Archive for October, 2003

Tiry w korku

Thursday, October 30th, 2003

w Cieszynie Boguszowicach od wtorku sięga do ulicy Międzyrzeckiej w Bielsku-Białej, czyli ma 30 kilometrów.
W sytuacjach, gdy kolejka dochodzi do końca dwupasmówki w Cieszynie (5 km od przejścia), policja zatrzymuje samochody na najbliższym dwupasmowym odcinku, najczęściej w Świętoszówce, 19 km od Cieszyna. Ale tam od kilku tygodni trwa remont jednego pasa i teraz tiry zatrzymywane są w Jasienicy, oddalonej o kolejne 6 km. Dlatego kolejka tirów sięga aż do Bielska.

Jak powiedziała “Trybunie Śląskiej” Elżbieta Gowin, rzecznik Izby Celnej w Cieszynie, samochodów jest tak dużo, bo we wtorek w Czechach było święto i ciężarówki nie były tam wpuszczane. Na dodatek we wtorki i środy z Polski wyjeżdża najwięcej tirów, bo kierowcy chcą wrócić przed weekendem.
W tym tygodniu ruch jest jeszcze bardziej nasilony przed Wszystkich Świętych.

Autor artykułu: łu

Turystów trzeba szanować

Thursday, October 30th, 2003

Wcale nie jest przesądzone, że w tym roku zagrodzimy trasy, bo się dogadujemy z ministerstwem – mówi Stanisław Richter, którego pół Szczyrku oskarża o szkodliwą działalność. – Ale od swojego nie ustąpimy – dodaje zaraz. Richter powiedział to wczoraj podczas spotkania mieszkańców Szczyrku z władzami miasta. Choć były inne punkty programu, to tylko ten wzbudził prawdziwe emocje.

Irena Porębska działki na trzech trasach Górniczego Ośrodka Narciarskiego odziedziczyła po rodzicach. – GON płacił mi grosze za te ziemie. A jak kiedyś trasa tam miała 6 metrów, tak teraz ma może 4. Przynajmniej w papierach Gliwickiej Agencji Turystycznej i za tyle mi płacą. Ale narciarze jeżdżą już po całej działce, szerokiej na 18 metrów – mówi.

Do Strasburga

Tak naprawdę to GAT płaci jej tylko teoretycznie, bo nie przyjmuje od niego pieniędzy. – Za te grunty odprowadzam podatek większy, niż mi proponuje GAT – wyjaśnia. Wyliczyła, że ta różnica przez te wszystkie lata urosła do jakichś 500 tys. zł. – To jak nas jest 140 właścicieli gruntów i każdemu GAT tak płaci jak mnie, to już jesteśmy właścicielami tego ich żelastwa – mówi o wyciągach.

Od 7 lat sądzi się z GAT. I ciągle nie ma rozstrzygnięcia. Napisała więc na opieszałość polskiego wymiaru sprawiedliwości do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Czy jednak nie lepiej byłoby jej grodzić, tak jak robi to Richter i jego stowarzyszenie Stowag? – Nigdy. To po to ludzie ze Śląska przyjeżdżają na narty, żeby im grodzić? Ludzi trzeba szanować. A z Richterem ja w układy nie wchodzę. Przecież to on nam płacił te groszowe stawki, jak sam był dyrektorem GON – dodaje Porębska.

Dyrektor, potem prezes

Dla rodowitych ludzi ze Szczyrku 11 lat to za mało, aby nazwać się mieszkańcem tego miasta. Tyle lat w Szczyrku żyje Richter. Dawniej był dyrektorem GON i nawet jego wrogowie przyznają, że za tamtych czasów ośrodek dobrze funkcjonował. Teraz wypominają mu, że to wtedy wykupił kilka strategicznych działek na najlepszych trasach.

I że walczy z GAT-em na śmierć i życie. – Przez wiele lat ja i inni właściciele gruntów, próbowałem dogadać się z GAT. Zaczynał się sezon, to udawali, że się zgadzają, a minęła zima – przestawali się wszystkim interesować. Dopiero jak zablokowaliśmy trasy, to zaczęli nas poważnie traktować – mówi Richter.

W stowarzyszeniu Stowag założonym przez Richtera, jest kilka osób. Za to mają działki w takich miejscach, że w ubiegłym sezonie mogli zablokować 8 najlepszych tras w Czyrnej. W efekcie GAT nie zapłacił także setce innych właścicieli gruntów, tłumacząc, że przez blokadę Stowagu nie korzystał z nich.

- W tym roku nie jest już to takie proste, bo ta grupa jest dużo większa – mówi burmistrz Szczyrku Czesław Marek. Richter podpisał umowy z 38 właścicielami, którym wypłaca pieniądze niezależnie od tego, czy trasy są czynne, czy nie.

Teraz Richter domaga się jednego: niech Gliwicka Agencja Turystyczna (właściciel GON) wyniesie się ze Szczyrku. I GON trafi w ręce Stowagu, lub Szczyrkowskiego Ośrodka Narciarskiego, też zależnego od Richtera.

Pierwszy raz od wielu miesięcy Richter przyznał, że zaczyna się dogadywać z ministerstwem w sprawie wydzierżawienia wyciągów. – Wtedy nie będziemy grodzić, bo po co – wyjaśnia. – Ale z drugiej strony nikt nie wie, jak się te rozmowy skończą, bo sytuacja zmienia się z dnia na dzień – dodaje.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Galopem po maturę!

