Archive for November, 2003

Sprzedani!

Saturday, November 29th, 2003

Pohutnicza spółka “Dom-Hut” sprzedaje mieszkania wraz z lokatorami. Za grosze kupują je osoby związane kiedyś z hutą. Na “ofiary” wybiera się osoby samotne, starsze.

Mieszkanie Józefy Zajączkowskiej, wdowy po hutniku, wraz z nią kupił były prezes Huty Gliwice Joachim Ganszyniec. Za 107-metrowe mieszkanie w kamienicy przy Barlickiego warte na rynku co najmniej 70 tys. zł, były prezes zapłacił tylko 42 tys. zł! 56-letnią Halinę Gawron, również wdowę za 4 tys. zł wraz z jej 40-metrowym mieszkaniem bez jej wiedzy kupiła Krystyna Lis, członek zarządu spółki “Dom-Hut”. Lokatorce “Dom-Hut” zaproponowano je za prawie 10 tys. zł! Mieszkanie z “dodatkiem” zakupił też wiceprezes “Dom-Hutu” Marek Hamróz.

Im starszy, tym lepiej
Lokatorzy nie wiedzą, że są sprzedawani prywatnym osobom. Nikt ich o tym nie informuje, nowy właściciel nie podpisuje nawet nowej umowy najmu. Dlaczego? Z powodów moralnych. Mieszkanie z wiekowym lokatorem kupuje się z nadzieją, że któregoś dnia on umrze i w ten sposób “oczyści mieszkanie”. Jeśli najemca umrze, mieszkanie przejmuje nowy właściciel. Osoby, które są tam zameldowane – dzieci, wnuki – nie mają już żadnego prawa do lokalu.
Dwa tygodnie temu ujawniliśmy jak Joachim Ganszyniec kupił mieszkanie wraz z panią Zajączkowską. Postanowiliśmy sprawdzić czy to jednostkowy przypadek. Oto co ustaliliśmy.

Nie chciał denerwować
Ganszyniec przyznał, że kupił mieszkanie w ciemno, bez oglądania, bo jak tłumaczy, wystarczył mu plan mieszkania i opis stanu technicznego jakim dysponował “Dom-Hut”. Wiceprezes Hamróz: – Prawdopodobnie nie informował jej, bo nie chciał tej pani denerwować.
Joachim Ganszyniec nie potrafi przekonująco wytłumaczyć na jakiej podstawie kupił mieszkanie z prawie 50-procentową bonifikatą. – Z lokatorem, więc taniej, a poza tym do remontu – mówi były prezes huty. Twierdzi, że jako prezes huty starał się kupić mieszkanie zakładowe w Gliwicach, złożył pismo do Rady Nadzorczej. Lokal przy Barlickiego, w centrum Gliwic kupił w lutym 2002 r. Twierdzi, że nie miał wpływu na sprzedaż mieszkania. To nieprawda.
Ganszyniec broni się, że nie miał nic wspólnego ze sprzedażą mieszkań zakładowych. To nieprawda. Prezesem był do grudnia 1999 r., a spółka, jeszcze wtedy należąca do huty, zawiązała się w końcu 1998 r. Po naszej publikacji zobowiązał się, że mieszkanie odsprzeda lokatorce po cenie zakupu powiększonej o koszty sprzedaży. Wie, że jest to niemożliwe. Józefa Zajączkowska ma tysiąc złotych emerytury. Należy jej się zniżka przy zakupie mieszkań po hucie.

Ja się ich boję…
Halina Gawron, samotna wdowa, też chciała kupić swoje mieszkanie. Cztery lata temu “Dom-Hut” wycenił je na ponad 9 tys. zł. Z bonifikatą dla żony byłego hutnika. Tadeusz Gawron przepracował w hucie Gliwice całe życie. Cena wolnorynkowa tego mieszkania wynosiła ponad 23 tys. zł. W 1999 r. Halina Gawron była już wdową, nie miała tyle pieniędzy. Chciała wziąć pożyczkę z banku pod hipotekę. “Dom-Hut” się nie zgodził. W grudniu 2000 r. złożyła ponowne pismo o wykup. – Zwodzili mnie – mówi kobieta. Dopiero w styczniu 2001 r. prezes spółki przyznał się, że została kupiona przez Krystynę Lis, członka zarządu “Dom-Hutu”. Akt notarialny spisano 31 sierpnia 2000 r.
- Ja się ich boję. Któregoś dnia mogą mnie wyrzucić. Dlaczego mnie nie pozwolili kupić mieszkania za 4 tysiące? - pyta H. Gawron.

