Archive for January, 2004

Probierz z gwizdkiem

Monday, January 26th, 2004

Piłkarze zabrzańskiego Górnika rozegrali pierwszą grę kontrolną na bocznym boisku przy ulicy Roosevelta. Podopieczni Waldemara Fornalika pokonali V-ligowy Bobrek Karb Bytom 2:1 (2:0). Gole dla I-ligowców zdobyli Paweł Buśkiewicz (19) i Jarosław Popiela (22). Bramkę dla Bobrka strzelił Krzysztof Malicki (47).

W składzie Górnika zabrakło kilku podstawowych piłkarzy, którzy leczą drobne urazy, m.in. Krzysztofa Bukalskiego, Michała Karwana, Rafała Niżnika, Japończyka Kimitoshi Nogawy i Michała Probierza, który tym razem biegał po boisku z gwizdkiem w roli sędziego.

W jego zastępstwie na prawej pomocy z dobrej strony pokazał się Rafał Jabłoński ze Sparty Zabrze. Brazylijczyk Rambo zagrał w środku obrony z Błażejem Radlerem.

- Wypadł dobrze, ale naciągnął trochę mięsień, mam nadzieję, że to nic poważnego – przyznał szkoleniowiec Górnika. – W pierwszej połowie mocniejszy skład pokazał kilka płynnych, ciekawych akcji, choć boisko było zmrożone. Po przerwie na boisku grała młodzież i kilku piłkarzy z drużyny rezerwowej – dodał szkoleniowiec.

Indywidualnie trenował także bramkarz Piotr Lech, bo trenerzy chcieli bliżej przypatrzyć się bramkarzowi Avii Świdnik Łukaszowi Gierszowi.

- Na razie nie będzie z nami trenował, ale zachowujemy z nim kontakt – twierdzi Fornalik. Wokół boiska biegał Paweł Pęczak, któremu Górnik wciąż szuka klubu. Piłkarz był jednak mocno rozczarowany faktem, że nie mógł sprawdzić się na boisku…

Następny sparing zabrzanie rozegrają w środę, a ich rywalem będzie IV-ligowa Przyszłość Ciochowice.

Górnik: Laskowski – Felipe, Rambo, Radler, Jakosz – Jabłoński, Moskal, Bukowiec, Popiela – Buśkiewicz, Markiew. W drugiej połowie grali także: bramkarz Giersz oraz Wierzbicki, Juszkiewicz, Gaudinho, Kapias, Król, Wojciechowski, Buchalik, Kiełtyka, Murzyn, Kopański.

Autor artykułu: tocha

Człowiek, którego nie ma

Monday, January 26th, 2004

44-letni obecnie Zygmunt Krata miał ostatni raz kontakt ze światem zewnętrznym w dzieciństwie – kiedy jako 11-latek dostał skierowanie do szkoły specjalnej. Potem został zamknięty w domu i od tej pory istnieje tylko dla najbliższej rodziny. Zapomnieli o nim wszyscy – władze, pomoc społeczna i sąsiedzi. A on żyje, uwięziony w czterech ścianach, na jednym z osiedli w Zabrzu.

Ostatni ślad po Zygmuncie Kracie pochodzi z 1975 roku, kiedy matka przyprowadziła go na szczepionkę – powiedziała nam dr Barbara Kamińska-Galwas w pobliskiej przychodni zdrowia. Zygmunt chodził wtedy do szkoły podstawowej. W wieku 11 lat po przeprowadzonych badaniach psychiatrycznych dostał skierowanie do szkoły specjalnej. Wtedy ślad się urywa. Zygmunt przestał wychodzić z domu.

Tuż po przeprowadzeniu spisu powszechnego, dwa lata temu, kiedy “świat” dowiedział się o istnieniu mężczyzny, mieszkanie odwiedzili lekarz, pielęgniarka środowiskowa, przedstawiciel Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i policja. Od tamtej pory wszystkie próby wizyt kończą się fiaskiem. Matka mężczyzny, Irmgarda Krata nie otwiera nikomu drzwi.

Jak to możliwe?
Nam udało się doprowadzić do spotkania. Dwupokojowe mieszkanie jest kompletnie zagracone. Matka Zygmunta znosi tu rzeczy pozbierane z pobliskich śmietników. Nie dociera tu słońce, okna są pozasłaniane brudnymi kocami. – Straszna u nas bieda – tłumaczy Irmgarda. – Mąż ma tysiąc złotych renty i na nic nas nie stać, ale i tak jest nam tu dobrze.
Matka na początku nie chce, by w rozmowie uczestniczył Zygmunt. W końcu jednak ustępuje. Z drugiego pomieszczenia wychodzi do nas zaniedbany mężczyzna o żółtej skórze, z długą brodą. Na wszystkie pytania nie odpowiada Zygmunt, tylko jego matka. On sam mówi bardzo niewyraźnie, właściwie nie można go zrozumieć.

Zapomniany
- Panie Zygmuncie, co się z panem dzieje? Nie wychodzi pan z domu od wielu lat – pytamy.
- Jemu tu jest dobrze – tłumaczy matka. – Najważniejsze to zjeść i spać. On to tutaj ma. Dajcie nam spokój.
Zygmunt kiwa potakująco głową. Matka każde inne pytanie kwituje tak samo: – Jemu jest dobrze. My chcemy tak żyć.
Sąsiedzi Kratów pierwszy raz widzą Zygmunta na zdjęciach, które mu zrobiliśmy. – Nie znam tego mężczyzny – mówi kobieta od siedemnastu lat mieszkająca dwa piętra niżej. – W tym mieszkaniu mieszka kobieta. Od czasu do czasu odwiedza ją schludnie ubrany mężczyzna.
Ten schludnie ubrany pan to ojciec Zygmunta. Nie udało nam się z nim skontaktować. Zgodnie z informacjami pracowników socjalnych, ojciec jest tam jednak zameldowany.
Pielęgniarkom środowiskowym mówił, że w domu rządzi żona, a ona najlepiej wie, co jest dla syna dobre.
- To spokojni ludzie – mówi sąsiadka. – Żadnych burd. Najgorszy jest tylko ten smród, który z ich mieszkania przenika aż na klatkę schodową.
Inni sąsiedzi, mieszkający tuż obok Kratów opowiadają, że zza ściany słychać czasem płacz. Wiadomo, że dopóki nie ma jakichkolwiek znamion przestępstwa, policja nie może interweniować.

