław Podsiadło nie chciał z nami rozmawiać. Przesłał pisemne wyjaśnienia, w których zaprzecza, jakoby finansował kampanię wyborczą z składek stowarzyszenia.
“W dniu 30 kwietnia 1998 (czyli już jako poseł – red.) dokonałem wpłaty na rzecz Zarządu Głównego Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę w wysokości 14 tys. zł.
Wpłata dotyczyła wyborów do Sejmu RP” – czytamy w wyjaśnieniu. Podczas kontroli dowód wpłaty opiewający na tę kwotę został przedstawiony członkom komisji rewizyjnej. Okazało się, że to zwrot pieniędzy, które Zarząd Główny od maja do sierpnia 1997 roku wypłacił w trzech ratach Podsiadle na koszty kampanii wyborczej. Kontrola dotyczy jednak środków wydatkowanych przez oddział katowicki, toteż “Komisja – czytamy w protokole pokontrolnym – na podstawie zapisów na dowodzie wpłaty nie stwierdziła jednak jego związku z przedmiotem kontroli”.

- Stwierdzam, że nie dawałem ze swojej strony nikomu z aktywu stowarzyszenia żadnych poleceń dotyczących finansowania lub organizowania kampanii wyborczej, jak również żadnych faktur, które można by interpretować jako finansowanie kampanii – twierdzi Podsiadło, a fakt, że takie dokumenty się pojawiły tłumaczy niedopatrzeniem ówczesnego wiceprezesa i byłej księgowej, Aleksandry Czekatowskiej. – To nieprawda. On mi dawał te rachunki do zapłacenia, wszystko odbywało się na jego polecenie – mówi natomiast 77-letnia dziś księgowa. – Gdy domagałam się zwrotu tych pieniędzy mówił mi, spokojnie, wszystko się wyjaśni.

Co do delegacji prezes wyjaśnia, że “w tym okresie nie było jeszcze uchwały zobowiązującej wszystkich działaczy Stowarzyszenia bez względu na pełnioną funkcję do potwierdzania delegacji”.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Kolejarze znów grożą strajkiem

Tuesday, July 22nd, 2003

Przywrócenia 17 kursów spośród kilkudziesięciu odwołanych na Śląsku pociągów domagają się kolejowi związkowcy. Zapowiadają, że w przeciwnym razie zorganizują 31 lipca strajk ostrzegawczy. PKP twierdzi, że związkowcy powołują się na stare dane.

Śląscy kolejarze wystąpili już o zgodę na przeprowadzenie akcji do Krajowego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego. Jest ona konieczna, bo dziesięć dni temu Komitet podpisał porozumienie z rządem i dyrekcją PKP. Zakładało ono, że w kraju zostaną zlikwidowane pociągi, z których korzysta mniej niż 50 pasażerów i których rentowność utrzymuje się na poziomie poniżej 10 procent.

W województwie śląskim 15 lipca zniknęło z rozkładów 51 pociągów, 13 kursuje na skróconych trasach. Związkowcy wyliczyli jednak, że w przypadku 17 połączeń oba wskaźniki są wyższe niż przyjęte minimum.

- W przypadku połączenia Jaworzno Szczakowa – Dąbrowa Górnicza Ząbkowice rentowność wynosi prawie 25 procent, a pociągiem podróżuje około 120 osób – wylicza Henryk Grymel, przewodniczący okręgowej sekcji kolejarzy śląsko-dąbrowskiej “Solidarności”. Związkowcy domagają się również przywrócenia m. in. połączeń Chałupki – Rybnik, Chybie – Skoczów, Katowice – Oświęcim i Bielsko Biała – Cieszyn.

Z argumentami kolejarzy nie zgadza się Zbigniew Jastrząb, zastępca dyrektora ds. handlowych Śląskiego Zakładu Przewozów Regionalnych w Katowicach. – Związkowcy powołują się na stare dane. Były one aktualne na początku roku, gdy planowana była likwidacja ponad tysiąca pociągów w kraju – tłumaczy Zbigniew Jastrząb. – Potem zostały przeprowadzone nowe badania. Okazało się, że część pociągów ma niższą rentowność. Próbujemy to wyjaśnić związkowcom – podsumowuje dyr. Jastrząb.

