Archive for September, 2003

Chory szpital

Wednesday, September 17th, 2003

Prokuratura Okręgowa w Gliwicach zajmuje się aferą w rybnickim szpitalu psychiatrycznym od połowy lipca. Wtedy dyrektor Stanisław Urban zarzucił dwóm lekarzom wystawianie nieprawdziwych diagnoz. 11 sierpnia śledztwo w tej sprawie wszczął wydział antykorupcyjny śląskiej policji.

- Sprawa dotyczy przedstawiania fałszywych opinii psychiatrycznych przez biegłych lekarzy – wyjaśnia Ewa Zajączkowska z gliwickiej prokuratury. W toku postępowania zabezpieczono już dokumentację ok. 150 pacjentów. – Ich treść jest kwestionowana i obecnie po kolei są weryfikowane. Każdy pacjent musi być jeszcze raz zbadany przez innych psychiatrów. To tytaniczna praca.

Pojedynek lekarzy

Sytuacja w rybnickim szpitalu od dawna była napięta. W Urzędzie Marszałkowskim, który jest organem założycielskim placówki przyznają, że korespondencja z wzajemnymi oskarżeniami z tego szpitala napływa bardzo często. Wczoraj dowiedzieliśmy się też, że jeden z ordynatorów złożył doniesienie do gliwickiej prokuratury przeciwko… dyrektorowi Urbanowi.

- Chodzi o przetrzymywanie pacjentki na oddziale bez jej zgody. Z doniesienia wynika, że nie poprosił, do czego jest zobowiązany, innego lekarza o jej zbadanie by zweryfikować własną diagnozę – mówi prokurator Zajączkowska.

- To zemsta za to, że staram się zrobić porządek. Wszyscy wiedzą, że tutaj za gotówkę można było wiele załatwić – twierdzi dyr. Urban, który kieruje szpitalem od ponad dwóch lat.

- Ośmiornicę stworzył w tym szpitalu pan dyrektor. Skłócił personel i sam jest umoczony w wiele niejasnych spraw – ripostuje dr Andrzej Baranowski. Zarówno na niego jak i dr. Hansela czekała wczoraj decyzja o zawieszeniu w obowiązkach.

Wypuścili przestępcę

Stanisław Urban w ciągu ostatniego roku przejrzał kilkaset kartotek pacjentów. Zainteresowało go to, że kiedy tylko rozpoczynał się pobór do wojska, do szpitala masowo trafiali poborowi.

- Część hospitalizacji trwała bardzo krótko, a lekarz wydawał orzeczenie o nieprzydatności do służby wojskowej – wyjaśnia dyrektor. – Potem pacjent wracał do domu i nie było śladu o dalszym leczeniu, a przecież choroby, które u nich stwierdzano, wymagały leczenia.

Jeden z nich sam przyznał w rozmowie z Urbanem, że “zapłacił za chorobę”. Stało się to po przebadaniu go przez dyrektora, który nie zauważył nawet części objawów, które wcześniej stwierdził jeden z lekarzy. Koronnym dowodem przeciwko tej dwójce jest jednak sprawa mężczyzny, który spowodował poważny wypadek drogowy. Doktorzy Hansel i Baranowski mieli na życzenie prokuratury sporządzić opinię, z której wynikało że potrzebny jest mu długi pobyt w szpitalu psychiatrycznym.
A potem zwolnili go do domu…
- I to wszystko w czasie, kiedy prokuratura przysyłała do nas kolejne pisma z pytaniem, kiedy będą mogli go przesłuchać – twierdzi Urban. – Oni po prostu wypuścili przestępcę, który nie został zatrzymany do dziś.

Trzymał rękę na pulsie

Hansel i Baranowski się bronią. Ich zdaniem Urban ma marne pojęcie o orzecznictwie sądowym i od dawna chce ich zniszczyć. – Orzecznictwo to pieniądze, a on już rok temu stworzył listę swoich lekarzy-biegłych, na której nas nie było – denerwuje się dr Joachim Hansel. – Słyszeliśmy wielokrotnie, że trzeba z nami skończyć.

- Dziś rano Baranowski krzyczał, że zamierza wykorzystać każde moje słowo przeciwko mnie – odpowiada Urban i dodaje, że potrafi spojrzeć sobie w twarz. – Robię co muszę, bo przecież to co się działo w tym szpitalu kiedy przyszedłem, było przerażające.

Mówi, że już rok temu o swoich podejrzeniach dyrektor poinformował Urząd Marszałkowski. – Kazali mi trzymać rękę na pulsie – wyjaśnia. – Ale nie można było tego dłużej ukrywać, dlatego zawiadomiłem prokuraturę.

A dlaczego nie zainteresował sprawą rybnickiej prokuratury rejonowej, tylko od razu wybrał gliwicką “okręgówkę”?
- Niech pan sobie sam odpowie na to pytanie – odpowiada.

Cztery teczki prokuratora

Co ciekawe, to nie jedyna sprawa dotycząca rybnickiego szpitala dla psychicznie chorych, którymi zajmują się organy ścigania. Od kilku miesięcy rybnicka prokuratura bada także sprawę dotyczącą darowizn, które pobierano tu od psychicznie chorych pacjentów. Chodzi o kilkadziesiąt tysięcy złotych, pobranych w latach 2000- 2003.