Wednesday, October 29th, 2003

Kasia z Sosnowca zapisała się na kurs, bo chce zaliczyć szybko szkołę średnią i zdać maturę. Ośrodek reklamuje się “Liceum ogólnokształcące w 14 miesięcy”. – Dostanę świadectwo, tyko nie wiem, czy ono będzie uznawane w tych szkołach, gdzie chce się dalej uczyć – martwi się słuchaczka

Dziewczyna ma 20 lat i skończoną zawodówkę. – Marzę o policealnym studium, bo chcę zostać kosmetyczką. Ale tam przyjmują tylko z maturą – opowiada. Kasia pracuje, więc może się uczyć tylko w weekendy. Wybrała Centrum Kształcenia Kursowego “Roma” w Rudzie Śląskiej.

Teraz rosyjski i geografia
Kasia chodzi na zajęcia do Sosnowca, bo tam rudzkie centrum ma filię. W ciągu 14 miesięcy chce zaliczyć przedmioty szkoły średniej. – Nauka wygląda tak, że cały czas mamy wykłady. Nie ma odpytywania, zadawania ćwiczeń. Teraz mamy zajęcia tylko z rosyjskiego i geografii. Pod koniec wykładów z geografii dostaniemy 45 pytań, z których później na egzaminie wylosujemy trzy – opowiada słuchaczka. – Ale na egzaminy pojadę do Tarnowskich Gór. Jak wszystko pójdzie dobrze, to zaczniemy kolejne wykłady z następnych przedmiotów, na samym końcu z polskiego i matematyki.

Wykłady odbywają się co dwa tygodnie, w soboty i niedziele. Miesiąc nauki kosztuje 140 złotych. Koszt egzaminu w Centrum Kształcenia Ustawicznego w Tarnowskich Górach – 65 złotych. Poprawki są bezpłatne. – Jeśli z egzaminu dostanę trójkę, to taką ocenę będą mieć wpisaną później na świadectwie. W ciągu pół roku muszę się też zastanowić, co chcę zdawać na maturze – opowiada Kasia.

Co ze świadectwem?
Centrum Kształcenia Kursowego “Roma” istnieje ponad sześć lat, zatrudnia około 100 nauczycieli. Co roku około 80 proc. słuchaczy podchodzi do matury. Szacuje się, że średnio 40-50 proc. ją zdaje.

- Proponujemy tylko kursy przygotowujące do zdania egzaminów eksternistycznych z zakresu szkoły średniej. To jest skrócony program dla osób, które mają tylko podstawowe lub zawodowe wykształcenie – tłumaczy Franciszek Guzik, współwłaściciel centrum. – Nie jesteśmy żadną szkołą, tylko ośrodkiem kursowym. My nawet nie egzaminujemy, bo nie mamy takich uprawnień. Nasi słuchacze zdają egzaminy przed państwowymi komisjami egzaminacyjnymi powoływanymi przez kuratora oświaty, a nie przed nauczycielami, którzy wykładają – podkreśla.

Przez rudzki ośrodek przeszli policjanci, strażacy, pracownicy Poczty Polskiej, strażnicy miejscy, gdy okazało się, że muszą mieć średnie wykształcenie. – Ostatnio dziękowała nam pani wójt, która chodziła do nas na kurs, następnie zdała egzaminy przed komisją, a także maturę. Niedawno skończyła studia – opowiada F. Guzik.

Matura musi być
- W naszej grupie jest ze 100 osób. W większości starszych. Panie około pięćdziesiątki mówiły, że jak nie zrobią średniego, to je zwolnią – mówi Kasia. – Koleżanka miała sprawdzić w wydziale edukacji, czy te nasze świadectwa będą legalne i przyjmą nas inne szkoły. Przecież szkoda wydawać kasę na coś, co okaże się, że nie ma uprawnień.

Nadzór nad ośrodkami kursowymi ma Kuratorium Oświaty. – Co jakiś czas sprawdzamy poziom kursów, które tam się odbywają – mówi Renata Caban z gliwickiego oddziału Kuratorium Oświaty.

- To nie są szkoły – podkreśla. Jej zdaniem prawdziwa weryfikacja tego typu ośrodków nastąpi wtedy, gdy wejdzie w życie nowa matura i zewnętrzne ocenianie. – Jeśli placówki prowadzą kursy przygotowujące do egzaminów eksternistycznych, jest to zgodne z prawem – mówi R. Caban.

Franciszek Guzik podkreśla, że większość takich ośrodków powstała z potrzeby chwili. – Dzisiaj na rynku pracy trudno utrzymać się bez średniego wykształcenia – tłumaczy. – Poza tym ponad 80 proc. naszych słuchaczy to osoby między 22. a 40. rokiem życia – dodaje.

Na ulotce centrum z Rudy Śląskiej można przeczytać: “Liceum Ogólnokształcące w 14 miesięcy”, “Z nami ukończyło LO już pięć tysięcy osób”.

P. S. Imię dziewczyny zostało zmienione.


Franciszek Guzik, założyciel CKK “Roma”:
W woj. śląskim jest kilkadziesiąt placówek egzaminacyjnych, ale osoby uczące się w trybie eksternistycznym mogą zdawać egzaminy tylko w 12 centrach kształcenia ustawicznego.
Wszyscy słuchacze centrum po zdaniu egzaminów otrzymują państwowe świadectwo ukończenia szkoły średniej. Spora grupa od razu decyduje się podejść do matury. Nie gwarantujemy zdania matury, wręcz przeciwnie tłumaczymy naszym absolwentom, że żeby ją zdać trzeba poszerzyć wiedzę z przedmiotów będących na maturze. Są ośrodki, które przygotowują do zdania matury, ale nie my.

