Archive for August, 2003

Dać czy nie dać – oto jest pytanie

Friday, August 29th, 2003

Rada Miasta Jaworzna dyskutowała wczoraj nad tym, czy wspomóc Garbarnię Szczakowiankę – zdegradowaną do II ligi decyzją Wydziału Dyscypliny PZPN po aferze barażowej – sumą 2.000.000 złotych. Obrady rozpaliły radnych jak kibiców rozpalały jeszcze do niedawna mecze Garbarni w ekstraklasie. Decyzja nie zapadła, a sesja zostanie dokończona w przyszły czwartek o godz. 12.00.

Wniosek o przyznanie dotacji złożyło trzech radnych na czele z Marianem Tarabułą, poprzednim prezydentem Jaworzna, a obecnie przewodniczącym klubu SLD. Niemalże od razu wniosek ten wywołał w mieście wielkie poruszenie. Na sali obrad zjawiła się grupa kibiców Garbarni. Na wniosek o pomoc zespołowi ze Szczakowej zareagowali działacze grającej w IV lidze Victorii Jaworzno oraz Obywatelski Ruch Obrony Bezrobotnych. Jedni i drudzy złożyli na ręce Rady Miasta pisma, które zostały odczytane jeszcze przed rozpoczęciem dyskusji nad ostatnim – 25 – punktem wczorajszej sesji. Victoria pytała: jak to możliwe, aby miasto finansowało sport zawodowy i domagała się podobnego dofinansowania w wysokości 1.200.000 złotych. Natomiast przedstawiciele bezrobotnych wskazywali, że część tak potężnej sumy mogliby spożytkować na pomoce szkolne dla dzieci oraz wykupienie lekarskich recept. Te dwa pisma były zapowiedzią gorącej dyskusji na temat pomocy finansowej dla Garbarni.

- Jeszcze nigdy nie byłam w tak trudnej sytuacji – mówiła wiceprzewodnicząca Rady Miasta, Danuta Milner. – Postanowiłam więc zapytać stu mieszkańców miasta co o tym sądzą i jak mam głosować. Aż 71 osób było za tym, by pomóc Garbarni. Mówili, że mecze to teatr dla pięciu tysięcy ludzi, że dzięki temu więcej czytają, a miasto zyskuje promocję. Dlatego jestem za pomocą, ale w ramach przepisów.
Zwolennicy uchwały wskazywali, że są prawne podstawy do jej zatwierdzenia. – Zadania odnośnie kultury fizycznej Rada Miasta ma prawo traktować jako zadania własne i nie ważne, czy dotyczy to klubu szkolnego, czy grającego w ekstraklasie – przekonywał Tadeusz Szczudło, współtwórca wniosku. – Nie czarujmy się, że jeśli nie damy pieniędzy Garbarni to uratujemy bezrobotnych. Im trzeba pomagać w inny sposób, bo 2.000.000 nie rozwiążą tak wielkiego problemu.

Nie brakowało jednak także krytyków pomysłu pomocy klubowi.
- Przeznaczyliśmy w dotacjach 45.000 złotych dla Garbarni. Żaden klub w mieście nie otrzymał więcej z puli 307.000 przeznaczonej na sport – argumentowała radna Maria Pieczara. – Przede wszystkim zaś pytam skąd wziąć sumę dwóch milionów?

Odpowiedź na ostatnie pytanie znalazła się bardzo szybko. – Można wygospodarować te środki z pieniędzy Miejskiego Centrum Kultury i Sportu, z puli przeznaczonej na imprezy sportowe i kulturalne – podpowiedział jeden z radnych.

Gdy wydawało się, że nadchodzi czas głosowania, które może zaważyć o być albo nie być Garbarni – klub potrzebuje pieniędzy jak ryba wody, bo po karnej degradacji nie otrzymał aż 1.800.000 złotych z Canal+ – nastąpił zwrot akcji.

- Może wycofać wniosek o dotację, a miasto powinno stać się akcjonariuszem w Sportowej Spółce Akcyjnej, w którą klub chce się przekształcić? – stwierdził radny SLD Andrzej Węglarz przekładając podjęcie decyzji…

Złagodzą?
Już dziś Najwyższa Komisja Odwoławcza ma wydać wyrok w sprawie afery barażowej. Członkowie NKO są ponoć skłonni anulować Garbarni dziesięć ujemnych punktów, z którymi na mocy wyroku Wydziału Dyscypliny wystartowała do drugoligowych rozgrywek oraz cofnąć dożywotnią dyskwalifikację sześciu piłkarzy Świtu zamieniając tę karę na roczną dyskwalifikację w zawieszeniu. Oznacza to, że sprawa trafi prawdopodobnie ponownie do WD i Garbarnia, która wciąż domaga się prawa gry w ekstraklasie będzie musiała szukać szansy na powrót do pierwszej ligi przed Komisją Kasacyjną .

Autor artykułu: Grzegorz Mikuła

Katowicki klub sportowy zorganizował obóz w mieście pełnym indyjskich konopi

Friday, August 29th, 2003

Potężny krzak konopi indyjskich służących do wyrobu marihuany przez miesiąc przechowywała w garażu
na Ochojcu babcia jednego z mieszkańców Katowic. Wnuk przywiózł narkotykodajną roślinkę z… obozu sportowego. Nie on jeden.

