Archive for January, 2004

Bomba w spółdzielni

Tuesday, January 13th, 2004

Manipulacje przepisami, niegospodarność, nieuzasadnione podwyżki czynszów – zarzuca Andrzej Kostka (z lewej) prezesowi katowickiej Hutniczo-Górniczej Spółdzielni
Mieszkaniowej Adamowi Bombie (z prawej). – Nie czekam na pochwały, ale niech mi przynajmniej nie przeszkadzają w pracy – broni się prezes spółdzielni.

Zdaniem przedstawicieli lokatorów, prezes katowickiej Hutniczo-Górniczej Spółdzielni Mieszkaniowej zamienił ją w prywatny folwark. Szef HGSM utrzymuje, że nie zrobił niczego, co byłoby sprzeczne z prawem.

Adam Bomba prezesem HGSM jest od ośmiu miesięcy. Za kadencji swojego poprzednika, Andrzeja Holeckiego piastował stanowisko wiceprezesa. Były prezes też nie miał najlepszej opinii. Z dokumentacji wynika, że zostawił spółdzielnię ze stratą 800 tys. zł na podstawowej działalności. Dziury udało się załatać dzięki sprzedaży części majątku.

Nad głową nowego szefa spółdzielni gromadzą się czarne chmury. Zaatakowało go Zebranie Przedstawicieli Członków HGSM. W skład ZPCz wchodzą 54 osoby, z czego 17 zamierza utworzyć Komitet Obrony Lokatorów i postawić prezesa przed sądem. – Prezes sam sobie stanowi prawo. Manipuluje zapisami w statucie, regulaminie spółdzielni i rady nadzorczej. Nie mamy wglądu do dokumentacji. Tłumaczy to oszczędnościami. Uważa, że kserowanie stron byłoby dla kasy spółdzielni sporym obciążeniem – mówi Andrzej Kostka, jeden z buntowników.

Grzebanie w regulaminie
Pierwszym grzechem ma być kontrowersyjny zapis w regulaminie spółdzielni przyznawania i zamiany mieszkań. – Z jego treści wynika, że prezes zarządu sam może zadecydować o umorzeniu długu. Zatem ma przywilej traktowania zasobów spółdzielni, jak prywatnego folwarku! – oburza się Jan Bajorski, kolejny z buntowników. Adam Bomba zaprzecza, by działał na szkodę firmy: – Zarządowi wolno umarzać należności, których nie można ściągnąć.
Z regulaminu rady nadzorczej pod pretekstem wprowadzenia zmian redakcyjnych zniknął punkt, iż w jej skład nie mogą wchodzić członkowie i pełnomocnicy zarządu, kierownicy bieżącej działalności spółdzielni oraz osoby z ich rodzin.
- Regulamin trafił do korekty. Skreślono tylko ten jeden zapis. Tyle, że jego brak otwiera drzwi do korupcji i kumoterstwa – uważa Bajorski. Zdaniem prezesa o naruszeniu przepisów nie ma mowy. – Zapis ten funkcjonuje w prawie spółdzielczym i statucie spółdzielni, więc nie ma potrzeby, aby istniał w regulaminie rady – uzasadnia. Ostatecznie zapis, jak i propozycja rozpatrywania zmian w regulaminie rady po wystąpieniu Kostki została przeniesiona na następne zebranie. – To był tylko projekt. O wszystkim i tak decyduje ZPCz, zatem skąd te zarzuty? – broni się prezes.