- Zabezpieczona dokumentacja pozwala przypuszczać, że do takich sytuacji dochodziło już od połowy lat dziewięćdziesiątych – mówi prowadzący sprawę prokurator Marcin Felsztyński z Prokuratury Rejonowej w Rybniku.
Obecnie rybnicka prokuratura czeka na opinię biegłych psychiatrów którzy określą, czy pacjenci w chwili przekazywania pieniędzy na rzecz szpitala mieli tego świadomość. Doniesienie do prokuratury złożyła również dyrekcja szpitala po tym, jak jedna z pielęgniarek została przyłapana na wyciąganiu pieniędzy od pacjentów. Obecnie śledztwo obejmuje kilkanaście wątków, o których prokuratorzy na razie nie chcą się wypowiadać.

- Nie przedstawiliśmy nikomu zarzutów – mówi Felsztyński.
Wiadomo jedynie, że badane są wątki dotyczące m.in. niewłaściwego zachowania średniego personelu medycznego i kuratorów wobec pacjentów, jak i niewłaściwego księgowania prowadzonego w szpitalu. Na prokuratorskie biurko trafiły też doniesienia o nieprawidłowości w dokumentacji przetargowej, i nieodpowiednim obiegu dokumentacji medycznej.

Dodajmy, że na dzień 31 lipca 2003 roku długi szpitala wynosiły już prawie 7,5 mln złotych.

Kasa a zdrowie

Mówi Wojciech Zamorski, rzecznik prasowy Urzędu Marszałkowskiego:

Chwała dyrektorowi, że tak zawzięcie piętnuje korupcję. Sprawą zajmuje się prokuratura i my z niecierpliwością czekamy na efekty, bo na razie nie ma tu orzeczenia o winie. Chcielibyśmy jednak również uzyskać wreszcie od niego plan naprawczy dla prowadzonego przez niego szpitala, który miał w nasze ręce trafić w poniedziałek. Inne szpitale dały sobie z tym radę, a rybnicki nie. Zresztą jest wiele zastrzeżeń do tego co się tam dzieje. Pytamy na przykład, dlaczego placówka mająca takie kłopoty finansowe, przyjęła ostatnio do pracy aż 60 osób? Chciałbym przez to powiedzieć, że dyrektor mógł do nas zgłosić swoje podejrzenia, ale my nie jesteśmy od rozstrzygania kwestii medycznych. O tym, czy orzeczenia obu ordynatorów były słuszne, wypowie się regionalny specjalista ds. psychiatrii, który został już o całej sprawie powiadomiony, a my znamy się na pieniądzach i o nich możemy rozmawiać. A z gospodarowaniem nimi nie jest chyba najlepiej…

Bohaterowie afery mają głos

Stanisław Urban, dyrektor rybnickiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych:

Zwyczajowa obserwacja sądowo-psychiatryczna powinna trwać co najmniej 28 dni. W naszym szpitalu lekarze ograniczali ją do 20 dni, z czego 16 podejrzany spędzał na przepustce we własnym domu. A potem z satysfakcjonującą go opinią wracał do domu.

dr Joachim Hansel:

Nikt nigdy nie złożył na mnie skargi, a od wielu lat pracuję jako biegły sądowy. Poza tym każdą zleconą opinią o podejrzanym zajmuje się sąd. Jeśli uzna że jest niewiarygodna, może poprosić o jej powtórzenie przez innych lekarzy. Często są to opinie rozbieżne.

dr Andrzej Baranowski:
Dlaczego dyrektor Urban chce nas zawiesić w obowiązkach dopiero teraz? Przecież doniesienie do prokuratury złożył
dwa miesiące temu, powinien to zrobić właśnie wtedy! Co się
zmieniło od tego czasu?

Autor artykułu: Maciej Kołodziejczyk, jac

Zabili i okradli

Wednesday, September 17th, 2003

Czterech mężczyzn podejrzanych o dokonanie 11 września zabójstwa w willowej dzielnicy Bielska-Białej, których w sobotę zatrzymała policja w Jarosławiu na Podkarpaciu, zostało wczoraj aresztowanych na 3 miesiące. – Dwóch z nich pochodzi z Bielska-Białej, dwaj pozostali pochodzą ze Śląska. Udało się już wytypować dwóch domniemanych sprawców morderstwa.

Bandyci włamali się do domu ofiary, udusili mężczyznę, a następnie splądrowali mieszkanie. Z domu skradli sprzęt komputerowy, artykuły AGD i biżuterię. Z garażu ukradli volkswagena golfa. Do zatrzymania podejrzanych przyczynili się sąsiedzi zamordowanego, którzy zwrócili uwagę na obcych. – Po zatrzymaniu przestępców udało się odzyskać sprzęt elektroniczny na łączną sumę 20 tysięcy złotych – informuje st. asp. Urszula Szatkowska, rzecznik prasowy bielskiej policji. W trakcie dochodzenia okazało się, że ta sama grupa kilka dni wcześniej włamała się do szkoły podstawowej w Lasie na Żywiecczyźnie, skąd ukradli czeki oraz dokumenty. – Już dziś wiemy, że w tej sprawie będą kolejne zatrzymania – dodaje Szatkowska.

