Czy można miesiącami katować dziecko w taki sposób, by nikt z sąsiadów o tym nie wiedział? Zwłaszcza na wsi, gdzie ludzie słyszą czasem, gdzie kto kichnie?
Magdzia już nie żyje. Śmierć mózgu to śmierć człowieka. – A z tamtej strony nie ma przecież powrotu – lekarze nie oczekują już nawet cudu. Ale maleńkie serce nie przestaje bić. Jakby na przekór wszystkiemu. Już dwa razy udało się przywrócić jego akcję. Dlatego w Cięcinie sąsiedzi modlą się o zdrowie dla dziewczynki. – Tu nikt nie dopuszcza myśli, że to dziecko może umrzeć. Jezus Maria (!!!), taki dramat – sołtys Józef Żur łapie się za głowę. Natrętne myśli powracają zwłaszcza wieczorem, przed snem. Wciąż widzi Magdzię, jak siedzi z jego wnukami w ogrodowej piaskownicy. Maleńka, szczuplutka i tak bardzo blada. Kruszynka. Ale zawsze z czystym pampersem, w ładnym ubranku, otoczona drogimi zabawkami. Dziś sołtysa wszyscy pytają: “jak to możliwe, że nic nie zauważyliście?”. Bo czy można miesiącami katować dziecko w taki sposób, by nikt z sąsiadów o tym nie wiedział? – Zwłaszcza na wsi, gdzie ludzie słyszą czasem, gdzie kto kichnie – ironizują policjanci.
Pod jednym dachem
Pani Anna od chwili tragedii nie opuszcza domu. Wstydzi się ludzi, którzy wskazują na jej budynek palcami. Na widok obcych w swoich czterech ścianach zaczynają też zamykać się sąsiedzi. – Jaka to straszliwa hańba. U nas w Cięcinie takich rzeczy nigdy nie było. A teraz policja, prokuratura, telewizja. Maglują ludzi, jakby co najmniej pół wsi było w to zamieszane – w Cięcinie aż huczy od plotek. Prokurator zadecydował o aresztowaniu córki pani Anny i zięcia pod zarzutem znęcania się nad niespełna rocznym dzieckiem i usiłowanie jego… zabójstwa. Pani Anna nie wierzy jednak w to, co mówią. – Sylwia jest niewinna – stwierdza kategorycznie.
Wielki bliźniak stoi zaraz przy drodze w Cięcinie Górnej. Mieszkają w nim wspólnie Sylwia z rodziną, jej rodzice, brat, bratowa i młodsza siostra, gimnazjalistka. Nie było praktycznie dnia, by się nie widzieli. – Wnuczki nikt nie krzywdził – zarzeka się teraz babcia. – Bo przecież widziałabym, że dzieje się coś złego. Córka strasznie to maleństwo kochała. Zresztą Magdzia nie miała żadnych widocznych na ciele śladów po pobiciu. Pytałam o to pielęgniarki w szpitalu i mówiły, że dziecko jest czyściutkie. A że guza czy siniaka miało na czole, to pamiętam, że przy nas się uderzyło. Wie pani, jak to z dziećmi.
Wielokrotnie pobite(?)
Magdzia ma roczek. Waży osiem kilogramów. Podłączona do kilku rurek leży na oddziale intensywnej opieki medycznej w bielskim szpitalu pediatrycznym. Z poobijaną główką, całą w sińcach i guzach (“kalafiorowatą” – jak mówią specjaliści), nieproporcjonalnie powiększoną w stosunku do kruchego ciałka, z naderwanym uszkiem, obrzękiem mózgu. Lekarze stwierdzili, iż nie ma możliwości, by dziecko zrobiło to sobie samo. Nawet jeśli uległoby wypadkowi i np. wypadło z łóżeczka, miałoby jedno-, dwa obrażenia. Może przecięcie skóry, może stłuczenie czaszki. – Tymczasem Magdzia ma ślady po wielokrotnym pobiciu – kategorycznie twierdzą lekarze.
- Jakiej nienawiści trzeba, by tak okładać dziecko? – wyznaje (prywatnie) prokurator Małgorzata Strzelec-Szymik z Prokuratury Rejonowej w Żywcu. I służbowo już dodaje: – Dotychczas zabrany materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie rodzicom dziewczynki najpoważniejszych zarzutów, w tym znęcania się nad córką, trwającego od stycznia do lipca tego roku. Obecnie materiał dowodowy oceniać będą biegli.
