Archive for August, 2003

Przegrał z rządem przed sądem

Wednesday, August 13th, 2003

Jerzy Kisiel, mieszkaniec Dąbrowy Górniczej, nie dostanie odszkodowania od rządu Rzeczpospolitej Polskiej za to, iż jako bezrobotny nie otrzymuje od państwa minimum socjalnego na utrzymanie czteroosobowej rodzinny. I Wydział Cywilny Sądu Okręgowego w Warszawie oddalił wczoraj jego pozew.

- W uzasadnieniu do wyroku dowiedziałem się rzeczy kuriozalnej, że przepisy Konstytucji nie są podstawą do dochodzenia swoich roszczeń. Mimo to nie zamierzam z nich zrezygnować – twierdzi Jerzy Kisiel i dlatego upoważnił swego adwokata Henryka Dzido do wniesienia apelacji od wyroku.

Z odszkodowania nie zrezygnuje
Były hutnik Jerzy Kisiel ma 52 lata, o 8 lat młodszą żonę oraz dwie niepracujące jeszcze córki. Cala rodzina utrzymuje się jedynie z doraźnych zapomóg uzyskiwanych w instytucjach pomocy społecznej. 200 do 300 złotych, jakie udaje się w ten sposób zebrać, nie zapewnia miesięcznego utrzymania rodziny. Przez ostatnie 29 miesięcy Kisiel odwiedził ponad 300 firm na Śląsku i w Zagłębiu w poszukiwaniu pracy. Wszędzie odprawiano go z kwitkiem. Wyliczył więc sobie, iż minimum socjalne na utrzymanie czteroosobowej rodziny wynosi 1 tys. 700 złotych miesięcznie, dlatego należy mu się 48 tys. złotych odszkodowania. Takie odszkodowanie, zdaniem sądu, nie należy się jednak bezrobotnemu.

Rząd mnie ignoruje…
Pierwsza i jedyna rozprawa w precedensowej sprawie o odszkodowanie za niemożliwość znalezienia pracy odbyła się w czwartek 7 sierpnia. – Nikt ze strony rządowej nie był ani na rozprawie, ani na ogłoszeniu wyroku – dodaje Kisiel. – To ewidentne ignorowanie pełnoprawnego, choć bezrobotnego obywatela. Zachowanie rządu mnie nie zniechęci, a ze swych roszczeń nie zrezygnuję, nawet gdybym miał sądzić się z rządem przed Trybunałem Praw Człowieka.

Dlaczego przedstawiciele rządu ignorują bezrobotnego? W Centrum Informacyjnym Rządu uzyskaliśmy lakoniczną odpowiedź.

- W świetle prawa pozwany nie ma obowiązku uczestniczenia w rozprawie – wyjaśnia Katarzyna Turska, pełniąca obowiązki dyrektora CIR w Warszawie.


Henryk Dzido, adwokat Jerzego Kisiela:
W uzasadnieniu do wyroku oddalającego pozew Jerzego Kisiela dowiadujemy się, że Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej nie jest źródłem prawa, na podstawie którego obywatel może dochodzić swoich roszczeń. Zdaniem sądu powinny nim być odpowiednie przepisy wykonawcze. Tymczasem artykuł 67, ustęp 2 tejże Konstytucji zapewnia pozbawionym możliwości pracy uzyskanie minimum socjalnego na przeżycie. Jeśli zaś brakuje przepisów wykonawczych, to jest to ewidentna wina rządu. Cieszę się, że tak sprawnie zapadł wyrok w tej sprawie. Pozwoli to na szybkie przygotowanie apelacji i przeniesienie roszczeń do wyższej instancji.

Marcin Kaszuba, rzecznik prasowy rządu:
Nie będę komentował decyzji niezawisłego sądu. Przy obecnym stanie budżetu państwa nie jest łatwo zaspokoić podstawowych potrzeb bezrobotnych, którym należy się współczucie. Uważam, że nie można obwiniać rządu za to, że ktoś nie potrafi znaleźć pracy. Nie widzę też nic dziwnego w tym, że nie wyznaczono pełnomocnika, który ze strony pozwanego uczestniczyłby w rozprawie. Nie ma takiego obowiązku. Sam premier Leszek Miller, nawet gdyby chciał, nie mógłby osobiście stawić się ani na rozprawie, ani na ogłoszeniu wyroku, ponieważ przebywa na urlopie.

Autor artykułu: Krzysztof Dulko

Nabici w kabel

Friday, August 8th, 2003

Lokatorzy z ulicy Daszyńskiego w Gliwicach chcieli mieć stały dostęp do Internetu. Ponad pół roku temu zawarli stosowne umowy z firmą Navicom. – Do tej pory działania firmy ograniczyły się tylko do wykucia kilku dziur w ścianach i pociągnięcia kabli. Nie ma ani Internetu, ani pieniędzy – mówi jeden z mieszkańców ul. Daszyńskiego, Michał Dzieciaszek.

