Archive for October, 2003

Setka w 10 minut

Friday, October 17th, 2003

Patryk Żmija, licealista z Sosnowca został śląskim mistrzem
w szybkim czytaniu. Na mistrzostwach osiągnął wynik… 7716 słów na minutę. Przeciętnie każdy z nas czyta z prędkością ponad 200 słów na minutę.

Z reguły czytam wolniej, 7716 słów na minutę to wynik konkursowy – tłumaczy Patryk. Siedemnastolatek jest uczniem drugiej klasy LO im. Emilii Plater w Sosnowcu. W szkole czyta oczywiście najszybciej.

Codziennie pochłania 100 stron książki, tak wygląda jego trening. Zajmuje mu to jakieś 10-12 minut.

Tylko nie w autobusie
Mistrz pojedzie teraz do Warszawy na ogólnopolski finał Mistrzostw Polski w Szybkim Czytaniu. W ubiegłym roku zajął tam trzecie miejsce, z wynikiem 5700 słów na minutę. – Poprawiłem się, ale przed Warszawą będę jeszcze trenował. Z natury jestem leniwy, mógłbym ćwiczyć więcej – skromnie mówi o sobie.

Nastolatek prawie dwa lata temu skończył kurs szybkiego czytania. – Wypatrzył go tata – opowiada Patryk. Kilka lat wcześniej mistrz zaliczył też trening szybkiego zapamiętywania.

- Po kursie szybkiego czytania i tak trzeba trenować. Ja pracuję nad poszerzeniem pola widzenia i lepszym skupieniem się nad tekstem – tłumaczy.

Nigdy nie czyta w autobusie. Zresztą nie wiadomo, co by pomyśleli pasażerowie na widok chłopaka, który w błyskawicznym tempie przewraca kartki. – Książka i czytanie wymagają skupienia, odpowiedniej atmosfery. Ważne jest nawet to pod jakim kątem ułożona jest książka, żeby była dobrze oświetlona – opowiada Patryk. – Czytać trzeba ze zrozumieniem. Pewnie, że ja czytam lektury o wiele szybciej niż moi koledzy, ale podręczniki przerabia się już inaczej. Do lekcji trzeba się przecież przygotować.

Tylko z wykałaczką
Patryk nauczył się czytać w pierwszej klasie podstawówki, jak wszyscy. – Nigdy nie byłem molem książkowym. Lektury też nie stały u mnie na pierwszym miejscu. Trenowałem za to siatkówkę – wspomina.

W przyszłości chce zostać prawnikiem. – Umiejętność szybkiego czytania na pewno mi się przyda, gdy trzeba będzie się skupić nad grubymi kodeksami – mówi licealista.

Każdy absolwent kursu szybkiego czytania posługuje się wskaźnikiem, którym szybko wodzi po linijkach tekstu. Wskaźnikiem może być długopis, cienka linijka czy palec. Patryk czyta z dużą wykałaczką, którą na początku kursu podkradł mamie.

Normalnie mistrz czyta w tempie 1600-2000 słów na minutę. – A zaczynałem od 193 – śmieje się Patryk. – Po kursie czytałem już z prędkością około 1000 słów na minutę. Ponoć osiągnięcie do 20 tysięcy słów na minutę przychodzi całkiem szybko – dodaje.

Na regionalnych mistrzostwach Patryk osiągnął 7716 słów na minutę i 70-procentowe zrozumienie tekstu. Tymczasem u przeciętnego Polaka zrozumienie tekstu wynosi zaledwie około 30 proc.

Jak ty to robisz?
Ewa Żurek z Mikołowa też skończyła kurs szybkiego czytania. – Teraz jestem na drugim roku psychologii i doceniam to co potrafię, zwłaszcza przed egzaminami czy kolokwium – mówi Ewa. Czyta w tempie około 1900 słów na minutę przy 70-procentowym zrozumieniu tekstu.

- A moja pozycja wyjściowa, czyli początek kursu to 240 słów – śmieje się. – Wynik końcowy jest różny, w zależności od tego co się czyta. Szybko można przeczytać zwykłą książkę, ale nie podręcznik akademicki. Moi znajomi z roku zazdroszczą i mówią: “Ty to masz dobrze, bo taką 1000-stronicową “Psychologię i życie” szybko sobie przerobisz w kilka godzin”. Tylko, że niektóre fragmenty trzeba przeczytać kilkanaście razy, żeby dobrze je zapamiętać – podkreśla.

Gdy Ewa ma półtoragodzinną przerwę między zajęciami, idzie do czytelni i spokojnie czyta. Albo wpada do Empiku, siada na sofie i… połyka książkę. – Oczywiście, że wodzę palcem, jeśli nie mam innego wskaźnika – mówi Ewa. – Czasami koleżanki pytają mnie, gdzie się tego nauczyłam.

Kurs szybkiego czytania ukończyła też Agnieszka Złotecka z Wyr. Chodzi do drugiej klasy gimnazjum w Tychach. – W dzieciństwie nie lubiłam czytać i rozkręciłam się dopiero pod koniec podstawówki. Przeczytałam chyba całą bibliotekę w Wyrach – śmieje się.

Lem też szybko czyta
Po kursie tempo czytania wzrasta średnio od trzech do pięciu razy.