Autor artykułu: ic

Kolejny protest ekologów w Beskidach

Monday, July 21st, 2003

Wyrażamy głębokie zaniepokojenie w związku z trwającą obecnie regulacją rzeki Koszarawy w Jeleśni oraz dalszymi planami jej ujarzmienia – alarmują członkowie Towarzystwa na rzecz Ziemi z Oświęcimia. – Inwestycja nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia ekonomicznego i budzi poważne zastrzeżenia z punktu widzenia ochrony środowiska.

Trzymaj się Koszarawo koryta

Inwestycja została zaplanowana z rozmachem – jest finansowana m.in. ze środków Europejskiego Banku Inwestycyjnego. W jej ramach ma zostać uregulowany 4-kilometrowy odcinek Koszarawy w gminie Jeleśnia, powstaną progi wodne, w tym również takie, które można będzie wykorzystywać do celów rekreacyjnych. Zdaniem przedstawicieli inwestora – Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej (RZGW) w Krakowie, dzięki tej inwestycji mniejszy będzie zasięg wylewu wód na tereny przyległe do rzeki. – Teraz Koszarawa często zmienia koryto, meandruje, chcemy ograniczyć niekorzystny wpływ rzeki na przyległe tereny – twierdzi Władysław Mizia, wójt Jeleśni.

Projektanci przewidują pogłębienie koryta rzeki, dzięki czemu w czasie ulew więcej wody będzie mieścić się w korycie. Zostaną też umocnione brzegi Koszarawy, co zapobiegać będzie podmywaniu brzegów i częstym zmianom biegu rzeki. – Musimy chronić mosty w naszej gminie – przekonuje wójt Mizia. – Jak most kolejowy zostanie naruszony, to kolej zawiesi połączenia pociągów. Już chcieli nam zlikwidować niektóre połączenia, a przecież w Jeleśni mamy tak dużą firmę jak Delphi. Inwestor może nawet przenieść zakład do innej gminy, jeśli nikt do Jeleśni nie dojedzie, bo nie będzie pociągów.

Racje ekologów

Ekolodzy twierdzą jednak, że progi wodne i inne tego typu budowle hydrotechniczne nie chronią przed zalaniem. – Tę rolę spełniają zbiorniki retencyjne i w dodatku w ograniczonym zakresie – twierdzi Robert Wawręty, wiceprezes oświęcimskiego Towarzystwa.

Dodaje, że inwestycja będzie też bardzo niekorzystna dla całego otoczenia rzeki, a szczególnie lasów łęgowych. – Jeśli na skutek tych wielkich inwestycji hydrotechnicznych lasy nie będą systematycznie zalewane, to po prostu zginą – twierdzi Wawręty. – Wstrzymane roboty hydrotechniczne na Koszarawie zniszczyły starorzecza i związane z nimi m. in. takie gatunki płazów jak: ropucha szara, kumak górski, żaba wodna i żaba trawna. Równocześnie zdewastowano część nasadzeń wierzb, wykonanych przez dzieci i młodzież z Zespołu Szkół nr 1 w Jeleśni podczas tegorocznego Miesiąca Sadzenia Wierzb.

Dlatego też ekolodzy zażądali, żeby sporządzono raport oddziaływania na środowisko całej inwestycji. – Wcześniej wójt Mizia zwolnił RZGW w Krakowie z wykonania raportu oddziaływania na środowisko twierdząc, że przedsięwzięcie nie pogorszy jego stanu – twierdzi Robert Wawręty.
W sprawie planowanej inwestycji jest prowadzone aktualnie postępowanie administracyjne. Towarzystwo na rzecz Ziemi stara się o włączenie do niego na prawach strony.

- Przygotujemy raport, tak jak chcą ekolodzy, i mamy nadzieję, że inwestycja ruszy, bo jest bardzo ważna dla naszej gminy – twierdzi wójt Jeleśni – Nie chcemy, żeby z takim trudem wywalczone środki finansowe, przepadły.

