Archive for December, 2003

Olimpia Piekary Śl. – Wisła Płock 22:24

Monday, December 8th, 2003

Bliscy sprawienia niespodzianki byli w niedzielny wieczór piłkarze ręczni Olimpii Piekary Śląskie. Siódemka Marka Płatka stawiła bowiem zacięty opór Wiśle Płock. Ostatecznie wicemistrz Polski wygrał 24:22 (10:8), ale gospodarze rozegrali dobre spotkanie i za swoją grę zebrali sporo braw.

Początek zapowiadał – zgodnie zresztą z przewidywaniami – łatwe zwycięstwo przyjezdnych, którzy po pięciu minutach prowadzili 3:0. Później miejscowi zobaczyli, że rywal nie jest taki straszny jak go malują. Gdy jednak między 21 a 22 min Tomasz Paluch wykorzystał dwa rzuty karny, Wisła objęła prowadzenie 9:5. Gospodarze jednak nie rezygnowali.

Dopięli swego w 33 min. Najpierw bramkarz Olimpii Sławomir Donosewicz obronił rzut karny w wykonaniu Artura Niedzielskiego, a chwilę później Dariusz Wisiński efektownym rzutem doprowadził do remisu 10:10.

Zacięta walka trwała już do końca: w 42 min było jeszcze 15:15, choć płocczanie wciąż posiadali lekką inicjatywę. Losy meczu rozstrzygnęły się w 58 min. Po bramce Mariusza Kempysa gospodarze zmniejszyli dystans na 21:23 i po nieudanej akcji gości byli w posiadaniu piłki. Akcja, która mogła przynieść kontaktową bramkę zakończyła się jednak stratą, a trafienie Palucha było decydujące.

Mimo porażki Marek Płatek był zadowolony z postawy drużyny: – Chłopcy zagrali z wielką determinacją i przy odrobinie farta byliśmy blisko remisu. Rywal wykazał się jednak większą dojrzałością. Mnie wciąż bardziej boli dwubramkowa porażka tydzień temu w Warszawie, bo tam była większa szansa na urwanie punktów – skomentował szkoleniowiec Olimpii.

Autor artykułu: tocha

Skra – Polska Energia 3:0

Monday, December 8th, 2003

Nie powiodła się wyprawa siatkarzom KP Polskiej Energii Sosnowiec do Bełchatowa. “Branżowe” derby wygrała Skra 3:0 (25:23, 25:20, 25:19), a drużyna z Sosnowca tylko na początku spotkania dorównywała gospodarzom. Bełchatowianie cieszyli się, że nie zostali zmuszeniu do większego wysiłku, bo dzisiaj już wylecą do Rosji, gdzie w środę zmierzą się w meczu Pucharu Konfederacji z Lokomotiwem Jekaterinburg.

Na początku meczu kilkupunktową przewagę uzyskali sosnowiczanie (10:6 i 13:10), ale siatkarzom Skry udało się doprowadzić do wyrównania 16:16, a po bloku Michała Bąkiewicza wyjść na prowadzenie 19:18. Od stanu 22:22 dwa punkty zdobyli bełchatowianie, którzy po chwili cieszyli się ze zwycięstwa w pierwszym secie.

Na początku drugiej partii wydawało się, że będzie trwała ona bardzo krótko. Skra prowadziła już 6:1, ale na pierwszą przerwę techniczną oba zespoły schodziły przy prowadzeniu drużyny z Sosnowca 8:7. Kolejnego zrywu Skry rywale nie byli już jednak w stanie powstrzymać i po dwóch setach było już 2:0.

Także trzeci set nie sprawił wielu kłopotów dużo lepiej grającym bełchatowianom. Rozpoczęli od prowadzenia 4:0, a w całej partii sosnowiczanie tylko raz zbliżyli się do Skry na jeden punkt (7:6).

- Często było tak, że po naszych niewymuszonych błędach Skra zdobywała punkty. Nie powinno tak być – żalił się po meczu trener KP Andrzej Urbański.

Z kolei szkoleniowiec Skry Ireneusz Mazur cieszył się z punktów zdobytych przez jego zespół.