Pieniądze za nic
Do kontrowersyjnych zmian w regulaminach dochodzą poważne zarzuty o niegospodarność. Najpoważniejszy z nich dotyczy remontu budynku przy ul. Ściegiennego 23 na Os. Ducha w Katowicach. Poszycie dachowe zostało zniszczone przez anteny przekaźnikowe jednego z operatorów sieci telefonii komórkowej. Dach w końcu zreperowano, zmodernizowano elewację, pomalowano klatki schodowe itp. Koszt remontu miał wahać się w granicach 100 tys. złotych. Kosztował o 50 tys. więcej. – Sprawozdania nie otrzymaliśmy do tej pory. Nikt nie rozliczył się z pieniędzy. Operator nie wyłożył ani złotówki, bowiem w myśl umowy mógłby to uczynić po jej wygaśnięciu, a to stanie się za 7-8 lat. Niestety, na inne prace modernizacyjne w zasobach HGSM środków już teraz nie wystarczyło – uważa Andrzej Kostka.
Na tym nie koniec. Lokatorzy spółdzielni zostali obciążeni w ramach opłat czynszowych kosztami wdrażania uchwały uwłaszczeniowej – 9 gr za metr kwadratowy. Z treści ustawy o uwłaszczeniu wynika, że Skarb Państwa powinien spółdzielni poniesione koszty zwrócić. – W myśl ustawy, Skarb Państwa refunduje wyłącznie koszty przeprowadzenia uzasadnionych prac geodezyjnych. Tymczasem sam proces uwłaszczeniowy wymaga przygotowania tomów dokumentacji.
Sporządzenie aktu notarialnego dla jednego lokalu mieści się na sześciu stronach maszynopisu – ripostuje Adam Bomba.
- Ustawa jednak nie mówi, że te pieniądze prezes powinien wyciągać z kieszeni lokatora. Termin przygotowania dokumentacji minął z końcem 2002 roku. Teraz gorączkowo szuka na to pieniędzy by pokryć koszty własnych zaniedbań – uważa Kostka.
Nowy rok lokatorzy przywitają z podwyżką czynszu ? średnio 40 gr za metr kwadratowy, argumentowaną wzrostem podatku VAT na materiały budowlane. – Jak dotąd jest jedynym prezesem spółdzielni w regionie tłumaczącym w ten sposób podwyżkę. Ręce opadają – mówi Jan Bajorski.

Czy to zemsta?
Adam Bomba nie ma sobie nic do zarzucenia. – Nie czekam na pochwały, ale niech mi przynajmniej nie przeszkadzają w pracy – mówi prezes HGSM. Prezes Bomba sugeruje, że być może dzieje się tak dlatego, że jedna z osób, której tak przeszkadza zabiegała bezskutecznie o jedno ze stanowisk w spółdzielni.
Sąd rozstrzygnie spór.

Do prezesa
Komentarz
Panie prezesie, pan chce rządzić spółdzielnią jak prywatną firmą. Myśli pan, że to pan podejmuje decyzje. A to nie tak…
Czy to ja, dziennikarka, muszę przypominać spółdzielczemu działaczowi proste spółdzielcze prawdy? Jeśli pan ich nie zna, albo postanowił pan o nich zapomnieć, to odświeżę panu pamięć: Trzeba się dogadać i “dać kotleta” spółdzielczym “działaczom”. Jak będą mieć “działkę”, to nie będą się buntować i podniosą rękę nawet wtedy gdy pan wymyśli budowę lunaparku przy ul. Ducha, zamiast remontu dziurawego dachu.
Ale jeśli – co również jest możliwe – uwierzył pan, że można inaczej: bez układów, koneksji i koterii, to… życzę panu mocnej wiary i dużej odporności psychicznej. Niech pan zapyta starszych kolegów-prezesów dużych spółdzielni mieszkaniowych. Oni przez całe lata siedzą na bombie, ale siedzą… Pan ma wybór – podzielić się władzą i powstrzymać uruchomienie zapalnika, albo wylecieć. Chcę wierzyć, że woli pan wylecieć.
Elżbieta Kazibut
(też członek spółdzielni mieszkaniowej)

EKSPERT
Zbigniew Olejniczak, przewodniczący Rady Krajowej Związku Spółdzielców Mieszkaniowych:
Zarówno członkowie Rady Nadzorczej każdej spółdzielni, jak i Zebrania Przedstawicieli Członków mają prawo wglądu do oryginałów dokumentacji prowadzonej przez zarząd. Tak mówi prawo spółdzielcze. Zazwyczaj nie odbywa się to tak, że każdy dokument jest kserowany i dostarczany wszystkim członkom ZPCz, czy Rady. Z prostej przyczyny – w spółdzielniach musiałaby funkcjonować specjalna grupa pracowników codziennie opracowujących i rozsyłających materiały.
Co do manipulowania statutowymi zapisami, to owszem – prezes może mieć takie “zapędy”. Ale to właśnie ZPCz przyjmuje statut, a zatwierdza go sąd.
Zgodnie z prawem, nie tylko spółdzielczym, zarząd nie może samowolnie podjąć decyzji o umorzeniu długów. Najpierw odbywa się procedura wewnątrzspółdzielcza i dopiero po orzeczeniu sądu, po akceptacji przez ZPCz, można wpisać nieściągalny dług w koszty, czyli wykazać stratę.
Każda podwyżka czynszu musi być zatwierdzona przez przedstawicieli członków spółdzielni ? Radę Nadzorczą i ZPCz. Nie wyobrażam sobie, żeby prezes mógł samowolnie zdecydować o podniesieniu opłat czynszowych. To byłoby niezgodne z prawem spółdzielczym.
Co do kosztów wprowadzenia w życie ustawy uwłaszczeniowej, to sprawa jest kuriozalna, bo ustawa mówi, że spółdzielnia ma ją wdrożyć, a wykonać zarząd pod groźbą odpowiedzialności karnej. Ustawa mówi wprawdzie, że w uzasadnionych przypadkach pieniądze zostaną zwrócone, ale nie mówi kiedy. Uczciwy zarząd mówi prawdę i wspólnie z Radą Nadzorczą oraz ZPCz decyduje skąd te pieniądze wziąć, bo z funduszu remontowego nie może. Może więc zapaść decyzja o obciążeniu kosztami wprowadzenia ustawy lokatorów, przy założeniu, że do 31 grudnia 2005 roku spółdzielnia złoży prośbę o refundację z budżetu państwa, a wtedy, gdy refundację dostanie, zwróci pieniądze lokatorom.
not. ek