Identyfikacja
Sprawą zainteresowaliśmy się cztery lata temu – mówi zastępca dyrektora Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Zabrzu, Edward Orpik. – Zrobiliśmy wszystko co możliwe i niestety nasze możliwości w tej sprawie już się wyczerpały.
- W 2000 roku skierowaliśmy wniosek do sądu o przymusowe leczenie pana Kraty – mówi Edward Orpik. – Zawiadomiliśmy też prokuraturę o popełnieniu przestępstwa przez jego matkę. Chodziło o uniemożliwienie dostępu do świadczeń medycznych. Sprawa jednak została umorzona. Prokurator nie stwierdził popełnienia przestępstwa. Zwróciliśmy się też do poradni psychiatrycznej. Matka nie zgodziła się na badanie swoje i syna. Pan Krata nie jest ubezwłasnowolniony, a tak traktuje go matka.
Trudno ocenić, jak bardzo chory jest Zygmunt. Kiedy prosiliśmy lekarzy psychiatrów o jakiś komentarz do tej sprawy, każdy z nich mówił, że trudno diagnozować coś tylko na podstawie dziennikarskiej relacji. Większość lekarzy powiedziała, że stan tego człowieka może być tak poważny, że mężczyzna nigdy nie będzie miał szans na powrót do normalnego życia.

Nazwisko bohaterów zostało zmienione.

Autor artykułu: Anna Malinowska, Marcin Szmukier

Co słychać w III lidze?

Monday, January 26th, 2004

Walka Zabrze
Dobra wiadomość dla kibiców Walki. Dwaj podstawowi zawodnicy, Krystian Sosna (na zdjęciu z prawej) i Marcin Kocur, nadal będą grać zabrzańskim zespole. Wprawdzie obaj mieli propozycje z innych klubów – o Sosnę np. starał się drugoligowy Piast Gliwice, ale piłkarze postanowili pozostać w Walce. W klubie trenuje Michał Wolny z Victorii Cisek. O tym, czy pozostanie dłużej w Zabrzu, trener Walki Zdzisław Iwański zdecyduje po kilku grach kontrolnych.

Ruch Radzionków
W Radzionkowie szukają doświadczonego napastnika. Być może zostanie nim Artur Opeldus. 25-letni piłkarz grał ostatnio w drugiej lidze, w Piaście Gliwice. Nie potrafił jednak przekonać do siebie trenerów, przegrał rywalizację z Rafałem Andraszakiem i Piotrem Ussem. Zimą został więc wystawiony na listę transferową. Na razie jego największym osiągnięciem sportowym jest tytuł króla strzelców IV ligi wywalczony w sezonie 1999/2000. W Ruchu trenuje również dwóch młodzieżowców z Ruchu Chorzów, Adam Krzęciesa, Damian Krajanowski. W sparingu byli próbowani inni chorzowianie Sebastian Skoczylas, Sebastian Wyderka, a ponadto Marcin Rudyk z Uranii Ruda Śląska.

Carbo Gliwice
Działacze Carbo wiele sobie obiecują po współpracy z innym gliwickim klubem, drugoligowym Piastem. Mają nadzieję, że uda im się wypożyczyć kilku piłkarzy, którzy nie zmieszczą się w kadrze popularnych “Piastunek”. Chętnie widzieliby w swojej drużynie młodego, utalentowanego napastnika Piotra Wysogląda i doświadczonego obrońcę, Andrzeja Salę Na razie jednak obaj piłkarze wyjechali z Piastem na obóz przygotowawczy do Jaworzynki.

Zagłębie Sosnowiec
Na testach w sosnowieckim klubie przebywa bramkarz, Rafał Brzeziański. 19-letni piłkarz jest zawodnikiem Cracovii, ale ostatnio występował w Gliniku/Karpatii Gorlice. Krzysztof Tochel testował piłkarza w meczu z BKS Stal Bielsko-Biała, ale decyzji o jego losach jeszcze nie podjął…

Autor artykułu: mim

Katowice i Tychy bez wspólnego biletu

Tuesday, January 20th, 2004

Po sześciu latach istnienia z kolektur biletowych znika miesięczny bilet KSC, uprawniający do jazdy na liniach Komunikacyjnego Związku Komunalnego GOP i MZK Tychy. Tyski przewoźnik zlikwidował udogodnienie, bo nie ma pieniędzy na jego dalsze utrzymanie.

- W tym roku z kasy gminy dostaniemy dotację w wysokości 10 milionów złotych. To prawie o trzy miliony mniej niż w roku 2003. W przypadku dalszego utrzymywania biletu KSC nasze przychody w 2004 roku zmniejszyłyby się o kolejne 1,14 miliona złotych – wylicza Jerzy Pisiewicz, dyrektor tyskiego MZK. Wpływy ze sprzedaży biletu KSC były dzielone między obu organizatorów komunikacji. KZK GOP zabierał od 55 do 60 procent pieniędzy, reszta trafiała do kasy MZK Tychy. – Organizatorzy komunikacji otrzymują z tytułu sprzedaży biletu zintegrowanego zawsze mniej pieniędzy niż wówczas, gdy w sieci są rozprowadzane tylko własne bilety – podkreśla Pisiewicz. – Nie ustajemy jednak w staraniach o przywrócenie biletu KSC, gdy tylko pojawią się źródła jego finansowania.