Autor artykułu: hum

Studentów żal

Thursday, September 11th, 2003

Studenci III roku zamiejscowego Oddziału Politechniki Śląskiej w Dąbrowie Górniczej na próżno szukali wczoraj w siedzibie uczelni przy ul. Augustyniaka kogokolwiek z dziekanatu, u kogo mogliby złożyć indeksy po odbyciu wakacyjnych praktyk. W korytarzach uczelni zastali tylko sprzątaczki, a na drzwiach informację, że zamiejscowy oddział politechniki w Dąbrowie Górniczej został zlikwidowany.

- Nie wierzyłam, że do tego dojdzie – żali się Monika Kostępska z Dąbrowy Górniczej, studentka III roku, wydziału mechaniczno-technologicznego. – Wszystkim nam do końca wydawało się, że władze miasta dogadają się z władzami uczelni.

Miasto nic nie wiedziało
W lutym tego roku władze Dąbrowy Górniczej oficjalnie poinformowały władze uczelni, iż te nie mają co liczyć na obiecany wcześniej budynek po dawnym magistracie przy ul. Kościuszki. Dodatkowo miasto nie przekazało na utrzymanie uczelni ani grosza, a poprzednie władze przekazywały na ten cel około 2 mln złotych. Przed dąbrowskim oddziałem Politechniki Śląskiej stanęło widmo likwidacji. Studenci protestowali zbierali podpisy, a prezydent miasta Jerzy Talkowski obiecał im, że uczyni wszystko, by około 1300 zagłębiowskich studentów nie musiało dojeżdżać do Gliwic. Co z tych obietnic zostało do dziś?

- Ze strony prezydenta Talkowskiego jest maksimum dobrej woli. Niestety, ze strony władz uczelni nie – twierdzi Jolanta Kocjan, rzecznik prasowy Urzędu Miejskiego w Dąbrowie Górniczej. – O decyzji likwidacji zamiejscowego oddziału Politechniki Śląskiej nic nie wiedzieliśmy.

Uczelnia to nie piłeczka
Prorektor Politechniki Śląskiej w Gliwicach Ryszard Wilk potwierdza fakt likwidacji oddziału w Dąbrowie Górniczej. – Władze miasta zaproponowały warunki nie do przyjęcia – mówi R. Wilk. – Brak udziału w finansowaniu dąbrowskiego oddziału, wycofanie się z obietnic przekazania uczelni dodatkowych obiektów, ale przede wszystkim niepokoi nas fakt, iż staliśmy się piłeczką pingpongową służącą do politycznych rozgrywek pomiędzy władzami miasta, a Radą Miejską, a na to pozwolić sobie nie możemy.

Ucierpią studenci
Na braku porozumienia na linii władze uczelni – władze Dąbrowy Górniczej ucierpią jedynie Bogu ducha winni studenci. – Wielu moich kolegów i koleżanek zapowiada, że zrezygnuje ze studiów, bo codzienne dojeżdżanie do Gliwic będzie zbyt drogie i uciążliwe – dodaje studentka M. Kostępska z Dąbrowy Górniczej.


Adam Krzypkowski Będzina, student III roku:
Mój kolega z pierwszego roku już zapowiedział, że zrezygnuje z dalszego studiowania na Politechnice Śląskiej, gdyż po kalkulacji wyszło mu, że tyle samo go będzie kosztowało przeniesienie się na płatne studia zaoczne, co codzienny dojazd do Gliwic. Mnie szkoda tych trzech lat studiowania więc, choć to duży problem, będę dojeżdżał.

Katarzyna Szleper z Będzina, studentka II roku:
Tylko dlatego złożyłam papiery do tej uczelni ponieważ miała swój oddział w Dąbrowie Górniczej. Niestety, okazuje się, że będę musiała zamiast do Dąbrowy jeździć do Gliwic, a to dla mnie zasadnicza różnica. Niepotrzebna strata czasu i pieniędzy.

Autor artykułu: Krzysztof Dulko

Do prokuratora i do stolicy

Thursday, September 11th, 2003

Kompania Węglowa, typując kopalnie do zamknięcia, popełniła przestępstwo opierając się na nierzetelnych danych – twierdzą związkowcy. Wczoraj złożyli doniesienie o przestępstwie do Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

O nieprawdziwych danych, którymi posługiwała się Kompania Węglowa, tworząc listę kopalń do likwidacji, pisaliśmy już we wtorek. Ujawniliśmy, że Zakład Górniczy “Bytom II” może wydobywać więcej węgla niż utrzymuje Kompania i to o prawie 2 mln ton. Dlaczego? Zarząd Kompanii nie wziął pod uwagę pokładu 510 w filarze szybu Lompa. Poza tym Kompania tłumaczyła, że likwiduje najgorsze kopalnie. Tymczasem “Bytom II” od lutego do lipca tego roku przyniósł najmniejsze straty ze wszystkich. Kopalni “Bolesław Śmiały” zarzucono niską jakość węgla, choć otrzymała ona ostatnio premię za dostawy wysokokalorycznego węgla do Austrii.

- Kopalnie do zamknięcia wybrali z kapelusza, są na to dowody – mówi Piotr Luberta, przewodniczący Związku Zawodowego Ratowników Górniczych.