Autor artykułu: Marcin Król

Hurtownia za tajnymi drzwiami

Monday, January 12th, 2004

Policjanci KMP w Katowicach zlikwidowali nielegalną hurtownię papierosów i alkoholu.

Takiego ?sezamu? katowiccy policjanci nie widzieli od lat. Za ruchomą ścianą kanału remontowego w prywatnym garażu przy ul. Borki w Katowicach-Szopienicach ukryto tysiące litrów nielegalnego alkoholu. – Wystarczyło podłączyć przewody do akumulatora, a jedna z wykafelkowanych ścian kanału uchylała się, otwierając dostęp do magazynu – mówi Janusz Jończyk z Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach. – Pomieszczenie zostało pieczołowicie przygotowane do ukrywania nielegalnych towarów.

Podczas czynności policjanci zabezpieczyli ponad 452 tysiące sztuk papierosów i około 3800 litrów spirytusu o wartości rynkowej przekraczającej kwotę 200 tysięcy złotych.

Kartony z papierosami, przemyconymi najprawdopodobniej z Ukrainy, leżały porozkładane w garażu. Część kontrabandy znajdowała się w mikrobusie, którego właściciel, 44-letni mieszkaniec Mysłowic został przez policjantów zatrzymany.

Zatrzymano również 33-letniego mieszkańca Katowic, właściciela posesji. Ten jednak twierdzi, że pomieszczenia garażu i przylegającego do niego magazynu zostały wynajęte, a lewy alkohol i papierosy nie należą do niego. Obaj zatrzymani po przesłuchaniu zostali zwolnieni. Teraz policja zajmie się ustalaniem, skąd pochodzi zabezpieczony w Szopienicach towar.

Ostatnia wielka wpadka przemytników alkoholu i papierosów miała miejsce pod koniec ubiegłego roku. Wtedy Straż Graniczna wykryła przemytniczą dziuplę w prywatnym domu w Cieszynie.

Autor artykułu: para

Ewakuowany blok

Friday, January 9th, 2004

Około 25 osób zostało ewakuowanych z bloku przy ul. Wysokiej 15 w Sosnowcu z powodu pożaru, jaki wybuchł w pomieszczeniach piwnicznych. Do zdarzenia doszło wczoraj w południe, a w akcji ratowniczej brały udział trzy zastępcy gaśnicze.

– Dowódca akcji podjął decyzję o ewakuacji ze względu na silne zadymienie i niebezpieczeństwo zatrucia lokatorów. Gdy strażacy przyjechali na miejsce, wiele osób już stało przed blokiem – mówi starszy aspirant Damian Pierzyński z PSP w Sosnowcu. Dym z palących się szmat, kartonów i elementów plastikowych w piwnicy szybko przedostawał się kominami, docierając nawet do ostatniej 11 kondygnacji. Mieszkańcy zaalarmowali straż pożarną, gdy gryzący i duszący dym wdarł się przez wentylację do kuchni i łazienek.

Po trwającym godzinę gaszeniu wszystkie pomieszczenia zostały oddymione i mieszkańcy mogli wrócić do swych mieszkań. Przyczyny pożaru nie ustalono.