Eugeniusz Stebel, pełnomocnik kuratora ds. reformy edukacji:
Osoby, które ukończyły ośrodki kursowe zdają egzaminy przed państwową komisją powołaną przez kuratora oświaty. Nas nie interesuje, w jaki sposób kandydat przygotowuje się do egzaminów, czy uczy się sam, czy chodzi na kurs. Poza tym słuchacze nie zdają egzaminów przed swoimi nauczycielami. My bez przerwy uczulamy egzaminatorów z państwowych ośrodków, żeby czasami nie byli powiązani z ośrodkami przygotowującymi do zdania egzaminów. To byłoby niedopuszczalne. Zdarza się, że placówki reklamują się “Liceum w rok”. Poza tym trzeba spojrzeć na to także z innej strony. To znaczy z tej, że dorośli ludzie mają możliwość ukończenia szkoły średniej i zdania matury.

Autor artykułu: Monika Krężel

Śmierć przyszła cicho

Monday, October 27th, 2003

Ciała czterech nastolatków znaleziono w budynku przy ul. Szczecińskiej w Chorzowie. Makabrycznego odkrycia dokonała w sobotę matka jednego z nieżyjących chłopców. Młodzi ludzie – 15-letnie Paulina i Agata oraz 18-letni Bartosz i Rafał zginęli najprawdopodobniej w wyniku śmiertelnego zatrucia. W mieszkaniu stwierdzono podwyższone stężenie tlenku węgla. Jedynym urządzeniem, które stężenie mogło spowodować, był gazowy piecyk…

Spotkanie towarzyskie
- Tlenek węgla jest bezbarwny i bezwonny, dlatego niemożliwe jest jego wyczucie – mówi prokurator Anna Włosik-Jachym. – Jednak o tym, kiedy doszło do zgonu i jaka była jego bezpośrednia przyczyna, ostatecznie zadecydują wyniki sekcji zwłok.

Młodzi ludzie mieszkali w różnych miastach: jedna z dziewcząt w Katowicach, jeden z chłopców w Chorzowie, pozostała dwójka w Siemianowicach Śląskich. Mieszkaniem przy ul. Szczecińskiej opiekuje się matka jednego ze zmarłych. W miniony piątek młodzi ludzie postanowili urządzić spotkanie. – Chłopak powiedział matce, że wybiera się na imprezę – relacjonuje Piotr Palion z zespołu prasowego śląskiej policji.

Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że spotkanie miało charakter typowo towarzyski. W mieszkaniu policjanci znaleźli puste puszki po piwie. Nie stwierdzono śladów, które świadczyłyby o tym, że młodzi ludzie zażywali narkotyki.

Nikt nic nie widział
- Kiedy chłopak nie wrócił w sobotę do domu, matka rozpoczęła poszukiwania. Wieczorem okazało się, że doszło do tragedii – mówi Piotr Palion.

Feralny budynek, to dwukondygnacyjna, podzielona na mieszkania willa. Sąsiedzi nie mieli pojęcia, że w mieszkaniu na ostatnim piętrze umiera czwórka nastolatków. Na miejsce pierwsze przyjechało pogotowie ratunkowe. Mieszkanie zostało przewietrzone. Później powiadomiono straż pożarną i policję.

– Jedynym nie przewietrzonym pomieszczeniem była spiżarnia – mówi rzecznik katowickiej Państwowej Straży Pożarnej, Jarosław Wojtasik. – Tam też wykryto znaczne podwyższenie tlenku węgla.

W mieszkaniu w sobotę do późnych godzin nocnych pracowała grupa policjantów. W tym samym czasie przed domem czekały rodziny ofiar. Nikt nie chciał odpowiadać na jakiekolwiek pytania dziennikarzy. Zwłoki nastolatków zabrano dopiero przed północą.

Zatrucie przez piecyk
Jak powiedział nam rzecznik Wojtasik wiadomo, że znajdujący się w mieszkaniu piecyk musiał aż do soboty pracować na maksymalnych obrotach. – Urządzenie było tak rozpalone, że rura odprowadzająca z niego spaliny stopiła lepik na dachu budynku. Topiąca się substancja spływała po rurze piecyka. Przybyli na miejsce strażacy poczuli w mieszkaniu lekki zapach smoły.

Policja już powołała biegłych z zakresu gazownictwa, którzy mają stwierdzić, czy przyczyną zgonu była wadliwa instalacja piecyka.

Policja w całej sprawie udziela póki co bardzo skąpych informacji. – Na razie przesłuchiwani są świadkowie. Za wcześnie jeszcze na podawanie szczegółowych informacji – mówi Piotr Palion.

Zabójca
Toksyczny tlenek węgla – czad – jest bezbarwny i bezwonny, dlatego niemożliwe jest jego wyczucie. Powstaje w wyniku spalania przy zmniejszonym stężeniu tlenu w powietrzu. Dla człowieka zabójczy jest moment, gdy tlenek węgla doprowadza do niedotlenienia mózgu. Wtedy następuje utrata przytomności i przy braku pomocy śmierć.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Jaka tam zemsta…

Monday, October 27th, 2003

Takie mecze zawsze wzbudzają, nie tylko wśród kibiców, dreszcz emocji. Piłkarzom zespołów z jednego miasta zależy na udowodnieniu swojej wyższości. Na razie, przynajmniej do wiosny, będzie ona po stronie piłkarzy MK, którzy pokonali Rozwój Katowice 3:1 (1:0). Wynik sugeruje łatwe i pewne zwycięstwo gospodarzy, ale tak naprawdę na boisku do ostatnich sekund trwała zacięta walka.

- W przerwie, kiedy prowadziliśmy 1:0, mówiłem swoim zawodnikom, że to jeszcze nie koniec i czeka ich jeszcze trochę pracy – opowiadał po meczu trener gospodarzy Franciszek Sput. – Zwłaszcza że nie potrafiliśmy wypracować sobie zdecydowanej przewagi. Gra była wyrównana, a nawet więcej mieli z niej goście. My byliśmy za to skuteczniejsi.

W bramce “Emki” po raz drugi stanął Arkadiusz Czmok. Trener Sput po meczu z Chrobrym, darzy go większym zaufaniem niż Marcina Grychtoła.