Związkowcy z “Bytomia II” powołują się również na przepisy prawa geologicznego i górniczego, z których wynika że “wygaszanie”, jak mówi o likwidacji Kompania Węglowa, będzie przebiegać wbrew warunkom określonym w koncesjach i projektach zagospodarowania złoża. Mówiąc wprost, złoże zostanie bezpowrotnie stracone. Grozi za to do trzech lat więzienia.

Związkowcy składając wczoraj doniesienie do prokuratury, powołali się na porozumienie z 11 grudnia ub. r., które podpisało 11 central związkowych, poza “Solidarnością”. – Rząd powołuje się na ustawę, której jeszcze nie ma, co przeczy porozumieniu – mówi Luberta. Twierdzą również, że Kompania działa na szkodę Skarbu Państwa.

Nie ustaje protest na dachu zakładu przeróbczego oraz pod ziemią w kopalni “Centrum” w Bytomiu. Górnicy strajkują rotacyjnie. Mówią, że jednoczą się z kolegami, którzy jadą do stolicy. Od dwóch tygodni trwa okupacja siedziby Kompanii Węglowej. 40 okupujących ją związkowców wyjdzie dziś przed budynek. Na znak solidarności z manifestantami będą chodzić po pasach. Być może rozpoczną głodówkę.

Autor artykułu: IKA

Jest efekt publikacji “Trybuny Śląskiej”: Prześwietlą prezesa

Thursday, September 11th, 2003

Na wniosek prokuratury policja wszczęła dochodzenie w sprawie nieprawidłowości w Stowarzyszeniu Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę.

- Postępowanie dotyczy ewentualnego wyłudzenia przez prezesa pieniędzy z kasy stowarzyszenia – wyjaśniła nam kom. Magdalena Szymańska-Mizera, rzecznik katowickiej Komendy Miejskiej Policji.

Dobrze, że jesteście
Śledztwo prowadzi Prokuratura Rejonowa Katowice-Zachód. Nieprawidłowości wykryła “Trybuna Śląska”. Już w czerwcu tego roku napisaliśmy, że szef katowickiego oddziału SPP Mirosław Podsiadło z kasy stowarzyszenia finansował m. in. kampanię do Sejmu w 1997 roku. Od tamtej pory sprawę bada zarząd główny stowarzyszenia. Według wielu członków stowarzyszenia, sprawie próbowano “ukręcić łeb” i załatwić wewnątrz stowarzyszenia. Marian Nawrocki, prezes zarządu SPP w Warszawie tłumaczył nam w sierpniu, że zależy mu na jej wyjaśnieniu i “jak przyjdzie czas, podejmie działania statutowe”, dotyczące przekazania sprawy organom ścigania.
Nie zdążył. Kilku niezadowolonych z całej sytuacji szeregowych członków postanowiło napisać o całej sprawie do katowickiej prokuratury.

Przesłuchano już Aleksandrę Czekatowską, byłą księgową stowarzyszenia. – Potwierdziłam, że Podsiadło brał pieniądze. Dobrze, że jesteście wy i policja. Może teraz wreszcie wszystko się wyjaśni – powiedziała nam we wtorek Czekatowska. Jej rola w wyjaśnieniu nieprawidłowości jest znacząca, bo była bezpośrednim świadkiem wyprowadzania pieniędzy w czasie kampanii. – Gdy pytałam, kiedy zostaną zwrócone, prezes Podsiadło odpowiadał, że wszystko będzie załatwione – przypomina Czekatowska.

Wspólny sukces
“Trybuna Śląska” ujawniła nieprawidłowości dzięki informacjom i dokumentom udostępnionym nam przez samych członków stowarzyszenia, niezadowolonych z postępowania Mirosława Podsiadło. Po naszych publikacjach Wojewódzka Komisja Rewizyjna wykryła w stowarzyszeniu wiele nieprawidłowości finansowych – m. in. brak dokumentów i źle wypełnione delegacje. Zarzuty oficjalnie potwierdzono w minioną niedzielę i poniedziałek – na obradach głównej komisji rewizyjnej w Warszawie. Wzięła w nich udział Maria Brodzińska, przewodnicząca wojewódzkiej komisji rewizyjnej.
- Przygotowano wnioski, które będą przedstawione prezydium stowarzyszenia 17 września – powiedziała na wczoraj Maria Brodzińska.

Jak się dowiedzieliśmy nieoficialnie, jeden z wniosków dotyczy odwołania prezesa Podsiadło ze stanowiska.
W sierpniu prezes Podsiadło oddał do kasy stowarzyszenia prawie 6600 zł. – Dla mnie to oznacza przyznanie się do winy – stwierdził przewodniczący Nawrocki.

- To czasu oficjalnych ustaleń naszej centrali w Warszawie nie będą niczego komentował – mówi Podsiadło.