- Na pierwszych zajęciach wszyscy są zdziwieni. Prosimy, by przeczytali tekst w swoim tempie i odpowiedzieli na pytania. Niektórzy nie potrafią i dziwią się: “Czytam tak wolno, a nie znam odpowiedzi” – opowiada Małgorzata Straszewicz-Zygma z Akademii Szybkiego Czytania. – Potem okazuje się, że człowiek im szybciej czyta, tym szybciej rozumie. Taki kurs skończył też Stanisław Lem, bo stwierdził, że jest już starszy, książek przybywa, więc chce je jak najszybciej przeczytać. I w bibliotece dosłownie je pochłania – opowiada Małgorzata.

- Wszystko się zmienia, technika idzie do przodu, a my wciąż czytamy jak nasz pradziadek – tłumaczy Jolanta Nowotarska, dyrektor śląskiego oddziału Instytutu Metod Edukacyjnych “Impuls”, przy którym mieści się Akademia Szybkiego Czytania. – Warto porzucić złe nawyki, przestać czytać w myślach każde słowo po kolei – uważa.

Na kursy szybkiego czytania zgłaszają się głównie uczniowie i studenci. Przychodzą jednak także prawnicy i księgowe, które chcą jakoś opanować natłok informacji i dokumentów.

Autor artykułu: Monika Krężel

Kazania nie będzie

Friday, October 17th, 2003

Ksiądz Alojzy Skróbka nigdy nie myślał, że dożyje takich dni, kiedy będzie prosił Boga, aby Ten, w miłosierdziu swoim “ludowi swemu chleba i pracy udzielić raczył”. Nigdy nie myślał, że przyjdzie mu msze odprawiać w kopalni i tłumaczyć górnikom, dlaczego nikt już nie chce ich ciężkiej pracy. Ostatnio usłyszał od jednego z nich: “Robota mi dajcie, a nie pyskujcie”. Górnik chce obietnic, nie prawdy.

Kiedy zamykali Hutę Zygmunt ksiądz Skróbka, proboszcz w górniczo-hutniczej parafii św. Jana Nepomucena w Bytomiu-Łagiewnikach patrzył na twarze zdrowych, młodych i gotowych do pracy mężczyzn, których wysłano na wcześniejsze emerytury. Jeszcze wtedy była w nich nadzieja. Potem widział je na ulicach Łagiewnik i w kościelnych ławkach. Markotniały. Brak pracy zobaczyli sklepikarze i on sam – na kościelnej tacy. Byli hutnicy posiwieli, stracili radość życia, uschnęli. Ksiądz Skróbka zna setki takich twarzy. To jego parafianie.
Być może także dlatego ksiądz Skróbka bał się odprawić mszę świętą dla górników zamykanych kopalń. Spojrzeć w oczy pełne nadziei. Tylko czym je nakarmić?

I wtedy przypomniał sobie, co słyszał jako młody wikary od księży z długoletnim stażem – że nigdy nie może odmówić pomocy potrzebującemu.

Trzeba mówić, nie można milczeć
- Jedynym ratunkiem dla górników jest powiedzieć im prawdę – mówi. Związkowcy ani rządzący nie potrafią. Ale ile prawdy zniosą? – pytał siebie przed decydującą niedzielą. Bo górnik chce usłyszeć, że będzie miał robotę. On tego nie powie.
W cechowni kopalni Bytom II był nieraz. Pamięta nawet czasy, kiedy figurka świętej Barbary musiała być zabita deskami. Swędział go język, żeby tej niedzieli, kiedy miał im dać nadzieje na kazaniu o tym przypomnieć. Żeby im powiedzieć, że przyszedł czas zapłaty za lata, kiedy, jako najważniejsza siła narodu rabowali węgiel bez opamiętania. Że istnieje coś takiego jak odpowiedzialność zbiorowa i każdy z nich ją ponosi. Nie powiedział tego wprost.

Zna górników. Wie, że wielu z nich Bogu się nie narzuca, od alkoholu nie stroni, nie chce “kazania”. Chce obietnicy, że praca będzie do godziwej emerytury. Odwdzięczy się za to morderczą pracą, bo więcej nie potrafi.

To więźniowie historii
ze zdeptaną psychiką, że należy się praca, wczasy za pół darmo i mieszkania – mówi smutno. Czasy się zmieniły, górnicy nie. – Roboty i trowy, na której po szychcie się odpocznie, nam nie zabraknie – mówili. Zabrakło.

O tym, że zabraknie jej dla pięciu tysięcy ludzi w Bytomiu ksiądz Skróbka dowiedział się z radia, 26 lipca. Jechał wtedy do Częstochowy, na pielgrzymkę. Wieczorem długo modlił się za górników tych kopalń. Od tego dnia modli się za nich codziennie. – To doświadczenie, choć bolesne, może przynieść dobre owoce – mówi z nadzieją. – Kryzys jest odskocznią, okazją, żeby pójść do przodu, żeby zrobić rachunek sumienia. To jest przebudzenie. Modlę się, żeby to do nich dotarło.
Ksiądz Skróbka wie, że zaczyna się trudny czas nie tylko dla górników, ale i duszpasterzy. Nadchodzi czas na poprowadzenie ludzi w przyszłość. W przyszłość na rumowisku, które pozostawili. – Trzeba mieć odwagę, żeby powiedzieć im prawdę, a potem, żeby prawda przyniosła owoce. Bez pomocy rządzących, polityków, to się nie uda.