- Gdybym miał w składzie Mateusza Sławika w ciemno postawiłbym na niego – stwierdził po meczu z Chrobrym trener MK.

Sput Sławika nie ma, ale Czmok godnie go zastępuje.
- Z meczu na mecz czuję się pewniej – powiedział bramkarz MK. – W Radzionkowie byłem jeszcze trochę przestraszony, ale tym razem było już znacznie lepiej. Trener dobrze mnie nastawił, wyszedłem na boisko, wierząc, że wszystko będzie dobrze. Wygraliśmy i jeszcze pokażemy różki!

Prowadzenie gospodarze uzyskali po uderzeniu Marcina Ćwiękały.

- Początkowo zamierzałem podawać, ale najważniejsze, że piłka wpadła do siatki – opowiadał autor bramki. – Później zaliczyłem asystę, bo po moim podaniu na listę strzelców wpisał się Orlik.

Goście nie rezygnowali i wykorzystując niezdecydowanie obrońców MK strzelili w 56 minucie kontaktowego gola. Czmok skapitulował po uderzeniu z bliskiej odległości Damiana Kwiatkowskiego. Później szansę na wyrównanie miał Krzysztof Buffi, ale przegrał w sytuacji sam na sam z bramkarzem MK.

- To była 85 minuta – mówił zmartwiony po meczu trener Rozwoju Mirosław Mosór. – Takie sytuacje lubią się mścić i mieliśmy okazję o tym się przekonać.

Po rzucie wolnym dokładne podanie Sebastiana Zganiacza wykorzystał Ireneusz Waluś, który kiedyś występował w drużynie Rozwoju.

- Nie ma mowy o żadnej zemście – powiedział strzelec ostatniej bramki w tym meczu. – Dla mnie był to normalny mecz, normalny przeciwnik. Cieszę się, że udało nam się to spotkanie wygrać.

Autor artykułu: Jakub Jaźwiecki

Gliniane nogi kolosa

Saturday, October 25th, 2003

Dawna siedziba firmy Varplex w Dąbrowie Górniczej stoi
dla wszystkich otworem. Mimo naszej wczorajszej interwencji,
nikt nie zajął się zabezpieczeniem zakładu przed niepowołanymi osobami.

Przez rozbite drzwi i okna nadal można wejść i wynieść każdą ilość utajnionych planów rurociągów, raportów kasowych, aktów notarialnych, rozliczeń finansowych, akt personalnych byłych pracowników oraz udziałowców, akcjonariuszy i członków rady nadzorczej, wśród których były takie postacie jak Józef Jędruch, Wiesław Kaczmarek i Aleksander Gudzowaty.

- Powiem szczerze, że jestem mocno zdziwiony. Jeżeli nieruchomość zajął komornik, to do jego obowiązków należy zabezpieczenie całości mienia, w tym także dokumentów. Pomóc mu w tym powinna policja – powiedział Tomasz Małuch, prokurator rejonowy w Dąbrowie Górniczej, który obiecał, że zajmie się tą sprawą.

Niestety, komornik rewiru II także wczoraj nie był obecny. W jego biurze dowiedzieliśmy się za to, że z Varplexem jest wciąż sporo problemów. Sprawa nie może ruszyć z miejsca, bo nie udało się ustalić miejsca przebywania właściciela firmy.
- Jak tak dalej pójdzie, to zawiadomię o wszystkim posłów Rokitę i Ziobrę. I napiszę do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Przecież tam leżą plany rurociągu jamalskiego. To dokumenty tajne. Jeżeli dostaną się w ręce terrorystów, mogą zagrozić bezpieczeństwu kraju – denerwuje się Jacek Siński, były pracownik Varplexu, który zawiadomił o wszystkim policję.

Poszli z torbami
Wczoraj na terenie Varplexu pojawili się jego byli pracownicy oraz kontrahenci. Z przedstawionych dowodów wynika, że firma jest im winna astronomiczną kwotę ok. 10 mln zł, która wielokrotnie przekracza jej kapitał.

- Utopiliśmy tutaj około 500 tys. zł. To naprawdę dużo pieniędzy. Przez wiele miesięcy mieliśmy zadyszkę i z tego względu należności względem urzędów musieliśmy spłacać z odsetkami. To groziło destabilizacją naszej firmy – mówi Janusz Domagała, dyrektor przedsiębiorstwa Alma.

Trzy lata temu Alma postawiła ogromną konstrukcję żelbetonową na halę fabryczną. Do tej pory nie dostała zapłaty, a jej dyrektor udowadnia, że już wtedy Varplex był bankrutem, a dokumenty księgowe były notorycznie fałszowane. Podobnie oszukanych firm w całej Polsce jest co najmniej kilkanaście. Wszystkie wygrały sprawy o zapłatę w sądach, ale do tej pory nie otrzymały ani złotówki.

Według naszych informacji w chwili obecnej Varplex ma aż 62 wierzycieli. Są to także Bank Rozwoju Budownictwa – w którym zaciągnięto kredyt w wysokości 2 mln zł, Urząd Skarbowy w Krakowie – do którego nie odprowadzano podatków ze spółek zależnych, a także Zakład Ubezpieczeń Społecznych w Sosnowcu. Od maja 2001 r. nie odprowadzono tam ani złotówki składek od pracowników.

Chcemy tylko swoje
Przede wszystkim poszkodowanymi jest 50 pracowników Varplexu. Nie otrzymywali pensji i albo zostali zwolnieni, albo też odeszli na własne życzenia. Z wygraniem spraw w Sądzie Pracy nie mieli żadnych problemów. Tylko co z tego, skoro teraz wyroki mogą sobie powiesić na ścianie. Mogą jedynie przechadzać się po zdemolowanych pomieszczeniach.