- Wygraliśmy 3:0 i to jest najważniejsze. Teraz przed nami bardzo długa wyprawa do Rosji i trudna potyczka z zespołem z Jekaterinburga – przyznał trener Skry.


Polska Energia: Żygadło, Kudłaczewski, Dacewicz, Divis, Łomacz, Pliński, Legie (libero) oraz Wagner, Nowak, Hupka.

Autor artykułu: l. jaź.

Andraszak woli nad morze

Monday, December 8th, 2003

Sześć bramek strzelił w jesiennej rundzie dla gliwickiego Piasta Rafał Andraszak. Dobra postawa zaowocowała ofertami innych klubów. Andraszakiem zainteresował się GKS Dospel Katowice i szczecińska Pogoń.

- Raczej postawię na Pogoń – zapowiedział piłkarz, z którą przeszedł już wstępne rozmowy.

Portowcom brakuje napastników. Bardzo skuteczny Batata lepiej niż w ataku sprawdza się w drugiej linii, a Olgierd Moskalewicz w dziesięciu meczach strzelił jednego gola.

Autor artykułu: l. jaź.

Rozwiane obawy

Wednesday, December 3rd, 2003

Hokeiści GKS Tychy odnieśli czwarte zwycięstwo w rozgrywkach Interligi. Na własnym lodowisku wysoko pokonali jednego z faworytów słoweńską Olimpiję Lublanę.

W Tychach obawiano się wczorajszego spotkania. Trenerzy i zawodnicy GKS nic nie wiedzieli bowiem o zespole Olimpiji. – Wszyscy spodziewali się, że będziemy mieli ciężką przeprawę. Jedyną wiedzę o naszych rywalach miałem z internetu. Na podstawie wyników i miejsca w tabeli (trzecie – przyp. red.) uważałem, że to bardzo groźna drużyna – tłumaczył Wojciech Matczak, trener GKS.

Goście przez dwie tercje prowadzili wyrównany bój z tyszanami. Grali twardo i szybko. Nie stronili od ostrych starć przy bandzie, bezpardonowo atakowali nawet bramkarza GKS, Arkadiusza Sobeckiego. – To jest hokej, a nie fabryka czekolady. Tak się teraz gra na świecie – powiedział Matczak. – Nie stronimy od twardej gry. Walczymy przez pełne 60 minut – dodał Matjasz Sekelj, opiekun Olimpiji. Nie zawsze jednak walczyli zgodnie z przepisami.

Szczególnie Robert Ciglenecki często faulował. Aż pięciokrotnie odsyłany był przez sędziów na ławkę kar.
Nasi hokeiści grali bardzo mądrze. Przede wszystkim starali się nie stracić bramki. Umiejętnie wybijali Słoweńców z rytmu i gdy tylko nadarzała się okazja bardzo szybko starali się kontratakować. Taka taktyka zdała egzamin. Decydująca okazała się druga tercja. Olimpija atakowała, a bramki zdobywali gospodarze. Na nic zdała się zmiana bramkarza w słoweńskiej drużynie. Tyszanie zdobyli trzy gole. W ostatniej tercji Słoweńcy opadli z sił i na lodzie dominowali gospodarze.

GKS Tychy – Olimpija Lublana 6:2 (1:1, 3:0, 2:1). Belica (4), Bagiński (23), Woźnica (25), Adamcik 2 (34, 57), Ślusarczyk (52) – Golicić (7), Groznik (51).

GKS: Sobecki; Szymański – Kuc, Śmiełowski – Gretka, Sosiński – Mejka, Sarnik – Krzak – Ślusarczyk, Bagiński – Belica – Adamcik, Woźnica – Koszowski – Frączek.

Autor artykułu: mim

Tramwajowy ekspres – z Będzina do Katowic w 20 minut

Wednesday, December 3rd, 2003

Władze miast na wschód od Brynicy pozazdrościły swym sąsiadom szybkiej linii tramwajowej z Bytomia do Katowic. I opracowały koncepcję połączenia taką samą linią Będzina, Czeladzi i Siemianowic Śląskich z północnymi dzielnicami Katowic. Dzięki ponad 15-kilometrowemu nowemu odcinkowi torów, podróż z Będzina do Katowic zabrać powinna nie więcej niż 20 minut!

