O tej parze ludzie mówią krótko: nie nadawali się na rodziców. Oboje porzucili swojego półtorarocznego syna u obcych ludzi. Teraz mały Sylwester czeka w sosnowieckim Domu Dziecka na decyzję sądu, a policja wciąż nie wie, gdzie są
21-letnia Agnieszka S. i 28-letni Andrzej W.
Ona za młoda, on po kilku więziennych odsiadkach nie chciał znaleźć pracy, by zapewnić byt swojej rodzinie. Ona, dziewczyna zamknięta w sobie, on “dobry aktor”, który każdemu wmówi wymyśloną na poczekaniu bajeczkę. Oboje lubili zmieniać miejsca i pożyczać pieniądze od rodziny.
- Nie wykluczamy, że rodzicom Sylwestra mogło przydarzyć się coś złego – mówi komisarz Arkadiusz Stępień, rzecznik sosnowieckiej policji.
Tymczasem rodzina Agnieszki i osoby, które poznały ją i jej konkubenta uważają, że porzucenie dziecka zostało przez nich zaplanowane. – Pewnie włóczą się gdzieś teraz bez zbędnego balastu – mówią nasi rozmówcy. – Poszli w tango i tyle!
Sylwester 30 stycznia trafił pod opiekę jednej z bezrobotnych mieszkanek Sosnowca. Kobieta wcześniej rozwiesiła ogłoszenia na ulicach miasta. Chciała sobie dorobić. Po dwóch tygodniach zgłosili się do niej rodzice dziecka. Kobieta dostała od nich 100 zł. Chłopczyk miał zostać u opiekunki przez trzy dni. Stamtąd nie trafił jednak w stęsknione ramiona rodziców, ale do Domu Dziecka.
Miłość z problemami
Agnieszka S. pochodzi z Olkusza. Do szkoły średniej dojeżdżała do Sosnowca. Tam mieszka babcia dziewczyny i rodzeństwo jej matki. Nikt z rodziny Agnieszki nie potrafi określić, kiedy i jak dziewczyna poznała Andrzeja. – Ona nigdy nie lubiła się zwierzać – mówi babcia Agnieszki, Helena K. – Wiadomo, że w pewnym momencie, gdy miała 17 lat, zaczęła chodzić na wagary. Pojawiły się problemy w szkole. Andrzej pochodził z Chojnic. Nie wiemy, jak znalazł się na Śląsku. Wcześniej był karany za kradzieże. Siedział w Wadowicach. Może w drodze “zawadził” o Sosnowiec i tak już zostało.
Rodzina dziewczyny nie zna adresu, pod jakim mieszkał on wcześniej. – Opowiadał różne historie – mówi wujek Agnieszki, Zbigniew. – Raz była wersja, że u krewnych w Dąbrowie Górniczej, raz że wynajmuje gdzieś mieszkanie w Sosnowcu. Kto go tam wie, jak było naprawdę. Podobnie z pracą. Zmyślał i kręcił. Mówił, że szuka, potem udawał, że gdzieś dojeżdża. Szybko okazywało się, że to były nieprawdziwe historie.
Próbowaliśmy porozmawiać z rodzicami Agnieszki. Na osiedlu Młodych w Olkuszu zatrzaśnięto nam jednak drzwi przed nosem.
- Nie mamy nic do powiedzenia – zdążył tylko krzyknąć ojciec dziewczyny, Jerzy S. Babcia Helena mówi, że jej zięć, tak jak zresztą cała rodzina, był przeciwny związkowi córki z Andrzejem. – Ona, młodsza córka była jego oczkiem w głowie. Niczego jej nie brakowało. Jeździła często na wycieczki. Było jak w normalnej rodzinie. Problemy zaczęły się, kiedy poznała tego faceta. Szkoły nie skończyła, a na świat przyszedł Sylwuś.
Wyprowadzka do babci
Rodzice Agnieszki nie byli zachwyceni, kiedy córka powiedziała im, że jest w ciąży. – Nikt jednak nie robił jej problemów. Życie toczyło się dalej. Agnieszka mieszkała dalej u rodziców. Ślubu z Andrzejem nie brała, bo wszyscy jej to odradzali. Mówiliśmy jej “Poczekaj, jak wszystko będzie ci się z nim dobrze układało, to wtedy będzie czas na małżeństwo”.