W wielkopolskim Zbąszyniu marihuana rośnie wszędzie. Na trawnikach, w parku i na cmentarzu. Takie miejsce jako lokalizację obozu sportowego wybrał katowicki klub “Manhattan 27″. Sprawa nie wyszłaby na jaw, gdyby babcia jednego z uczestników nie rozpoznała w “kosztownej roślince doniczkowej” konopi indyjskich. Jej wnuk Sebastian K. usiłował najpierw zdeponować pamiątkę z wakacji u rodziców matki. Ci wyrzucili chłopaka razem z “maryśką”. Jego kolega z obozu swoją pamiątkę chciał hodować w domu. Rodzice okazali się nietolerancyjni. Roślinkę spalili.

- Organizujemy obozy w Zbąszyniu od lat i nigdy nie było kłopotów – twierdzi Tadeusz Sajda, prezes klubu. – Wiem, że miasteczko jest porośnięte konopiami, dlatego uprzedziłem wychowawców, aby zwracali uwagę na to, co robi młodzież. Jak udało się im przewieźć tak duże rośliny? Nie wiem. Na pewno młodzież je ukryła.

Sebastian swój krzak zapakował podobno w papier i reklamówkę, którą umieścił w pudełku i schował do plecaka. W Zbąszyniu młodzież świetnie wiedziała, jakie ziółko rośnie w całym mieście. Liść marihuany to jeden z najpopularniejszych nadruków na koszulkach i wzorów młodzieżowej biżuterii.

Łubu dubu, niech nam żyje imię klubu
Jedną z opiekunek dzieci w Zbąszyniu była Mariola K., nauczycielka biologii, matka Sebastiana. – Przypadek mojego syna jest jednostkowy – twierdzi. – Chłopak ma 19 lat, jest pełnoletni i odpowiedzialny za swoje czyny. Nie chciałabym, aby z jego powodu szargane było dobre imię klubu sportowego, który odnosi wielkie sukcesy. Miałam pod opieką piętnaście dziewczynek w wieku około 14 lat. Mogę ręczyć, że żadna nie przywiozła do domu takiej rośliny. Na pewno słyszałabym coś na ten temat.

Sebastian przywiózł do Katowic, a potem hodował krzaczek w tajemnicy przed matką. Dowiedziała się o wszystkim we wtorek, kiedy sprawą zainteresowała się policja i prokuratura.

- Opiekun nie jest w stanie przypilnować dużej grupy uczestników i dokładnie sprawdzać, co robi i jakie rośliny zrywa – twierdzi prezes Sajda. – Nie uważam, że nie dopełnili obowiązków. Nie rozumiem, dlaczego z powodu jakiegoś krzaczka rozdmuchiwana jest afera. Jeśli tekst się ukaże, wyślę sprostowanie, że Sebastian nie był uczestnikiem obozu, a jedynie przyjechał do mamy na dwa tygodnie w odwiedziny.

W rozmowie w redakcji “Trybuny Śląskiej” prezes twierdził, że w tym roku po raz pierwszy konopi w Zbąszynie było tak dużo. Tymczasem już 2 lata temu ze względu na masowe występowanie rośliny, w miasteczku przeprowadzono testy laboratoryjne, aby określić poziom zawartych w niej substancji narkotycznych. Prezes jednak przekonuje: – W Zbąszyniu jest naprawdę dobry ośrodek sportowy. Jeśli mam wybierać miejsce do uprawiania sportu, to decyduję się nawet na takie, w którym rosną konopie.

Babcia Maryha
Roślinę przechowywała w garażu w Ochojcu babcia Sebastiana K. Nie wiedziała, co to jest, dlatego zwróciła się do redakcji “Trybuny Śląskiej”. Pokazała nam gałązkę zasuszonej rośliny. – Wnuk przyniósł mi ją i powiedział, żebym o nią dbała, bo jest bardzo droga i używają jej narkomani. Kiedy spytałam, skąd ją ma, powiedział, że z obozu. Mówił, że będzie ją pielęgnował, bo chce patrzeć jak rośnie. Nie podejrzewam wnuka o nic złego, ale chciałam mieć pewność, że to nie narkotyk – mówi Edyta K.

Ojciec Sebastiana wiedział, jaka to roślina. Wierzył synowi, że będzie ją tylko pielęgnował i nie popełni przestępstwa. – To dobry chłopak – opowiada. – Ma trochę kłopotów w szkole, ale to dlatego, że choruje. Ma wielki talent plastyczny. Słucha muzyki, ciężkiej, metalowej.
Pokój sam sobie pomalował. Na czarno. W rogu wisi pajęczyna z włóczki. Nigdy nie mieliśmy z nim kłopotów, choć pewne problemy zaczęły się po naszym rozwodzie, kiedy Sebastian kończył podstawówkę. Jestem pewien, że nigdy nie brał narkotyków, ani nie przyszłoby mu do głowy, aby nimi handlować – opowiada Józef K.

Zbadać zawartość
Oficer z sekcji do walki z przestępczością narkotykową katowickiej policji nie ma wątpliwości. Gałązka przyniesiona przez Edytę K. do “Trybuny Śląskiej” to konopie. Roślinę zabezpieczono i oddano do badania do laboratorium w Akademii Medycznej. Policjanci zabrali roślinę z garażu pani Edyty. W środę policjanci przesłuchali dziewiętnastolatka z Katowic, który w garażu u babci hodował przywiezioną z obozu marihuanę. Sprawa Sebastiana K. zostanie przekazana prokuraturze. Jeżeli jego pamiątka z obozu jest, jak mówią handlarze “dobrym towarem”, wówczas według ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii grozi mu grzywna, ograniczenie wolności albo pozbawienie wolności do dwóch lat.