Prawo nieznane

- Przy podpisaniu umowy przedstawiciele firmy zapytali tylko, czy jesteśmy właścicielami naszych mieszkań – mówi jedna z poszkodowanych, Agnieszka Dobrowolska. – To nasze mieszkania własnościowe, więc potwierdziliśmy. Jesteśmy wspólnotą mieszkaniową, ale administruje nami Zarząd Budynków Miejskich. Byliśmy święcie przekonani, że jeśli firma rozpoczyna prace, to będzie wiedziała z kim i co ma ustalić, by wszystko było zgodnie z prawem. Nikt z Navicomu o nic więcej nas nie pytał. A my zapłaciliśmy pieniądze (ja wpłaciłam całą kwotę – 300 zł), podpisaliśmy umowy i czekaliśmy na sieć.
Okazało się, że roboty zostały przerwane po interwencji ZBM. – Prawdopodobnie nikt nie zgłaszał administracji rozpoczęcia prac związanych z podłączeniem Internetu – mówi Dzieciaszek.

Wirtualne pertraktacje

- Rozpoczęliśmy gonitwę za firmą. Najpierw chcieliśmy się dowiedzieć, kiedy w końcu będzie Internet – opowiada Dobrowolska. – Potem chcieliśmy po prostu wydostać wpłacone przez nas pieniądze.
Jak twierdzą poszkodowani, firma Navicom skutecznie unikała jakichkolwiek kontaktów. – Umawiali się na spotkanie na konkretny termin, a potem przez telefon słyszeliśmy: “Przepraszamy, szef nie mógł się pojawić bo właśnie ma grypę, właśnie mieliśmy wypadek samochodowy albo kierownictwo jest właśnie w Niemczech”. Ostatni przykład został szybko zweryfikowany. Zaraz po telefonie z taką informacją spotkaliśmy panów z kierownictwa pijących piwo na Rynku w Gliwicach – opowiadają.

Obrona konieczna

Przedstawiciel Navicomu, Dariusz Błażejczak zaprzecza. – Nie mamy powodów, by się ukrywać. Mieszkańcy z Daszyńskiego wprowadzili nas w błąd. Twierdzili, że to oni są właścicielami mieszkań. Tymczasem okazało się, że wszystkim zarządza ZBM, który zablokował prace. Sytuacja jest patowa, bo to właśnie ZBM nie chce wydać zgody na podłączenie Internetu. Być może mają układ z jakąś inną firmą i chcą nas wygryźć. Od lokatorów dostajemy cięgi, a tymczasem to my jesteśmy bardziej od nich poszkodowani – na założenie Internetu na Daszyńskiego wydaliśmy ok. 20 tys. zł, głównie za robociznę.

Niestety, mimo usilnych starań nie udało nam się skontakować z gliwickim ZBM. Chcieliśmy porozmawiać z prezesem Zbigniewem Ordyńskim, który swoich pracowników poinformował, że tylko on może udzielić informacji związanych z Navicomem. Bezskutecznie. – Prezesa nie ma i nie będzie – tak wszelkie próby kontaktu ucinała jego sekretarka.
Lokatorzy zgłosili sprawę na policję. Trwa postępowanie przygotowawcze.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Felerny remont

Friday, August 8th, 2003

W maju 2002 roku Zakład Komunalny “PGM” postanowił zrobić remonty balkonów w swoich budynkach. Z przetargu została wyłoniona firma PUHT “KOMPLEX”, która miala wykonać prace.
-To chyba firma znaleziona na ulicy! – denerwuje się Grzegorz Brzuszkiewicz, lokator jednego z budynków. – Przyszli, skuli posadzkę dolną, rozwalili balustrady i zrobili nowe, uszkadzając w ten sposób izolację! – dodaje.

Pierwsze deszcze

- Już po pierwszej ulewie widać było zacieki – mówi Grażyna Bieniek-Żaak, lokatorka innego mieszkania. – Jeszcze przez trzy dni z sufitu kapała woda. Wyszłam na balkon i zaczęło lać mi się na nos. Tak jest do teraz! – podsumowuje.
Źle zrobiony remont natychmiast został zgłoszony przez mieszkańców do wykonawców. Kolejne oceny komisji i poprawki nie zmieniały niczego. – Malowali trzy razy. Balustrady przesunęli 20 centymetrów w głąb, a balkony dalej niszczały! – nie ukrywa wściekłości Grzegorz Brzuszkiewicz. – Przez ich prace okno mi tak napęczniało, że nie dało się go zamknąć. Kiedy zgłosiłem to w administracji, pokiwali tylko głowami i powiedzieli, że póki szyba nie wypadła, to jest w porządku! – wspomina.