Co miesiąc bilet KSC kupowało około 5,5 tysiąca osób. Teraz, by jeździć tyskimi i katowickimi autobusami, będą musieli kupować dwa bilety.

Cena miesięcznego biletu imiennego:
KSC – 110 zł;
ZK Tychy – 86 zł;
KZK GOP – 90 zł
KATOWICE, TYCHY:

Autor artykułu: IC

Błękitny absurd

Tuesday, January 20th, 2004

“Błękitna linia” TP 9393, czyli telefoniczne centrum obsługi klientów została uruchomiona na Śląsku w listopadzie ubiegłego roku. W założeniach miała działać nieprzerwanie: 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Dzięki niej klienci mieli być szybko i sprawnie obsłużeni, każda interwencja rejestrowana i załatwiana niemal od ręki.

Połączenie z numerem łatwe i bezpłatne dla dzwoniących z telefonów stacjonarnych. Jako jej kolejny atut wymieniano “… kompleksową pomoc i informację na każdy temat za jednym razem, pod tym samym numerem telefonu”.

Błękitna Linia TP 9393 zastąpiła Biura Obsługi Klientów, które zostały zamknięte. Na terenie całego kraju uruchomiono 24 Punkty Obsługi Klientów. Przyjmują one klientów w tych samych sprawach, co abonentów dzwoniących na “Błękitną linię” TP 9393.

SPRAWA KRYSTYNY PACH
Od z górą dwóch miesięcy Krystyna Pach z Knurowa toczy nierówny bój z Telekomunikacją Polską. Problemy naszej Czytelniczki rozpoczęły się 19 listopada, kiedy zdecydowała się na likwidację jednego z trzech numerów telefonów (ISDN). W efekcie została bez telefonu. Mimo wielu prób wyjaśnienia tej sytuacji, jej interwencje pozostają bez echa.
Do niedawna bez zarzutu
Korzystam z usług Telekomunikacji Polskiej od 1985 roku. Nigdy wcześniej nie miałam wobec niej żadnych zastrzeżeń – twierdzi Krystyna Pach. – Zmieniałam numer telefonu, przenosiłam go. Wszystko odbywało się sprawnie i dość szybko.
Zdaniem naszej Czytelniczki kłopoty wielu abonentów TP SA zaczęły się w momencie, gdy zlikwidowano lokalne biura obsługi klienta. Kobieta narzeka także na niesprawne działanie “Błękitnej linii”.
- To po prostu skandal! – denerwuje się knurowianka. – Moje przeżycia z TP SA to droga przez mękę. Trwa to wszystko ponad dwa miesiące i nie widać końca.
19 listopada Krystyna Pach wystąpiła do opolskiego oddziału TP SA z pismem, w którym prosiła o likwidację jednego z trzech posiadanych przez nią numerów, a dwa pozostałe chciała zostawić. Czekała na odpowiedź. Bez skutku. Przez ponad miesiąc nie skontaktowano się z nią ani pisemnie, ani telefonicznie.
- Co gorsza, 29 grudnia okazało się, że mam nieczynny telefon. Dzięki uprzejmości znajomych zadzwoniłam na numer 9393 i zgłosiłam awarię. Zgłoszenie przyjęto, podałam numer kontaktowy. Czekałam. Dwa dni później zadzwoniłam ponownie – opowiada pani Krystyna. – Odebrała inna pracownica, znów kazała mi czekać, informując, że trwa naprawa awarii.
Zlikwidowano
2 stycznia z Krystyną Pach skontaktował się monter. Stwierdził, że jej telefon jest sprawny, a nie można z niego korzystać, ponieważ trwa właśnie likwidacja linii.
- W tym momencie zaczął się koszmar. Wielokrotne wydzwanianie na 9393, bo za każdym razem odbierała inna osoba i wszystko trzeba było wyjaśniać jej od początku – opowiada pani Krystyna.- Wówczas chciałam się skontaktować bezpośrednio z biurem w Opolu.
Dowiedziałam się, że nie ma takiej możliwości. Nie miałam też szansy na kontakt ze zwierzchnikiem telefonistek z “Błękitnej linii”. Tylko jedna z pań zdradziła mi numer faksu do Opola. Wysłałam tam pismo z prośbą o wyjaśnienie. Pozostało, jak zwykle, bez echa.
Niepotrzebny wyjazd
9 stycznia nasza Czytelniczka wzięła urlop w pracy i wraz z mężem pokonała 80 km w jedną stronę, aby wyjaśnić sytuację u źródła, czyli w Opolu. Wyjazd okazał się bezowocny, podobnie jak interwencja w gliwickim Telepunkcie.
- Czuję się jakbym była zamknięta w jakimś zaklętym kręgu. Jestem totalnie bezsilna. A co ważniejsze, do dziś nie mogę korzystać z telefonu. Jestem też bardzo ciekawa, czy TP SA odda mi pieniądze za dwa miesiące abonamentu, skoro z jej winy nie mogłam korzystać z telefonu? – pyta Krystyna Pach.