Autor artykułu: ps

Zabił żonę, a potem upozorował jej samobójstwo

Friday, January 9th, 2004

Ryszard B., 61-letni mieszkaniec Sosnowca odpowie za zamordowanie swej o 11 lat młodszej żony Lidii, którą najpierw udusił, a potem upozorował jej samobójstwo. Wczoraj Sąd Rejonowy w Sosnowcu wydał postanowienie o tymczasowym aresztowaniu mężczyzny.

Policja odnalazła zwłoki w poniedziałek. Ryszard B. sam wezwał policję do swego mieszkania przy ul. Rodakowskiego w sosnowieckiej dzielnicy Środula.

– Zwłoki 50-letniej kobiety przywiązane były sznurkiem do rurki od kaloryfera – mówi Katarzyna Paluch, pełniąca obowiązki prokuratora rejonowego w Sosnowcu. – Mężczyzna twierdził, iż zostawił żonę rano śpiącą w łóżku, a kiedy wrócił do domu, zastał ją powieszoną na kaloryferze.
Później okazało się, że do zbrodni doszło dzień wcześniej.

Kolejna awantura

Sąsiedzi opowiadają, że byli już niemymi świadkami niejednej awantury w domu państwa B. – Kłótnie były u nich na porządku dziennym – wyjaśnia pragnąca zachować anonimowość sąsiadka państwa B. – Do awantury musiało dojść również w niedzielny wieczór, gdyż słyszałam mocno podniesiony głos pana Ryszarda – dodaje.

Z wyjaśnień zatrzymanego, złożonych podczas przesłuchania wynika, że feralnego wieczora pokłócił się z żoną o piwo, którego nie znalazł w miejscu, gdzie je zostawił. Rzucił kobietę na łóżko i zaczął ją dusić. Kiedy nie dawała już żadnych oznak życia, wziął z łazienki sznurek do bielizny, wykonał pętlę i założył ją swojej żonie na szyję. Drugi koniec sznurka przywiązał do kaloryfera.

Na drugi dzień rano wyszedł na kilka godzin. Potem wrócił i prosił sąsiadów o zawiadomienie pogotowia. Twierdził, że przed chwilą odciął żonę, która powiesiła się na sznurku od bielizny.

Bił aż zabił

Sekcja zwłok, którą wykonano w Instytucie Medycyny Sądowej w Katowicach wykazała, że śmierć nastąpiła w wyniku ingerencji tzw. osób trzecich. Przyczyną śmierci 50-letniej Lidii B. było zadzieżgnięcie pętli na szyi.

– Oprócz tego na ciele kobiety wykryto liczne siniaki oraz sińce podokularowe, świadczące o tym, że mąż od dłuższego czasu musiał się nad nią znęcać – twierdzi K. Paluch.

– Dziwię się Lidce, że nie chciała od niego odejść, przecież miała pusty dom gdzieś na wsi – komentuje sąsiadka ofiary. – Ona nigdy nawet nie poskarżyła się na swego męża, ale niestety nie umiała ukryć wszystkich siniaków, jakie jej robił – dodaje.

Ryszard B. przyznał się do winy. Podczas przeprowadzonej we środę wizji lokalnej dokładnie opowiedział jak doszło do morderstwa. To jednak słaba okoliczność łagodząca. Za zabójstwo grozi mu nawet dożywocie.

Autor artykułu: Krzysztof Dulko

Jaskiniowcy spod jodu

Friday, January 9th, 2004

Jaskinię solno-jodową otwarto w Ustroniu kilka dni temu i od razu zaroiło się w niej od kuracjuszy. Tak naprawdę jest to raczej grota, a właściwie adaptowana na grotę duża salka w sanatorium Malwa. – Wszyscy wiemy, jak brakuje jodu w naszym regionie – tłumaczy powodzenie seansów solnych właściciel jaskini Stefan Kula.

Trzeba zdjąć buty i nałożyć czyste skarpetki. Za kilka złotych można je kupić na miejscu, przed wejściem do jaskini. W czasie seansu stopy powinny odpocząć, a dodatkowo korzystnie na krążenie wpływa chodzenie po kamyczkach z soli. Wokół czarodziejskiej kuli jonizatora rozstawione są leżanki. Kuracjusz powinien wygodnie się ułożyć i zrelaksować.