- Gdybym teraz spotkała prezesa Małyskę, to powiedziałabym, co o nim myślę, prosto w twarz. Zostałam zwolniona i przez wiele miesięcy szukałam pracy. Wreszcie z wielkimi wyrzeczeniami coś znalazłam, choć jestem specjalistką od zarządzania jakością i ochroną środowiska. Wprowadzałam tu system ISO 9002. O, proszę, tu nawet leży moja dokumentacja – pokazuje Anna Zasada, podnosząc z ziemi pomięty segregator z papierami.

- Mam dwa wyroki w sumie na 30 tys. zł pod rygorem natychmiastowej wykonalności. I co? Komornik rozkłada ręce, a ja już nie wiem, do kogo zwrócić się o pomoc – mówi Jacek Siński, który musiał zapożyczać się u znajomych, stracił samochód i zadłużył mieszkanie.

Jemu też ostatnio się poszczęściło i znalazł pracę, ale i tak zanim odbije się od dna, musi pospłacać długi. Tego szczęścia nie ma Jerzy Staroń – były kierownik grupy robót. Nadaremnie szuka pracy.

- Jak w firmie wszystko dobrze szło, to pracowało się dobrze. To ja nadzorowałem wybudowanie tej siedziby. Teraz serce mnie boli, gdy patrzę, jak to wszystko niszczeje – żali się Jerzy Staroń.

Tylko upadłość
Jedynym sensownym rozwiązaniem byłoby ogłoszenie upadłości i likwidacja firmy. Gdyby to nastąpiło, komornik mógłby ogłosić licytację nieruchomości i wierzyciele odzyskaliby choć ułamek należności. Jednocześnie oszukani pracownicy mieliby szansę na otrzymanie części wynagrodzeń z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Socjalnych. Jest tylko jeden problem. Dziś już nie wiadomo, kto tak naprawdę jest właścicielem Varplexu.
- To jeden z wątków postępowania, jakie prowadzimy. W ostatnim czasie działalności spółki zmiany w radzie nadzorczej i zarządzie następowały bardzo szybko. Jedne osoby wchodziły, inne wychodziły i zmieniały się miejscami. To bardzo zastanawiające – mówi prokurator Tomasz Małuch.
Nam udało się dotrzeć do dokumentów, z których wynika, że założyciel firmy Stanisław Małyska w marcu 2002 r. sprzedał swe akcje spółce Biodiesel Technology z Pruchnej koło Ochab. Jak mówią dziś byli pracownicy, uciekł z tonącego okrętu. Problem w tym, że nowi udziałowcy nigdy nie zostali wpisani do Krajowego Rejestru Sądowego. Co ciekawe, nie wiadomo nawet, gdzie ich szukać. Numer telefonu milczy, a siedziba ich firmy to stary barak pegeerowski. Czy byli to podstawieni ludzie? Gdzie wyprowadzili ruchomości takie jak samochody, sprzęty, urządzenia biurowe i maszyny? Pytania można mnożyć. Będziemy szukać na nie odpowiedzi.

Autor artykułu: Marcin Twaróg

Huty sprzedane

Wednesday, October 22nd, 2003

Zaskakująca decyzja rządu – Polskie Huty Stali zostaną sprzedane koncernowi LNM, choć nie wynegocjowano pakietu socjalnego dla pracowników.

Jest to pierwszy taki przypadek w historii polskiej prywatyzacji. Kolejny raz zostaliśmy oszukani przez rząd – twierdzą związkowcy. Rząd zgodził się wczoraj, by koncern LNM został inwestorem w Polskich Hutach Stali. Umowa sprzedaży ma zostać podpisana w najbliższych dniach. To pierwszy przypadek prywatyzacji, do której doszłoby pomimo braku wynegocjowanego pakietu socjalnego dla pracowników.

O bliskiej sprzedaży PHS-u poinformował podczas wczorajszej konferencji prasowej minister Skarbu Państwa Piotr Czyżewski. – Rada Ministrów pozytywnie zaopiniowała wniosek ministra skarbu i ministra gospodarki dotyczący wyboru inwestora w procesie prywatyzacji PHS. Tym inwestorem jest LNM. Podpisanie umowy jest kwestią najbliższych dni – stwierdził Czyżewski.

Ministerstwo nie chce podać warunków, na jakich LNM kupi Polskie Huty Stali. – W dalszym ciągu umowa nie jest podpisana i dlatego warunki objęte są tajemnicą – podkreślał Piotr Czyżewski.

Hutniczy kontrakt dziesięciolecia?
Rzecznik strony LNM Antoni Styrczula też nie chciał ujawnić szczegółów umowy. Powiedział jednak, że będzie to kontrakt na miarę największych prywatyzacji w Polsce – o skali porównywalnej ze sprzedażą pakietu Telekomunikacji Polskiej.

Do prywatyzacji PHS ma dojść, chociaż nie udało się podpisać pakietu socjalnego dla pracowników koncernu. Negocjacje w tej kwestii pomiędzy przedstawicielami inwestora i związków zawodowych trwały miesiąc. W piątek o północy minął kolejny termin wyznaczony przez ministerstwo na prowadzenie rozmów. Do porozumienia nie doszło.

Związkowcy nie mają wątpliwości, że wczorajsza decyzja rządu jest błędem. – To działanie niezgodne z dotychczasowym doświadczeniem dotyczącym procesów prywatyzacyjnych w Polsce – podkreśla reprezentujący stronę związkową Władysław Molęcki z “Solidarności”. – Minister Szarawarski wielokrotnie podkreślał, że nie wyobraża sobie prywatyzacji bez wynegocjowania pakietu socjalnego. Kolejny raz zostaliśmy oszukani przez rząd – twierdzi Władysław Molęcki.