Wady w balkonach

4 czerwca 2003, po roku od początku remontów, lokator doczekał się wizyty komisji z Urzędu Miasta. Ta wystosowała pismo, w którym stwierdziła istotne wady wykonanych prac. Orzekła m.in., że balkony są malowane złym rodzajem farby, wylewka wykonana jest ze złej zaprawy, co powodowało wsiąkanie w nią wody, izolacja została przerwana przez wykonawców. – Zastosowano najtańszą i mało skuteczną technologię – czytamy w piśmie przesłanym do lokatorów z Wydziału Inwestycji Komunalnych i Remontów. – Już myśleliśmy, że to pomoże, ale urzędnicy stwierdzili, że wewnętrzne sprawy Zakładu Komunalnego “PGM” nie podlegają pod ich nadzór – mówi Grzegorz Brzuszkiewicz.

Właściciel zmarł

Realny czas naprawy znacznie się oddalał. Mieszkańcy ulicy Czempiela przestali wierzyć w pozytywne zakończenie sprawy. Na domiar złego z Urzędu Miasta przyszła do nich wiadomość, że zmarł właściciel PUHT “KOMPLEX” – Firma właściwie przestała istnieć – informuje Marek Wekko, z-ca dyrektora ds. techniczno-eksploatacyjnych Zakładu Komunalnego PGM. – Teraz trudno wyegzekwować cokolwiek. Zajmują się tym prawnicy – dodaje.

- Bez zakończonego postępowania sądowego nie można nic zrobić – mówi Piotr Galilejczyk, naczelnik Wydziału Inwestycji Komunalnych i Remontów – Już przeprosiliśmy lokatorów – uzupełnia.
Nie przeprosin chcą jednak mieszkańcy, a konkretnych działań. – Mój balkon zawsze był taki piękny. Miałam mnóstwo kwiatów… – opowiada Stefania Walke-Żaak. – Teraz to nawet posiedzieć sobie na nim nie mogę, bo ktoś wziął pieniądze i zrobił fuszerkę! -dodaje z żalem.

Naprawimy

- Procedury remontowe będą uruchamiane – obiecuje Marek Wekko. – Nie wiemy dokładnie, kiedy. Chcemy zdążyć w sezonie budowlanym, jeszcze przed zimą. Lokatorzy na pewno nie poniosą żadnych kosztów tych napraw – dodaje. Grzegorz Brzuszkiewicz już nie wierzy. Boi się, że kolejną zimę balkon będzie niszczał, a on będzie musiał trzeci rok żyć z niedomkniętym oknem. – Ja tylko chcę normalnie korzystać z balkonu, bo na razie służy mi tylko za magazyn – mówi.

Autor artykułu: Katarzyna Osyra

Nikt nic nie widział

Friday, August 8th, 2003

Czy można miesiącami katować dziecko w taki sposób, by nikt z sąsiadów o tym nie wiedział? Zwłaszcza na wsi, gdzie ludzie słyszą czasem, gdzie kto kichnie?

Magdzia już nie żyje. Śmierć mózgu to śmierć człowieka. – A z tamtej strony nie ma przecież powrotu – lekarze nie oczekują już nawet cudu. Ale maleńkie serce nie przestaje bić. Jakby na przekór wszystkiemu. Już dwa razy udało się przywrócić jego akcję. Dlatego w Cięcinie sąsiedzi modlą się o zdrowie dla dziewczynki. – Tu nikt nie dopuszcza myśli, że to dziecko może umrzeć. Jezus Maria (!!!), taki dramat – sołtys Józef Żur łapie się za głowę. Natrętne myśli powracają zwłaszcza wieczorem, przed snem. Wciąż widzi Magdzię, jak siedzi z jego wnukami w ogrodowej piaskownicy. Maleńka, szczuplutka i tak bardzo blada. Kruszynka. Ale zawsze z czystym pampersem, w ładnym ubranku, otoczona drogimi zabawkami. Dziś sołtysa wszyscy pytają: “jak to możliwe, że nic nie zauważyliście?”. Bo czy można miesiącami katować dziecko w taki sposób, by nikt z sąsiadów o tym nie wiedział? – Zwłaszcza na wsi, gdzie ludzie słyszą czasem, gdzie kto kichnie – ironizują policjanci.