“Trybuna Śląska” dysponuje protokołem pokontrolnym wojewódzkiej komisji rewizyjnej Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę. Kontrola wykazała szereg niejasności finansowych i wykazała, że prezes Podsiadło finansował ze środków stowarzyszenia swoją kampanię wyborczą do Sejmu w 1997 roku. Jeden z najpoważniejszych zarzutów dotyczy braku tzw. kart księgowania analitycznego z 1997 roku, stwierdzających na jakie cele pobierano pieniądze. Inne dotyczą wynajmowania sal na potrzeby spotkań z wyborcami, m.in. w Rudzie Śląskiej.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Zagłębie Sosnowiec – Walka Zabrze 6:2

Monday, September 8th, 2003

Piłkarze sosnowieckiego Zagłębia potwierdzają, że są najpoważniejszym kandydatem do awansu do drugiej ligi. W nowym sezonie nie doznali jeszcze porażki. Zwycięstwo nad Walką Zabrze było ich piątym z kolei.

Zanim sędzia rozpoczął spotkanie, piłkarze i kibice minutą ciszy uczcili śmierć Witolda Szyguły znakomitego przed laty piłkarza ROW Rybnik i Zagłębia. W sobotę, w Chorzowie odbył się jego pogrzeb.

Większość zespołów, grając w Sosnowcu, nastawia się na obronę. Piłkarze Walki postąpili inaczej. Zaprezentowali otwartą piłkę i już w 7 minucie mogli objąć prowadzenie. Bliski wykorzystania błędu sosnowieckiego bramkarza, Grzegorza Kurdziela, był Marcin Kocur. Piłka po jego strzale głową przeleciała jednak obok bramki. Chwilę później, po drugiej stronie boiska, bardziej skuteczny był Mariusz Ujek. Napastnik Zagłębia popisał się efektownym strzałem głową i piłka wylądowała w lewym, górnym rogu bramki Walki. – Nie mnie oceniać urodę gola. Kiedyś, grając w Górniku Polkowice, zdobyłem bramkę strzałem “nożycami”. Była równie efektowna – mówił Ujek.

Strata bramki nie zniechęciła gości. Zabrzanie nadal starali się atakować. W ciągu pięciu minut sam Krystian Sosna mógł strzelić trzy gole, ale zabrakło mu skuteczności. Nie potrafił trafić do siatki nawet będąc w sytuacji sam na sam z bramkarzem Zagłębia.

Końcówka pierwszej połowy to popis gry sosnowiczan. Bezbłędnie wykorzystali błędy w obronie gości. Efektem były trzy kolejne bramki, a mogło być ich jeszcze więcej, gdyby Dawid Skrzypek i Tomasz Łuczywek wykorzystali doskonałe sytuacje. – Trener uczulał nas, że Walka będzie próbowała nas łapać na spalone. Wykorzystaliśmy to. Dobrze funkcjonowało ostatnie podanie otwierające drogę do bramki – stwierdził Skrzypek. – Moi obrońcy liczą sobie ponad 30 lat. Są wolni i rywale to wykorzystali – przyznał Zdzisław Iwański, trener Walki.

Po przerwie kibice nadal nie mogli narzekać. Obie drużyny cały czas dążyły do strzelenia kolejnych bramek. Nie brakowało efektownych akcji i parad bramkarskich. Nieoczekiwanie pierwsi gole zaczęli zdobywać przyjezdni. W 70 minucie zabrzanie przegrywali już tylko 2:4. – Taką drużynę jak Walka należało dobić. Tymczasem daliśmy sobie strzelić gole i dlatego, choć wysoko wygraliśmy, nie jestem do końca zadowolony z meczu – stwierdził po ostatnim gwizdku sędziego Ujek.

Gospodarze opanowali jednak sytuację i do końca spotkania kontrolowali przebieg meczu. W końcówce jeszcze dwukrotnie udało im się zaskoczyć defensywę Walki rozwiewając nadzieje gości na remis.

Autor artykułu: mim

Reprezentacja jest już na Śląsku

Monday, September 8th, 2003

Dziesięć minut przed czasem wylądował w Pyrzowicach samolot czarterowy LOT-u, na którego pokładzie wróciły z Łotwy obie zwycięskie reprezentacje. Podróż miała trwać dłużej, ale kapitan zapowiedział, że nastąpiło coś, co rzadko się zdarza. Z okazji zwycięstwa maszynę wpuszczono do kanałów powietrznych prowadzących najkrótszą drogą do Katowic, choć pierwotna trasa była nieco wydłużona. Jak się jednak okazało, oszczędność była pozorna, bo na samym lotnisku panował niewyobrażalny bałagan, którego doprawdy trudno było się spodziewać ponieważ – wbrew dotychczasowym zasadom – w trosce o porządek zabroniono wstępu na płytę lotniska fotoreporterom. Były to jednak widocznie jedynie działania pozorowane.

Dwa to tłok
Tuż przed czarterowym samolotem reprezentacji lądowała rejsowa maszyna z Frankfurtu. Jak się okazało, spowodowało to spore komplikacje w pracy portu.

- Nie spodziewałem się takiego powitania – żartował jeden z turystów, który jako pierwszy wszedł do holu i z zaskoczeniem spojrzał w wycelowane w niego aparaty fotograficzne i dziennikarzy stłoczonych w tłumie osób oczekujących na gości podróżujących z Niemiec.

Po kilkunastu minutach pojawił się wreszcie selekcjoner Paweł Janas, a po nim… długo, długo nikt, nie licząc kolejnych wujków, siostrzenic i przedstawicieli niemieckich firm.

- Jasna cholera, zgubiły się nasze bagaże – gorączkowali się przedstawiciele sztabu szkoleniowego.