SPRAWA JERZEGO JAŁOWIECKIEGO
Z niesłownością konsultantów “Błękitnej linii” spotkał się Jerzy Jałowiecki z Sosnowca. Mimo że wiele razy zgłaszał konsultantom “Błękitnej linii” prośbę o zablokowanie wyjścia na numery komórkowe i za każdym razem otrzymywał obietnicę załatwienia tej usługi w ciągu paru dni, do tej pory blokada nie działa.
Stał i wszystkich odsyłał
Zablokować swój telefon przed możliwością dzwonienia na numery komórkowe postanowił jeszcze w grudniu. Wybrał się więc dawnym zwyczajem do biura obsługi klientów przy ul. Grota-Roweckiego i stanął jak wryty.
- Stał tam jakiś człowiek i wszystkich odsyłał. Mówił, że jest “Błękitna linia” i wszystko można załatwić bez wychodzenia z domu – mówi Jerzy Jałowiecki.
Na miejscu chciał złożyć pismo w sprawie założenia blokady i otrzymać pieczątkę przyjęcia zlecenia. Tak samo zrobił dwa lata wcześniej, gdy blokował wyjścia na numery 0-700 i z takiego rozwiązania był zadowolony. Skoro jednak tym razem odesłano go do bezpłatnej linii 9393, wrócił do domu i wykręcił numer.
Obiecanki cacanki
- Zgłosiła się pani konsultantka. Wzięła wszystkie moje dane i gdy dowiedziała się, po co dzwonię, powiedziała, że usługa będzie włączona za trzy dni. Ucieszyłem się, że tak szybko i spokojnie czekałem. Minęły trzy dni, więc dla próby postanowiłem dodzwonić się pod jakiś numer komórkowy. Niestety udało się – mówi rozgoryczony Jerzy Jałowiecki.
Zdenerwowany zadzwonił ponownie do “Błękitnej linii” z pretensjami. Po dłuższej rozmowie kolejna konsultantka obiecała mu, że usługa zostanie włączona po pięciu dniach. Odczekał więc do podanego terminu i ponownie zadzwonił na próbę pod numer komórkowy. Tak jak poprzednio – blokady nie było!
Gdyby niestracone nerwy Jerzego Jałowieckiego, całą historię można by potraktować humorystycznie. Tym bardziej, że w sumie od różnych konsultantów otrzymywał co najmniej jeszcze kilka innych terminów spełnienia swej prośby.
Nic, tylko kpiny
Gdy wreszcie w zeszłym tygodniu nieoczekiwanie zadzwonił do niego męski głos z “Błękitnej linii” TP SA z informacją, że usługa zostanie aktywowana w ciągu dwóch dni, pomyślał, że jego zmagania wreszcie się kończą. Odczekał więc weekend, ale w poniedziałek ponownie niestety bez problemów dodzwonił się na komórkę.
- To są jakieś kpiny! Gdy dzwonię do “Błękitnej linii”, za każdym razem rozmawiam z inną osobą. I jak tu mówić o odpowiedzialności za słowa? Kiedyś, gdy przyszedłem do biura klienta, to dostałem pieczątkę z nazwiskiem, że sprawę przyjęto. A teraz komu mam się poskarżyć, do kogo interweniować? – pyta roztrzęsiony Jerzy Jałowiecki.
Zapowiada, że będzie walczył o swoje prawa do końca. Dodaje, że jeżeli w rachunku za styczeń zauważy jakieś połączenia na numer komórkowy, to za nie na pewno nie zapłaci.

JAK MIAŁO BYĆ, JAK JEST

Zapewnienia sobie, fakty sobie…
Zapewnienia Telekomunikacji Polskiej znacznie mijają się z rzeczywistością. Od dwóch miesięcy klienci TP mają do nowego rozwiązania wiele zastrzeżeń. Dotyczą one dwóch, najistotniejszych kwestii. Po pierwsze, do “Błękitnej linii” nie sposób się dodzwonić. Po drugie, nawet jeśli komuś się to uda, to i tak jego sprawa nie zostaje załatwiona szybko i sprawnie. Przeciwnie, ciągnie się nieraz tygodniami, a anonimowe telefonistki nie są “przypisane” do konkretnych spraw. Często zdarza się tak, że dzwoniąc kilkakrotnie, klienci trafiają na inne osoby.
Każdej z nich zmuszone są tłumaczyć swój problem od początku. A przecież według zapewnień TP SA, ich zgłoszenia miały być rejestrowane. Osoby, które korzystały z usług “Błękitnej linii” dodają jeszcze jedno – z reklamowych zapewnień, że wszystko zostanie załatwione, nic nie wynika. Nie ma też osób odpowiedzialnych za konkretne sprawy. Wszyscy jednomyślnie twierdzą – kiedy były biura obsługi klienta, było o wiele prościej.
O tym pisaliśmy, czyli… a miało być tak pięknie!
Problemy klientów z nowym rozwiązaniem w Telekomunikacji Polskiej zaczęły się niemal od razu. Już w listopadzie nie było łatwo dodzwonić się na “Błękitną linię”. Natomiast o nieudanych próbach interwencji za jej pośrednictwem, naszą redakcję informowali Czytelnicy miesiąc później.
Czekając na konsultanta
Już 8 grudnia Zofia Jakubiec z Bielska-Białej żaliła się na naszych łamach, że “Błękitna linia” to rozwiązanie absurdalne. Domagała się zmiany i zastrzeżenia nowego numeru telefonu. Dzwoniła przez kilka tygodni, nieraz spędzała trzy kwadranse w oczekiwaniu na zgłoszenie się konsultanta. Jej reklamacje pozostawały bez echa, mimo zapewnień telefonistek, że sprawa zostanie szybko załatwiona. Napisała w końcu pismo, jednak i na nie nie doczekała się odpowiedzi.
Raz więcej, raz mniej
Cztery dni później pisaliśmy o kolejnej bielszczance – Alicji Marcek (“Złe impulsy”). Tym razem sprawa dotyczyła zawyżonych rachunków za korzystanie z Internetu. Nasza Czytelniczka zamówiła w TP stałe łącze (ISDN). Wiązało się to z kilkusetzłotowymi kosztami. W pakiecie miała 15 godzin w miesiącu, kiedy mogła korzystać z sieci płacąc 40 zł abonamentu. Pierwszy rachunek otrzymała na kwotę dwukrotnie wyższą. Interweniowała za pośrednictwem “Błękitnej linii”. Telefonistka, która przyjmowała jej reklamację była zdziwiona, że pani Alicja zwraca się do niej z taką sprawą. A przecież TP zapewniała, że obsługa klienta ma być kompleksowa i może dotyczyć każdego rodzaju interwencji. Po kilku dniach pani Alicja otrzymała jednak fakturę korygującą poprzedni rachunek. A za miesiąc… nowy – błędny, zawyżony rachunek, który po kolejnej reklamacji znowu poprawiano.
Zablokowane połączenie
13 stycznia w artykule “Wyłączona” przedstawiliśmy Alicję Niewdanę z Żywca. Również ona kilkanaście razy próbowała dodzwonić się na “Błękitną linię” po tym, jak z niewiadomych przyczyn zablokowano jej połączenia wychodzące. Co więcej, kiedy już udawało jej się porozmawiać z konsultantami, za każdym razem przyczynę tej sytuacji tłumaczono w inny sposób. Podobnie jak w poprzednich przypadkach, na połączenie czekała po kilkadziesiąt minut. Ten czas “umilała” jej… muzyczka.
Dwa miesiące “wykręcania”
W styczniu redakcyjne telefony urywały się od zgłoszeń naszych Czytelników, proszących o interwencje w sprawie “Błękitnej Linii”.
W żaden sposób nie może poradzić sobie ze swoim problemem Danuta Kuczyńska z Katowic, która domaga się wyjaśnienia spornych kwestii związanych z rachunkiem oraz Krzysztof Desperak z Łochowic koło Częstochowy, który – aby gdziekolwiek się dodzwonić – musi wybierać numer poprzedzony prefiksem. W przeciwnym razie zgłasza się inny operator. Także on od dwóch miesięcy nie może wyegzekwować na “Błękitnej linii” wyjaśnienia problemu.
Wszyscy twierdzą zgodnie: “Błękitna linia” się nie sprawdza. Zamiast ułatwiać nam życie, mnoży komplikacje. Po co w takim razie istnieje?