Pod jednym dachem

Pani Anna od chwili tragedii nie opuszcza domu. Wstydzi się ludzi, którzy wskazują na jej budynek palcami. Na widok obcych w swoich czterech ścianach zaczynają też zamykać się sąsiedzi. – Jaka to straszliwa hańba. U nas w Cięcinie takich rzeczy nigdy nie było. A teraz policja, prokuratura, telewizja. Maglują ludzi, jakby co najmniej pół wsi było w to zamieszane – w Cięcinie aż huczy od plotek. Prokurator zadecydował o aresztowaniu córki pani Anny i zięcia pod zarzutem znęcania się nad niespełna rocznym dzieckiem i usiłowanie jego… zabójstwa. Pani Anna nie wierzy jednak w to, co mówią. – Sylwia jest niewinna – stwierdza kategorycznie.

Wielki bliźniak stoi zaraz przy drodze w Cięcinie Górnej. Mieszkają w nim wspólnie Sylwia z rodziną, jej rodzice, brat, bratowa i młodsza siostra, gimnazjalistka. Nie było praktycznie dnia, by się nie widzieli. – Wnuczki nikt nie krzywdził – zarzeka się teraz babcia. – Bo przecież widziałabym, że dzieje się coś złego. Córka strasznie to maleństwo kochała. Zresztą Magdzia nie miała żadnych widocznych na ciele śladów po pobiciu. Pytałam o to pielęgniarki w szpitalu i mówiły, że dziecko jest czyściutkie. A że guza czy siniaka miało na czole, to pamiętam, że przy nas się uderzyło. Wie pani, jak to z dziećmi.

Wielokrotnie pobite(?)

Magdzia ma roczek. Waży osiem kilogramów. Podłączona do kilku rurek leży na oddziale intensywnej opieki medycznej w bielskim szpitalu pediatrycznym. Z poobijaną główką, całą w sińcach i guzach (“kalafiorowatą” – jak mówią specjaliści), nieproporcjonalnie powiększoną w stosunku do kruchego ciałka, z naderwanym uszkiem, obrzękiem mózgu. Lekarze stwierdzili, iż nie ma możliwości, by dziecko zrobiło to sobie samo. Nawet jeśli uległoby wypadkowi i np. wypadło z łóżeczka, miałoby jedno-, dwa obrażenia. Może przecięcie skóry, może stłuczenie czaszki. – Tymczasem Magdzia ma ślady po wielokrotnym pobiciu – kategorycznie twierdzą lekarze.

- Jakiej nienawiści trzeba, by tak okładać dziecko? – wyznaje (prywatnie) prokurator Małgorzata Strzelec-Szymik z Prokuratury Rejonowej w Żywcu. I służbowo już dodaje: – Dotychczas zabrany materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie rodzicom dziewczynki najpoważniejszych zarzutów, w tym znęcania się nad córką, trwającego od stycznia do lipca tego roku. Obecnie materiał dowodowy oceniać będą biegli.

Grzeczny i grzeczna

Sylwia ma 22 lata. Niska, niepozorna. Skończyła szkołę fryzjerską, ale pracy nie znalazła. – To taka grzeczna dziewczyna. Aż za grzeczna, bo niektórzy mówili na nią “ciapowata” – wspominają kobiety w sklepie spożywczym. – A mimo to znalazła porządnego chłopa. Rodzice się cieszyli, bo myśleli, że z taką nieśmiałością ciężko jej będzie wyjść za mąż.

Chłopak pochodził z Dolnej Cięciny. – Grzeczny, spokojny. Ani razu nie widziałam go pijanego. Zawsze kłaniał się z daleka – opowiada sołtysowa, Józefa Żur. Od wczesnej młodości przyjaźniła się – tak po sąsiedzku – z mamą Sylwii. Potem zaprzyjaźniły się też ich córki. Odwiedzały się wraz z dziećmi, przeglądały w katalogach kosmetyki, rozmawiały. – W domu Sylwii nigdy nie było biedy. Nawet zastanawialiśmy się, jak udaje im się tak dobrze prosperować, skoro on i ona bez roboty. Ale tam pomoc szła od jednych teściów i drugich. Wystarczy popatrzeć na stojące pod domem dziecięce traktorki i autka. To drogie zabawki i dzisiaj mało kogo na to stać – stwierdza pani Józefa.

Wypadła z chodzika

Pierwszy przyszedł na świat Adrian. Po roku Magdzia. Urodziła się z niedotlenieniem. W takich wypadkach nigdy nie wiadomo, czy dziecko będzie całkiem sprawne. Ale stan noworodka z godziny na godzinę się poprawiał. Już w pierwszej dobie życia podwyższono mu ilość punktów w skali Apgar z sześciu do dziewięciu. – A to oznacza, że maleństwo bierze się do życia – cieszyły się położne.