Przy budowie przyparafialnej ochronki ksiądz Skróbka zatrudnił samych bezrobotnych. Dwunastu, choć dziesiątki pchały się drzwiami i oknami. Za pięć złotych za godzinę. Nieważne czy na msze chodzi, czy katolik czy sekciarz, czy pijak czy abstynent, lewicowy czy prawicowy. Ważne, że słaby. Praca na czarno to grzech, ale czasy są takie, że jeśli jest – to jak dar od Boga.

Na plebanię w Łagiewnikach co rusz ktoś zapuka i o pomoc poprosi. Najczęściej o pracę, ale też o chleb dla dzieci, o pożyczkę. Co będzie jak drzwi nie zaczną się zamykać, tylu będzie potrzebujących? Ksiądz ze strachem myśli, o chwili, kiedy tylko tacy będą.

Ksiądz Skróbka jest proboszczem w Łagiewnikach od 22 lat. Od zawsze z górnikami, choć, jak mówi sam jest ,z roli”. Widział jak rosła w siłę kopalnia Dębieńsko i Budryk, Widział jak zamykali tę pierwszą. Zna górników. Chodził z nimi na pielgrzymki do Piekar. Pamięta jedną z nich, szczególną. Chociaż milicja zarządziła objazdy – doszli na czas. Podziękować za ciężką pracę i życie.

Trudno być duszpasterzem górników
a cóż dopiero górników bez pracy. Wiara u górników jest chwiejna. Niektórzy ubiorą się w galowe mundury, pióropusze i przyjdą do kościoła, ale bogobojność coraz mniejsza.
Ksiądz Alojzy Skróbka chciałby zaszczepić w górnikach odwagę. Odwagę nie tyle, żeby móc stanąć przed brakiem pracy, ale do walki z samym sobą. Mówi piękną przenośnią, że “górnik musi wyskoczyć z siebie”. To znaczy dostosować się do nowych czasów. Nie za rok, nie za dwa lata, ale za wiele lat jest szansa, że Śląsk się zmieni, że zmieni się mentalność, nastawienie, myślenie. Teraz wnioski są smutne. – Od lat obserwuję te pęknięcia w etosie górniczym. To że zatraciła się godność, szacunek, autorytety – mówi proboszcz. Górnik to surowy ojciec, trudny mąż. Sprawdza się w grupie, w sytuacji zagrożenia, nigdy nie odmówi. Z narażeniem życia będzie ratował swojego kolegę. Ale samodzielnie nie potrafi egzystować. Mentalność górnika to mentalność wojskowa, na rozkaz, pod dyktat.
Na kazaniu w kopalnianej cechowni powiedział do nich:

Nie jesteście bandytami
To była aluzja do warszawskiej demonstracji, gdzie polała się krew. Chcieli to usłyszeć. – Ja się tego spodziewałem – kiwa głową duszpasterz górników, bo “emocje są wrogiem rozsądku”. Nie dziwi się im. Jak się człowiekowi odbiera chleb, pracę i wizję na przyszłość, to wpada w panikę. – Gdyby obok kopalni wybudowali ludziom fabrykę, każdy przeszedłby bez gadania. Nie byłoby rozlewu krwi.

Ksiądz Alfred Skróbka przypomina sobie ze smutkiem nieodległą historię. Jak rok temu przed bytomskimi kopalniami jedna z obecnych posłanek, ze Świętochłowic, przekonywała górników, żeby na nią głosowali. Obiecywała pracę i poparcie dla górniczego wysiłku. Posłanką została. Proboszcz pyta: Gdzie ona teraz jest, gdzie?

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Krok od wielkiej sensacji

Monday, October 13th, 2003

W Katowicach niewiele zabrakło do sensacji. Hokeiści miejscowego GKS tylko jedną bramką przegrali z mistrzem polski, niepokonaną Unią Dwory Oświęcim. Gospodarze wystąpili bez Pawła Gołdy i Adrian Krzysztofika, którzy kilka dni temu wrócili do Polonii Bytom. W tym tygodniu GKS ma wzmocnić natomiast słowacki napastnik Milan Furo.

Spotkanie rozpoczęło się tak, jak można było się spodziewać i do czego przyzwyczaili się miejscowi kibice. Po 9 min goście prowadzili 3:0. – Za łatwo przyszły nam te gole. To nas rozluźniło. Myśleliśmy, że mecz łatwo wygramy – tłumaczył Tomasz Jóźwik, hokeista Unii, który w poprzednich latach zdobywał medale w barwach GKS.

Gospodarze, niezrażeni trzybramkową stratą, cały czas starali się zmienić niekorzystny rezultat. O dziwo udało im się to. W 29 min na tablicy wyników by remis, a gola na 3:3 zdobył Kanadyjczyk Trevor Bremner.

Potem goście znów odskoczyli, tym razem na dwie bramki. I znów katowiczanie się nie poddali. Raz po raz dochodzili do pozycji strzeleckich i znów potrafili wyrównać. Na cztery minuty przed ostatnim gwizdkiem sędziego oświęcimianie rozwiali nadzieje GKS na przynajmniej remis. Kontrakt Unii skutecznie wykończył Milan Filipi

GKS Katowice ? Dwory Unia 5:6 (2:3, 1:2, 2:1). Fonfara 2 (10, 46), Kowalski (20), Bremner (29), Ł. Elżbieciak (42) – Jakubik (4), D. Laszkiewicz (5), Puzio (9), Jóźwik (35), Klisiak (40), Filipi (56).