Tanio kupili
Bez problemu mieszkanie z huty kupił Józef Kobic, prezes huty przed Ganszyńcem. Miał już jedno przy Wandy, drugie dokupił przy Berbeckiego. Za mieszkanie warte 27 tys. zł, zapłacił 9 tys. zł. Kupił je jeszcze od Huty Gliwice. Mieszkanie pohutnicze, przy ul. Ligonia kupił również Kazimierz Bąk, prezes “Dom-Hutu”, w Hucie Gliwice kierownik działu organizacji i zarządzania. Zapłacił za nie tylko ponad 8 tys. zł (jak wynika z aktu notarialnego jego wartość rynkowa to prawie 19 tys. zł). – Byłem pracownikiem i jednocześnie najemcą tego mieszkania, przysługiwała mi duża zniżka – tłumaczy Kazimierz Bąk. Marek Hamróz kupił mieszkanie przy Bekasa za 15 tys. zł w lipcu 2001 r. od “Dom-Hutu”, czyliÉ od siebie. Jak twierdzi, “w zasadzie bez zniżki”. Z lokatorem. – Właściwie już było wolne. Lokator się z niego wyprowadzał – uciął Hamróz.
Nie udało nam się wczoraj porozmawiać z Krystyną Lis. Była nieobecna.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Znów plaga w Zgodzie

Friday, November 28th, 2003

Pech nie omija piłkarek ręcznych Zgody Ruda Śląska. Już od dawna z powodu kontuzji Doroty Krzymińskiej i Katarzyny Łakomskiej w bramce muszą stać juniorki. Teraz plaga zdrowotnych problemów dotknęła zawodniczki z pola.

Na meczu z Bystrzycą Lublin, po zderzeniu z Małgorzatą Liwą, pauzować musi kołowa Tatiana Lukoszek, zaś na jednym z ostatnich treningów palec u nogi złamała rozgrywająca Agnieszka Ślusarz. Nie w pełni zdrowe są także Joanna Pastuszyk i Katarzyna Echolc. Przed kolejnym wyjazdowym meczem z EB Start Elbląg trener Janusz Szymczyk ma więc znów spory ból głowy… 

Autor artykułu: tocha

Bandyci poturbowali policjanta

Tuesday, November 25th, 2003

30-letni policjant został ciężko ranny pod kołami skradzionego samochodu w Rudzie Śląskiej. Sprawcom udało się uciec.

Wczoraj w trakcie rutynowej kontroli drogowej policjanci zatrzymali dwóch mężczyzn, którzy holowali audi A4 skradzione kilka minut wcześniej w dzielnicy Nowy Bytom. Jeden z policjantów oddał strzały, bandyci jednak uciekli. Podczas ucieczki staranowali stojącego na drodze policjanta. Poturbowany funkcjonariusz został natychmiast przewieziony do Szpitala Miejskiego nr 2.

- Ciało policjanta wyglądało jak przemielone – mówi dr Ireneusz Kołada. – Stopy znajdowały się koło szyi, wyglądało to bardzo źle. Na szczęście, policjant był przytomny. Wygląda na to, że jego kręgosłup nie został uszkodzony. Złamaniu uległy kończyna górna i dolna. Stan poszkodowanego oceniamy jako stabilny.

Do zdarzenia doszło około godziny 17. Tuż obok restauracji McDonald na skrzyżowaniu ulic 1 Maja, Zabrzańskiej i Wolności dwuoosobowy patrol rudzkiej policji przeprowadzał kontrolę drogową. Podejrzenie policjantów wzbudziło auto holujące ze zbyt dużą prędkością samochód Audi A4. Po zatrzymaniu poproszony o dokumenty kierowca niespodziewanie ruszył. W tym czasie mężczyzna siedzący za kierownicą audi szybko przesiadł się do wozu holującego. Przestępcy przyspieszyli. Policjant został potrącony i dostał się pod koła audi. Złodzieje pozbyli się holowanego samochodu – uderzyli w słup przecinając linkę i pozostawiając dopiero co ukradziony samochód. – Wiadomo, że następnie odjechali w kierunku Zabrza – mówi rzecznik rudzkiej policji, komisarz Piotr Palion.