- Sylwia tak się cieszyła, że ma córeczkę. Zadzwoniła do mnie od razu z sali porodowej – wspomina babcia Magdzi.
Mała rozwijała się wolniej niż rówieśnicy. – Ale po buzi widać było, że dziecko jest normalne, nie wyglądało na opóźnione, ani na zestresowane – zarzekają się sąsiedzi. Gdy inne niemowlaki już raczkowały, ona dopiero siadała. Na rękach nosiła ją matka. – W maju Magdzia miała złamaną rączkę. Sylwia powiedziała nam, że córcia wypadła z chodzika – wspomina pan Józef.

Czy nie wydało się to podejrzane? – Dlaczego podejrzane? Dzieciom różne rzeczy się przytrafiają – odpowiada.

Głośna muzyka

Na początku tego roku Magdzia miała mocno uszkodzoną nóżkę. Potem dopiero rączkę. Już te dwa “wypadki” u kilkumiesięcznego zaledwie dziecka powinny – zdaniem prokuratora – zaniepokoić lekarza. Ale żadnych sygnałów od chirurga, ani z przychodni rejonowej nie było. Dziecko miało niedowagę i silną anemię. Babcia Magdzi nic złego nie zauważyła, choć pamięta, że dziecko często kwiliło.

Co stało się jednak owego tragicznego lipcowego dnia? – dokładnie nie wiadomo. Pewne jest, że dziecko z potwornie poobijaną głową wylądowało w szpitalu. – Córki przy tym nie było, tylko zięć. Sylwia była wtedy u mnie za ścianą – mówi pani Anna.- Może dziecko uderzyło się, potem zachłysnęło skórką od chleba. Może od urodzenia pozostały w mózgu jakieś krwiaki, co spowodowało tak krytyczny stan – babcia Magdzi szuka logicznego wytłumaczenia.

- Bo najgorsze jest to, że brakuje w tym wszystkim motywu. Przecież to jest porządna rodzina. Tam nie ma patologii. Tylko muzyki zawsze głośno słuchali, jak to młodzi – wspominają sąsiedzi.

Rodzice nie przyznają się do winy

Mama Magdy mówi, że podejrzewała męża o to, że bije dziecko, bo na jego widok płakało, poza tym miało guzy i zasinienia, ale bała się zareagować.

Tata dziewczynki w podobny sposób mówi o żonie. Nie reagował rzekomo, bo bał się rodzinnej awantury. Prokuratura na razie nie ujawnia więcej szczegółów, zasłaniając się dobrem śledztwa.

U Magdzi stwierdzono śmierć pnia mózgu. To proces nieodwracalny. Medycyna nie potrafi temu zaradzić. – Stan jest krytyczny, nie rokujący – wyjaśnia krótko ordynator OIOM-u w Szpitalu Pediatrycznym, doktor Joanna Wójcik.

Autor artykułu: Agata Paruch

Bielszczanin zginął, bo ustąpił miejsca w helikopterze

Tuesday, August 5th, 2003

22-letni Janusz z Bielska Białej zginął próbując wejść na jeden z najwyższych szczytów w Kazachstanie – Chan Tengri. Wychodząc z namiotu wpadł z kilkunastu metrów w skalną szczelinę. W poniedziałek Janusza, mającego objawy choroby wysokogórskiej, miał odwieźć do szpitala helikopter kazachskiej służby ratowniczej. Dzień wcześniej do szpitala odwieziono jego 23-letniego kolegę z Warszawy oraz młodą narciarkę z Zielonej Góry. Janusz nie zmieścił się w śmigłowcu… Miał pecha. Gdyby nie to, żyłby do dziś.

Fatalne warunki

- Tak złego roku w górach jeszcze nie było – mówi Michał Gryczyło, konsul polski w Ałma Acie. W rejonie gór Tien-szan, gdzie leży Chan Tengri, takiej zimy nie było od 10 lat. Warunki są fatalne. Temperatury dochodzą do minus kilkudziesięciu stopni, wieje silny wiatr ze śniegiem. Nie bez powodu Chan Tengri jest nazywana jedną z najzimniejszych gór na świecie. Ma też opinię jednej z najsurowszych – ze względu na ostre nachylenia. Zwana jest potocznie “Małym K-2″. Wyprawy organizują profesjonalne biura alpinistyczne – polskie i rosyjskie.