Autor artykułu: Małgorzata Himmel, Marcin Twaróg

Nie tędy droga…

Monday, January 19th, 2004

Mieszkańcy bielskich Mikuszowic domagają się wyburzenia opustoszałych domów

Przed dwoma laty z budynków wyprowadzili się dotychczasowi lokatorzy, a domy popadają w ruinę. Stały się miejscem dla bezdomnych i spotkań pijaczków szukających meliny – skarżą się mieszkańcy okolic ul. Żywieckiej w Bielsku.

Będzie dwupasmówka

Opuszczone budynki są w większości własnością katowickiego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Publicznych. Wykupiono je z myślą o budowie dwupasmowej obwodnicy wschodniej Bielska, która będzie fragmentem międzynarodowej trasy ekspresowej z centralnej Polski na Słowację. Budynki stoją w miejscu, gdzie kiedyś przebiegać będzie droga.

– Kupili dom od sąsiadów ze dwa lata temu, ale sąsiedzi wyprowadzili się dopiero po kilku miesiącach. Zaraz potem zaczęli się tam pojawiać obcy ludzie – mówią mieszkańcy ul. Sportowej. – Nie wiem, czy to bezdomni, czy jakieś pijaki. Czasami pili całą noc, ale najczęściej koło północy robiło się cicho – mówi Maria, jedna z mieszkanek ulicy.

Wielkie picie

Budynki są dewastowane, nawet w dzień. Co można z nich było wynieść i sprzedać – klamki, zamki, okucia, już dawno poznikało, trudno znaleźć choć jedną całą szybę. Wewnątrz, na każdym kroku, można za to natknąć się na puste butelki.
Często z tamtej strony słychać wulgarne odzywki. – Nawet ogniska w środku palą. Tu zabudowa może nie jest zbyt gęsta, ale do nieszczęścia dużo nie trzeba. Kto z nich będzie pilnował ognia, jak wszyscy są pijani? – mówi Krzysztof, również mieszkaniec ulicy.

Najczęściej, opuszczone domy zapełniają się jesienią i wiosną. – Tu mało ludzi mieszka, wszyscy się znają. Jak pojawia się jakiś obszarpaniec, to później długo strach dziecko wieczorem wypuszczać z domu – dodaje Maria.

– Proponowaliśmy, aby budynki wyburzyć. Gdy wykupywano te domy, nie spodziewaliśmy się problemów, bo poganiano ludzi. Wydawało się, że zaraz zostaną zburzone – mówi

Szkoła życia?

Renata Kraciuk, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 24.
Budynek szkoły sąsiaduje bezpośrednio z jednym z opuszczonych domów. Jesienią przez płot kilku mężczyzn próbowało się dobrać do orzechów na drzewie rosnącym na terenie szkoły. Rzucali kamieniami. – Krzyknąłem na nich, to trochę się uspokoili. Ale wieczorami jest tu niebezpiecznie – wyjaśnia Marian Skrzypek, stróż w szkole.

– Zawsze z sąsiadami szkoła żyła w przyjaźni. Szkoda, że się wyprowadzili, bo nieraz w nocy zadzwonili na policję, gdy widzieli jakiś podejrzane osoby w okolicy szkoły – wspomina dyrektor. – Teraz takich sąsiadów można się tylko obawiać. Dzicy lokatorzy często zachowują się agresywnie. Często drażnią naszego psa. Stróż w nocy jest sam. Boję się o niego, że dadzą mu w głowę, ani się spostrzeże – dodaje dyrektor.

Kilka tygodni temu do szkoły ktoś próbował się włamać. Zostały po tej wizycie wyraźne ślady na drzwiach. Kraciuk próbę włamania łączy z dzikimi lokatorami w opuszczonych budynkach. – Następnego dnia ubezpieczyłam pracownię komputerową, choć nasza szkoła jest mała i liczymy się z każdym wydatkiem – wyjaśnia dyrektor.

Co na to drogowcy?