Okoliczni mieszkańcy mówią, że słyszeli serię strzałów. Policja do późnych godzin wieczornych szukała wczoraj łusek z użytej broni. Ulica 1 Maja była wyłączona z ruchu. – Ze wstępnych ustaleń wynika, że policjant użył broni – mówi jeden z funkcjonariuszy. – Wiemy też, że bandyci mieli z sobą broń długą. Na razie trudno jednak powiedzieć czy została przez nich użyta.

Zaraz po zdarzeniu rozpoczął się policyjny pościg. Bandyci uciekając swoim samochodem kilka godzin po zdarzeniu byli widziani w okolicach Mikołowa. Do momentu zamknięcia tego wydania gazety policji nie udało się ich zatrzymać.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Zapłaćcie za krzywdę

Tuesday, November 25th, 2003

Trzydziestu tysięcy złotych żąda od Skarbu Państwa Barbara C., częstochowianka, której mąż skazany został niesłusznie w 1955 roku na cztery lata więzienia. Kobieta doprowadziła do rehabilitacji swojego nieżyjącego małżonka, teraz razem z trzema córkami wystąpiła o odszkodowanie i zadośćuczynienie za lata pobytu w więzieniu Konstantego C.

- Gdy mąż został skazany, zostałam sama z trójką małych dzieci – opowiada 80-letnia Barbara C. – Starsza córka miała 7 lat, bliźniaczki niespełna półtora roku. Byłam sama, bez środków do życia, a męża skazano w sfingowanym procesie.

Barbara C. uważa, że aresztowanie jej męża wiąże się z wydarzeniami sprzed wojny. Gdy Konstanty C. był uczniem klasy maturalnej, zeznawał w 1935 r. przeciw chłopakom z zabronionej wówczas organizacji komunistycznej. Zostali oni w okresie stalinizmu wysokimi rangą urzędnikami państwowymi. Barbara C. jest przekonana, że to dzięki ich “protekcji” skazano jej męża. W ubiegłym roku Sąd Najwyższy unieważnił wyrok z 1955 roku stwierdzając, że czyn o który został oskarżony częstochowianin, nie był przestępstwem. – Żadne pieniądze nie zrekompensują doznanych krzywd, ale uważam, że skoro mąż został skazany niesłusznie, państwo powinno mi dać odszkodowanie – mówi Barbara C.

Autor artykułu: ibz

Fałszywe papiery

Tuesday, November 25th, 2003

Funkcjonariusze Śląskiego Oddziału Straży Granicznej zatrzymali trzech obywateli Mołdowy, którzy posługiwali się fałszywymi dokumentami.

Dwóch obcokrajowców próbowało przekonać funkcjonariuszy Straży Granicznej, że w Polsce przebywają legalnie. Tłumaczyli, że starają się o status uchodźcy. Na potwierdzenie tego pokazali zaświadczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, w którym była mowa o toczącym się postępowaniu odwoławczym od decyzji Rady ds. Uchodźców w sprawie nieprzyznania statusu uchodźcy.

- Po sprawdzeniu okazało się, że cudzoziemcy nigdy nie składali żadnego wniosku nie tylko z odwołaniem się od decyzji, ale nigdy nie występowali o status uchodźcy – wyjaśnia kpt. Grzegorz Klejnowski, rzecznik śląskich pograniczników.

Trzeci Mołdawianin przedstawił podrobiony akt notarialny stwierdzający jego tożsamość. Widniejąca w nim kancelaria adwokacka nigdy nie wystawiała tego aktu. Cała trójka Mołdawian była zatrzymana w niedzielę na giełdzie samochodowej w Gliwicach. Wszyscy będą zobowiązani do opuszczenia Polski.

W tym roku Śląski Oddział Straży Granicznej w Raciborzu zatrzymał 350 cudzoziemców, którzy w Polsce przebywali nielegalnie.