Okazało się, że z luku bagażowego wyciągnięto zaledwie część ładunku ekipy. Zamieszanie i irytacja trwały długo, zanim wreszcie kolejni piłkarze zaczęli docierać do dwóch autokarów. Pierwszy kierował się do Świerklańca, drugi – z kadrą młodzieżową – do Wodzisławia, gdzie jutro odbędzie się mecz U-21 ze Szwedami.

Kraksa z sekretarzem
Z pozbawionej klimatyzacji sali zawodnicy wychodzili spoceni, ale w dobrych nastrojach. Nawet ci, którzy nie mogą być pewni występów w meczach przeciwko Szwedom.
- Czy zagram? Lekarze szanse oceniają pół na pół, ale jestem dobrej myśli – stwierdził bramkarz młodzieżówki Tomasz Kuszczak, który ma kłopoty z barkiem.

W pierwszej reprezentacji ciągle pod znakiem zapytania stoją Radosław Kałużny i Artur Wichniarek.

- Nie jest źle – ocenił swoje zdrowie “Wichniar”, ale wtajemniczeni twierdzą, że do środy może nie odzyskać pełnej sprawności.

Niewiele brakowało, a kontuzji doznałby także sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina, gdy rozpędzony Sebastian Olszar dobił do niego wózkiem bagażowym.

Hummer nie dla Dudka
Ponieważ oczekiwanie na kolegów mocno się przedłużało szczęściarze, którzy opuścili halę przylotów wcześniej starali się znaleźć sobie zajęcie. Nie inaczej było z Jerzym Dudkiem. Bramkarz Liverpoolu opuścił autokar i pomaszerował na inną część parkingu, by podziwiać hummera, mającego wojskowy rodowód jedno z najdroższych aut świata, których w Polsce jest kilkanaście.

- Nic dziwnego, że ten jest na amerykańskich blachach – pokręcił głową Dudek.

Czyżby gwiazda polskiej piłki chciała jeździć takim pojazdem jaki posiada bokser Andrzej Gołota?

- Nie ma mowy, ten samochód nie jest dla normalnych ludzi – żartował Dudek.

Woda z masłem
Pomimo atmosfery rozluźnienia wyczuwało się jeszcze emocje związane z ostatnim i następnym występem w eliminacjach mistrzostw Europy.

- Przed meczem z Łotwą do Jacka Krzynówka zadzwonił jeden z byłych klubowych kolegów, chyba Litwin, i zdradził, że Łotysze przed meczem polewają boisko wodą z… masłem, żeby piłka miała dodatkowy poślizg – zdradził Dudek. – Fakt, że murawa była obficie zroszona, ale niewiele im to pomogło.

Sporo pytań dotyczyło oczywiście momentu, gdy bramkarzowi trzeba było udzielić w czasie meczu pomocy lekarskiej.
- Mam siniaka na piszczelu, ale bez obaw, ani przez chwilę nie pomyślałem, że mogę opuścić boisko albo nie zagrać w środę – uspokajał zainteresowanych polski bramkarz.

Tajemnicze premie
Prezes PZPN Michał Listkiewicz i część jego świty nie opuściła samolotu, podróżując do Warszawy. I tak jednak tajemnicą ma pozostać wysokość dodatkowych premii jakie kadrowicze otrzymają za pokonanie Łotwy. Czy pula zostanie zwiększona również w kontekście Szwecji?

- Pieniądze nie są ważne, nie mówimy o nich tak często jak kiedyś. Zależy nam na dobrym występie i awansie do mistrzostw Europy. A droga do Portugalii prowadzi przez Chorzów i Budapeszt – deklaruje Tomasz Hajto.

A potem już kadra znalazła się za mocno strzeżonymi zamkniętymi drzwiami Pałacu Kawalera…

Autor artykułu: Rafał Musioł

Piast Gliwice – Zagłębie Lubin 0:2

Monday, September 8th, 2003

Nie wiedzie się w meczach na własnym stadionie piłkarzom gliwickiego Piasta. Z czterech spotkań dwa przegrali. W niedzielę gościnni okazali się dla Zagłębia Lubin.
Zespół z Dolnego Śląska marzy o awansie do ekstraklasy. Wczorajsze spotkanie pokazało, że te nadzieje nie są bezpodstawne. Na tle Piasta lubinianie imponowali spokojem, dojrzałością i wyszkoleniem technicznym.

- Zapłaciliśmy kolejne frycowe. Mecz nam się nie układał. Zagłębie szybko zdobyło bramkę, co podcięło nam skrzydła i potem kontrolowało sytuację. Oni grali piłką, a myśmy biegali – podsumował Adam Kryger, kapitan Piasta.

Miejscowych kibiców już w 3 minucie spotkał zawód. Z rzutu rożnego dośrodkował Tomasz Salamoński, piłkę głową uderzył Rafał Huebscher i bramkarz Piasta po raz pierwszy wyciągał piłkę z siatki. Gospodarze od razu rzucili się do odrabiania strat. Strzały Macieja Szmatiuka (4 min) i Rafała Andraszaka (18 min) z największym trudem obronił Daniel Madarić.