Zapytaliśmy Sebastiana K, dlaczego przywiózł z obozu marihuanę. – Bo to ładna roślina, a tata mówił, że powinienem coś hodować – odparł. – W Zbąszyniu rosło tego mnóstwo, wszyscy ją zrywali i zabierali do domu.
Wiedziałem, że uprawa konopii jest nielegalna. Nie chciałem jej sprzedawać ani palić. Po prostu podobała mi się, zwłaszcza, kiedy kwitła. Teraz kupię sobie jakieś zwierzę. Za to chyba nie wsadzają za kratki.

Edward Bożek z Ośrodka Diagnostyki i Terapii AIDS w Szpitalu Specjalistycznym w Chorzowie:
Narkotyki, a szczególnie marihuana, są łatwo dostępne w każdej szkole. Każdy uczeń wie, jak je zdobyć. “Trawka” nie jest przez większość z nich traktowana jak narkotyk. Przeciwnie, wiele młodych osób uważa, że rozsądniej jest palić skręty niż brać twarde syntetyki.
Z przeprowadzonych niedawno badań wynika, że przynajmniej jednorazowy kontakt z marihuaną miało 30 proc. uczniów. Uważam za mało prawdopodobne, aby nastolatek nie potrafił odróżnić konopi indyjskich od innej rośliny. Uczniowie zapewne mają większą wiedzę na ten temat niż nauczyciele.

Autor artykułu: Małgorzata Himmel, para

Bułgaria koło nosa

Saturday, August 23rd, 2003

Zostaliśmy oszukani w najbardziej perfidny sposób – mówi Elżbieta Szczepańska, która na początku sierpnia wraz z mężem miała jechać na zagraniczne wczasy. Miało być oglądanie delfinarium, zwiedzanie Warny i odpoczynek z dala od wszystkiego w słonecznej Bułgarii.

Mimo że walizki były spakowane, skończyło się na planach. Tuż przed wyjazdem Szczepańscy dowiedzieli się, że agencja Toni Trawel z Bytomia mimo wpłaconych przez nich pieniędzy, skreśliła małżeństwo z listy, wpisując inne osoby. Szybko okazało się, że poszkodowanych przez bytomską agencję niedoszłych turystów jest znacznie więcej.

- Wpisana w bytomski krajobraz

- Agencję Toni Trawel znam od kilku lat – mówi Elżbieta Szczepańska. – Nigdy nie korzystałam co prawda z proponowanych przez nią wyjazdów, ale agencja jest położona w centrum miasta – tuż przy Placu Kościuszki, często koło niej przechodziłam i pomyślałam sobie, że to nie jest żadna firma “Kogucik i spółka”. Dodatkowo pamiętam jak kiedyś przy okazji obchodzonych “Dni Bytomia” Toni Trawel sponsorowała jedną z wycieczek, które można było wygrać w konkursie. Przy zakupie wczasów pomyślałam sobie – nic nie wskazuje na to, by byli niewiarygodni.

Odwołała osobiście

Szczepańscy na wymarzony wyjazd pierwszą ratę pieniędzy wpłacili jeszcze w kwietniu. Później, na początku lipca dopłacili resztę – wyjazd na 10 dni do Bułgarii kosztował 2 tys. 200 zł. – Szykowaliśmy się już od początku sierpnia. Wyjazd miał być piątego o godzinie 23.30 – relacjonuje Szczepańska. – Wielkie było nasze zdziwienie kiedy siedzieliśmy już na walizkach i ktoś tuż po godz. 20 zastukał do naszego mieszkania. W drzwiach stanęła właścicielka agencji. Poinfomowała nas, że wolała przyjść osobiście, bo jak by zadzwoniła, to my moglibyśmy pomyśleć, że ona robi sobie żarty lub chce nas oszukać. A tymczasem jak powiedziała właścicielka autokar, który miał nas zabrać do Bułgarii, miał problemy techniczne, nie mógł dojechać i wyjazd opóźni się o dzień.

Krótkie kłamstwa nogi

Właścicielka agencji następnego dnia miała jeszcze telefonicznie potwierdzić wyjazd. – Nie dzwoniła, my dzwoniliśmy do niej. Zbywała nas i uspokajała jednocześnie. W końcu głos zdrowego rozsądku podpowiedział mi – skontaktuj się z organizatorem wypoczynku – firmą Damptour z Pszczyny. Zadzwoniłam i po kilku minutach rozmowy zupełnie mnie zatkało.

Okazało się, że agencja przesłała do organizatora pismo z informacją, by z listy uczestników wyjazdu wykreślić Szczepańskich i wpisać inne osoby. Właścicielka agencji przeprasza w piśmie za pomyłkę spowodowaną przez personel jej biura. Hiobowych wieści nie było końca, bo dodatkowo Elżbieta Szczepańska dowiedziała się, że autokar, który miał zabrać ją do Bułgarii, odjechał zgodnie z planem wczoraj. – Postanowiłam działać – mówi niedoszła wczasowiczka. – Damptour przesłał mi faksem wszystkie dokumenty potwierdzające oszustwo. Poszłam do właścicielki Toni Trawel, która z uśmiechem na twarzy znowu zaczęła tłumaczyć, że autokar na pewno dziś odjedzie. Zaskoczył ją czas. Było po godz. 15, a ja już przejrzałam jej perfidię. Zażądałam zwrotu gotówki. Pieniędzy nie mam do tej pory. Toni Trawel działa dalej nabijając ludzi w butelkę.

Wczoraj wojewoda śląski przesłał doniesienie o popełnieniu przestępstwa do prokuratury. – Do Urzędu zgłaszają się oszukani klienci – mówi rzecznik wojewody, Krzysztof Mejer. – Z ich relacji wynika, że Joanna G., właścicielka agencji Toni Trawel oszukiwała ich w różnoraki sposób. Najczęściej klienci za wakacyjny wypoczynek, do którego w ogóle nie dochodziło, musieli płacić dwa razy.