Tylko kilka przystanków
- To wcale nie mrzonki. Oczywiście nic nie stanie się od razu, ale przy systematycznej pracy i odpowiednim finansowaniu kolejnych odcinków, całość może powstać w ciągu dziesięciu lat – przekonuje Marek Mrozowski, burmistrz Czeladzi, inicjator całego przedsięwzięcia.
- Wydaje mi się, że realna może być nawet perspektywa pięciu lat. To całkiem możliwe. Znam tę koncepcję i wydaje się bardzo interesująca, zresztą jak każda, która zakłada rozwój połączeń szynowych – dodaje Janusz Berkowski, dyrektor techniczny Tramwajów Śląskich w Katowicach.
Plan budowy nowej superszybkiej linii tramwajowej z zaledwie kilkoma przystankami od Będzina do Katowic nie jest nowy. Dyrektor Berkowski twierdzi, że przed wieloma laty istniało nawet odpowiednie studium wraz z planami i mapami, jednak zakładało wykorzystanie części istniejących torowisk, a nie budowę od zera. Do pierwszej koncepcji nie ma jednak sensu wracać, bo niektóre dzielnice miast, przez które miał przebiegać tamten szlak, straciły już na znaczeniu, a ich miejsce zajęły nowe, rozwojowe.

Centrum przesiadkowe
W budowie superszybkiej linii najciekawsze jest ogólne założenie, że w perspektywie kilku najbliższych lat centra miast, a szczególnie Katowic, będą tak zakorkowane, że możliwe będzie jedynie poruszanie się tramwajem.
Dziesiątkom tysięcy mieszkańców północnych i wschodnich gmin dojeżdżających do pracy w sercu aglomeracji będzie się więc opłacało dojechanie własnym samochodem do tzw. centrum przesiadkowego i kontynuowanie podróży właśnie tym środkiem komunikacji.
- Mam już pomysł na lokalizację takiego centrum przesiadkowego w rejonie trasy Kraków-Wrocław pomiędzy Parkiem Pszczelnik a czeladzkim os. XXXV-lecia – mówi burmistrz Marek Mrozowski. – Będzie to nie tylko dworzec tramwajowo-autobusowy, ale również centrum handlowo-usługowe wraz z parkingami. Być może w dalszej kolejności centrum okaże się tak przyciągające, że powstaną tam również jakieś obiekty kultury.
Do tej pory na Śląsku takie centrum nie funkcjonuje, co nie znaczy, że cały pomysł pozostaje w sferze fantazji. Burmistrz Mrozowski wymienia przykłady niemieckich i duńskich miast, w których podobne centra działają całkiem nieźle.

Konkurencyjny projekt
Najważniejszym problemem pozostaje oczywiście brak pieniędzy na natychmiastowe rozpoczęcie prac. Aby nową linią pojechał pierwszy tramwaj potrzeba astronomicznej kwoty 250 mln zł. Taka kwota przekracza możliwości każdego miasta.
- Myślę, że byłaby szansa na pozyskanie funduszy unijnych, ale konieczne jest tutaj porozumienie wszystkich zainteresowanych gmin, bo Tramwaje Śląskie nie grzeszą nadmiarem gotówki. Wątpliwe także, aby takie pieniądze udało się wykroić marszałkowi województwa, bo zaangażowany jest w wydłużenie trasy z Katowic do Bytomia o odcinek w stronę Miechowic i Zagórza – mówi dyrektor Janusz Berkowski.
I właśnie ten konkurencyjny projekt może póki co studzić zapędy samorządowców.
- Do tej pory nie było konkretnych rozmów na temat budowy połączenia z Czeladzią, bo nastawialiśmy się raczej na kierunek sosnowiecki. Ale kto wie, gdyby nagle znalazły się odpowiednie fundusze, to także kierunek czeladzki byłby bardzo ciekawy. Zrobię wszystko, aby potężna zajezdnia tramwajowa nie straciła swej roli – mówi Radosław Baran, prezydent Będzina.