Potem goście opanowali sytuację. W środku boiska dzielił i rządził Andrzej Szczypkowski. Doświadczony gracz Zagłębia umiejętnie zwalniał grę, dokładnie rozgrywał, a gdy trzeba było potrafił wymusić rzut wolny. Goście rzadko decydowali się na strzały. W pierwszych 45 minutach jeszcze tylko raz zagrozili bramce Piasta. W pojedynku z Zelejko Peroviciem górą był Gorczyca.

Po przerwie niewiele się zmieniło. Gospodarze nadal nie mieli pomysłu jak sobie poradzić z Zagłębiem. Widać było brak Roberta Sierki, Andrzeja Sali i Adama Piechockiego. Ten ostatni wprawdzie wrócił już ze zgrupowania kadry do lat 20, ale w spotkaniu nie zagrał.

- Był tak zmęczony, że wystawiając go mogłem zrobić mu krzywdę – wytłumaczył Józef Dankowski, trener gliwickiego zespołu.

W drugich 45 minutach gospodarze tylko raz groźnie zaatakowali. Kibice ożywili się, gdy po dośrodkowaniu Henryka Bałuszyńskiego głową strzelał Andraszak. Zamiast radości, słychać było jedynie jęk zawodu.

Pod koniec spotkania po raz drugi zaatakowali goście. Uczynili to skutecznie. Tak jak za pierwszym razem – dośrodkowanie Salamońskiego, a gola głową zdobył Szczypkowski.

- Trener poświęca dużo uwagi na stałe fragmenty gry. Opłaca się, to jest nasz bardzo duży atut. Sporo goli zdobywamy w taki sposób – powiedział strzelec drugiej bramki.

Autor artykułu: Michał Micor

Napastnik do pomocy

Wednesday, September 3rd, 2003

Adam Piechocki jeszcze nie tak dawno bronił barw trzecioligowego Carbo Gliwice i tylko marzył o wielkiej karierze. Teraz otworzyła się przed nim szansa realizacji marzeń. Przeniósł się do drugiej ligi i został powołany do reprezentacji Polski do lat 20.

Piechocki będzie miał okazję wystąpić w meczach przeciwko Słowacji i Estonii. Być może dzięki dobrej grze na dłużej zadomowi się w kadrze. – Piechockiego polecił mi trener Piasta Józef Dankowski. Znam go dobrze i wiem, że ma wyczucie jeśli chodzi o ocenę możliwości piłkarzy.
Postanowiłem sprawdzić jego podopiecznego – mówi Władysław Żmuda opiekun polskiej kadry do lat 20.

- Ta wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Przyszedłem do klubu i trener powiedział mi, że w sekretariacie czeka na mnie powołanie do kadry. Byłem zaszokowany. Jeszcze nigdy nie grałem w żadnej reprezentacji, a tu taka niespodzianka. Zdaję sobie sprawę, że przytrafiła mi się ogromna szansa pokazania swoich umiejętności przed szerokim forum – mówi piłkarz. – Czuję tremę przed debiutem, ale myślę, że szybko minie. Nigdy nie przypuszczałem, że będę trenował pod okiem tak znakomitego niegdyś zawodnika, jakim był Władysław Żmuda. Już na samą myśl o tym, że się z nim spotkam czuję dreszczyk emocji – przyznaje Piechocki.

Tegoroczne lato było bardzo udane dla młodego piłkarza. Nie tylko będzie miał okazję zadebiutować w kadrze, ale także zmienił klub, przenosząc się do wyższej klasy rozgrywkowej. Po zakończeniu poprzedniego sezonu pożegnał się z Carbo, w którym spędził wiele lat. Początkowo wydawało się, że będzie występował w Zagłębiu Sosnowiec. Trener Krzysztof Tochel widział go w składzie, on też był pozytywnie nastawiony do oferty Zagłębia. Do podpisania umowy jednak nie doszło. – Trenowałem w Sosnowcu. Niestety nie byłem właścicielem swojej karty i o to się rozbiła sprawa mojego transferu – opowiada Piechocki.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Piłkarz ostatecznie znalazł się w innym gliwickim klubie, beniaminku drugiej ligi Piaście. – Źle na tym nie wyszedłem. Znalazłem się w wyższej lidze, gdzie mogę wiele się nauczyć – uważa nowy nabytek Piasta.

Piłkarz twierdzi, że musi jeszcze popracować nad defensywą i grą głową. Do swoich zalet zalicza natomiast szybkość oraz grę lewą nogą.

Piechocki szybko zaaklimatyzował się w nowym klubie i przekonał do swoich umiejętności trenera Józefa Dankowskiego. Od pierwszego meczu występuje w podstawowej jedenastce, mimo że musiał zmienić pozycję. Przez całą karierę był napastnikiem, w Piaście został lewym pomocnikiem. – Zawsze ciągnęło mnie do przodu. Wszyscy chyba najbardziej lubią zdobywać bramki – opowiada Piechocki. – Początkowo miałem spore problemy z przyzwyczajeniem się do gry po lewej stronie. Z każdym meczem jest jednak lepiej. W pomocy znacznie więcej się biega niż w ataku – wyjaśnia Piechocki.