GKS: Kowalczyk; Strzempek – K. Majkowski, Wójcik – Burzydło, Marznica – Kowalski, Pohl – W. Majkowski – Ł. Elżbieciak, Fonfara – Trybuś – Bremner, Mirocha – Sobała – Plutecki.

UNIA: Jaworski (47′Witek); Kłys – Zamojski, Dulęba – Gonera, Gabryś – Javin, Cinlaski – Kozak; L. Laszkiewicz – Stebnicki – D. Laszkiewicz, Puzio – Parzyszek – Klisiak, Wołkowicz – Rzimsky ? Filipi, Jaros – Jakubik – Jóźwik.
Kary: 4 – 6. Widzów 200.

Wojas Podhale Nowy Targ – GKS Tychy 5:3 (0:0, 2:2, 3:1). Biela (26), Podlipni (28), Różański (44), Baranyk (58), Zapała (60) – Sosiński (26), Kuc (39), Krzak (51)
Stoczniowiec Gdańsk – KTH KM Krynica 15:0 (3:0, 3:0, 9:0). Zachariasz – 3 (25, 27, 51), Jurasek 3 (14, 44, 53), Fraszko 3 (48, 55, 58), Raszczyński (7), Myszka (12), Sokół (28), Błażowski (42), Piotrowski (52), Jankowski (54).

Orlik Opole – Nesta Toruń (2:2, 2:0, 2:1). Bibrzycki (10), Mintel (18), Cieślak (25), wieloch (35), Kozłowski (41), Sobała (45) – Morawiecki (11), Wojtarowicz (16), Kompis (44).

Autor artykułu:

Jazz powraca

Monday, October 13th, 2003

Rozpoczyna się nowa seria koncertów “Jazz raz po raz”.
19 października o godz. 20 w Górnośląskim Centrum Kultury
w Katowicach wystąpi Stefon Harris.

Jest jednym z najsłynniejszych współczesnych wibrafonistów, utalentowanym kompozytorem i liderem zespołu. Jest postrzegany jako jeden z ważniejszych muzyków jazzowych nowego stulecia. Obdarzony jest wyjątkową umiejętnością improwizacji. Artysta występuje nie tylko w projektach solowych. Współpracuje też z wieloma wybitnymi muzykami: Wyntonem Marsalisem, Cassandr Wilson, Busterem Wiliamsem, Kenny Barronem, Charlie Hunterem, Cyrusem Chestnutem, Stevem Colemanem i Stevem Turre.

W marcu 2003 roku w wytwórni Blue Note Harris wydał album “The Grand Unification Theory”, zawierający wpływy łacińskie, klasyczne, afrykańskie i jazzowe. Spotkał się on z wieloma pochwałami, zarówno ze strony krytyków, jak i słuchaczy. Podczas jedynego swojego koncertu w Polsce wystąpi z: Matthe Parrishem (kontrabas), Xaviertem Davisem (fortepian) i Kimberly Thopson (perkusja). Bilety na koncert można nabywać w Górnośląskim Centrum Kultury.
 

Autor artykułu: reg

Przyjaciele kasy

Monday, October 13th, 2003

340 tys. zł zarobiło stowarzyszenie Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Gliwickiej na sprzedaży budynku przy ul. Chorzowskiej 56. Cztery lata temu kupiło go od gminy za symboliczne 480 zł. Władze Gliwic są oburzone. I nie zamierzają tego darować…

W 1998 r. gmina podjęła decyzję o sprzedaży nieruchomości przy Chorzowskiej (dotychczas mieścił się tam dom kultury Zakładów Naprawczych Lokomotyw Elektrycznych) pod warunkiem, że właściciel przeznaczy budynek na “cele kulturalne i oświatowe, nie związane z działalnością zarobkową”. To było podstawą tak wysokiej bonifikaty, bo aż 99,9-procentowej. Jak wynika z dokumentów, wartość budynku wyceniono na 479 tys. 520 zł. Rok później Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Gliwickiej (wcześniej Towarzystwo Przyjaciół Gliwic) za własność budynku i wieczyste użytkowanie gruntu zapłaciło gminie symboliczne 480 zł.

13 miesięcy później stowarzyszenie odsprzedało obiekt prywatnemu przedsiębiorcy za 340 tys. zł. Jak udało się nam dowiedzieć budynek kupiła Anna Krzystanek, żona Mariusza Krzystanka, współwłaściciela tygodnika “Nowiny Gliwickie”. Jak łatwo się domyślać nowy właściciel chce zarobić. Organizuje w nim imprezy okolicznościowe – wesela, bankiety, zabawy.

Znalazł się kupiec
Kazimierz Szymański, obecny prezes Towarzystwa jest zaskoczony, że gmina chce wystąpić do sądu o zwrot przyznanej cztery lata temu bonifikaty. Kiedy zbywano nieruchomość, był członkiem zarządu Towarzystwa. Decyzję podjęto na walnym zgromadzeniu. – Dla mnie nie ma żadnej sprawy – mówi. – Decyzja o sprzedaży, to była mądra decyzja. Nie byliśmy w stanie utrzymać budynku, groziła nam licytacja majątku, bo mieliśmy długi. Kosz utrzymania nas przerastał. W końcu wystawiliśmy go na przetarg – tłumaczy. Chętnych kupców było czterech, dwóch się wycofało. Wycenę majątku przeprowadził niezależny rzeczoznawca.