Jeden z mieszkańców Bytomia miał lecieć do Tunezji. Joanna G. pobrała prawie 5 tys. zł. Na kilka dni przed wyjazdem mężczyzna dowiedział się, że na konto warszawskiego organizatora podróży nie wpłynęły pieniądze i rezerwacja została anulowana. Mężczyzna na wycieczkę pieniądze wpłacił jeszcze raz. Mimo podwójnej wpłaty do Afryki, niestety nie poleciał…

Toni Trawel nadal działa

Działalność agenta nie wymaga żadnego zezwolenia, nie ma też prowadzonego rejestru takich agencji. – Zgodnie z ustawą o usługach turystycznych odpowiedzialność za swoich agentów bierze organizator turystyki – mówi Mejer. – Jednak w tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym popełnieniem przestępstwa.

Sprawdziliśmy – położona w centrum Bytomia agencja obklejona kuszącymi ofertami wyjazdów pracuje nadal. – Dlaczego w naszym prawie ktoś zapomniał o pośrednikach, czyli o agencjach biur podróży? – pyta Elżbieta Szczepańska. – Nie chodzi tylko o stracone pieniądze, ale zdrowie psychiczne ludzi, którzy dadzą się tak oszukać. Czy byliśmy naiwni wybierając właśnie Toni Trawel? Nawet jakbyśmy chcieli to i tak nie moglibyśmy ich sprawdzić.

Mimo starań, nie udało nam się wczoraj skontaktować z właścicielką agencji Toni Trawel.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Srebro spod orzecha

Friday, August 22nd, 2003

Cztery lata temu archeologów zelektryzowało przypadkowe znalezisko kilku glinianych skorup naczyń. Przyjechali na miejsce, pooglądali, zrobili kilka innych próbnych wykopów i znaleźli kolejne naczynia. Ale na tym się nie skończyło. Wkrótce spod ziemi wyłoniły się pozostałości tajemniczych kamiennych obiektów.

Piec jak się patrzy
- Zastanawialiśmy się, co to może być. Na grobowce to nie wyglądało, na mury budowli mieszkalnych także nie. Wreszcie, gdy zauważyliśmy pozostałości żużla i drewnianych dyszy, oniemieliśmy z wrażenia. To był piec hutniczy! – mówi dr Dariusz Rozmus, kierownik prac archeologicznych w Łośniu.
Prawdziwą sensacją zapachniało jednak dopiero w zeszłym roku. Jedna z mieszkanek dowiedziała się o pracy archeologów i stwierdziła, że u niej w ogródku podobne skorupy także można znaleźć.

- To była moja mama. Wiedziała, że wiele lat temu, podczas orki, spod ziemi wychodziły jakieś kamienie i gliniane fragmenty. Było tego tyle, że nawet ostatnio część pola leżała odłogiem, bo nie było sensu trudzić się przy wybieraniu kamieni. Ale wtedy nikt nie przypuszczał, że mogą być cennym znaleziskiem. Dopiero, gdy sąsiedzi powiedzieli jej, że podobne rzeczy można zobaczyć w muzeum, od razu zwróciła się do archeologów. Mówi się, że orzech włoski dobrze rośnie na kawałkach ołowiu. W tym przypadku przesąd się sprawdził, bo piece znajdowano właśnie pod orzechami – opowiada Agata Wójcik, mieszkanka Łośnia.

Przeczucie nie myli
- Prawdę mówiąc, to nie sądziliśmy, że pieców będzie aż tyle. Właściwie gdzie nie wbijemy łopatę, tam znajdujemy jakieś zabytki. Albo resztki rudy żelaza, żużla, wytopków, dysz, albo nawet ozdoby z ołowiu i srebra – mówi dr Rozmus.
Zaskoczeni takim obrotem sprawy naukowcy ogłosili nawet, że są autorami odnalezienia Staropolskiego Piastowskiego Zagłębia Hutniczego. Jeżeli to prawda, to odkrycie dosłownie wywraca historię Polski do góry nogami. Do dziś w szkołach i na uniwersytetach uczy się bowiem, że nasi przodkowie z XI wieku sprowadzali srebro z terytorium dzisiejszych Czech lub Skandynawii. Inne źródła podawały, że polskie srebro pochodziło z przetapianych arabskich monet – dirhamów. W żadnej literaturze nie wspomina się, że na naszych terenach istniał przemysł produkcji srebra.

Odradza się historia
Kilka dni temu archeolodzy odsłonili kolejne dwa potężne piece hutnicze oraz siedem kamiennych pozostałości po drewnianych słupach o średnicy 30 cm. Rozstawione są na przestrzeni kilkudziesięciu metrów, co daje przypuszczenia, że stanowiły podpory dla zadaszenia całego kompleksu hutniczego.

- To był ogromny zakład. Piece pozwala na średnicę około 2 metrów. Jak widać historia odradza się na naszych oczach. Już pogodziłem się z myślą, że robimy naprawdę coś wielkiego – mówi Robert Bodnar, jeden z archeologów.

Brańcy, czy najemcy?
Wciąż nierozwiązaną zagadką pozostaje pochodzenie ludzi zajmujących się wytopem. Wiadomo jedynie, że musieli to być specjaliści wysokiej klasy, gdyż ołów, jaki uzyskiwali, był tak dobrze odsrebrzony, jak uzyskiwany współcześnie.

- Byli to też ludzie bardzo bogaci. Gdy odkryto wczesnośredniowieczne cmentarzysko w niedalekich Strzemieszycach Wielkich, wszyscy zastanawiali się, skąd u tych ludzi tyle ozdób. Teraz już wiadomo. Byli zamożni, bo zajmowali się niezwykle ważną działalnością – mówi dr Rozmus.
Ołów, który produkowali, pokrywał dachy kościołów, służył zarówno do wyrobu ozdób jak i rur wodociągowych. Zbyt był zapewniony.