Autor artykułu: jac

Bunt lekarzy

Monday, November 24th, 2003

W piątek o północy minął termin składania ofert w Narodowym Funduszu Zdrowia. Na sześć tysięcy świadczeniodawców wpłynęła zaledwie połowa ofert – jedynie niewiele ponad 3 tysiące. Zarząd Funduszu do końca wierzył, że uda się złamać opór zbuntowanych.

Urzędowy optymizm szefów NFZ skończył się kilka minut po dwunastej, choć np. zdecydowały się na kontraktowanie wszystkie szpitale z województwa śląskiego oraz ok. 60 proc. podstawowej opieki zdrowotnej (60 proc. to dane NFZ, bo z dochodzących do nas informacji wynika natomiast, że wyłamało się ok. 30 proc.).

Nieoficjalnie wiemy jednak, że z Jastrzębia Zdroju nie wpłynęła żadna oferta dotycząca podstawowej opieki zdrowotnej. Lekarzy połączyła wyjątkowa solidarność. Swych ofert nie złożyli też świadczeniodawcy zgrupowani w Związku Pracodawców Ochrony Zdrowia, który obejmuje ok. 70 proc. województwa śląskiego w tym m.in. tak duże ośrodki jak Gliwice, Zabrze, Racibórz i Bielsko-Biała.

Związek reprezentuje jednak największe zakłady opieki zdrowotnej świadczące usługi z zakresu podstawowej opieki medycznej, poradnie specjalistyczne, a także część stomatologów i ma pod swoją opieką prawie 3 miliony pacjentów.

Związek należy do tzw. Porozumienia Zielonogórskiego, które ukonstytuowało się na fali protestów przeciwko polityce zdrowotnej państwa i grupuje osiem województw stawiających zdecydowany opór zasadom kontraktów zaproponowanym przez NFZ.

- Nie przystąpiliśmy do konkursu, bo nie zgadzamy się z zaproponowanymi warunkami. Czekamy teraz aż NFZ siądzie z nami do stołu rokowań. Póki co, nie otrzymaliśmy jednak oficjalnego zaproszenia na negocjacje – wyjaśnia Mariusz Wójtowicz, szef Związku Pracodawców z Zabrza.

Tymczasem możliwe są dwa scenariusze. Albo centrala NFZ rzeczywiście przystąpi z Porozumieniem Zielonogórskim do rokowań, albo po otwarciu ofert zdecyduje się na powierzenie szpitalom świadczenia usług z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej. To rozwiązanie oznaczałoby, że Fundusz chce konfrontacji z lekarzami. Na razie wydaje się, że NFZ gra na czas. Już 11 listopada lekarze z Porozumienia wysłali listy z propozycją rozmów. Pozostały bez odzewu. – Z pewnością nie zmienimy zdania – zarzeka się Wójtowicz.

Lekarze nie zgadzają się m.in. na pełnienie całodobowej opieki medycznej, a taki obowiązek wynikałby właśnie z nowych kontraktów. Nawet zwiększona w tym roku stawka przypadająca na jednego ubezpieczonego z 66 zł. do 72 złotych nie przekonała ich do kontraktowania. Postawiono wygórowane wymagania dotyczące wyposażenia gabinetów, nałożono nowe obowiązki badań i diagnostyki, nie uregulowano kwestii dotyczącej zapłaty za pacjentów przyjmowanych po wyczerpaniu limitu.

Otwarcie ofert złożonych w NFZ zostało zaplanowane na 25 listopada, a zatem tuż po północy z poniedziałku na wtorek. Wtedy będzie się można przekonać w jakim stopniu zaoferowane usługi zaspokoją potrzeby pacjentów z województwa śląskiego. – Cały czas liczymy dokumenty, wiele z nich przyjdzie pocztą i dlatego obecnie jeszcze nie można mówić o stuprocentowo pełnej statystyce – twierdzi rzeczniczka katowickiego oddziału Funduszu, Aleksandra Szatkowska.

Autor artykułu: Agata Pustułka

Knebel na celników

Saturday, November 22nd, 2003

Ministerstwo Finansów uznało, że prowadzona przez celników akcja protestacyjna jest nielegalna. Niepokornym, zagrożono utratą pracy i zabroniono kontaktów z dziennikarzami.