Marek Jarzębowski, rzecznik Urzędu Miasta w Gliwicach oburza się na takie tłumaczenie: – Ustawa o gospodarce nieruchomościami mówi wyraźnie, że osoba, która kupiła nieruchomość na preferencyjnych warunkach, nie może go zbyć wcześniej niż dopiero po 10 latach. TPZG złamało prawo.
Kazimierz Szymański twierdzi, że miasto wcale nie zrobiło im łaski, sprzedając budynek na preferencyjnych zasadach. – Otrzymaliśmy go w ramach rekompensaty za inny budynek, który zajmowaliśmy, przy ul. Bankowej. Kupiliśmy budynek, ale się nie uwłaszczyliśmy – podkreśla.

Szkopuł w tym, że stowarzyszenie… nie było jednak jego prawnym właścicielem. – Sprzedaż budynku przy Chorzowskiej na rzecz stowarzyszenia była aktem dobrej woli ze strony radnych – kwituje Jarzębowski. – Towarzystwo nie miało prawnego tytułu do uwłaszczenia.

Sąd rozstrzygnie
Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Gliwickiej wynajmuje od gminy pomieszczenie na Rynku. Utrzymuje się z podnajmu, sprzedaży pamiątek oraz wydawnictwa “Zeszyty Gliwickie”. Miesięcznie dochody to ok. 10 tys. zł. Liczy ok. 200 członków, głównych wolontariuszy. Wpływy pokrywają koszty.

Prezes Szymański przyznaje, że część pieniędzy ze sprzedaży budynku poszła na spłatę długów za nieruchomość, głównie za ogrzewanie. Reszta na cele statutowe np. remont siedziby w Rynku, część trafiła na konto bankowe. – Nie wiem co będzie, kiedy sprawa trafi do sądu. Jestem zbyt zaskoczony tą informacją – mówi prezes. Władze miasta nie zmienią zdania. – Stowarzyszenie nie dotrzymało warunków umowy. Złamali prawo. Sprawę oddajemy do sądu – kończy Marek Jarzębowski.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Podstemplowani

Thursday, October 9th, 2003

W Marklowicach mieszka około 5200 osób. Pod domami fedrują kopalnie “Marcel” i “Jankowice”. Od tego ziemia się zapada, pękają stropy i ściany. – Do 2009 roku ziemia pod nami ma opaść od 6 do 9 metrów. Do wybrania jest jeszcze 150 milionów ton węgla. Wystarczy na kilkadziesiąt lat – mówi Czesław Karwot. Karwot razem z innymi mieszkańcami założył Stowarzyszenie Mieszkańców Terenów Górniczych. Wspólnie chcą walczyć o szybsze i sprawiedliwsze wypłaty odszkodowań z tytułu szkód górniczych.

Na łasce kopalni

Do tej pory było tak, że mieszkańcy sami zgłaszali szkody górnicze i latami użerali się z górniczą machiną administracyjną. Rodzinny dom pani Doroty Marcol zapada się od początku roku. W styczniu pojawiły się pierwsze pęknięcia. Wczesną wiosną znacznie się powiększyły.
- Kopalnia wstawiła mi do pokojów drewniane stemple. Żeby się jako tako trzymały – przypomina pani Dorota. Biegła z zakresu budownictwa uznała, że remont się nie opłaca, bo koszt przerósłby wartość budynku.

- Czekam na pieniądze. W tym roku nie dostanę, bo w kopalni mówią, że na razie nie ma pieniędzy – denerwuje się pani Dorota. – Jesteśmy na łasce kopalni. Gdyby nie szkody górnicze, w tym domu mogłyby mieszkać moje dzieci.

Przy ulicy Wyzwolenia problem dotyczy kilkunastu ludzi. Na przykład państwo Wawrzyczkowie przez dziury w ścianie mogą oglądać podwórze. Drewnianymi stemplami “podtrzymano” także dom Czesława Karwota. Bez tego chyba by się przewrócił.
Dosyć okradania!

- Do tej pory człowiek był sam z całą machiną kopalnianą. Przepisy, paragrafy, tony papierów. Starsi ludzie się załamywali, bo wielu nawet nie wie, gdzie się zgłosić. Ludzie czuli się osamotnieni w tej walce – wyjaśnia Jerzy Wesoły, jeden ze współzałożycieli stowarzyszenia. – Teraz to się zmieni.

Stowarzyszenie dysponuje stosem kopalnianych dokumentów, najnowszymi mapami pokazującymi plany fedrowania. – Mamy swoich prawników, nawet biegłych z zakresu budownictwa, którzy deklarują z nami współpracę. Teraz nie damy przeciągać procedury w nieskończoność – mówi Karwot.
Podobnie jak Wesoły ma doświadczenie. W przeszłości obaj dopiero w sądzie wygrali odszkodowania z tytułu szkód górniczych. – Tą wiedzą chcemy się podzielić z innymi – mówią.

Pierwsze sukcesy

Do stowarzyszenia zapisało się już kilkadziesiąt osób. Członkowie spotykają się z mieszkańcami dwa razy w tygodniu w remizie strażackiej.