- Skłaniam się ku przypuszczeniu, że raczej byli to obcokrajowcy. Może z Czech, gdzie metalurgia była dobrze rozwinięta. Znaleźliśmy naczynia o powiązaniach reńskich, a odważniki nawet o powiązaniach skandynawskich. Ale, czy byli to brańcy pozyskani w wyniku najazdów na inne ziemie, czy też ludzie wolni, którzy jako specjaliści zatrudniani byli w różnych rejonach? Trudno dociec – zastanawia się historyk Jerzy Roś.

Przyjechali i… zostali
Pewne jest natomiast, że swego zajęcia nie traktowali jako pracy tymczasowej. Świadczą o tym kolejne znaleziska – ozdoby w kształcie brązowego krzyżyka równoramiennego i srebrnego kabłączka skroniowego. Ten ostatni z pewnością należał do kobiety. A skoro w osadach były także kobiety, to znaczy, że być może specjaliści przyjeżdżali z całej ówczesnej Europy wraz ze swymi rodzinami i zostawali tu na dłużej.


Odkrycia archeologów w Łośniu są prawdziwym przełomem w historii wczesnośredniowiecznej Polski. A to dlatego, że o przemyśle metalurgicznym nie zachowały się żadne zapiski w dostępnych księgach, pochodzących z tamtego okresu.
Wiadomo, że w 1025 r. Bolesław Chrobry nadał prawo użytkowania tych terenów biskupom krakowskim.

Znacznie późniejszy zapisek poczynił arabski uczony Raszi, który na podstawie przekazów Radanitów – korporacji kupieckiej złożonej z Arabów, Persów i Żydów w służbie Kalifatu Kordobańskiego – pisał w XI wieku o srebrnym mieście Ha Elgosz (prawdopodobnie obecnym Olkuszu). Trzecia, najważniejsza wzmianka mówiąca i wydobyciu rud pochodzi dopiero z 1136 r. i znajduje się w bulli gnieźnieńskiej.

Autor artykułu: Marcin Twaróg

Bezduszne jak parkomat

Friday, August 22nd, 2003

Dawniej można było bez problemu zatrzymać się na chwilę, teraz w centrum Bielska 5 minut postoju jest warte tyle, ile pół godziny. – Parkingowych nie interesuje, że zatrzymujemy się tylko na chwilę, na prośbę pasażera – żalą się bielscy taksówkarze.

Po rocznej przerwie przed dwoma tygodniami do bielskiego centrum powróciły strefy płatnego postoju. Zmieniły się jednak zasady: płaci się nie kartą w parkomacie, lecz gotówką u parkingowych, które podchodzą do samochodu zajmującego miejsce przy krawężniku. Nie można też już zapłacić za 6 minut postoju, jak dawniej, tylko co najmniej za pół godziny. Kosztuje to 1 zł.

- Gdy wysadzam pasażera, któremu trzeba pomóc, nie zajmuje mi to pół godziny, tylko kilka minut. A od razu pojawia się parkingowa i mówi, że albo płacę, albo odjeżdżam – żali się bielski kierowca taksówki Roman Budzioch. Podjechał kilka dni temu na ul.

Sixta po klienta, który telefonicznie zamówił kurs. Ledwo się zatrzymał, a już parkingowa podeszła z bloczkiem. Nie chciała słuchać wyjaśnień, że czeka na klienta.

- Dawniej straż miejska do takich sytuacji podchodziła ze zrozumieniem i nie stwarzała problemów – mówi z kolei Jan Byrdy, taksówkarz. On z kolei do specjalistycznej przychodni zdrowia przywiózł starszą pasażerkę. Od lekarza miała odebrać wypisaną już receptę. – Całość trwała nie dłużej, niż 4 minuty. Ale musiałem ustawić się w niedozwolonym miejscu, bo z pustego postoju przegoniła mnie parkingowa – dodaje.

- Nawet dla osób niepełnosprawnych nie robi się wyjątku – opowiada Maciej Grzybowski, taksówkarz. Parkingowa kazała mu płacić za postój, gdy podjechał pod ZUS przy ul. Krasińskiego z niepełnosprawną pasażerką i wysiadł, aby ją odprowadzić do wejścia. Gdy wrócił do auta, parkingowa już na niego czekała.

- Przecież nie parkujemy samochodem, aby iść na zakupy, czy spacer. Jesteśmy w pracy, czekamy na pasażerów – uważa Grzybowski. – Parkingowe mówią nam, żeby obciążyć klientów rachunkiem za postój. Ale przecież pasażerowie też mają prawo do zatrzymania się na chwilę – skarżą się taksówkarze.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Otwarto kolejny DTŚ

Tuesday, August 19th, 2003

W Katowicach otwarto kolejny odcinek Drogowej Trasy Średnicowej. Ma prawie 600 metrów, jego budowa trwała
dwa lata i kosztowała 50 mln zł.

Wczoraj pierwsi kierowcy przejechali estakadą nad ul. Bracką. Otwarto również nowo wybudowaną ul. Stęślickiego, która połączyła Załęże i Koszutkę.

Istniejący do tej pory 9-kilometrowy odcinek DTŚ między Rudą Śląską Chebzie a Katowicami wydłużył się o 2,2 km. Oprócz estakady oddano do użytku przebudowany fragment ul. Chorzowskiej do skrzyżowania z ul. Stęślickiego.