TERAZ
Dzisiaj podróż tramwajem z Będzina do Katowic zabiera ponad 1 godz. i 15 minut, i choćby ze względu na czas jest pozbawiona większego sensu. Od Osiedla Zamkowego w Będzinie, przy którym ma się znaleźć przystanek końcowy szybkiej linii tramwajowej, do centrum Sosnowca podróż zabiera prawie pół godziny. Następnie należy się przesiąść do drugiego tramwaju, by przez Szopienice dostać się do centrum Katowic. Ten drugi odcinek to ponad 45 minut.
Z tego względu podróżni wybierają autobus.

Autor artykułu: Marcin Twaróg

Kopalnie na sprzedaż

Wednesday, December 3rd, 2003

Prywatyzacja Jastrzębskiej Spółki Węglowej może rozpocząć się już w przyszłym roku – stwierdził wczoraj wiceminister gospodarki Jacek Piechota i nie wykluczył, że inwestorem mógłby być… LNM Holdings.

Hinduski LNM Holdings, który ma już w swojej talii największe polskie huty chciałby stać się właścicielem Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Rozmowy toczą się w cieniu rządowych gabinetów i do wczoraj wiedziały o nich jedynie zainteresowane strony.

Prywatyzacja Jastrzębskiej Spółki Węglowej specjalizującej się w produkcji węgla koksującego, może rozpocząć się już w przyszłym roku – stwierdził wczoraj wiceminister gospodarki Jacek Piechota i nie wykluczył, że inwestorem mógłby być… LNM Holdings.

Czy LNM zostanie właścicielem Jastrzębskiej Spółki Węglowej? Tadeusz Motowidło, poseł SLD z Jastrzębia Zdroju przyznaje, że zakulisowe rozmowy na ten temat trwają od dawna, ale w cieniu gabinetów. – I to jest najbardziej zastanawiające. Dlaczego mówi się otwarcie o powołaniu wspólnej spółki JSW, koksowni “Przyjaźń” w Dąbrowie Górniczej, “Zdzieszowic” oraz spółki Polski Koks SA, a po cichu rozmawia się z LMN-em? – pyta poseł Motowidło.

O rządowych planach niewiele wiedzą też sami górnicy. Jerzy Lis, pracujący w dziale restrukturyzacji KWK “JAS-MOS” mówi, że takie wiadomości czerpie zazwyczaj z prasy. – Minister Piechota miał już 150 pomysłów na górnictwo i ani jeden nie wypalił – przekonuje Lis. – O LNM akurat nie słyszałem, ale wcale mnie to nie dziwi.

Ten hinduski koncern, który został inwestorem strategicznym Polskich Hut Stali, od dawna wyrażał zainteresowanie polskimi kopalniami, wytwarzającymi węgiel do produkcji koksu. Nikt jednak nie przypuszczał, że może zostać właścicielem spółki węglowej, która po trzech kwartałach 2003 roku wypracowała ok. 10 mln zł zysku netto!

Antoni Styrczula, rzecznik prasowy LNM Holdings nie chce rozmawiać na temat jastrzębskich kopalń. – Swoje plany dotyczące m.in. polskiego górnictwa przedstawiliśmy już dawno. Jeżeli chodzi o jastrzębską spółkę, możemy porozmawiać o konkretach, a tych na razie nie ma – stwierdził wczoraj w rozmowie z dziennikarzem “Śląskiej”. – Poza tym, trudno mi komentować słowa ministra Piechoty, ale skoro mówi, że jesteśmy zainteresowani, to chyba wie co mówi.

Nieoficjalnie wiadomo, że prywatyzację JSW należy postrzegać w kontekście zaangażowania się koncernu LNM w Polskich Hutach Stali. To do PHS należy przecież m.in. największa w Europie koksownia “Zdzieszowice”, a także koksownia w Hucie im. Sendzimira. Jednocześnie od ponad roku prowadzone są przygotowania do powołania wspólnej spółki JSW, koksowni ,Przyjaźń” w Dąbrowie Górniczej oraz spółki Polski Koks SA, której współudziałowcem jest również PHS.

Dołączenie do takiej spółki koksowni “Zdzieszowice” doprowadziłoby do stworzenia grupy skupiającej proces produkcyjny – od wydobycia węgla koksującego, poprzez produkcję koksu, aż do jego wykorzystania w hutach i sprzedaży. I może o to właśnie chodzi?