- Niektórzy nawet nie wiedzieli, gdzie zgłosić szkody, albo jak napisać pismo do kopalni – wyjaśnia Karwot.

Według niego sukcesem jest już to, że mieszkańcy uwierzyli, że można skutecznie domagać się odszkodowań. Stowarzyszeniu nie chodzi o zmuszenie kopalń do zaprzestania fedrowania:
- Wiemy, że górnictwo to bogactwo tej ziemi i daje chleb wielu rodzinom. Ale nie damy robić z ludzi żebraków. Jak pęka dom z winy kopalni, to trzeba płacić bez gadania– mówi Wesoły. – O pomoc mogą się do nas zwracać mieszkańcy całego Śląska. Chętnie pomożemy rozwiązać kłopoty – deklaruje.

Tak musi być

Mieszkańcy narzekają, że procedury przyznawania odszkodowań ciągną się nieraz latami. Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii Węglowej mówi, że to normalne w takich przypadkach:

- Przecież tu chodzi o pieniądze, a to delikatna materia. Na szkody górnicze wydajemy każdego roku ogromne sumy, a budżet jaki jest każdy wie. Procedura wymaga wykonania szeregu niezbędnych badań, ekspertyz, powołania biegłych itd. Tu nie ma mowy o złej woli – mówi Madej.

Przedstawiciele marklowickiego SMTG spotykają się z mieszkańcami w środy i czwartki w remizie strażackiej o 18.00 (ul. Krakusa).

* 45 mln 296 tysięcy – tyle Kompania Węglowa zapłaciła za remonty wynikłe ze szkód górniczych
* 118 mln 386 tysięcy – taki jest plan na 2003 rok

Tyle kopalnie wydały na pokrycie szkód górniczych:
* 2 mln 688 tysięcy zł – kopalnia MARCEL
* 5 mln 221 tys. zł – kopalnia JANKOWICE

Autor artykułu: Jacek Bombor

Skradli broń Czechom

Wednesday, October 8th, 2003

Nielegalne przekroczenie granicy, włamanie do schroniska i strzelnicy, kradzież alkoholu, żywności, i broni – to tylko część przestępstw, jakich dopuściło się dwóch dziewiętnastoletnich uczniów zaocznego technikum ze Skoczowa.

Zatrzymali ich w poniedziałek wieczorem funkcjonariusze śląskiego oddziału Straży Granicznej. – Szlak był pusty. Pogoda nie zachęcała do górskich wędrówek. Funkcjonariusze zwrócili uwagę na dwóch mężczyzn, którzy maszerowali z bronią w ręku – mówi kpt. Grzegorz Klejnowski, rzecznik prasowy śląskiej Straży Granicznej.

Dwóch dziewiętnastoletnich mieszkańców Skoczowa wybrało się na Czantorię. Gdy zauważyli, że miejscowe schronisko jest zamknięte, włamali się do środka, skradli alkohol i jedzenie. Potem nielegalnie, bo bez paszportów przekroczyli granicę polsko-czeską. Kolejnym planem młodych ludzi było sprawdzenie swoich umiejętności na strzelnicy w Czechach. Ta podobnie jak schronisko była zamknięta. I tu się włamali, kradnąc wiatrówkę. Potem wrócili na polską stronę. – Przyznajemy się do tych przestępstw. Po prostu chcieliśmy się dobrze zabawić – powiedzieli zatrzymującym ich strażnikom.

Wczoraj musieli się gęsto tłumaczyć. Najpierw składali wyjaśnienia w cieszyńskiej komendzie Straży Granicznej. – Nie zauważyliśmy, by okazywali skruchę. Nie chcieli się przyznać do wszystkich przestępstw, których się dopuścili. Przede wszystkim próbowali zaciemniać obraz sytuacji. Nie chciałbym powiedzieć, że mataczyli, bo to duże słowo, ale w każdym razie ich zeznania nie były spójne – dodaje Klejnowski. Straż Graniczna postawiła zatrzymanym mężczyznom zarzut nielegalnego przekroczenia granicy państwa.
Po południu zostali przekazani do Komendy Powiatowej Policji w Cieszynie, gdzie byli przesłuchiwani.

Wieczorem w celach procesowych przewieziono ich do komisariatu policji w Ustroniu, gdzie złożyli kolejne zeznania. Być może dziś prokurator zarządzi wizję lokalną z udziałem zatrzymanych. Nie wyklucza się bowiem, iż dokonali innych przestępstw. – Na razie to wszystkie informacje, które możemy ujawnić. Dla dobra śledztwa nie zdradzamy nawet imion zatrzymanych – mówi st. asp. Ireneusz Korzec, rzecznik prasowy cieszyńskiej policji.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

Pomogły ślady

Wednesday, October 8th, 2003

28-letni mieszkaniec Będzina stanie przed sądem za zabójstwo. Policjanci nie mają wątpliwości, że to on dźgnął nożem swego 51-letniego znajomego. Do zdarzenia doszło w sobotę w południe, lecz dopiero wczoraj, po skomplikowanym śledztwie, przedstawiono mu zarzuty. W jego identyfikacji pomogła analiza śladów krwi, którą funkcjonariusze zabezpieczyli na miejscu tragedii.