Zburzymy jak najszybciej

Odpowiada Marian Sobula, wicedyrektor katowickiego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad:

– Dotarła już do nas informacja, że mieszkańcy Mikuszowic skarżą się na kłopotliwe sąsiedztwo. Nie wszystkie budynki zostały opuszczone przez dotychczasowych właścicieli, my wyraziliśmy na to zgodę. Domy wykupiliśmy pod budowę bielskiego fragmentu drogi ekspresowej. Trwają przygotowania do budowy, ale na razie nie przewidujemy rozpoczęcia prac budowlanych w tym roku. Część jednak stoi pusta, wiem, że nietrudno się do nich włamać. Domy wyburzymy najszybciej, jak będzie to możliwe. Tego się nie da zlecić. Obowiązują nas bowiem przepisy o zamówieniach publicznych, musimy więc w tej formie rozpisać przetarg na wykonanie wyburzeń. Trudno wskazać dokładną datę, kiedy się to stanie, ale na wiosnę nie będzie już tych budynków.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Kobieta trzech stuleci!

Friday, January 16th, 2004

Jeszcze kilka dni temu nikt oprócz rodziny, w podjasnogórskim grodzie nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia. Za najstarszą częstochowiankę uznawano 107-letnią, emerytowaną i nieżyjącą już nauczycielkę, która co roku odbierała hołdy od władz miasta. Pani Zofia, choć starsza, żyła w jej cieniu i ani raz nie dostała kwiatów na swoje urodziny.

Pani Zofia Bondziusz żyłaby pewnie w cieniu zapomnienia nadal, gdyby nie przypadek. Kilka dni temu przybrana córka pani Zofii postanowiła ją zarejestrować w przychodni zdrowia. Niestety, system Rejestracji Usług Medycznych zakwestionował istnienie 115-letniej kobiety. Programiści nie przewidzieli, że którykolwiek z pacjentów może dożyć aż tak późnego wieku.

Bez rozgłosu
- Nie zależy nam na rozgłosie, więc nie chwaliliśmy się nikomu, że mieszka z nami 115-letnia kobieta – mówi Janina Mikłasiewicz, córka sędziwej częstochowianki. – To przypadek, że akurat chciałam zarejestrować mamę, a system nie chciał przyjąć jej danych osobowych.

Z Kresów rodem
Pani Zofia jest bez wątpienia najstarszą kobietą w Polsce, a może i na świecie. Urodziła się 3 lutego 1889 r. w okolicach Grodna, w polskiej rodzinie. Od wczesnego dzieciństwa pracowała w gospodarstwie rolnym ojca, potem w kołchozie. Nie miała własnych dzieci. Za to jej brat nie był w stanie wykarmić swoich. Dlatego postanowiła mu pomóc i adoptowała jedną z jego córek – Janinę.
Córka pani Zofii wyszła za mąż za Polaka i opuściła Białoruś. Osiadła w Lęborku i tam też (w roku 1970) sprowadziła panią Zofię. Od 1988 roku obie panie mieszkają w Częstochowie.

Babcia nie grymasi…
- Mama nie miała łatwego życia – wspomina córka Janina. – Od 50 lat jest wdową. Teraz to ja i mój mąż jesteśmy jej najbliższą rodziną. Opiekujemy się i dbamy o nią.
Nad zdrowiem pani Zofii czuwa także lekarz z pobliskiej przychodni i pielęgniarka środowiskowa. Oboje są zdania, że jubilatka trzyma się zupełnie dobrze jak na swój wiek. Nie stosuje żadnej diety (córka mówi, że nie grymasi i zjada wszystkie przygotowane przez nią potrawy). Nie bierze także żadnych leków, poza obniżającymi ciśnienie tętnicze.
- Jestem pod wrażeniem sprawności fizycznej pani Zofii – relacjonuje dr Cezary Kędra z rakowskiej przychodni. – Pani Zofia ma wprawdzie problemy z mową i chodzi tylko po mieszkaniu, ale poza tym można powiedzieć, że tryska zdrowiem. Sama wykonuje wszystkie czynności dnia codziennego.

Programista nie przewidział
Nagłe “pojawienie się” pani Zofii obnażyło braki systemu rejestracji usług medycznych. Okazało się, że program został napisany tak, że przyjmuje dane od osób, które urodziły się najwcześniej w 1890 roku. A pani Zofia jest o rok starsza. – To szokująca, ale prawdziwa historia – mówi dyrektor przychodni przy ul. Orkana w Częstochowie Cezary Kędra. – Rzeczywiście kiedy usiłowaliśmy wprowadzić do komputera dane tej pani okazało się to niemożliwe.
O trudnościach z rejestracją pacjentki przychodnia na Rakowie powiadomiła natychmiast częstochowski oddział Narodowego Funduszu Zdrowia. Jego dyrektor, Maciej Pędziwiatr potwierdził, że całe zamieszanie wokół pani Zofii jest konsekwencją błędu, jaki popełnili programiści.
- System rzeczywiście nie przewiduje możliwości zarejestrowania osoby, która ma 115 lat – przekonuje. – Do tej pory jednak, słabości programu “Start” nie zostały obnażone, bo nie mieliśmy aż tak wiekowego pacjenta.
Rzecznik prasowy firmy “Komputerland”, która stworzyła program rejestracji usług medycznych “Start” zapewnił nas, że programiści celowo przyjęli rok 1890 za nieprzekraczalną datę graniczną. – Chodziło o to, by wykluczyć błąd ludzki przy wprowadzaniu danych do komputera. A dokładniej, by nie mylono przy zapisywaniu daty “dziewiątki” z “ósemką” – przekonuje Michał Michalski. – W nowej wersji oprogramowania, która trafi lada moment do NFZ, datą graniczną urodzin będzie rok 1850. To powinno załatwić sprawę.

Ratusz też nie wiedział
O tak leciwej mieszkance Częstochowy nie wiedzieli nawet urzędnicy wydziału ewidencji ludności częstochowskiego magistratu. – To niewiarygodne, ale ta pani naprawdę istnieje – przyznała mocno zaskoczona kierowniczka wydziału Barbara Gronkiewicz, przeglądając na naszą prośbę komputerowe archiwum. – Nikt nie dożył jeszcze tak sędziwego wieku. To absolutny rekord.
Po informacji od “Trybuny Śląskiej” władze samorządowe miasta zamierzają uhonorować najstarszą obywatelkę Częstochowy kwiatami i nagrodą pieniężną.