Zwolnieni celnicy walczą przede wszystkim o pieniądze na zagospodarowanie się w nowym miejscu pracy. Do tej pory resort stał na stanowisku, że takie się im nie należą. Tymczasem wczoraj, po tym jak sprawa stała się głośna w mediach, finanse nieoczekiwanie się znalazły. Propozycję przeniesienia na wschodnią granicę odrzuciło około 70 celników z województwa śląskiego. Sprawą zajął się Rzecznik Praw Obywatelskich.

Około 70 celników z województwa śląskiego zostało bez pracy po tym, jak odrzucili propozycję przeniesienia na wschodnią granicę. Ministerstwo Finansów zabroniło pracownikom izb celnych kontaktów z dziennikarzami. Wszystkim niepokornym, którzy ośmielą się protestować przeciwko absurdalnym pomysłom resortu, zagrożono dyscyplinarnym zwolnieniem z pracy.

- Ministerstwo jest oburzone tym, że celnicy protestują przeciwko warunkom, w jakich są przenoszeni na wschód. W tym tygodniu, za pośrednictwem dyrektorów izb celnych, wszyscy pracownicy dostali zakaz rozmów z dziennikarzami – podkreśla Franciszek Krasoń, przewodniczący Związku Zawodowego Służby Celnej w Cieszynie.

Przed emeryturą
Przypomnijmy. W związku z koniecznością wzmocnienia polskiej granicy wschodniej, w województwie śląskim propozycję przeniesienia się do Przemyśla lub Białej Podlaskiej otrzymało 49 pracowników Izby Celnej w Katowicach oraz ponad 130 zlikwidowanej Izby w Cieszynie. Wśród nich były kobiety w ciąży i osoby, którym zaledwie kilka miesięcy brakuje do emerytury.

Propozycje przeniesienia cieszyńscy celnicy dostali na… dwa dni przed likwidacją ich Izby Celnej. Dokumenty, czasem późnym wieczorem, przynosili im do domów funkcjonariusze operacyjni. Jedną z kobiet “znaleźli” w szpitalu, gdy dochodziła do siebie po operacji. Ktoś inny dostał pismo w czasie przetaczania krwi. Celnicy na podjęcie decyzji o przeprowadzce dostali dziesięć dni. Nie mogli liczyć na sfinansowanie przenosin i mieszkanie w nowym miejscu pracy. Odrzucenie propozycji miało oznaczać zwolnienie z pracy.

Rozdzielili rodziny
- Wypowiedzenia dostało do tej pory około 70 osób. Ta liczba nie jest ostateczna, ponieważ kilkanaście osób przedstawiło różne wnioski i zaświadczenia, które są jeszcze analizowane – tłumaczy Elżbieta Gowin, rzecznik prasowy Izby Celnej w Katowicach.

Franciszek Krasoń przekonuje, że wypowiedzenia wręczono prawie stu osobom. Wbrew zapewnieniom resortu doszło do przypadków rozdzielenia rodzin celników. – twierdzi związkowiec.

Na początku listopada cieszyńscy celnicy weszli z pracodawcą w spór zbiorowy. W obronie swych interesów wystąpili do specjalizującej się w podobnych sprawach kancelarii prawnej w Gdyni. – Otrzymaliśmy opinię prawną, z której wynika, że alokacja celników odbywa się z naruszeniem ustawy o służbie celnej – podkreśla Krasoń. – Zwolnieni pracownicy otrzymują od nas wzory odwołań, które mogą składać u dyrektora izby celnej. Jeśli zostaną odrzucone, będziemy się zwracać do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Dyscyplinarka za opaskę
Tymczasem ministerstwo uznało, że prowadzona przez celników akcja protestacyjna jest nielegalna. – Założenie przez celnika opaski z napisem “protest” ma być traktowane jak profanacja munduru i powodować natychmiastowe wszczęcie postępowania dyscyplinarnego – podkreśla Franciszek Krasoń.
- Ustawa o służbie celnej zabrania prowadzenia akcji strajkowej. Regulamin określa również, jak na służbie powinien wyglądać celnik – mówi Elżbieta Gowin.

Będą pieniądze?
Tymczasem wczoraj po południu Ministerstwo Finansów poinformowało, że celnicy przenoszący się na wschód dostaną pieniądze na przeprowadzkę i zagospodarowanie się w nowym miejscu pracy.