Po chwili światło powoli gaśnie, a z głośników zaczyna dobywać się kojąca muzyka z szumem fal i śpiewem ptaków. Widać tylko przeskakujące światło iskier jonizatora. Ale lepiej nie patrzeć. Lepiej od razu zasnąć. Po kilkunastu minutach wyraźnie czuć smak soli w ustach i później nawet po kąpieli daje się wyczuć ją na twarzy.

Trzy kwadranse relaksującej drzemki kończą się bardzo szybko. Jeszcze tylko dotknąć kulę jonizatora, aby cała negatywna energia ujemnych jonów spłynęła z człowieka i można wyjść założyć buty. – Te 45 minut to tyle jodu, ile daje wielogodzinny sztorm nad morzem – mówi Kula.

Potwierdzone wahadełkiem

Stanisław Dubała do ustrońskiej jaskini przyjechał z Rybnika. Specjalnie do niej. Był tu zaraz rano po otwarciu, ale okazało się, że kolejka do soli i jodu jest długa, i będzie na seans mógł wejść dopiero o 14. – Poczekałem. Pochodziłem sobie po Ustroniu, spacerkiem pod górami. Wszystko dla zdrowia. Ja jestem emerytem, a nawet biegam – przekonuje.

W jaskini od razu wyciągnął swoje wahadełko. – Tylko dla siebie je stosuję. Nawet soki tym badam. Mnie to pomaga – wyjaśnia. Przyznaje, że wśród soli ciężarek zaczął bardzo intensywnie kręcić się w prawo. To bardzo dobrze. – Jak tak wali w prawo to oznacza dużo dobrej energii – mówi Dubała.
Nie on jeden przyjechał z daleka specjalnie na seans do jaskini. – Z Piekar nie jest znowu tak blisko – przyznają Teresa i Stanisław Pajdakowie. Dlatego, choć już raz dzisiaj byli w jaskini, po południu wykupili jeszcze jeden seans. – Pełny relaks. Jak nad morzem – przyznaje pani Teresa.
– Człowiek cały dzień czeka na tę czternastą i nie może się doczekać. I nie chce się wychodzić – mówi Waleria Zahradnik z Zebrzydowic. W Ustroniu jest w sanatorium. Codziennie wykupuje seans dla zdrowia.

Żywa sól

Sól morska nazywana jest żywą, w odróżnieniu od swej kamiennej odmiany. To oznacza, że związane w niej mikro i makroelementy dość łatwo uwalniają się, tworząc sprzyjający kuracji klimat.

Pomysł jaskiń solno-jodowych przyszedł z Krymu, stamtąd też jest sól. Ale nawet tam nie ma prawdziwych jaskiń. Sól pozyskiwać zaczęto przypadkowo. Na uzdrowiskowym Krymie w pewnym momencie zorientowano się, jak brudne jest Morze Czarne. Dla uniknięcia kontaktu z brudną wodą tworzono dość płytkie zalewy.

Tam szybko dochodziło do parowania, po którym zostawała galaretowata substancja. I tak ją trzeba było usunąć, ale dość łatwo po podsuszeniu uzyskiwało się czystą sól z dużą zawartością jodu i innych mikroelementów.

Sól okazała się na tyle podatna na przeróbki, że nawet cegły z niej można wyrabiać. – Moja jaskinia zbudowana jest właśnie z takich cegieł, pewnie z kilkunastu tysięcy. Nie wiem dokładnie, bo nawet mnie nie chcieli pokazać, jak się tworzy jaskinię – mówi Stefan Kula, właściciel jaskini, pokazując kilogramową cegłę żywej soli z Krymu. W jaskini jest 18 ton soli.

Do rany przyłóż

Zanim Kula postanowił zbudować jaskinię, dwa lata się zastanawiał. – Mój znajomy z Ukrainy, Wiktor Lemeshko, ma na nie patent. Ale nie bardzo w nie wierzyłem – wspomina. W Beskidach to pierwsza jaskinia solno-jodowa z Krymu, ale w Polsce, w miejscowościach uzdrowiskowych, jest ich już kilka. Dlatego Kula wyjeżdżał do nich na tygodniowe kuracje.
Ostatecznie o dobroczynnym działaniu żywej soli przekonał się na własnej skórze. Dosłownie, bo okłady z soli krymskiej przyspieszyły leczenie rany na nodze. Teraz ma w tym miejscu gładką skórę. – Rozmawiałem z różnymi lekarzami w naszym regionie. To oni mi uświadomili, że mamy niedobór jodu.