Jak udało nam się dowiedzieć, szczyt Chan Tengri próbuje od dwóch tygodni zdobyć sześcioosobowa wyprawa ze Śląska. Grupa Polskiego Klubu Alpejskiego z Tychów w ubiegłym roku próbowała zdobyć górę. Bez powodzenia. – To nie jest góra dla laika – mówi Joanna Rębilas z tyskiego klubu, która ma stałą łączność z kolegami z wyprawy na Chan Tengri. – Stare powiedzenie mówi, że dobry alpinista, to stary alpinista. Czasem ambicje trzeba odłożyć na bok. Wielu młodych ludzi o tym zapomina, bo liczy się tylko szczyt – dodaje alpinistka.
Tak było najprawdopodobniej z 22-letnim Januszem. Z naszych informacji wynika, że próbowali wejść bardzo szybko, bez potrzebnego czasu na zaaklimatyzowanie się. Janusz wchodził z kolegą od strony kirgijskiej.

Miał pecha

W czwartek 31 lipca, kazachskie służby ratownicze otrzymały wiadomość, że pomocy potrzebuje młoda Polka z Zielonej Góry. Spadła z góry zjeżdżając na nartach. Ma stłuczoną ręką i głowę. Jedno z rosyjskich biur, które organizują wejścia m.in. na Chan Tengri poinformowało, że na pomoc czeka również dwóch młodych Polaków i że trzeba ich szybko ewakuować. Znajdowali się na wysokości 5 tys. 600 m n.p.m. – Poprosiliśmy służby o pomoc – opowiada Michał Gryczyło, konsul polski w Ałma Acie. – Młodzi mężczyźni mieli ostre objawy choroby wysokościowej: halucynacje, zaburzenia orientacji, zawroty. Helikopter zwiózł turystów do bazy u podnóża południowego lodowca Inyłczek, od strony kazachskiej. Tam już czekała na transport Polka. Janusz, jako że czuł się najlepiej z całej trójki, został w bazie turystycznej. Nie zmieścił się do śmigłowca. Mieli po niego przylecieć w poniedziałek – opowiada konsul.

Najprawdopodobniej tragedia wydarzyła się w nocy, z soboty na niedzielę. Janusz miał rozłożony namiot. Wpadł w szczelinę obok namiotu. Nie wiadomo czy zabił się spadając z kilkunastu metrów, czy też utopił się na dnie szczeliny. – To straszne, raz uratowali mu życie. I gdyby nie to, że oddał miejsce w helikopterze, żyłby do teraz – mówi konsul Gryczyło.

Polska grupa z Polskiego Klubu Alpejskiego z Tychów dowiedziała się o tragicznym wypadku dopiero w poniedziałek. Początkowo służby MSZ myślały, że chłopak był z ich wyprawy. Jednak grupa z tyskiego klubu wchodziła od drugiej strony – Kazachstanu. Znali się z widzenia. Ich obozowiska sąsiadowały z sobą.

Alpiniści mówili, że wszystko trzymano w ścisłej tajemnicy, być może dlatego żeby nie wszczynać paniki wśród innych grup.

Czekają na ciało

Joanna Rębilas zapewnia, że wyprawa z Tychów jest dobrze przygotowana. Wszyscy to wytrawni alpiniści. Każdy ma ubezpieczenie alpinistyczne i opiekę kierownika wyprawy.
W górach są od 23 lipca, do zdobycia szczytu został im prawdopodobnie jeden dzień, choć warunki są niezwykle trudne.

Wczoraj polski konsul w Ałma Acie poinformował telefonicznie ojca zmarłego chłopaka. Prawdopodobnie dzisiaj ciało Janusza zostanie odtransportowane do Polski.

Jego kolega czuje się coraz lepiej. Wczoraj mógł już chodzić, ustąpiły halucynacje. Był załamany śmiercią kolegi. Prawdopodobnie ich wyprawa nie była odpowiednio przygotowana, chłopcy byli pasjonatami zdobywania szczytów. Profesjonalne przygotowanie wyprawy kosztuje ok. 1200 dolarów od osoby.

Chan Tengri leży w paśmie niebieskich gór Tien-szan
na pograniczu kazachsko–kirgizko–chińskim, między lodowcami
Północnym i Południowym Inyłczek.
To wysunięte najdalej na północ wielkie pasmo górskie Azji. Chan Tengri ma 7010 m n.p.m. Zbudowany z marmuru, jest stromy i niebezpieczny. Najlepsze warunki na wejście latem panują w sierpniu.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Ogień z nieba w Ruptawie

Tuesday, August 5th, 2003

Trzy ogniste kule o półmetrowej średnicy przeleciały nad Ruptawą – rolniczą dzielnicą Jastrzębia Zdroju.
Jedna z nich przebiła dach budynku gospodarczego i błyskawicznie wywołała pożar. Podmuch przewrócił jednego ze świadków. Mieszkańcy nie wykluczają, że nawiedziło ich UFO, strażacy i meteorolodzy opowiadają się za piorunami kulistymi.