Autor artykułu: Mariusz Pietrzyk

Po co ta kładka

Thursday, January 15th, 2004

Po nowo wybudowanej kładce nad Drogą Krajową nr 1 w Pszczynie hula wiatr, a większość mieszkańców pobliskiego Osiedla Daszyńskiego zastanawia się, dlaczego w ogóle została wybudowana. – Po co taka kosztowna inwestycja (kosztowała 2,6 mln zł – przyp. red.) w miejscu, z którego mało kto korzysta? Przecież po drugiej stronie znajduje się tylko jeden zakład, w których pracuje kilka osób z osiedla. Żeby dostać się do centrum miasta czy na dworce PKP i PKS, szybciej będzie iść wzdłuż dwupasmówki. Tam można skorzystać z przejścia podziemnego albo przejść przez skrzyżowanie ze światłami – tłumaczą mieszkańcy.

Kładkę sfinansowała Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w Katowicach. – Ta inwestycja była przeprowadzona w ramach remontu kładki, która już tam istniała – tłumaczy szef Dyrekcji, Krzysztof Raj. – My dostosowaliśmy się tylko do propozycji władz miasta. Sugerowaliśmy nawet likwidację przejścia w takim miejscu, ale na to władze nie chciały się zgodzić.

Śmieszy i oburza
Tymczasem wiceburmistrz Pszczyny, Jan Duda w rozmowie z nami utrzymuje, że miasto przy całej tej inwestycji niewiele miało do powiedzenia. – To nie jest nasza kładka, tylko Generalnej Dyrekcji. Nie powinienem nawet w całej sprawie się wypowiadać. Powiem tylko, że lepiej, że taka inwestycja zagościła w naszym mieście niż w innym.
- Buduję tutaj dom już od pewnego czasu – mówi jeden z robotników pracujący na jednej z parceli Osiedla Daszyńskiego. – To jakiś kompletny niewypał. Jak to wszystko obserwuję, to może dziesięć osób w ciągu dnia przez tę kładkę przejdzie. Ogarnia mnie pusty śmiech.
Mieszkającemu na osiedlu Józefowi Żymle na widok kładki wcale nie do śmiechu. – I to się dzieje w kraju gdzie wszyscy głośno mówią, że na nic nie ma pieniędzy – wzdycha pan Józef. – Szkoła jest na miejscu, do centrum inna droga, a tutaj takie kosztowne przejście. Są zrobione podjazdy dla rowerów i dla wózków inwalidzkich. Trzeba było zobaczyć jak to wyglądało, kiedy spadł śnieg. Jak tor saneczkowy! Wszystko żeby pomóc matkom z dziećmi i inwalidom. A przecież i tak z tego przejścia nie korzystają, bo po drugiej stronie nic nie ma.
Dyrektor Raj tłumaczy z kolei, że budowa odpowiednich podjazdów przy przejściu jest już prawną normą. – Przepustowość tej kładki jest duża, a korzystanie z niej… no cóż, może rzeczywiście nie – wzdycha dyrektor.

Symbol przez wypadek
Dyrektor w rozmowie z nami przyznał, że w sprawie inwestycji ważną rolę odegrał wypadek jednego z mieszkańców. – Na starej kładce pewna osoba została poszkodowana. Nie spadła na jezdnię, ale potknęła się i odniosła obrażenia. Sprawa trafiła do prokuratury. Musieliśmy wypłacić odszkodowanie – tłumaczy dyrektor. – Chcieliśmy teraz zrobić wszystko porządnie.
Mieszkańcy narzekają, że lepiej byłoby zainwestować w wiadukt przy ul. Bielskiej. Tam od początku lat 90. stoi wiadukt zbudowany jako łącznik tymczasowy. – Tamtędy jeździ dużo samochodów, a wiadukt wygląda tak jakby za chwilę miał się rozpaść – opowiada Józef Żymła. Okazuje się jednak, że pieniądze, które wydano na kładkę nie mogłyby zapewnić remontu wiaduktu, bo obiekty należą do dwóch różnych instytucji.
- Rzeczywiście z wiaduktem nie jest dobrze – przyznaje Zbigniew Tabor, dyrektor Zarządu Dróg Wojewódzkich, któremu wiadukt podlega. – Ograniczyliśmy w tym miejscu przejazd samochodów do 15 ton. Przeprowadzamy ekspertyzę, dzięki której zadecydujemy co z obiektem robić dalej.
Jedna z mieszkanek osiedla, Zofia Szeliga, której jako jednej z nielicznych kładka skraca drogę do pracy jest zadowolona z obiektu. – Już z daleka przejście jest doskonale widoczne. Poza tym pod względem architektonicznym kładka się wyróżnia, a to chyba dobrze dla wizerunku miasta.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Gajtkowski chce zostać

Thursday, January 15th, 2004

Krzysztof Gajtkowski otrzymał propozycję przejścia do Widzewa Łódź, ale najprawdopodobniej zostanie w Katowicach.

- To jedyna oferta, o której oficjalnie poinformował mnie menedżer – przyznaje sam zawodnik, o którym nieoficjalnie mówi się także w kontekście przejścia do jednego z klubów austriackich. – Na razie chciałbym jednak zostać w Katowicach – dodaje.

Niejasna jest też wciąż przyszłość Jacka Kowalczyka.
- Jeśli zawodnik się ze mną skontaktuje, przekażę mu nową propozycję dotyczącą uregulowania zadłużenia, jakie klub wobec niego ma. Na razie nie miałem okazji przedstawić mu tej oferty – mówi prezes Piotr Dziurowicz.

Autor artykułu: r. m.