Leczenie chorób skóry to tylko jeden z przykładów korzystnego oddziaływania jodowanej soli. Seanse w jaskini pomagają przewietrzyć płuca ze szkodliwych substancji, dobrze wpływają na nerwy (ale to chyba bardziej wpływ relaksującej muzyki), obniżają ciśnienie tętnicze, podwyższają zawartość hemoglobiny a obniżają poziom cukru.
Dobrze tę terapię stosować przy astmie, przewlekłych zapaleniach gardła, chorobie wieńcowej, łuszczycy, egzemie, cukrzycy. Przeciwwskazaniem jest uczulenie na jod i zaawansowana choroba nowotworowa. Jeżeli ktoś przechodzi kurację polegającą na zażywaniu jodu, też musi się skonsultować z lekarzem przed seansem w jaskini.
Kuracje solno-jodowe nie mogły być złe, skoro radzieccy kosmonauci w komorach na Krymie nabierali sił przed wyprawami w kosmos. Tak samo sekretarze KC KPZR przed ciężką pracą na Kremlu.

Cegła na kaloryfer

Kula ma z niektórymi kuracjuszami problem. Sól z podgrzewanej podłogi ma postać drobnych bryłek, łatwo nią napełnić kieszenie. – Chyba zamontuję kamerę i dam przed wejściem ostrzeżenie, że filmuję. Bo przecież w środku nie będę przeszukiwał ludzi. Oni mają się zrelaksować, a nie stresować – przekonuje. A przecież sól w różnych odmianach można kupić przed wejściem.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Koźmiński obiecuje

Tuesday, January 6th, 2004

Jak już informowaliśmy, Adrian Sikora podpisał czteroletni kontrakt z Groclinem. Napastnik Górnika Zabrze wczoraj wsiadł w samochód i udał się do Grodziska Wielkopolskiego, gdzie dziś rozpoczyna treningi z drużyną słowackiego szkoleniowca Duszana Radolsky’ego. 24-letni Sikora ma zastąpić w zespole wicemistrza Polski Andrzeja Niedzielana, który w piątek podpisał 2,5-letni kontrakt z holenderskim NEC Nijmegen.

Przypomnijmy, że rok temu Niedzielan trafił do Groclinu również z Górnika.

- Transfer Sikory zakończony zostanie do końca lutego. Taki jest termin rozliczenia finansowego z Górnikiem – zapewnia dyrektor sportowy i menedżer Groclinu Władysław Kowalik.
Prezes Górnika, Zbigniew Koźmiński przyznaje, że co do kwoty transferu pomiędzy klubami istnieją rozbieżności, ale strony powoli zbliżają stanowiska. Nieoficjalnie mówi się o sumie 200 – 250 tys euro. Na pewno Górnik otrzyma mniej pieniędzy niż za ubiegłoroczne przejście Niedzielana (około 1 milion złotych).

- Nie będę tego komentował. Umówiliśmy się z działaczami Groclinu, że nie ujawnimy wartości transferu Sikory – ucina sternik zabrzan. – Czy Adrian musiał odejść? Nie, nie musiał, ale on na nas naciskał. Gra w Groclinie to dla niego duża sportowa szansa. Skoro umożliwiliśmy transfer Niedzielanowi, to przed nim też nie chcieliśmy zamykać drzwi do, być może, wielkiej kariery.

Teraz w Zabrzu zastanawiają się, czy po odejściu Sikory i Piotra Gierczaka na Roosevelta pojawi się nowy napastnik.

- Obiecuję kibicom, że na pewno ktoś nowy zimą do nas dołączy. Jeżeli nie z polskiej ligi, to będzie to ktoś z zagranicy – twierdzi Zbigniew Koźmiński.

Zabrzańscy działacze wciąż negocjują z menedżerem Widzewa, Andrzejem Grajewskim, by do Zabrza już teraz trafił Piotr Włodarczyk. Jeżeli rozmowy nie przyniosą efektu, już teraz właściciel Górnika, Marek Koźmiński chciałby, by 27-letni piłkarz podpisał kontrakt od czerwca.

Wariant awaryjny od wiosny to pozyskanie 26-letniego Rafała Andraszaka z Piasta Gliwice, z którym nie dogadał się katowicki GKS. Zwłaszcza że w zamian do Gliwic podążyliby Vlado Sladojević i Marcin Chyła.

Nie można też zapominać, że w przyszłym tygodniu wśród dwóch, trzech piłkarzy, którzy przylecą z Brazylii ma być napastnik.