Przypomnijmy: 51-letni mężczyzna został w sobotę zasztyletowany na dworcu kolejowym w Będzinie. Broczącego krwią tuż po godz. 13 znaleźli policjanci wezwani przez jego towarzyszy, którzy próbowali udzielić mu pierwszej pomocy. Ranny leżał w przejściu podziemnym i od razu został przetransportowany do szpitala. Jednak rana okazała się tak poważna, że mimo przeprowadzonej operacji wieczorem mężczyzna zmarł.

Autor artykułu: ps

Ratunek dla kopalni?

Friday, October 3rd, 2003

Wiesław Wiśniewski, prezes bytomskiej firmy “Liberty SA” – 81. na liście najbogatszych Polaków według tygodnika “Wprost”, chce złożyć Kompanii Węglowej propozycję wydzierżawienia dwóch przeznaczonych do likwidacji kopalń “Bytom II” i “Centrum”. Górnicy są sceptyczni wobec tej propozycji.

Nie znam się na górnictwie, ale jestem menedżerem i bytomianinem. To zobowiązuje – wyjaśnia Wiśniewski. – Nie można ludzi zostawiać na ulicy. Moim zdaniem dzierżawa to na dziś najskuteczniejsze rozwiązanie.

Nie wyklucza jednak innych form przejęcia kopalń. Plan, którego celem jest ochrona zakładów przed likwidacją, powstał w ramach Inicjatywy Ratowania Bytomskich Kopalń – społecznego ruchu, jaki zrodził się po ogłoszeniu przez rząd konieczności ograniczenia wydobycia węgla i zamknięcia czterech śląskich kopalń. Należą do niego ci wszyscy, którym leży na sercu los Bytomia. Wiśniewski jest jego wizytówką, zaś stojący za nim kapitał uwiarygadnia pomysł.

Bizensu Wiśniewski uczył się w Austrii. Do Polski, do Bytomia wrócił po 13 latach pobytu na Zachodzie.

Podkreśla, że siedziba jego firmy znajduje się w domu, zbudowanym w 1900 roku przez nadsztygara z kopalni “Centrum”. Obrusza się, gdy kontrahenci z Warszawy pytają, co jeszcze robi w tym Bytomiu.

- Absolutnie nie zakładam, że zrobię na kopalniach jakiś biznes. Moja firma ma 350 mln złotych obrotu rocznie. Jest 16. największą telekomunikacyjną firmą w kraju. Uważam jednak, że bez tych kopalń padnie całe miasto. Zakłady moich znajomych, pracę stracą koledzy ze szkoły. Spośród 26 proc. bezrobotnych aż 17, 5 tysiąca ludzi to byli górnicy. Bo w Bytomiu było kiedyś 8 kopalń – tłumaczy biznesmen.

Na razie nie chce zdradzać szczegółów, ani też powiedzieć, czy sam będzie uczestniczył w przedsięwzięciu, czy też będzie miało w tym udział także miasto oraz inni przedsiębiorcy. Jedno jest pewne – po przejrzeniu dokumentów uważa: – To się da zrobić.

- Rząd na tzw. restrukturyzację bytomskich kopalń chce wydać ok. 200 mln złotych. To ogromny koszt. Uważam, że taniej można przedłużyć ich życie – ocenia.

Warunkiem przejęcia kopalń będzie ich oddłużenie. Potem trzeba je będzie połączyć. Pomysłodawcy liczą, że w tym czasie powstaną w mieście nowe miejsca pracy. Poza tym nie boją się konkurencji na węglowym rynku.

Bogusław Mącznik, wicedyrektor kopalni “Bytom II”, nie chce wypowiadać się na temat tego pomysłu. Wie jedno: Kopalnia to nie piekarnia. Węgla nie sprzedaje się tak łatwo jak chrupiące bułeczki.


Zbigniew Madej, rzecznik prasowy Kompanii Węglowej:
Oczekujemy na konkretną ofertę i dopiero wtedy będziemy mogli ją ocenić. Na razie znamy tylko pomysł.

Mirosław Truchan ze sztabu protestacyjnego w KWK “Centrum”:
Mam mieszane uczucia. To przedwczesna inicjatywa. My wierzymy, że uratujemy kopalnie w ramach struktury Kompanii Węglowej. Poza tym nie zachęca nas do tego pomysłu przykład prywatnej kopalni posła Chojnackiego, gdzie nie ma związków zawodowych i nikt nie walczy o prawa pracownicze. Dwa wielkie znaki zapytania to poziom płac i zachowanie układu zbiorowego górnictwa.

Jan Chojnacki, poseł SLD, właściciel jedynej w Polsce prywatnej kopalni:
Każdy pomysł, który zakłada inny model górnictwa niż obecny, jest godny pochwały i zainteresowania. Moim zdaniem pan Wiśniewski ma szansę osiągnąć sukces. Oczywiście nie obejdzie się bez ograniczenia wydobycia, a co za tym idzie również zatrudnienia. Jako współwłaściciel jedynej prywatnej kopalni, życzę panu Wiśniewskiemu powodzenia. Czeka go jednak długa droga.


Dziś po południu odbędzie się druga tura rozmów przedstawicieli górniczych związków z wiceministrem gospodarki Jackiem Piechotą. Środowe spotkanie nie przyniosło żadnego przełomu. Warto dodać, że w negocjacjach tych nie bierze udziału “S”, a zatem maleje wartość ewentualnego porozumienia.