- Rząd powinien grać przy otwartej kurtynie. Tak się po prostu nie robi, bo to jakaś szemrana partyzantka, a nie rządzenie – przekonuje poseł Motowidło.

Jastrzębska Spółka Węglowa to pięć kopalń, wytwarzających głównie węgiel koksujący. Są to kopalnie uruchomione w latach 1963-1984, a więc stosunkowo nowe. Zbudowano je w związku z zapotrzebowaniem na węgiel koksowy na rynku krajowym i zagranicznym. Spółka zatrudnia blisko 19,9 tys. osób, a po trzech kwartałach 2003 roku JSW wypracowała ok. 10 mln zł zysku netto. Zobowiązania spółki wynosiły ok. 1,3 mld zł, z czego duża część ma być umorzona na podstawie ustaw oddłużeniowych.

Autor artykułu: mak

Zarobić na niczym

Monday, December 1st, 2003

To jest twoja szansa! Nie musisz podejmować decyzji już teraz. Możesz to zrobić za kilka miesięcy, ale pamiętaj, że taka okazja nie zdarza się dwa razy – przekonywali nas przedstawiciele niemieckiej firmy Innoflex na spotkaniu, które odbyło się w ubiegłą sobotę w Tychach. Szansa kosztuje 1200 euro i polega głównie na… wyłożeniu forsy.

Innoflex powstał cztery lata temu w Berlinie. Bracia Tomasz i Robert Mundt wpadli na pomysł, aby na mocy ustawy o demonopolizacji utworzyć firmę, partycypującą w sprzedaży usług telekomunikacyjnych, energii elektrycznej oraz kart internetowych, upoważniających do tanich zakupów w wirtualnych sklepach. Krótko mówiąc, chcieli zarabiać na obniżaniu kosztów.

Kierunek: Polska
W Niemczech w strukturach Innoflexu pracuje 65 tys. agentów. Do tej pory pozyskano 1,5 mln klientów. Swoją wiarygodność firma opiera m.in. na audycie przeprowadzonym przez firmę Coface International Poland. Nie wspomina się jednak o problemach z płynnością finansową oraz procesach, jakie toczą się przeciwko firmie w niemieckich sądach. Jesienią Innoflex zarejestrowano w Polsce, zaś oficjalne otwarcie jego przedstawicielstwa zaplanowano na 6 grudnia w Warszawie.
Profil działalności będzie identyczny jak u naszych zachodnich sąsiadów. Firma negocjuje niższe ceny z dystrybutorami energii, dostarczycielami usług telekomunikacyjnych, po czym oferuje je klientom po niższej o ok. 15 proc. cenie. Klient jest zadowolony, bo płaci taniej za wybraną usługę, a handlowiec cieszy się z prowizji, którą otrzymuje od każdego zapłaconego rachunku.
Innoflex kusi wizjami lukratywnego zarobku, obiecując najlepszym sprzedawcom luksusowe mercedesy. Kasa ma płynąć strumieniami, bo przecież klientem firmy może być w przyszłości każdy z nas.
Zastanawia fakt, że firma nie zamierza organizować żadnej kampanii reklamowej, z której klient mógłby się dowiedzieć czegokolwiek na jej temat. Nie ma również strony internetowej w języku polskim. Podobno takowa została już przez centralę w Berlinie opracowana i kilka tygodni temu dotarła do polskiej filii, ale na razie nie działa.

A menedżerowie się szkolą
Innoflex nie ma problemu ze znalezieniem chętnych do sprzedaży usług firmy, bo kusi kandydatów perspektywą lukratywnych zarobków. Nie zraża ich fakt, że aby zacząć zarabiać, rekruci muszą najpierw w siebie zainwestować. A to kosztuje.
Na szkoleniach przyszli menedżerowie poznają tajniki rozbijania monopoli. Nie przeszkadza im fakt, że już za kilka dni pójdą do klienta z ofertą, o której ten nie ma zielonego pojęcia. Nigdy nie zadali sobie pytania, czy niemiecka firma prowadziła negocjacje z jakimkolwiek polskim dystrybutorem energii czy dostarczycielem usług telekomunikacyjnych. A takie pytanie zadać sobie warto, bo ci – jak się okazuje – nie znają nawet jej nazwy.