Autor artykułu: TOCHA

Carbo Gliwice: Oczekiwanie na wzmocnienia

Tuesday, January 6th, 2004

W ostatnim zespole trzeciej ligi, Carbo Gliwice przygotowania do rozgrywek rozpoczęte. Na pierwszych zajęciach zabrakło bramkarza Sylwestra Lempy, który prawdopodobnie grał będzie w Górniku MK Katowice i sprzedanego do Piasta Gliwice Wojciecha Kędziory. W zamian trenowali Robert Balcerowski z Polonii Łaziska i Robert Satora z Sośnicy Gliwice.

Nie są to jedyne wzmocnienia Carbo. – Czekamy na kolejnych zawodników. Mają przyjść Grzegorz Filipowicz i Dominik Mos – mówi Zbigniew Kajda, trener gliwickiej drużyny. Filipowicz jest wychowankiem Piasta. Nie potrafi jednak wywalczyć sobie miejsca w pierwszej kadrze i działacze drugoligowca chętnie by go wypożyczyli. Z kolei Mos ostatnio występował w rezerwach GKS Katowice.

Autor artykułu: mim

Piłkarze Walki Zabrze wrócili z Berlina

Tuesday, January 6th, 2004

Zawodnicy trzecioligowej Walki Zabrze wrócili wczoraj z wyjazdu do Niemiec. W Berlinie nasza ekipa przebywała cztery dni. – To był świetny wyjazd. Wszyscy chłopcy są bardzo zadowoleni. Mieliśmy okazję ćwiczyć na doskonale przygotowanych obiektach. Mimo lekkiego mrozu, boiska ze sztuczną trawą były idealne. Zorganizowano też dla nas zwiedzanie Berlina – opowiada Zdzisław Iwański, trener Walki.

W Niemczech zabrzanie wystąpili w dwóch turniejach halowych i rozegrali jedno spotkanie na dużym boisku.

- Spotkaliśmy się z rezerwami holenderskiego pierwszoligowca FC Groningen. Grali bardzo fajną piłkę i zależało mi, by z nimi zagrać – przyznaje Iwański.
Polacy wygrali 4:1, a bramki strzelili: dwie Tomasz Waniek, po jednej Przemysław Gałecki i Piotr Michalak.

W pierwszym turnieju halowym w Berlinie naszemu zespołowi nie poszło zbyt dobrze. Na osiem zespołów zajęli dopiero szóste miejsce. – Grało po pięciu zawodników w polu plus bramkarz. Do tego były bandy. Zanim przyzwyczailiśmy się do tego, było już po zawodach – wyjaśnia szkoleniowiec Walki.
W drugim turnieju, w Erkner, zabrzanie spisali się już znacznie lepiej. Wygrali zawody. – Pokonaliśmy Dynamo Berlin, Liechtenberg, Groningen i w finale Germanię Scheinach 7:3 – cieszy się Iwański.

Zawodnicy Walki nie mają zbyt wiele czasu na odpoczynek po powrocie z Niemiec. Już jutro, o godzinie 12.00 rozpoczną przygotowania do rundy wiosennej.

Autor artykułu: mim

Uciekli spod topora

Friday, January 2nd, 2004

Prawie trzy tysiące miejsc pracy w Zakładach Koksowniczych “Przyjaźń” i zależnych spółkach ma zostać uratowanych dzięki przekształceniu firmy z przedsiębiorstwa państwowego w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Zmiana weszła w życie 1 stycznia.

- Zadłużenie koksowni “Przyjaźń” sięga obecnie 1 miliarda 50 milionów złotych. Głównymi wierzycielami są Jastrzębska Spółka Węglowa, PKP, Kompania Węglowa i Skarb Państwa. Wartość przedsiębiorstwa wynosi tymczasem tylko 680 milionów złotych, więc teoretycznie należałoby ogłosić jego upadłość – mówi Andrzej Szarawarski, wiceminister Skarbu Państwa.
Po przekształceniu firmy w spółkę, udziały w niej mają otrzymać wierzyciele. Docelowo do JSW trafi 42 procent akcji koksowni “Przyjaźń”, PKP dostanie 36 procent, Skarb Państwa 12 procent, Kompania Węglowa 5 procent. Reszta akcji trafi w ręce załogi i drobniejszych wierzycieli.