Bo skoki są za słabe

Tuesday, January 13th, 2004

Przez trzy lata byli synonimem sportowego sukcesu. Adam Małysz i jego trener, Apoloniusz Tajner sięgnęli po trzy Puchary Świata, medale olimpijskie, tytuły mistrza świata, zdobyli niebywałą popularność. Trudno było wyobrazić sobie szybki koniec ich współpracy. W tym sezonie Małysz z konkursu na konkurs skacze coraz słabiej. Przestał wygrywać, popełnia błędy techniczne, przeżywa kryzys. Po porażkach pojawiła się rysa na współpracy skoczka i trenera. Konflikt Małysza z Tajnerem? Na razie nikt głośno nie chce o tym mówić, ale fakt pozostaje faktem, że obaj panowie postanowili od siebie odpocząć.

Postawił na Szturca
Po Turnieju Czterech Skoczni Tajner zadecydował, że jego podopieczni nie pojadą na konkursy do Liberca. Najpierw skoczkowie z kadry A mieli trochę odpocząć w domach, a następnie skupić się na treningu przed prestiżowym startem w Zakopanem (17-18 stycznia). Plan był taki, że Małysz wraz z kolegami wyjedzie do Ramsau, aby korygować błędy. Ostatecznie do wyjazdu do Austrii nie doszło. Kadrowicze umówili się na trening w Zakopanem. W piątek, w stolicy Tatr pojawili się Marcin Bachleda i Grzegorz Sobczyk. Małysz nie przyjechał! Decyzja w tej sprawie zapadła podobno w czwartek późnym wieczorem.
Nasz najlepszy skoczek został w domu. Co tam robił? Oczywiście trenował pod okiem swojego pierwszego opiekuna, Jana Szturca. Nie od dzisiaj wiadomo, że Małysz darzy swojego wujka niemal bezgranicznym zaufaniem. Przez kilka dni krążył pomiędzy Wisłą a Szczyrkiem, trenując ze Szturcem na małej skoczni w Łabajowie i na średniej skoczni Skalite. Podobno po oddaniu około 40 skoków udało się skorygować błędy, jakie Małysz popełniał w czasie dojazdu do progu i w momencie odbicia. Tajner nie chciał komentować całej sytuacji, ale skądinąd wiadomo, że dogadał się ze Szturcem, aby ten zajął się przez kilka dni Małyszem.

Konflikt czy problem?
Działacze Polskiego Związku Narciarskiego nie widzą w całej sytuacji niczego złego. Uważają, że kilka dni rozstania Małysza z Tajnerem wpłynie korzystnie na atmosferę panującą w kadrze. Obaj panowie spotkali się wczoraj w Zakopanem. Polacy znów odbyli zajęcia na Średniej Krokwi i tym razem Małysz pojawił się pod Giewontem, usiadł na belce i w trudnych warunkach, przy mocno wiejącym wietrze, oddał kilka skoków. Oficjalnie mistrz świata odbył zajęcia pod okiem trenerów kadry, ale wiadomo, że do stolicy Tatr Małysz przyjechał ze Szturcem. Nikt na razie nie mówi o konflikcie mistrza świata z Tajnerem, ale widać, że w narciarskiej rodzinie pojawił się problem. Nadszedł czas szukania kompromisu. Męskie rozmowy odbyły się wczoraj wieczorem w Zakopanem. Zebrał się tam zarząd Polskiego Związku Narciarskiego, który ocenić miał start polskiej ekipy w Turnieju Czterech Skoczni, a ponieważ na miejscu byli także skoczkowie i trenerzy, nic nie stanęło na przeszkodzie, aby wyjaśnić sobie wszystkie niejasności.

Poparcie dla Tajnera
Jakie będą efekty rozmów? Na razie nie wiadomo. Pomysłów na rozwiązanie problemu było jednak kilka. Nie należy spodziewać się raczej zwolnienia trenera Tajnera, bo działacze związku będą popierać go przynajmniej do końca sezonu. Jeśli ktoś straci pracę, to raczej psycholog Maciej Andryszczak. Zawodnicy nie są zadowoleni ze współpracy z następcą Jana Blecharza. Prawdopodobne jest także dołączenie do kadry trenera Szturca. Jeśli po tych zmianach Małysz podczas Pucharu Świata w Zakopanem stanie przynajmniej na podium, będzie można ogłosić, że kryzys został zażegnany. Jeśli nie, czeka nas pewnie gorąca zima w rodzinie polskich skoków narciarskich.

Jan Szturc, pierwszy trener Adama Małysza
W Łabajowie i Szczyrku pracowaliśmy z Adamem nad dojazdem oraz odbiciem. Po tych treningach mogę powiedzieć, że nie jest źle, jest poprawa. Potwierdziły to wczorajsze treningi na Średniej i Wielkiej Krokwi, które obserwowałem wraz z Apoloniuszem Tajnerem i Piotrem Fijasem. Jeśli pojawi się propozycja, abym na stałe dołączył do grupy szkoleniowców kadry A rozważę ofertę, ale to jest trudny temat. Mam w Wiśle pracę w klubie, muszę pilnować moich zawodników, a jest ich ponad dwudziestu.

Czy Polski Związek Narciarski jest przygotowany na to, że Apoloniusz Tajner sam zrezygnuje z funkcji trenera kadry?
Andrzej Wąsowicz, członek zarządu Polskiego Związku Narciarskiego
Musimy brać taki scenariusz pod uwagę.
Nie uważam jednak, że nadszedł czas na zmianę. Polski Związek Piłki Nożnej zwolnił Jerzego Engela po mistrzostwach świata w Korei i Japonii, a dzisiaj nawet ci, którzy głosowali “za” przyznają, że było to działanie pochopne. Oczywiście, jeśli trener Tajner nie będzie chciał pracować z kadrą, nikt go nie zmusi. Co wtedy?
Najprawdopodobniej kadra trafiłaby w ręce Heinza Kuttina i Łukasza Kruczka, którzy dzisiaj opiekują się reprezentacją B.

Autor artykułu: Grzegorz Mikuła