Państwo Nina i Stefan Kotliccy z Sosnowca jako pierwsi wjechali na nowy odcinek Drogowej Trasy Średnicowej. Nieco zdezorientowani zatrzymali swojego czerwonego malucha na środku 4-pasmowej jezdni, tuż za autobusem i samochodami przewożącymi uczestników uroczystości. – Kiedy przejeżdżaliśmy tędy rano, jeszcze wszystko wyglądało inaczej – mówili.

Dwa lata budowy
Budowa estakady rozpoczęła się w połowie 2001 r. – Po raz pierwszy w Polsce zastosowaliśmy technologię tzw. rusztowań kroczących. Do tej pory była ona wykorzystywana do budowy wysoko położonych obiektów alpejskich – podkreśla wiceprezes Ryszard Cecot z firmy Skanska, wykonawcy estakady. Stalowa konstrukcja przesuwała się w miarę stawiania kolejnych podpór podtrzymujących budowlę.

- To jeszcze nie koniec robót na tym odcinku. Na wiosnę przyszłego roku gotowe będą jezdnie główne pod wiaduktem z ulicą Stęślickiego – podkreśla Ireneusz Maszczyk, prezes spółki Drogowa Trasa Średnicowa.

W rejonie dwupoziomowego węzła zmieni się wówczas organizacja ruchu. Dołem pobiegną jezdnie tranzytowe. Na górnym poziomie ul. Chorzowska będzie się krzyżować z ul. Stęślickiego. – Aktualnie pierwszeństwo mają kierowcy jadący Chorzowską. Docelowo nadrzędna będzie ulica Stęślickiego – tłumaczy Stanisław Marczyk, pełnomocnik prezydenta Katowic ds. DTŚ.

Szczegóły w opracowaniu
Sporym udogodnieniem dla kierowców jest bezpośrednie połączenie ulic Misjonarzy Oblatów na Koszutce i Gliwickiej w Załężu. Umożliwiająca to ul. Stęślickiego ma 1,4 km długości. – To otwiera drogę do całkowitego rozebrania wiaduktu w ciągu ulicy Sokolskiej. Budowa nowego potrwa pół roku. W tym czasie ruch będzie poprowadzony ulicą Stęślickiego – wyjaśnia Ireneusz Maszczyk.

Kiedy ruszą prace na ul. Sokolskiej, na razie nie wiadomo. Nie jest również znany dokładny harmonogram prac związanych z przebudową ronda i budową kolejnych odcinków trasy.
Wykonawca, czyli firma PRInż Holding, dopracowuje szczegóły. Wiadomo, że katowicki odcinek DTŚ ma być gotowy najpóźniej w czwartym kwartale 2006 r.

W październiku br. do ruchu zostanie włączony węzeł Nowe Centrum. – Nastąpi połączenie drogi z ulicami Węglową i Sportową. Dzięki możliwości skrętu w lewo, mieszkańcy pobliskiego osiedla będą mieli ułatwiony wyjazd – mówi Stanisław Marczyk.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Syn gangstera w areszcie

Tuesday, August 19th, 2003

Marcin C., 19-latek ujęty razem z Grzegorzem Skowrońskim, zabójcą policjanta z Będzina, to syn gangstera Włodzimierza C. – świadka koronnego w procesie “Krakowiaka”.

Włodzimierz C. korzystając z przysługującej mu jako świadkowi policyjnej ochrony, zajmował się porywaniem ludzi i napadami z bronią w ręku. Obecnie siedzi w katowickim areszcie. Katowicka prokuratura już postawiła mu zarzuty. Wkrótce straci status świadka koronnego.

Marcina C. policja ujęła w czwartkową noc w Komorowicach – dzielnicy Bielska-Białej. Był jednym z pasażerów kradzionego audi, za kierownicą którego siedział Grzegorz Skowroński – zabójca Grzegorza Załogi, posterunkowego z Będzina.

Gdy podczas pościgu Skowrońskiego postrzelił policyjny snajper, dwóch mężczyzn, którzy wraz z nim i Marcinem C. jechali kradzionym audi, uciekło do lasu. Marcin C. też próbował uciekać, ale został schwytany. Poszukiwania zbiegłych bandytów wciąż trwają.

Do czwartku, kiedy prokuratura postawiła Marcinowi C. zarzuty pomagania poszukiwanemu listem gończym zabójcy i nielegalnego posiadania broni – nie był on karany, ani podejrzany o przestępstwo. Teraz został aresztowany na trzy miesiące.

Grzegorz Skowroński, który po dwóch operacjach leży w bielskim szpitalu, był członkiem gangu Włodzimierza C. Stan jego zdrowia nie pozwala na przesłuchanie. Prokuratura zamierza mu postawić trzy zarzuty: zabójstwo policjanta, nielegalne posiadanie broni oraz napad na prywatną posesję.

Autor artykułu: ika

Piast Gliwice – RKS Radomsko 1:3

Monday, August 18th, 2003

Piłkarze Piasta Gliwice na swoim boisku po raz ostatni przegrali prawie dwa lata temu, 10 listopada 2001 roku z Concordią Knurów. W sobotę doskonała passa została przerwana. Dokonał tego RKS Radomsko.

Po porażce w ostatniej kolejce z Ruchem Chorzów, trener gliwickiej jedenastki Józef Dankowski zdecydował się na sporo zmian. Adam Piechocki został przesunięty z lewej pomocy, do ataku, a jego miejsce zajął debiutujący w Piaście Robert Sierka, który zwykle grywa w środku boiska.