Kolos w kłopotach
Z informacji, które udało nam się uzyskać wynika jednak, że z prywatyzacją Polskich Hut Stali nie można było dłużej czekać. Alternatywa była tylko jedna – ogromne kłopoty finansowe hutniczego kolosa, a nawet jego upadek.

Wiceminister Skarbu Państwa, Andrzej Szarawarski powiedział, że decyzja o prywatyzacji powinna umożliwić osiągnięcie dwóch celów: “Spokojne wynegocjowanie pakietu socjalnego i zrealizowanie pakietu pomocy publicznej”.

Zdaniem Szarawarskiego, obecnie jednym z najważniejszych problemów PHS jest sprawa pomocy publicznej dla koncernu. – Możemy jej udzielić tylko do końca roku, w 2004 roku już jej nie zrealizujemy – powiedział Szarawarski.

Byłaby to ogromna strata dla PHS – chodzi o kwotę 2,3 mld zł. – Bez niej PHS, niezależnie od tego, czy będzie miał inwestora, czy nie, będzie miał olbrzymie kłopoty z przetrwaniem – dodał minister.

Autor artykułu: IC, MU

Chorobowy nie dla chorych?

Wednesday, October 22nd, 2003

Julia Szymszon z Piekar Śląskich chorowała przez kilka miesięcy. Jednak, mimo komplikacji pooperacyjnych i skierowania do szpitala, ZUS nie przedłużył jej prawa do zasiłku chorobowego. Kobieta została
bez świadczeń z ZUS, bez pracy i bez prawa do zasiłku dla bezrobotnych.

Pani Julia długo dochodziła do siebie po operacji ginekologicznej. Oprócz tego leczyła się u neurologa. Z powodu przepukliny szyjnej cierpi na bóle całej prawej strony ciała. Od 14 sierpnia 2002 r. do 9 lutego 2003 r. była na zasiłku chorobowym. Zanim ten okres dobiegł końca, w styczniu złożyła wniosek o przedłużenie okresu zasiłku.

– Miałam właśnie kolejne skierowanie do szpitala, czekałam tylko na miejsce. Ale mimo że lekarz orzecznik je zobaczył, uznał, że jestem zdolna do pracy i zasiłek już się nie należy – mówi Julia Szymszon. – Nie rozumiem jak to możliwe. W jaki sposób wyobrażał sobie mój powrót do pracy, skoro miałam się położyć do szpitala.

Wyleczona?

Nasza Czytelniczka spędziła tam dwa tygodnie. W międzyczasie, 29 stycznia przyszła jednak decyzja o odmowie prawa do przedłużenia okresu zasiłkowego z powodu odzyskania zdolności do pracy. Pani Julia złożyła odwołanie do Sądu Rejonowego Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w Gliwicach.

– Jednocześnie skierowałam do ZUS nowy wniosek o zasiłek chorobowy za ten okres, kiedy przebywałam w szpitalu już po wygaśnięciu prawa do pierwszego zasiłku chorobowego. Miałam jeszcze zwolnienie lekarskie poszpitalne do końca lutego – pokazuje. – Ale ZUS odmówił mi prawa także do tego zasiłku, powołując się na poprzednią decyzję. I tym razem złożyłam odwołanie do sądu.

Przez cały ten czas nasza Czytelniczka się leczyła. Prowadzący neurolog wystawiał zwolnienie lekarskie, ale pani Julia nie otrzymywała za nie pieniędzy z żadnego źródła. Neurolog podpisał jej więc wniosek o świadczenie rehabilitacyjne. Ale ZUS odpisał jej, że wniosek zostanie rozpatrzony w zależności od decyzji sądu w sprawie zasiłku chorobowego. – Byłam pewna, że wygram tę sprawę. Lekarz orzecznik “uzdrowił” mnie na podstawie skierowania do szpitala! – oburza się Julia Szymszon. – Dlatego nawet nie zarejestrowałam się w urzędzie pracy. Dopiero później zorientowałam się, że w tym czasie nie mam nawet ubezpieczenia zdrowotnego. Nie mam też prawa do zasiłku dla bezrobotnych, bo z powodu tych 3 miesięcy zasiłku chorobowego, o które walczę, nie mogę udowodnić 365 dni pracy w ciągu ostatnich 18 miesięcy.

Sprawa w toku

W sierpniu została wezwana na pierwsze badanie biegłych sądowych. Specjalista chorób wewnętrznych orzekł, że nie kwalifikuje się do przedłużenia zasiłku chorobowego. Reumatolog-ortopeda stwierdził przepuklinę, zwyrodnieniowe zmiany całego kręgosłupa i niewielkie ograniczenie ruchomości, ale ponieważ stwierdził brak ucisku na szyjne korzenie nerwowe i rdzeń szyjny, uznał, żekobieta jest zdolna do pracy. – I co mam teraz zrobić. Jak szukać pracy, skoro powinnam się dalej leczyć? Czasem budzę się nieprzytomna z bólu i nie mogę poruszyć głową? Muszę być operowana – przekonuje nasza Czytelniczka. – Moja poprzednia umowa o pracę wygasła, gdy byłam na zwolnieniu lekarskim. Ale to nie jest tak, że straciłam zatrudnienie i teraz kombinuję jak tu udowodnić, że jestem chora. Po prostu nie wyobrażam sobie pracy w takim stanie. Potrzebuję rehabilitacji.

Mówi Lidia Siwiec, rzecznik prasowy Oddziału ZUS w Tarnowskich Górach:

Zasiłek chorobowy przysługuje za okres trwania niezdolności do pracy z powodu choroby, nie dłużej jednak niż przez 6 miesięcy, a jeżeli niezdolnośc do pracy spowodowana została gruźlicą – nie dłużej niż 9 miesięcy. Do okresu zasiłkowego zalicza się wszystkie okresy nieprzerwanej niezdolności do pracy oraz okresy poprzedniej niezdolności do pracy spowodowane tą samą chorobą, jeżeli przerwa pomiędzy ustaniem poprzedniej a powstaniem ponownej niezdolności do pracy nie przekracza 60 dni.