Grzeczny i grzeczna
Sylwia ma 22 lata. Niska, niepozorna. Skończyła szkołę fryzjerską, ale pracy nie znalazła. – To taka grzeczna dziewczyna. Aż za grzeczna, bo niektórzy mówili na nią “ciapowata” – wspominają kobiety w sklepie spożywczym. – A mimo to znalazła porządnego chłopa. Rodzice się cieszyli, bo myśleli, że z taką nieśmiałością ciężko jej będzie wyjść za mąż.
Chłopak pochodził z Dolnej Cięciny. – Grzeczny, spokojny. Ani razu nie widziałam go pijanego. Zawsze kłaniał się z daleka – opowiada sołtysowa, Józefa Żur. Od wczesnej młodości przyjaźniła się – tak po sąsiedzku – z mamą Sylwii. Potem zaprzyjaźniły się też ich córki. Odwiedzały się wraz z dziećmi, przeglądały w katalogach kosmetyki, rozmawiały. – W domu Sylwii nigdy nie było biedy. Nawet zastanawialiśmy się, jak udaje im się tak dobrze prosperować, skoro on i ona bez roboty. Ale tam pomoc szła od jednych teściów i drugich. Wystarczy popatrzeć na stojące pod domem dziecięce traktorki i autka. To drogie zabawki i dzisiaj mało kogo na to stać – stwierdza pani Józefa.
Wypadła z chodzika
Pierwszy przyszedł na świat Adrian. Po roku Magdzia. Urodziła się z niedotlenieniem. W takich wypadkach nigdy nie wiadomo, czy dziecko będzie całkiem sprawne. Ale stan noworodka z godziny na godzinę się poprawiał. Już w pierwszej dobie życia podwyższono mu ilość punktów w skali Apgar z sześciu do dziewięciu. – A to oznacza, że maleństwo bierze się do życia – cieszyły się położne.
- Sylwia tak się cieszyła, że ma córeczkę. Zadzwoniła do mnie od razu z sali porodowej – wspomina babcia Magdzi.
Mała rozwijała się wolniej niż rówieśnicy. – Ale po buzi widać było, że dziecko jest normalne, nie wyglądało na opóźnione, ani na zestresowane – zarzekają się sąsiedzi. Gdy inne niemowlaki już raczkowały, ona dopiero siadała. Na rękach nosiła ją matka. – W maju Magdzia miała złamaną rączkę. Sylwia powiedziała nam, że córcia wypadła z chodzika – wspomina pan Józef.
Czy nie wydało się to podejrzane? – Dlaczego podejrzane? Dzieciom różne rzeczy się przytrafiają – odpowiada.
Głośna muzyka
Na początku tego roku Magdzia miała mocno uszkodzoną nóżkę. Potem dopiero rączkę. Już te dwa “wypadki” u kilkumiesięcznego zaledwie dziecka powinny – zdaniem prokuratora – zaniepokoić lekarza. Ale żadnych sygnałów od chirurga, ani z przychodni rejonowej nie było. Dziecko miało niedowagę i silną anemię. Babcia Magdzi nic złego nie zauważyła, choć pamięta, że dziecko często kwiliło.
Co stało się jednak owego tragicznego lipcowego dnia? – dokładnie nie wiadomo. Pewne jest, że dziecko z potwornie poobijaną głową wylądowało w szpitalu. – Córki przy tym nie było, tylko zięć. Sylwia była wtedy u mnie za ścianą – mówi pani Anna.- Może dziecko uderzyło się, potem zachłysnęło skórką od chleba. Może od urodzenia pozostały w mózgu jakieś krwiaki, co spowodowało tak krytyczny stan – babcia Magdzi szuka logicznego wytłumaczenia.
- Bo najgorsze jest to, że brakuje w tym wszystkim motywu. Przecież to jest porządna rodzina. Tam nie ma patologii. Tylko muzyki zawsze głośno słuchali, jak to młodzi – wspominają sąsiedzi.
Rodzice nie przyznają się do winy
Mama Magdy mówi, że podejrzewała męża o to, że bije dziecko, bo na jego widok płakało, poza tym miało guzy i zasinienia, ale bała się zareagować.
Tata dziewczynki w podobny sposób mówi o żonie. Nie reagował rzekomo, bo bał się rodzinnej awantury. Prokuratura na razie nie ujawnia więcej szczegółów, zasłaniając się dobrem śledztwa.
U Magdzi stwierdzono śmierć pnia mózgu. To proces nieodwracalny. Medycyna nie potrafi temu zaradzić. – Stan jest krytyczny, nie rokujący – wyjaśnia krótko ordynator OIOM-u w Szpitalu Pediatrycznym, doktor Joanna Wójcik.
Autor artykułu: Agata Paruch