- Nie pamiętam już kiedy ostatni raz biegałem po lewej stronie. Chyba miało to miejsce, gdy z Radzionkowem awansowałem do ekstraklasy – mówił Sierka. – Wystawiłem go tam, bo mamy dziurę. Liczyłem na jego ogranie i doświadczenia. Myślałem, że sobie poradzi – tłumaczył Dankowski. Z kolei Henryk Bałuszyński, który zwykle gra w ataku, tym razem wcielił się w rolę ofensywnego pomocnika.

Roszady w ustawieniu nie przyniosły spodziewanego efektu.
Sierka po lewej stronie boiska czuł się zagubiony.
Bałuszyński natomiast nie oddał ani jednego strzału i po 45 minutach usiadł na ławce rezerwowych. – Zagrałem słabo – szczerze przyznał Sierka.

Goście od początku przejęli inicjatywę. Już po czterech minutach zdobyli prowadzenie. Na indywidualną akcję zdecydował się Jarosław Lato. Minął dwóch obrońców, wpadł w pole karne, tam wślizgiem powstrzymał go Janusz Bodzioch.
Sędzia uznał, że defensor Piasta zamiast w piłkę trafił w nogi Laty i podyktował rzut karny. Jedenastkę skutecznie wykonał Jacek Berensztajn. – Było trzech obrońców i żaden z nich nie doskoczył do piłki. Rywal wykorzystał nasze niezdecydowanie – ocenił sytuację Dankowski.

Po objęciu prowadzenia goście nie zmienili stylu gry. Nadal atakowali gliwiczan na ich połowie licząc na przejęcie piłki. Na błąd Piasta nie czekali długo. W 32 minucie piłkę przechwycił Przemysław Węgier, dośrodkował na pole karne, a tam efektownym strzałem głową po raz drugi Jacka Gorczycę pokonał Berensztajn.

Gospodarze starali się, walczyli, ale nic nie byli wstanie wskórać. W ciągu pierwszych 45 minut nie oddali ani jednego celnego strzału, a tylko raz poważniej zagrozili bramce RKS. Piechocki nie potrafił jednak trafić w bramkę, choć stał pięć metrów od niej.

W przerwie spotkania opiekun Piasta dokonał dwóch zmian. Na murawie pojawili się Adam Kryger i Łukasz Żyrkowski. Rezerwowi, zwłaszcza Kryger, ożywili grę gliwiczan. Akcje nabrały tempa i bramkarz RKS, Krzysztof Kozik miał coraz więcej pracy. W 55 minucie interweniował po raz pierwszy, a w 72 minucie miał sporo szczęścia, gdy piłka po uderzeniu Rafała Andraszaka trafiła w słupek. Wreszcie w 78 minucie zmuszony został do wyciągnięcia piłki z siatki, gdy Bodzioch wykorzystał rzut karny, podyktowany za faul na Piotrze Ussie.

Gospodarze rzucili się do rozpaczliwych ataków. Zamknęli rywali w ich polu karnym, ale jedynym efektem ich przewagi były tylko rzuty rożne. Gdy wydawało się, że wysiłki Piasta mogą przynieść efekt fatalny błąd popełnił Sierka. Na własnej połowie stracił piłkę, ta trafiła do Marcina Folca, który rozwiał nadzieje miejscowych na jakąkolwiek zdobycz punktową.

Autor artykułu: Michał Micor

20 dyrektorów szkół może stracić pracę

Wednesday, August 13th, 2003

Ponad dwudziestu dyrektorów gliwickich szkół średnich i podstawowych może stracić stanowiska. To samo grozi szefom placówek oświatowych w 55 śląskich gminach. Po kilku miesiącach od przeprowadzenia konkursów na dyrektorów, prawnicy wojewody stwierdzili, że została naruszona procedura wyborów. Teraz sprawa ma trafić do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który rozstrzygnie, czy konkursy przeprowadzono zgodnie z prawem.

Śląski Urząd Wojewódzki twierdzi, że członkowie komisji konkursowych powinni być wybierani przez rady gmin. Większość prezydentów, burmistrzów i wójtów uważa, że ten wybór należał do nich.

Sporna interpretacja
Kością niezgody jest zapis ustawy, który mówi: “W celu przeprowadzenia konkursu organ prowadzący szkołę lub placówkę określa regulamin konkursu oraz powołuje komisję konkursową w składzie: po trzech przedstawicieli organu prowadzącego szkołę lub placówkę… “. (Art. 36 a, ust. 5). Organem prowadzącym szkołę jest gmina. Spór dotyczy tego, który z organów – prezydent czy rada gminy – władny jest powołać owych przedstawicieli.

- Dla nas przepis jest jasny: to rada – twierdzi dyrektor wydziału prawnego Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego, Krzysztof Nowak.

Innego zdania są prezydenci. – Ustawa jasno mówi, że powoływanie członków komisji leży w kompetencjach prezydenta – uważa prezydent Gliwic Zygmunt Frankiewicz.

Jeśli NSA uzna, że doszło do naruszenia prawa, wybory dyrektorów będą unieważnione tam, gdzie zastosowano nieprawidłową procedurę, czyli w 55 gminach.