Protestujemy, bo…

Robert Wawręty, wiceprezes Towarzystwa na rzecz Ziemi z Oświęcimia:

– Ta inwestycja wbrew temu co zapowiadają jej autorzy i inwestor, w sposób zdecydowany pogorszy warunki siedliskowe dla flory i fauny. Ponadto utrudni lub całkowicie uniemożliwi wędrówki rybom – będzie stanowić dla nich trudną do przebycia przeszkodę. W wyniku realizacji przedsięwzięcia zniszczony zostanie naturalny charakter tej pięknej, górskiej rzeki. Zniszczone zostaną wyspy stanowiące miejsca lęgów, bytowania i żerowania dla ptaków, których biologia jest związana z korytem rzeki takich jak m. in. brodziec piskliwy, sieweczka rzeczna, pliszka siwa i pliszka górska.

Autor artykułu: Mariusz Urbanke

Górnik to przeżytek

Thursday, July 17th, 2003

W kopalni “Kazimierz Juliusz” w Sosnowcu do wydobywania węgla nie potrzeba ludzi. Wystarczą maszyny… Pomysł inżynierów kopalni “Kazimierz Juliusz” i naukowców Akademii Górniczo Hutniczej w Krakowie jest prosty. Dwie zmechanizowane obudowy połączone przenośnikiem tworzą przodek posuwający się w pochylonym pokładzie. Zamiast 20 ludzi, do obsługi przodka wystarczy jedynie 4.

Nowe tak, ale…
- Nie mam nic przeciwko nowym sposobom wydobycia dopóki nie biją one we mnie i moich kolegów – mówi Zbigniew Nabiałkowski, górnik z KWK “Kazimierz Juliusz”. – Jeśli jednak staną dwie ściany, na których węgiel wydobywany jest metodami tradycyjnymi to znaczna część górników zostanie bez pracy.

Dotychczas kopalnia eksploatowała metodami tradycyjnymi dwie ściany, z których wydobywano 4 tys. ton węgla na dobę. Wprowadzona niedawno nowa metoda pozwoli kilkanaście razy zwiększyć wydobycie, ale przy znacznym ograniczeniu obsługi.

Więcej węgla, mniej pracy
Mimo że nowy system jest jeszcze na etapie prób, to plany z nim związane są ambitne. – Kopalnia ma do wybrania 22 mln ton węgla, z czego 9 mln zalega w łatwo dostępnych pokładach, a 13 mln ton w pokładzie silnie nachylonym, tam gdzie wprowadziliśmy nową metodę wydobycia – wyjaśnia Tadeusz Lamot, główny inżynier KWK “Kazimierz Juliusz”. – W takim pokładzie można uruchomić nawet 3 nowoczesne przodki i wydobywać 1500 ton węgla na dobę, a wtedy warto pokusić się o wyłączenie z eksploatacji jednego z tradycyjnych przodków.
Takiej przyszłości obawiają się jednak górnicy. – Nikt jeszcze głośno o tym nie mówi, ale możliwość redukcji etatów brana jest pod uwagę – twierdzi przewodniczący NSZZ “Solidarność” w kopalni “Kazimierz Juliusz” Jacek Rączka.

Kopalnia bez górników?
Jeszcze 7 lat temu w KWK “Kazimierz Juliusz” pracowało ponad 5 tys. osób. Obecnie jest ich tylko 1950, z czego na dole pracuje 1400 górników. – Nie wyobrażam sobie kopalni bez pracujących na dole górników, ale swego czasu nikt nie wyobrażał sobie całkowicie zmechanizowanych linii produkujących samochody – mówi Mirosław Łepko, górnik z kopalni “Kazimierz Juliusz”.

Wizja kopalni bez górników nie jest obca również inżynierom. W życie wcielają ją od lat 60. zeszłego stulecia. – W kopalni “Jan” w Katowicach na początku lat 70. udało się zautomatyzować proces wydobycia do tego stopnia, że na ścianie nie pracował ani jeden człowiek – wspomina Jan Mitręga, emerytowany minister górnictwa w rządzie Józefa Cyrankiewicza. W kopalni ,Jan” straciło wówczas pracę kilka tysięcy ludzi. Ale w tamtych czasach nikt się tym nie przejmował, bo przecież bezrobocia nie było.

A dzisiaj? Górnicy jedynej czynnej w Zagłębiu kopalni boją się, że wylądują na bruku i nigdzie nie znajdą pracy.

Autor artykułu: Krzysztof Dulko