Płaca, potem praca
W Innofleksie można pracować w charakterze sprzedawcy lub menedżera. Nikomu nie proponuje się etatu.
Sprzedawca stoi w hierarchii najniżej. Wpłaca 330 złotych. Kwota obejmuje m. in. przyznanie numeru identyfikacyjnego. Daje to prawo do zawierania umów.
Menedżerowie są wyżsi rangą. To na nich firmie zależy najbardziej. Zostaje nim ten, kto kupi za kwotę 1200 euro program menedżerski VAP z licencją, dostępem do serwera firmy i pakietem “Home Office”, wyjaśniającym, jak prowadzić domowe biuro i rozmawiać z klientem. Od tej chwili może budować swoją sieć i zarabiać. Żeby było to możliwe, musi zaprosić do współpracy minimum pięć osób, które też wpłacą 1200 euro. Od każdej z nich wprowadzający otrzymuje punkty, a co za tym idzie – prowizję. W ten sposób tworzy się typowa piramida finansowa. Wprowadzający ma niewiele czasu na skompletowanie podległej mu piątki ludzi – raptem 30 dni od daty zamówienia programu. Jeśli się nie uda – straci.

Przy drzwiach zamkniętych
Na spotkanie dla przyszłych menedżerów Innoflexu nie sposób dostać się bez zaproszenia. Osoba wprowadzająca kupuje za 100 zł bilety, które sprzedaje dziesięciu osobom. Z tego grona wyłania potencjalnych pięciu kandydatów, chętnych do wyłożenia 1200 euro. Na ostatnim ze spotkań, jakie firma zorganizowała z końcem listopada w sali katowickiej spółdzielni mieszkaniowej “Piast” oświadczono, że nie wiadomo jeszcze, co tak naprawdę menedżerowie będą sprzedawać. Prawdopodobnie będą to karty upoważniające do zniżek przy zakupach w wirtualnym sklepie. Problem w tym, że jest to portal niemiecki! Kupując w nim jakikolwiek produkt, klient będzie musiał liczyć się z uiszczeniem niemałych kosztów za przesyłkę. O polskim odpowiedniku na razie nie ma mowy. Firmie zależy, aby znalazły się tam towary polskich producentów, ale i w tym przypadku z nikim jeszcze rozmów nie podjęła.

Chętnych nie brakuje
Dla wielu osób Innoflex to kolejna szansa na znalezienie pracy. Większość decydując się na zakup programu VAP zadłużyła się u znajomych.
- Sprawdzaliśmy jej wiarygodność. Wszystko jest w porządku – zapewnia nauczycielka z Zawiercia, kandydatka na menedżera. Na spotkanie w Katowicach zaprosiła koleżanki. Spodobało im się. Innoflexem zainteresowali się lokalni biznesmeni i przedsiębiorcy, w tym dealerzy sieci telefonii komórkowej. Prawdopodobnie zamierzają upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – sprzedawać telefony i zarabiać na rozmowach “w barwach” Innoflexu. W całym kraju firma zwerbowała już 500 menedżerów, którzy szukają kolejnych chętnych do współpracy. Mogą jedynie rozbudowywać dalej piramidę, bo sprzedawać nie mają czego. Chyba, że trafią na klienta, który zechce np. kupić rower w niemieckim portalu zamiast w sklepie za rogiem. Zapowiadane na grudzień uruchomienie usług telekomunikacyjnych jest mało prawdopodobne, bo z żadnym z operatorów w Polsce Innoflex w tej sprawie nie pertraktował.

Pytania bez odpowiedzi
Dyrektor polskiego oddziału, Maria Mazalisz nie zgadza się na rozmowy z prasą przed 6 grudnia. Jest zajęta kształceniem pęczniejącej z dnia na dzień kadry menedżerów. Kandydaci, których spotkaliśmy na spotkaniu zorganizowanym przez firmę w Katowicach wzruszają ramionami, gdy pytamy, czy nie obawiają się, że przystąpili do zwykłej piramidy, która w krótkim czasie pozbawi ich pieniędzy. -. Nad panem też jest szef i inni ludzie. Przecież to też piramida! – usłyszałem.

Autor artykułu: Przemysław Skwara