Jeżeli po upływie okresu zasiłkowego ubezpieczony jest nadal niezdolny do pracy z powodu choroby, a dalsze leczenie lub rehabilitacja rokują odzyskanie zdolności do pracy, okres zasiłkowy ulega przedłużeniu – nie dłużej jednak niż o dalsze 3 miesiące.

O przedłużeniu okresu zasiłkowego orzeka na wniosek lekarza leczącego lekarz orzecznik Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Okres zasiłkowy nie podlega przedłużeniu osobie uprawnionej do renty z tytułu niezdolności do pracy. Orzeczenie lekarza jest wiążącą podstawą do wydania decyzji. Zawsze zawiera ona uzasadnienie oraz środek odwoławczy. Jeśli z orzeczenia lekarza wynika, że okres zasiłkowy nie zasługuje na przedłużenie, nie zostaje przedłużony o dalsze 3 miesiące. Brak wtedy podstaw prawnych do dalszej wypłaty świadczenia.
Oddział ZUS nie jest kompetentny do rozstrzygania sporu w zakresie rozwiązania umowy o pracę przez pracodawcę z pracownikiem, który choruje nadal po wykorzystaniu okresu zasiłkowego.

Autor artykułu: Anna Góra

Z górki na pazurki

Wednesday, October 22nd, 2003

Przebudowa skrzyżowania pogorszyła wyjazd mieszkańcom
ulicy Głogowskiej w Bielsku. To będzie piękne skrzyżowanie – mówią mieszkańcy ul. Głogowskiej, w pobliżu wjazdu z alei Armii Krajowej do alei Andersa. – Ale wszystko naszym kosztem. Nam zamiast wjazdu, zbudowano skocznię – dodają.
Ul. Głogowska to jedna z wielu wąskich uliczek w dzielnicy domków jednorodzinnych w pobliżu Szpitala Wojewódzkiego.

Łączy się ona z al. Armii Krajowej na samym jej początku, obok skrzyżowania z inną ważną drogą w Bielsku, dwupasmową al. Andersa. W ostatnich kilku latach przy Armii Krajowej powstało tyle nowych instytucji (przede wszystkim szpital), że władze miasta uznały, że trzeba ją przebudować.

Modernizację rozpoczęto kilka miesięcy temu. Budowlańcy przede wszystkim zajęli się modernizacją skrzyżowania. Teraz skrzyżowanie jest już gotowe, ale mieszkańcy ul. Głogowskiej nie są zadowoleni. – Od początku zwracaliśmy uwagę szefom budowy i władzom drogowym, że na naszej ulicy będzie za duży spadek. Jak grochem o ścianę. Mówią wprawdzie, że poprawią, ale nic się nie dzieje – mówi Jadwiga Rodzoń, mieszkanka Głogowskiej.

Jej sąsiad Adam Błachut pokazuje, że aby zlikwidować zagrożenie na niebezpiecznym skrzyżowaniu, budowlańcy wyrównali górkę przy wjeździe z Armii Krajowej w Andersa. Ale tego samego nie zrobili już kawałek dalej, na ul. Głogowskiej. Teraz więc wjazd z Głogowskiej na Armii Krajowej przypomina rozbieg skoczni narciarskiej. – Może nam jeszcze narty dadzą – żali się Emilia Filapek z Głogowskiej.
– Tutaj bardzo często robi się ślisko – mówi Dorota Bartczak, sąsiadka. – Powyżej są dwie niesprawne studzienki kanalizacyjne i jak pada deszcz, albo śnieg topnieje, wszystko spływa ulicą – dodaje. Mieszkańcy obawiają się, że już wkrótce ulica stanie się niebezpieczna.

Pół biedy, że ciężko im będzie zachować równowagę na tej zjeżdżalni, ale na końcu czeka ruchliwa ulica Armii Krajowej z jeżdżącymi po niej karetkami na sygnale. – Powiedzieli, że zamontują nam poręcze. A samochody też się ich mają trzymać? – złości się Barbara Błachut.

– Kiedyś działka na rogu była na tym samym poziomie co nasza ulica. Teraz różnica wynosi dwa metry! – pokazuje Adam Błachut. Budowlańcy, zgodnie z projektem, wlot z Głogowskiej do Armii Krajowej przebudowali tylko na odcinku kilkunastu metrów.

Dlatego spadek jest w tym miejscu tak gwałtowny. Stojąc 50 metrów dalej, w głębi Głogowskiej, przez utworzony w ten sposób garb w ogóle nie widać wylotu ulicy. – Wystarczyło wyrównać spadek na dłuższym odcinku i nie byłoby problemu, bo ulica łagodnie łączyłaby się z Armii Krajowej – mówi Błachut.

– A teraz słyszę, że nie ma winnego. A przecież ktoś musiał przyjąć ten projekt do realizacji – złości się Jadwiga Rodzoń.

Odpowiada Wojciech Waluś, dyrektor Miejskiego Zarządu Dróg
w Bielsku-Białej:

– Dotarły do nas skargi mieszkańców i zastanawiamy się, w jaki sposób rozwiązać problem. Rzeczywiście, w okresie zimowym mogą się przy wyjeździe i zejściu pojawić problemy. Dla pieszych rozwiązanie jest już gotowe: w tym miejscu zmienimy chodniki na tzw. schody terenowe, zostaną też zamontowane balustrady, aby piesi mogli się przytrzymać.
Trudniej będzie wymyślić skuteczne rozwiązanie dla samochodów. W ostateczności odcinek można zamknąć, pozostawiając tylko dojazd awaryjny. Do Głogowskiej jest inna droga dojazdu, od ul. Chłodnej, ale wiem, że mieszkańcom to rozwiązanie nie odpowiada.