- To pozwoli na całkowite oddłużenie przedsiębiorstwa i odzyskanie wiarygodności kredytowej. Tym samym będzie można rozpocząć w koksowni procesy modernizacyjne. Można powiedzieć, że uciekamy spod topora – podkreśla minister Szarawarski. – Dzięki odzyskaniu płynności finansowej nasz zakład ma zapewniony byt na przyszłe lata i zapewni pracę dla całej załogi – zaznacza Andrzej Warzecha, do 31 grudnia dyrektor koksowni, a od wczoraj prezes utworzonej z niej spółki.

Zadowolenia z przekształcenia firmy nie kryją związkowcy. – Załoga będzie mogła wreszcie skorzystać ze swojej wytężonej pracy – uważa Leszek Beta z zakładowej “Solidarności”.
Wyprowadzenie na prostą koksowni “Przyjaźń” może być pierwszym krokiem na drodze do utworzenia silnego koncernu węglowo-koksowego. W Ministerstwie Skarbu Państwa trwają aktualnie analizy dotyczące racjonalności utworzenia podobnej grupy.

Projekt zakłada, że do wspólnej spółki Skarb Państwa wniósłby aportem Jastrzębską Spółkę Węglową i pośrednio koksownię “Przyjaźń”, a koncern Polskie Huty Stali koksownię huty im. Sendzimira oraz “Zdzieszowice”. Współudziałowcem takiej spółki byłby pośrednio międzynarodowy koncern LNM, który wkrótce będzie inwestorem Polskich Hut Stali, a więc także właścicielem dwóch koksowni.

Autor artykułu: ic

Chwila nieuwagi…

Friday, January 2nd, 2004

Jedna osoba nie żyje, a 13 z objawami zaczadzenia trafiło do szpitala. W noworoczne przedpołudnie w dwóch katowickich mieszkaniach wybuchł pożar. W jednym wypadku przyczyną było zaprószenie ognia, w drugim zabawa dziecka zapalniczką…

Ładnie nam się ten Nowy Rok zaczął – mówili mieszkańcy kamienicy przy ul. Pokoju, w której ogień wybuchł około godziny 8. W jednym z mieszkań na parterze zginął 40-letni Marek S. Mężczyzna mieszkał sam. Ze wstępnych ustaleń wynika, że ogień został zaprószony w jego kuchni. Prawdopodobnie drzwiczki pieca węglowego nie były prawidłowo domknięte. Rozżarzony węgiel musiał wypaść na podłogę.

- Widziałam jak strażacy otwierali drzwi do mieszkania sąsiada – mówi jedna z lokatorek kamienicy, pani Joanna. – Jego ciało leżało właśnie koło drzwi. Nie zdążył uciec.

Pani Joanna mieszka na pierwszym piętrze. – Wróciliśmy z mężem z zabawy sylwestrowej – opowiada. – Było koło godziny 7. Położyliśmy się spać. Nagle poczułam odór. Myślałam najpierw, że mąż zapomniał zgasić papierosa. Dopiero po chwili zauważyłam, że z podłogi unosi się dym. To było potworne! Zanim przyjechali strażacy staliśmy w oknie, a pod nami szalał pożar. Było czarno od dymu.

Sześciu lokatorów trafiło do szpitala z objawami zaczadzenia. – Badania wykazały, że stan wszystkich jest dobry – powiedziała nam dr Aleksandra Chowaniec ze Szpitala im. Rydygiera. – Jeszcze tego samego dnia wszyscy opuścili szpital.

Mieszkanie Marka S. zostało doszczętnie spalone. Dzięki szybkiej akcji strażaków w budynku zniszczeniu uległ ponadto tylko jeden lokal.

Do drugiego pożaru doszło w budynku przy ul. Grunwaldzkiej. Na szczęście nie było ofiar śmiertelnych. Siedem osób uległo zaczadzeniu. Stan dorosłych, którzy zostali przewiezieni do Szpitala im. Rydygiera jest stabilny. Dwoje nastolatków i trzyletni chłopczyk trafili do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki. – U żadnego z pacjentów nie stwierdzono poparzeń czy też innych obrażeń – mówi rzecznik szpitala, Anna Kidawa. – U wszystkich przeprowadzono badania. Wiadomo, że najmłodsze dziecko na pewno pozostanie w szpitalu dłużej na obserwacji.

Ogień wybuchł w mieszkaniu, bo trzylatek pozostawiony na chwilę bez opieki bawił się zapalniczką.

Autor artykułu: Anna Malinowska