- Nie wiem, czy to było UFO, ale było to dziwne i tajemnicze – drapie się w brodę Alfred Walica, właściciel gospodarstwa przy ul. Torowej, gdzie uderzyła ognista kula. Przebiła budynek gospodarczy przy kominie i wybuchła potężnym płomieniem. Spalił się doszczętnie dach i 7,5 tony siana, zanim strażacy uporali się z ogniem. – Dziwne, że ondulina na dachu, gdzie wpadła kula nie jest spalona, a wszystko wokół zwęglone. Co to za siła? – zastanawia się Walica.

Nie od Boga…

Ojciec pana Alfreda, 72-letni Ginter widział ognistą kulę przez okno. Właśnie zasiadał do piątkowego obiadu, około 14.50.

- Ogień pojawił się w sekundę. Przez całe życie czegoś takiego nie widziałem. Wybuch. Strach. To nie od Boga pochodzi panie, bo to był piorun straszny – mówił nam wczoraj pan Ginter. W piątek była burza i potężna ulewa. Wczoraj też na niebie pojawiły się chmury burzowe. – Lepiej się schowajmy, bo to teraz nic nie wiadomo. Wtedy też taka mała była – radził pan Ginter.

- Człowiek nie myślał, że go takie coś w życiu spotka. Szczęście, że nikomu się nie stało. W budynku były prosiaki i przeżyły. To cud – mówi pan Alfred. – Dobrze, że krowa była na polu.

Potężny podmuch

Pierwszą kulę jako pierwszy widział sąsiad Waliców, 15-letni Wojtek Brzuska, mieszkający po drugiej stronie drogi.
- Zaraz poleciałem do domu z krzykiem, bo nigdy czegoś takiego nie widziałem. Leciało i huczało. Strachu się najadłem – mówi chłopiec. W tym momencie w kilkunastu domach przestały działać telefony. Jeszcze wczoraj w kilku domach nie było sygnału. U Waliców spaliła się “satelita” i telewizor, zanim wybiło bezpieczniki. Straż pożarną wezwano przez komórkę.

Drugą kulę widziała starsza siostra chłopca i ich ojciec, pan Alojzy. Przeleciała z hukiem kilkadziesiąt metrów od niego. – Biegłem na ratunek sąsiadom, bo od 49 lat jestem strażakiem ochotnikiem. Podmuch z tego czegoś był tak wielki, że się przewróciłem prosto na twarz. Jak nigdy się nie bałem, tak teraz już niczego nie jestem pewien – kiwa głową pan Alojzy. Mieszkańcy przebąkują coś o UFO, ale wolą już wierzyć w kulisty piorun.

- Słyszałem, że są takie, co nic nie niszczą, a inne wyrządzają szkody. Ale nikt nie wie, jak to się dzieje – dodaje pan Alojzy.

Szybki ogień

Według relacji mieszkańców, dwa świecące obiekty z wyraźnym sykiem poleciały w stronę pobliskich transformatorów i tam zniknęły, nie robiąc nikomu krzywdy.

Jastrzębscy strażacy na razie przyjęli wersję, że w Ruptawie pojawiły się pioruny kuliste. Faktem jest, że choć pojawili się na miejscu już cztery minuty po zgłoszeniu, ogień był niespotykanie duży.

- My w UFO nie wierzymy, ale czegoś takiego jeszcze u nas nie było – uśmiecha się Jan Kieloch, dowódca akcji z jastrzębskiej komendy Państwowej Straży Pożarnej. – Dach w zasadzie spłonął doszczętnie, ale na szczęście uratowaliśmy przylegającą stodołę i dom.

Właściciel oszacował straty na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Budynek był ubezpieczony.

Co to jest piorun kulisty?

Piorun kulisty to świecąca kula o średnicy od kilku do kilkudziesięciu centymetrów. Kolor jest różny, od czerwono–pomarańczowego do niebiesko-fioletowego i może się zmieniać. Piorun kulisty wydaje się być również nieco lżejszy od powietrza. Może się poruszać we wszystkich kierunkach, wydaje również dźwięk (syczenie lub warczenie). Powstaje przeważnie podczas burzy, podczas wyładowania pioruna liniowego i w okolicach linii wysokiego napięcia. Czas życia pioruna to od kilku do kilkudziesięciu sekund. Po tym czasie piorun po prostu znika, niektórzy twierdzą, że końcową fazą życia pioruna jest eksplozja.
Wiele osób widziało pioruny kuliste, na całym świecie udało się nawet zrobić kilkanaście zdjęć. Nikt jednak nie wie czym dokładnie jest piorun kulisty. Ze względu na niesamowitość tego zjawiska, jego badanie jest niezwykle trudne. Piorun kulisty jest zjawiskiem fizycznym. Jest to w jakiś sposób zgromadzona energia w małej objętości ośrodka (powietrza). Tak jak w zwykłym piorunie (liniowym), ładunki elektryczne przepływają wzdłuż pioruna, tak w piorunie kulistym ładunki wydają się pływać w kółko, powodując świecenie się ośrodka. Naukowcy nie potrafią wytłumaczyć, jak to jest możliwe, że prąd płynie w kółko i to w powietrzu. To wbrew wszelkim znanym zasadom fizyki i prawom chemicznym. √ oprac. jac