Rozmawiamy z inwestorem, aby wykonał pomiary geodezyjne. Wszystko zależy od podziemnego uzbrojenia terenu. Jeżeli jest ono na tyle głęboko, że będzie możliwe skuteczne złagodzenie spadku ulicy, to zostanie ono wykonane.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Koktajl gwałtu

Monday, October 20th, 2003

W śląskich dyskotekach i pubach pojawił się nowy, bardzo groźny narkotyk – GHB. 18-latka z Jaworzna, której podstępnie podano w pubie narkotyk, straciła świadomość i pamięć. Po dwóch dniach ocknęła się w… Mysłowicach. Badania wykazały, że została zgwałcona. Nie jest to jedyna ofiara “koktajlu gwałtu”. Podobne przypadki policja zanotowała w Katowicach i w Chorzowie. Poszkodowani niewiele mogą pomóc policji – niczego nie pamiętają. Nic dziwnego, otarli się o śmierć.

Na rynku narkotyków pojawił się nowy groźny specyfik o nazwie GHB. Dolany do alkoholu lub nawet wody mineralnej powoduje natychmiast niemożliwą do opanowania senność i utratę przytomności. Stosowany jest zwykle w pubach i na dyskotekach, z tego powodu w slangu młodzieżowym nazywa się go narkotykiem klubowym. Inna nazwa to “pigułka gwałtu”, choć z racji wyglądu bezbarwnego płynu powinien nazywać się “koktajlem gwałtu”.

Jego działanie jest tak silne, że wykorzystują to przestępcy, którzy dolewają swym ofiarom niewielkie ilości do piwa lub wina, a następnie bez problemu okradają je, a nawet wykorzystują seksualnie.

Dwa dni bez świadomości
Przekonała się o tym na własnej skórze 18-letnia dziewczyna. Wspólnie ze znajomymi w zeszłym tygodniu poszła do baru niedaleko swego domu w Jaworznie. Ale wróciła dopiero po dwóch dniach, gdy ocknęła się w… Mysłowicach. Choć zupełnie nie pamięta, co w tym czasie się z nią działo, badania ginekologiczne wykazały, że została zgwałcona. Policjanci zatrzymali już w tej sprawie trzech mężczyzn z Tychów i Mysłowic, a dochodzenie prowadzi mysłowicka prokuratura.

To musi być GHB
- Gdy dowiedziałam się o tym przypadku, od razu skojarzyłam go z nowym narkotykiem GHB, który od niedawna jest rozpowszechniany w Polsce. Może to oznaczać, że śmiertelnie niebezpieczny specyfik dotarł już do woj. śląskiego. Od razu zaalarmowałam prezydenta, a ten umieścił stosowne ostrzeżenie na internetowym serwerze urzędu – mówi Anna Grelowska, pełnomocnik prezydenta Jaworzna ds. narkomanii i alkoholizmu.

Syntetyczny koktajl sporządzony jest z mieszanki sterydów anabolicznych, które po ośmiu godzinach od zażycia są praktycznie niewykrywalne w krwi, a po następnych czterech nawet w moczu. Ofiara przestępstwa też niewiele będzie mogła pomóc, bo ma luki w pamięci.

Nie jedyna
Jak udało się nam potwierdzić, jaworznicki przypadek nie jest niestety jedynym, z jakim mieli do czynienia policjanci. W tym roku to już trzecie oficjalne zgłoszenie przestępstwa, do jakiego doszło na Śląsku najprawdopodobniej właśnie po spożyciu GHB.

- Pierwszą ofiarą jest nastolatka, która straciła przytomność w jednym z katowickich pubów, a drugim 37-letnia kobieta, której ktoś wlał jakiś specyfik w parku chorzowskim. W obu przypadkach toczą się postępowania wyjaśniające – mówi kom. Michał Gruszczyński, specjalista od narkotyków w wydziale prewencji Śląskiej Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach.

Specjaliści twierdzą, że GHB trudno zaliczyć do którejkolwiek ze znanych grup narkotyków. Odmienny jest także cel stosowania, bo osoba, która go zazwyczaj nieświadomie zażyła jest łatwym celem przestępstw.

GHB?
Określenie GHB w fachowych polskich wydawnictwach poświęconych narkomanii znalazło się po raz pierwszy dopiero w połowie tego roku. Wcześniej specjaliści operowali bardzo wieloma zwykle młodzieżowymi nazwami: G, liquid X, fantazy, great hormones, at bedtime, blue verve, georgia home boy, EZLay lub grevious bodily harm. A to dlatego, że nieznany był dokładny skład chemiczny specyfiku. Dziś wiadomo już, że główną substancją jest hydroksymaślan. To on odpowiedzialny jest za zawroty głowy, zaburzenia równowagi, trudności z wysławianiem się i senność. O tym jak groźny to specyfik świadczy nieznana do tej pory tzw. dawka krytyczna. Śmierć może nastąpić nawet po wypiciu jego niewielkiej ilości. ps
Opracowanie na podstawie wydawnictwa z serii “Zanim będzie za późno”. Warszawa, 2003 r.

WAŻNE
W sprawie narkotyków, uzależnieniu i jego skutkach można się kontaktować z następującymi instytucjami.
1. Biuro ds. Narkomanii w Warszawie tel. (22)
641-15-01,
2. Ogólnopolski Telefon Zaufania HIV/AIDS tel. (22) 622-50-01,
3. Bezpłatna Infolinia Policyjna tel. 0800-120-226.

Autor artykułu: Marcin Twaróg