Ale układało się nie najlepiej, bo pomieszkiwali u rodziców dziewczyny, a ślubu wciąż nie brali. Trzy miesiące przed porzuceniem dziecka para opuściła Olkusz. Pojechali do Sosnowca, do babci Heleny. – Mieszkam z synem. Mamy dwa pokoje z kuchnią. Jakoś pomieściliśmy się wszyscy.
Powiedziałam: nie musicie mi nic płacić, sobie zbierajcie pieniądze. Niech Andrzej idzie do pracy, trochę odłożycie i pójdziecie na swoje. Już niedługo zaczął opowiadać historie o tym, jak pracuje w firmie budowlanej. Tak pracował, że na nic nie mieli pieniędzy. Oboje palili i na paczkę papierosów im dawałam. Dziecko też przecież potrzebowało coś zjeść, a oni nic – opowiada babcia. – Spokojni byli, nie powiem, zmywali po sobie naczynia, ale jak długo można żyć u kogoś kątem bez grosza przy duszy?
Bajka za bajką
Babcia szczerze mówiła wnuczce co o tym wszystkim myśli. W końcu młodzi zabrali Sylwestra i wyprowadzili się od niej. Kilka dni potem zgłosili się do opiekunki od dzieci. – Mądry Polak po szkodzie – mówi opiekunka. – Już na początku powinnam zorientować się, że coś jest nie tak. Jak rozkleiłam ogłoszenia, myślałam, że będą się do mnie zgłaszać osoby, które chcą opiekunki dochodzącej. Tymczasem zadzwonił telefon po dwóch tygodniach i młody głos powiedział mi, że od razu przywiezione zostanie do mnie dziecko. Przecież ci ludzie nie znali moich warunków. Ja jestem ubogą kobietą, mam tylko jeden pokój. Oni tymczasem w ciemno chcieli zostawić u mnie swojego syna. Mówili, że mają w domu remont. Powiedzieli, że będą u mnie za godzinę, bo czekają na dowóz płytek.
Opiekunka uwierzyła, że “troskliwi” rodzice nie chcą, by małe dziecko przebywało w kurzu i w pyle. Rodzice bardzo się spieszyli. Powiedzieli kobiecie, że umowę spiszą po kilku dniach. – Nie żegnali się z malcem zbyt wylewnie – opowiada kobieta. – On dużo gadał, ona właściwie się nie odzywała. Szybko zostawili dwie zabawki, trochę podręcznych rzeczy chłopczyka i poszli.
Od tamtego momentu rozpoczął się scenariusz najgorszych wydarzeń. Andrzej, który opiekunce przedstawił się jako Krystian, zadzwonił z wiadomością, że nie mogą odebrać dziecka, bo żona właśnie miała zawał. Została na dodatek przewieziona do szpitala w Krakowie. Andrzej vel Krystian został w tymże Krakowie okradziony. Zabrali mu wszystkie pieniądze, dokumenty i karty kredytowe. Dlatego, jak mówił, nie może na razie zapłacić za opiekę. Potem do opiekunki dzwoniła matka dziecka. Pytała czy odwiedza je Krystian. Powiedziała też, że jak trzeba to ona wypisze się na własne życzenie i po Sylwusia zaraz przyjedzie. To był ostatni kontakt opiekunki z rodzicami malca. – W końcu nie wiedziałam co robić i poszłam na policję – tłumaczy kobieta.
Babcia Helena nie ukrywa. – Pojęcia nie mam, jak ona mogła to zrobić. Przecież mogła zostawić chłopca u kogoś z rodziny. Niech kłamie, że wróci za godzinę i niech idzie w świat, ale niech dziecko będzie z nami.
Babci trudno ocenić, jaką matką była wcześniej jej wnuczka. – Nie mogę powiedzieć, Agnieszka nosiła Sylwusia na rękach. Ale ani ona, ani Andrzej nigdy nie bawili się z dzieckiem. Mój prawnuk bardziej ciągnął do wujka czy do mnie niż do własnych rodziców. Jak ich sumienie nie gryzie? Pewnie teraz śpią gdzieś po piwnicach i myślą tylko, skąd wziąć grosz na przeżycie.
Do Domu Dziecka, w którym przebywa chłopczyk, zgłosiła się już matka Agnieszki. Do Sądu Rodzinnego wpłynął jej wniosek. Chce być dla Sylwestra rodziną zastępczą. Do chwili napisania tego tekstu policja nie miała informacji o miejscu pobytu wyrodnych rodziców.
Autor artykułu: Anna Malinowska