Oburzona stanowiskiem MF jest Iwona Fołta, szefowa Federacji Związków Zawodowych Służb Celnych. – Jeżeli te pieniądze nie zostały zapewnione w dniu przeniesienia, a teraz się znalazły, to możliwe, że Ministerstwo Finansów usiłowało je zaoszczędzić. To jest skandal – podsumowuje Iwona Fołta. I czeka na rozmowy z rządem.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Nasi w serialu

Friday, November 21st, 2003

Telefon od producentów serialu z propozycją zagrania, odebrała w nietypowym miejscu. W stajni. Właśnie wybrała się do swojej przyjaciółki, mieszkającej w Kamionce Wielkiej koło Nowego Sącza, żeby pojeździć na koniach.
Alina Chechelska, aktorka Teatru Śląskiego pojawi się już za tydzień w serialu “Na dobre i na złe”. Zagra egzaltowaną kobietę zafascynowaną Igorem, która postanawia nabyć odkurzacz dla alergików, bo na alergię cierpi… jej pies, zabawne maleństwo, za to o wielkim imieniu – Brutus.

- Do serialu polecił mnie Maciej Pieprzyca, który obok Macieja Dejczera i Teresy Kotlarczyk reżyseruje “Na dobre i na złe”. Pochodzi z naszego regionu, chadza tu do teatrów i zna aktorów w regionie – mówi Alina Chechelska. To jednak nie tylko Pieprzyca zauważył katowicką aktorkę. Krytyk Jacek Sieradzki, w opublikowanym w ?Polityce? “Subiektywnym spisie aktorów teatralnych” wyróżnił jej rolę Teofili w “Chryjach z Polską”, wystawianych w Teatrze Śląskim.

Chechelska występuje w wielu spektaklach Teatru Śląskiego, a już wkrótce zobaczymy ją w nowej propozycji, “Trainspotting” w reżyserii Michała Ratyńskiego.
Współpracuje też z Teatrem Bez Sceny. Ma za sobą role filmowe – zagrała w obrazie Kazimierza Kutza “Śmierć jak kromka chleba” i w “Marion – chef de voleurs” w reżyserii Michela Favarta.

Pracę na planie serialu “Na dobre i na złe” wspomina bardzo miło. – Współpracowałam z dwójką młodych aktorów, Maciejem Zakościelnym i Karoliną Borkowską. Urzekła mnie niemal rodzinna atmosfera na planie. Cała ekipa jest bardzo sympatyczna – wspomina. Z jej pracą w “Na dobre i na złe” związana jest też anegdota. Przyjechała z Katowic pociągiem, a kierowca miał ją odebrać spod hotelu Marriot.
Wypatrywał więc kobiety z długimi, ciemnymi włosami i… dużym biustem. W końcu jedną zobaczył, podszedł z tyłu i zapytał: “Pani Alina Chechelska?”. Kobieta odwróciła się i odpowiedziała “Nie, Anna Dymna”. Faktycznie, pani Anna gościła w tym dniu w Warszawie, z okazji premiery filmu “Stara Baśń”.

Autor artykułu: reg

Chwyt Ganszyńca

Wednesday, November 19th, 2003

Sprawdź, kto jest właścicielem Twojego mieszkania! Może je ktoś po cichu wykupił i spokojnie czeka na Twoją śmierć? Pani Józefa Zajączkowska z Gliwic dowiedziała się, że mieszkanie, w którym od trzydziestu lat mieszka, wykupił były prezes Huty Gliwice, Joachim Ganszyniec. Ten sam, który dwa lata wcześniej zajmował się sprzedażą hutniczych mieszkań. Który Zajączkowską, kiedy chciała wykupić mieszkanie, “załatwił odmownie”. Sprawa ujrzała światło dzienne przypadkowo.

Józefę Zajączkowską, wdowę po pracowniku Huty Gliwice wraz z jej 107-metrowym mieszkaniem w centrum Gliwic sprzedano. Bez jej wiedzy. Po cichu, w tajemnicy kupił ją… były prezes huty Joachim Ganszyniec, dziś członek zarządu Starostwa Powiatowego w Tarnowskich Górach! Ten sam, który trzy lata temu zdecydował, że mieszkanie w którym Zajączkowska mieszka, nie jest ani na sprzedaż, ani na zamianę.