Przebudzenie przed dzwonkiem
Aleksandra Przybysz jest od pięciu lat dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 2 w Gliwicach. – Postanowiłam startować w konkursie na drugą kadencję. Konkurs odbył się w marcu. Kosztowało mnie to dużo pracy i stresu, ale wybrano moją kandydaturę. Pomijając moje odczucia, nie może być tak, że spór prawników doprowadzi do destabilizacji sytuacji w szkołach. To będzie nie w porządku, jeśli NSA uzna, że procedura była nieprawidłowa i za kilka miesięcy dyrektorzy dowiedzą się, że nie mogą dłużej sprawować swoich funkcji.
Prezydent Frankiewicz jest zaskoczony terminem wszczęcia postępowania. – Konkursy odbyły się kilka miesięcy temu. Dlaczego trzy tygodnie przed rozpoczęciem roku szkolnego obudzili się prawnicy wojewody, zarzucając nam błędy?
Dyrektor Nowak tłumaczy, że sprawa wypłynęła w czerwcu. – Dostaliśmy skargę na wójta Nędzy, który w komisji konkursowej zasiadał osobiście. Skierowaliśmy pisma do wszystkich samorządów, by przesłały nam dokumentację przebiegu konkursów. Wtedy zorientowaliśmy się, że przebiegały one niezgodnie z prawem. Nasza kontrola spowodowała, że problem ujrzał światło dzienne.

Prawo niezbywalne?
Swego prawa wyboru członków komisji prezydenci bronią jak lwy. – Działaliśmy zgodnie z ustawą – uważa wiceprezydent Bytomia Marian Stajno. – Boję się, że spór prawników przekształci się w niekończącą się dysputę akademicką. Mam nadzieję, że sztuka prawnicza nie weźmie góry nad zdrowym rozsądkiem.

Wójt Nędzy Franciszek Marcol twierdzi, że prawa nie naruszył. – Dlaczego nie mogę być w komisji? Wyprzedzę Urząd Wojewódzki i sam oddam sprawę do NSA. Prawo jest takie, że mogę być członkiem komisji konkursowej.

Proceduralnym zamieszaniem zniesmaczona jest Aleksandra Przybysz. – Jeśli konkurs będzie musiał odbyć się ponownie, to nie wiem, czy znajdzie się w nim moja kandydatura. Jeszcze ktoś po kilku miesiącach zmieni zdanie i ustawę będzie interpretował po raz kolejny.

W całym kraju konkursy na dyrektorów przeprowadzono w dwojaki sposób. – Dobrze, że wojewoda skieruje sprawę do sądu. Być może wyrok NSA wreszcie będzie obowiązującą wykładnią – mówi Marek Gieorgica z biura prasowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Niestety, ani w ministerstwie, ani w NSA nikt nie wie, jak będzie wyglądała sytuacja w szkołach, jeśli konkursy zostaną unieważnione.

- Na razie poruszamy się tylko w sferze “gdybania” – mówi sędzia NSA w Warszawie, Janusz Drachal. – Nie można powiedzieć, jaki wyrok zapadnie. Nie można więc z góry zakładać co się stanie, jak się stanie.


Jerzy Zawarczyński, śląski wicekurator oświaty:
Chociaż kuratorium nie jest stroną w sprawie, to nie ukrywam, że wolałbym, żeby prawo nie działało wstecz. Atmosfera niepewności na pewno nie przyczyni się do sprawnego działania oświaty. Prawnicy mogą interpretować przepisy na wiele sposobów, ale ustawa dosyć wyraziście formułuje, że członków komisji konkursowych mogą wybierać prezydenci miast. Jeśli ktoś uznał inaczej, to tylko sąd jest instancją, która orzeknie, kto ma rację. Pozostaje mieć nadzieję, że nie dojdzie do anulowania konkursów.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Strażacy pracują na bombach

Wednesday, August 13th, 2003

Pustynia Błędowska wciąż jest groźna, choć już nie za sprawą pożaru, który strażacy po trzech dniach walki zdołali wreszcie opanować. Teraz na dogaszanym pogorzelisku największym niebezpieczeństwem są niewybuchy, od których aż roi się na całym 20-hektarowym patrolowanym terenie. Jak udało się nam ustalić, dwa dni temu słychać było potężną eksplozję.

- Potwierdzam, że znaleźliśmy spaloną formę po bombie. Zaleciliśmy naszym ludziom najwyższą ostrożność – mówi starszy brygadier Ryszard Konik z Małopolskiej Komendy Straży Pożarnej w Krakowie.

Na wszelki wypadek w stan gotowości postawieni zostali saperzy z Małopolski i Śląska. W każdej chwili gotowi są przyjechać na miejsce i unieszkodliwić każde podejrzane znalezisko. A do kolejnych eksplozji może dojść dosłownie w każdej chwili i w każdym miejscu.

- Bomb w ogóle nie widać. Są przysypane piachem i mogą leżeć zaledwie 15 cm pod powierzchnią, czyli na głębokości wkopu łopaty. Pożar tak rozgrzał ziemię, że dochodzi do zamozapłonu. Wiem co mówię, bo 11 lat temu, gdy płonęły lasy niedaleko Olkusza, co chwilę słyszeliśmy wybuchy. Prało, że aż strach – opowiada Jan Gamrat, zastępca nadleśniczego w Olkuszu.

Najbardziej zagrożeni są strażacy działający na pierwszej linii ognia, poruszający się po pustyni ciężkimi pojazdami typu ural i skot. W wielu miejscach koła grzęzną w sypkim piachu, w którym może się czaić śmiertelne niebezpieczeństwo.

Wszystko wskazuje, że akcję gaśniczą zakończą dopiero wtedy, gdy temperatura w ciągu dnia spadnie poniżej 20 st. C, lub gdy spadnie deszcz. W południe nad rozgrzaną pustynią nadal pojawiają się gęste dymy.

Niewypały i niewybuchy znajdowane są na terenie Pustyni Błędowskiej każdego roku. Cały ten obszar w czasie wojny był miejscem walk, a także manewrów armii niemieckiej. Po wojnie natomiast stał się poligonem wojsk Układu Warszawskiego, a obecnie na wydzielonym odcinku jest poligonem wojsk NATO. Regularnie ćwiczy tam VI Brygada Desantowo-Szturmowa.

Autor artykułu: ps