ekspert

Niezbadane
i nieznane

Janusz Jawor, meteorolog z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej
w Katowicach:
Ostatni sygnał o pojawieniu się na Śląsku pioruna kulistego mieliśmy chyba półtora roku temu. Było to gdzieś niedaleko Katowic. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że to bardzo rzadkie zjawisko atmosferyczne, pojawiające się w czasie burz, zazwyczaj w pobliżu linii wysokiego napięcia. Jesteśmy dalecy od tego, by sądzić, że to dzieło jakichś pozaziemskich cywilizacji. Jednak naukowcy do dzisiaj nie są w stanie dokładnie określić, w jaki sposób i dlaczego powstaje piorun kulisty. Na te pytania nauka nie potrafi znaleźć odpowiedzi.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Jak domek z kart

Tuesday, August 5th, 2003

15 osób w szpitalu – to efekt katastrofy budowlanej, która wydarzyła się wczoraj wieczorem w trakcie prac nad nowym wiaduktem drogi ekspresowej Bielsko-Cieszyn.
Spod gruzów udało się wyciągnąć wszystkich poszkodowanych.

Około 19.30 na wiadukcie w Ogrodzonej rozpoczęła się wylewka betonu. Kilkanaście minut później w dół runęło ponad 300 ton betonu oraz drugie tyle metalowych zbrojeń i rusztowań, pociągając za sobą 15 robotników, którzy pracowali na wiadukcie. – Druga zmiana przed chwilą rozpoczęła pracę. Podjeżdżały ,gruszki” z betonem. Wylewaliśmy 125 kubików, a każdy to ponad dwie tony. Nie mogliśmy przewidzieć, że to runie jak domek z kart. To był dosłownie moment i moi koledzy spadali kilka metrów w dół wraz z masami betonu i żelastwa – mówił nam wczoraj Bogusław Wątor, jeden z robotników.
W wypadku zostało rannych 15 ludzi. Spod gruzów wyciągali ich koledzy, strażacy, policjanci i okoliczni mieszkańcy. Rannych odwieziono do szpitala w Cieszynie i Jastrzębiu Zdroju. Stan dwóch jest poważny.

- Robiliśmy, co mogliśmy. Razem wyciągaliśmy ludzi z tego zwałowiska i przenosiliśmy w bezpiecznie miejsce. Kładliśmy ich pokotem na ziemi, a lekarze udzielali pierwszej pomocy. Karetki odjeżdżały jedna za drugą. Ostatniego wyciągnąłem mojego sąsiada. Potem zadzwoniłem do jego żony, ale żeby jej nie straszyć powiedziałem tylko, że tyłek sobie trochę obtarł. Od razu pojechała do szpitala – relacjonował ogniomistrz Józef Wojtyła, dowódca ekipy strażaków ze Skoczowa, którzy jako pierwsi przybyli na miejsce.
W katastrofie nikt nie zginął, bo w momencie, gdy wszystko się zawaliło, nikogo nie było pod wiaduktem. Bez uszczerbku z opresji wyszło 8 robotników i 2 pracowników umysłowych. Szefowie budowy natychmiast spisali nazwiska wszystkich ocalałych i poszkodowanych. Po porównaniu tego z listą obecnych na budowie okazało się na szczęście, że nikogo nie brakuje, a zatem nie ma nikogo pod gruzami.

Nie wiadomo, co było przyczyną katastrofy. – Rusztowania były wykonane zgodnie ze sztuką budowlaną, a wszelkie projekty wcześniej zaakceptowane przez nadzór budowlany- zapewniał tuż po wypadku Bogusław Lipus z Dromexu Cieszyn, firmy, który jest wykonawcą drogi ekspresowej Bielsko-Cieszyn. – Trudno powiedzieć, czy zawinił człowiek. Gdyby to było coś przewidywalnego, na pewno nie dopuścilibyśmy do tej katastrofy – powiedział Mariusz Potępa, dyrektor kontraktu budowy tego odcinka eskpersowej.

Autor artykułu: Krzysztof Bąk