Przypadkowe odkrycie
Sprawa nie wyszłaby na jaw, gdyby Zdzisław Zdanowicz, sąsiad z parteru i szef Wspólnoty Mieszkaniowej kamienicy przy ul. Barlickiego 21 nie zaczął porządkować dokumentów wspólnoty.
Od prawie trzech lat byłym budynkiem zakładowym Huty Gliwice (dziś w likwidacji) zarządza wspólnota 15 właścicieli mieszkań, pozostałe trzy wciąż należą do spółki Dom-Hut. Wszyscy lokatorzy są pracownikami bądź rodzinami hutników. – Dom-Hut zalega wspólnocie z opłatami za użytkowanie tzw. części wspólnych. Postanowiłem sprawy wyprostować, a jak trzeba będzie to i wystąpić do sądu – tłumaczy Zdanowicz. Wszystko sprawdził w księgach wieczystych. Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Okazało się bowiem, że właścicielem jednego z mieszkań, należącego do Józefy Zajączkowskiej jest nie Dom-Hut, ale Joachim Ganszyniec. Były prezes Huty Gliwice, który zajmował się sprzedażą… pohutniczych mieszkań.

Nie, bo nie
Kamienica przy Barlickiego leży w doskonałym punkcie w Gliwicach, kilka metrów od ul. Zwycięstwa. Mieszkania są okołostumetrowe. Na wolnym rynku ceny sięgają 90 tys. zł. Sześć lat temu mieszkania zakładowe przejęła w administrowanie spółka Dom-Hut. Trzy lata temu wszystkim lokatorom z Barlickiego 21 zaproponowano, że mogą wykupić je na własność. Oczywiście z bonifikatą należną pracownikom huty i ich rodzinom.
Mąż pani Zajączkowskiej pracował w hucie 33 lata, pani Józefa mieszka w nim 30 lat. Jest wdową, ma dorosłą córkę. Dwa lata temu ruszyła sprzedaż mieszkań obecnym najemcom. Jako żona byłego hutnika Józefa Zajączkowska również mogła wykupić swoje mieszkanie z obniżką. Rzeczoznawca wynajęty przez hutę, który zajmował się wyceną mieszkań przy Barlickiego, wyliczył, że lokatorka ma zapłacić 24 tys. zł. Pani Józefa zapłaciła nawet procent od wartości – 330 zł za wycenę. Kiedy jednak lokatorka poszła do kasy Huty wpłacić całą kwotę, odpowiedziano, że… nie ma jej na liście. – Poszłam do prezesa Ganszynca – opowiada kobieta. – Raz, drugi, trzeci. Ani razu nie udało mi się porozmawiać z nim twarzą w twarz. W końcu pan Bąk, prezes Dom-Hutu powiedział mi, że to mieszkanie nie jest na sprzedaż. Pytałam dlaczego, ale usłyszałam nie, bo nie.
Józefa Zajączkowska chciała je więc zamienić na mniejsze – z centralnym ogrzewaniem, najlepiej na parterze. – Dom-Hut zaproponował mi jedno mieszkanie, przy Jagiellońskiej, ale tam były piece. Zaczęła szukać czegoś na własną rękę. – Miałam trzy dobre propozycje, ale w Dom-Hucie za każdym razem słyszałam, że mieszkania zamienić nie można. Ani kupić, ani zamienić – mówi z żalem.