Zdaniem piłkarza, nie ma dużej różnicy między trzecią a drugą ligą. – Tak samo walczy się w trzeciej jak i w drugiej lidze. Na zapleczu ekstraklasy natomiast gra jest szybsza, a piłkarze są lepiej wyszkoleni technicznie. Generalnie jest trudniej – uważa Piechocki.

W czerwcu piłkarz skończył technikum budowlane. – Na razie nie wiem, co będę robił dalej. Jeszcze nie wybrałem uczelni. Nie było czasu. Wszystko za szybko się kręci. Najpierw szukanie klubu, potem przygotowania do sezonu, a teraz kadra. Dopiero po powrocie ze zgrupowania poszukam odpowiedniej uczelni – mówi Piechocki.

Adam Piechocki ma 20 lat. Jest wychowankiem Carbo Gliwice, gdzie spędził większość swojej piłkarskiej kariery. Dopiero w sierpniu zdecydował się na zmianę klubu. Skorzystał z oferty beniaminka drugiej ligi Piasta Gliwice. W nowym klubie występuje na pozycji lewego pomocnika.

Autor artykułu: Michał Micor

Chciałem odejść, by grać lepiej

Wednesday, September 3rd, 2003

Rozmowa z Maciejem Iwański, pomocnikiem Garbarni Szczakowianki Jaworzno

Wiele mówiło się w ostatnich dniach, że odejdzie pan z Garbarni do GKS Dospel Katowice. Prezes Tadeusz Fudała zablokował jednak pana transfer. Ma pan żal do prezesa?
Na pewno żałuję, że nie potrafiliśmy się dogadać w tej sprawie. Prezes twardo stał na stanowisku, że jeśli zgodzi się na mój transfer to i inni piłkarze będą chcieli odejść, a klub chce utrzymać skład i walczyć o awans.

Letni okres transferowy zakończył się w poniedziałek. Czy oznacza to, że do końca sezonu będzie pan grał w Garbarni?
Tego jeszcze nie wiem. Może coś się zmieni w okresie zimowym i uda mi się dogadać z działaczami. Ja nie chcę, aby był to transfer, wystarczyłoby wypożyczenie.

Dlaczego tak zależało panu na odejściu z Jaworzna?
Chciałem grać w ekstraklasie, aby dalej się rozwijać. Wielu trenerów mówiło mi, że gra w drugiej lidze to krok w tył, a ja chcę pilnować miejsca w reprezentacji młodzieżowej. Byłoby to prostsze, gdybym grał w ekstraklasie.

A gdzie więź z klubem, który – także pana zdaniem – został niesłusznie wyrzucony z ekstraklasy?
Gram w Jaworznie od trzech lat. Wiele zrobiłem dla klubu i miałem nadzieję, że teraz klub zrobi coś dla mnie. Raz jeszcze powtarzam – chodziło mi o to, aby nie tracić roku w karierze. Jeśli Garbarnia awansowałaby do ekstraklasy chętnie do niej bym wrócił. Mam podpisany w Jaworznie kontrakt do 2005 roku.

Podobno jest pomysł zawodników, aby renegocjować umowy – zrzec się części pieniędzy w zamian za skrócenie czasu obowiązywania kontraktów.
Nic na ten temat nie wiem.

Czyżby każdy w zespole ciągnął wózek w swoją stronę?
Może nie tak, ale większość piłkarzy chce grać w ekstraklasie. Jedność w zespole była dopóki nie zostaliśmy niesłusznie z niej wyrzuceni. Zamęt wprowadziły także niewyjaśnione sprawy finansowe. Teraz nie jest tak, jak wcześniej, choć wygrane – nawet te w II lidze – cementują znów drużynę.

A co z pieniędzmi? Wypłaty przychodzą regularnie?
Wypłaty dostajemy na bieżąco, ale wciąż nie zobaczyliśmy wszystkich pieniędzy za awans do ekstraklasy, są zaległości z premiami za grę w I lidze, nie do końca uregulowane są kwestie rat kontraktowych. Prezes obiecał, że do 15 września wypłaci dużą część zaległości więc czekamy cierpliwie.

Podobnie jak na decyzję Najwyższej Komisji Odwoławczej?
Mam jeszcze trochę nadziei, że zmieniona zostanie decyzja Wydziału Dyscypliny i wrócimy do ekstraklasy, ale ta nadzieja jest minimalna. PZPN to państwo w państwie i rządzi się swoimi prawami. Może chociaż cofnięte nam zostaną ujemne punkty.

Czy jeśli wszystko zostanie tak jak jest, będziecie w stanie odrobić stratę dziesięciu punktów i awansować do ekstraklasy?
Uważam, że tak, chociaż druga liga jest w tym roku wyjątkowo silna. Nie możemy tylko tracić punktów w takich meczach, jak z KSZO i Pogonią Szczecin, w których byliśmy lepsi a remisowaliśmy.

Kiedy wróci pan na boisko po kontuzji łokcia?
Chciałbym zagrać już dzisiaj z ŁKS, ale raczej się to nie uda. Ręka mnie nie boli, ale obrzęk schodził bardzo wolno i lekarz nie wyraził jeszcze zgody. Zostaje mi wierzyć, że wystąpię w następnym meczu z Tłokami Gorzyce. Oczywiście jeśli trener będzie mnie widział w składzie.

Autor artykułu: Rozmawiał Grzegorz Mikuła