Z naszych informacji wynika, że Kompania Węglowa miała na dzisiaj przygotować symulację ekonomicznych skutków tzw. łagodniejszej likwidacji kopalń, co wiąże się z połączeniem trzech z nich i przekazaniem czwartej “Bolesław Śmiały” Południowemu Koncernowi Energetycznemu. Wczoraj rozmawiali o tym prezesi Kompanii i PKE.

Autor artykułu: Agata Pustułka, Grzegorz Zasępa

Droga dziura

Thursday, October 2nd, 2003

Zniszczone zawieszenie, uszkodzona skrzynia biegów i pasy bezpieczeństwa, wystrzelona poduszka powietrzna. Tak skończyła się wyprawa Tadeusza Radusiewicza z Radzionkowa do pobliskiego sklepu. Zniszczył samochód na dziurze w drodze i wciąż stara się o odszkodowanie.

Wypadek zdarzył się 18 grudnia ubiegłego roku. Był wieczór. Radusiewicz na chwilę zaparkował swojego peugeota 206 w Bytomiu – Stroszku, na ul. Narutowicza. Nie zauważył wielkiej dziury w drodze i wystającej płytki chodnikowej. Była przysypana śniegiem. – Kiedy ruszałem, najechałem na tę przeszkodę – opowiada pan Tadeusz. Usłyszał huk, poczuł wstrząs, w twarz dostał wystrzeloną poduszką powietrzną. Hałas był taki, że nawet przez zamknięte okna usłyszeli go okoliczni mieszkańcy. – Mówili, że to nie pierwszy taki przypadek – przypomina sobie poszkodowany.

Dziura warta 5,5 tysiąca
Radusiewicz odholował samochód do najbliższego warsztatu “Peugeota”. Auto jest mu bardzo potrzebne, dojeżdża nim do pracy. Jest nauczycielem geografii w jednym z bytomskich liceów.

Za wstępną naprawę zapłacił prawie 2 tys. zł. Z kalkulacji sporządzonej przez mechaników wynikało, że trzeba wydać kolejne 3,5 tys. zł, żeby usunąć wszystkie usterki. – Nie było mnie stać na wymianę poduszki powietrznej, kazałem tylko naprawić ramę zawieszenia i jeden pas – mówi Radusiewicz. Resztę chciał wyremontować po otrzymaniu odszkodowania. – Co do tego, że mi się należy, nie miałem wątpliwości – dodaje.

Czyja ta droga?
- 3 stycznia br. wysłałem pismo do Urzędu Miasta w Bytomiu, domagałem się zadośćuczynienia – opowiada Tadeusz Radusiewicz. Dołączył do niego zebrane wcześniej oświadczenia świadków zdarzenia i kierowcy, który tamtego wieczora go odholował. Żeby ułatwić zadanie urzędnikom zrobił dziurze kilka zdjęć. Oprócz nich dołączył do pisma kosztorys wykonanych i planowanych napraw.

Jednak sprawa odszkodowania odwlekła się. Trzy miesiące zajęło ustalenie do kogo należy droga. – Kiedy wreszcie 18 marca Urząd Miasta przyznał się do odpowiedzialności za dziurawą drogę, myślałem, że jest po wszystkim – mówi Radusiewicz. Jakże się mylił.

Gmina Bytom jeszcze tego samego dnia przekazała sprawę swemu ubezpieczycielowi, Korporacji Ubezpieczeniowej “Filar”.
“Filar” nie ubezpiecza

Kolejne miesiące i kolejna wymiana pism. Ostatecznie “Filar” odmówił wypłacenia odszkodowania. “Stan wynikający z rażącego niedbalstwa” to nie to samo co “zły stan techniczny drogi”, a umowa ubezpieczeniowa UM zobowiązuje “Filar” tylko do likwidacji szkód powstałych na skutek tego drugiego. Tymczasem pracownicy firmy stwierdzili właśnie “rażące zaniedbania”.

Urzędnicy z bytomskiego Ratusza zaproponowali Radusiewiczowi ugodę. Był czerwiec. – Znowu myślałem, że teraz jest już z górki – mówi Czytelnik. I znowu się mylił.

Urząd “powziął wątpliwości”
W sierpniu urzędnicy poprosili pana Tadeusza o przesłanie całej dokumentacji wypadku. Chcieli wiedzieć, czy jego peugeot w momencie zdarzenia jechał przodem, czy tyłem? Czy zawadził o wystającą kostkę, wpadł w dziurę, czy może jedno i drugie? Jak szybko jechał? – Zastanowiło mnie to, bo wszystko co trzeba wysłałem im w pierwszym piśmie – denerwuje się Radusiewicz. Czyli ponad pół roku wcześniej.

Mimo wszystko ponownie wysłał dokumenty. Negocjowano już wysokość odszkodowania. – We wrześniu 2003 opadły mi ręce – mówi nasz Czytelnik. Przeczytałem kolejne pismo z Ratusza i dowiedziałem się, że odszkodowania nie będzie – denerwuje się. Czytamy tam: “Urząd Miejski w związku z powzięciem wątpliwości co do zasadności żądań odszkodowania związanego z uszkodzeniem samochodu (…), odstępuje od propozycji zawarcia ugody w niniejszej sprawie”. Skąd te wątpliwości? Urzędowy poeta zapomniał napisać…

Autor artykułu: Arkadiusz Nowrotek