Nie pamiętam
Lokatorka przestała chodzić po prezesach. Wtedy, jak gdyby nigdy nic mieszkanie kupił… Joachim Ganszyniec, dziś członek zarządu w starostwie w Tarnowskich Górach. W oświadczeniu majątkowym wykazał posiadanie 107-metrowego mieszkania. Jego wartość na wolnym rynku to, według oświadczenia Ganszyńca, ok. 70 tys. zł.
Ile zapłacił za nie były prezes Huty, nie wiadomo. Zarówno Kazimierz Bąk, prezes Dom-Hutu, jak i Ganszyniec nie chcą ujawnić kwoty. Prezes Bąk najpierw zasłania się niepamięcią, po jakimś czasie przyznaje, że mieszkanie zostało sprzedane “normalnie, po cenie wolnorynkowej”. – Chciał kupić, kupił – mówi o Ganszyńcu. – Wszystko jest zgodne z prawem – ucina. Nawet kupione z lokatorem, bez jego wiedzy? Przecież lokator występował z wnioskiem o kupno mieszkania. I co, jemu nie chcieliście sprzedać? – pytamy. – Być może występował, ja tego nie pamiętam – odpowiada prezes Bąk.
Józefa Zajączkowska jak gdyby nigdy nic, nadal płaci czynsz do Dom-Hutu. W mieszkaniu pod “trójką” nadal zameldowana jest też jej córka oraz wnuczka.

Zakup wykazałem
Sam zainteresowany nie chce rozmawiać o mieszkaniu przy Barlickiego. – Zakup wykazałem w oświadczeniu – ucina Ganszyniec. Nie chciał odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kupił je w tajemnicy przed lokatorem, który miał prawo pierwokupu, jak dowiedział się o możliwości kupna i w jakim celu je nabył. – Poczekam na artykuł w gazecie. Jestem ciekawy co pani napisze – powiedział i odłożył słuchawkę.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Rozmowa z Krzysztofem Tochelem, trenerem Zagłębia Sosnowiec

Tuesday, November 18th, 2003

W ostatnim spotkaniu rundy jesiennej Zagłębie pokonało Ruch Radzionków 1:0. Spodziewał się pan, że w tym meczu będzie szło tak ciężko?
Przeglądam właśnie statystykę z tego spotkania. Oddaliśmy 19 strzałów, a goście ani razu nie trafili w światło bramki. Widać z tego, że mecz przebiegał pod nasze dyktando. Tak naprawdę to zabrakło tylko bramek. W naszym sukcesie, nie tylko w tym meczu, ale i w całej rundzie, duży udział mieli kibice. W każdym spotkaniu mogliśmy na nich liczyć. Z pewnością oprawa, jaką szykowali, deprymowała naszych przeciwników i grało nam się łatwiej.

Ruch czymś pana zaskoczył?
Spodziewałem się, że mecz będzie tak wyglądał. Drużyny, które przyjeżdżają do nas, zwykle się bronią, licząc na kontratak. Nie inaczej było w sobotnim spotkaniu. Ruch zaskoczył mnie tylko tym, że zabrakło ich najlepszego strzelca, Marka Tokarza. Kontuzja okazała się groźniejsza niż myślano. Może jego absencja spowodowała, że Ruch nie najlepiej radził sobie w ofensywie.

Zadowolony jest pan z postawy swojej drużyny w tym meczu?
Cieszą punkty. Zespół też nieźle sobie radził. Może gra nie była ładna, ale liczy się zwycięstwo. Walczymy o awans i punkty są najważniejsze.

Spodziewał się pan, że w ostatniej kolejce punkty stracą i Włókniarz Kietrz i Śląsk Wrocław?
Można było przewidzieć, że Włókniarz straci punkty w Zabrzu. Walka przez całą rundę prezentowała się bardzo dobrze. Natomiast zupełnie zaskoczyła mnie postawa Promienia Żary. Ten zespół raczej nie zdobywał punktów na wyjazdach, a tu taka niespodzianka. Potrafił zremisować we Wrocławiu ze Śląskiem.

Po rundzie jesiennej macie cztery punkty przewagi nad Śląskiem i Włókniarzem. Czy to wystarczająca zaliczka przed wiosennymi spotkaniami?
Chciałbym, aby tak było. Na wiosnę trzy z czterech pierwszych meczów gramy u siebie. Zakładam, że wtedy uda nam się jeszcze bardziej odskoczyć. Do tego spotkania ze Śląskiem i Kietrzem również gramy na własnym stadionie. W teorii wygląda wszystko dobrze, ale jak będzie, zobaczymy na boisku.

Czy oprócz was oraz Śląska i Włókniarza, może ktoś jeszcze włączyć się do walki o drugą ligę?
Jest jeszcze Odra Opole. Z tego, co słyszałem, mają pozyskać sponsora z Holandii. Będą groźni.

Autor artykułu: Rozmawiał Michał Micor