Archive for February, 2004

Tango bez Sylwestra

Friday, February 20th, 2004

O tej parze ludzie mówią krótko: nie nadawali się na rodziców. Oboje porzucili swojego półtorarocznego syna u obcych ludzi. Teraz mały Sylwester czeka w sosnowieckim Domu Dziecka na decyzję sądu, a policja wciąż nie wie, gdzie są
21-letnia Agnieszka S. i 28-letni Andrzej W.

Ona za młoda, on po kilku więziennych odsiadkach nie chciał znaleźć pracy, by zapewnić byt swojej rodzinie. Ona, dziewczyna zamknięta w sobie, on “dobry aktor”, który każdemu wmówi wymyśloną na poczekaniu bajeczkę. Oboje lubili zmieniać miejsca i pożyczać pieniądze od rodziny.

- Nie wykluczamy, że rodzicom Sylwestra mogło przydarzyć się coś złego – mówi komisarz Arkadiusz Stępień, rzecznik sosnowieckiej policji.

Tymczasem rodzina Agnieszki i osoby, które poznały ją i jej konkubenta uważają, że porzucenie dziecka zostało przez nich zaplanowane. – Pewnie włóczą się gdzieś teraz bez zbędnego balastu – mówią nasi rozmówcy. – Poszli w tango i tyle!
Sylwester 30 stycznia trafił pod opiekę jednej z bezrobotnych mieszkanek Sosnowca. Kobieta wcześniej rozwiesiła ogłoszenia na ulicach miasta. Chciała sobie dorobić. Po dwóch tygodniach zgłosili się do niej rodzice dziecka. Kobieta dostała od nich 100 zł. Chłopczyk miał zostać u opiekunki przez trzy dni. Stamtąd nie trafił jednak w stęsknione ramiona rodziców, ale do Domu Dziecka.

Miłość z problemami
Agnieszka S. pochodzi z Olkusza. Do szkoły średniej dojeżdżała do Sosnowca. Tam mieszka babcia dziewczyny i rodzeństwo jej matki. Nikt z rodziny Agnieszki nie potrafi określić, kiedy i jak dziewczyna poznała Andrzeja. – Ona nigdy nie lubiła się zwierzać – mówi babcia Agnieszki, Helena K. – Wiadomo, że w pewnym momencie, gdy miała 17 lat, zaczęła chodzić na wagary. Pojawiły się problemy w szkole. Andrzej pochodził z Chojnic. Nie wiemy, jak znalazł się na Śląsku. Wcześniej był karany za kradzieże. Siedział w Wadowicach. Może w drodze “zawadził” o Sosnowiec i tak już zostało.

Rodzina dziewczyny nie zna adresu, pod jakim mieszkał on wcześniej. – Opowiadał różne historie – mówi wujek Agnieszki, Zbigniew. – Raz była wersja, że u krewnych w Dąbrowie Górniczej, raz że wynajmuje gdzieś mieszkanie w Sosnowcu. Kto go tam wie, jak było naprawdę. Podobnie z pracą. Zmyślał i kręcił. Mówił, że szuka, potem udawał, że gdzieś dojeżdża. Szybko okazywało się, że to były nieprawdziwe historie.
Próbowaliśmy porozmawiać z rodzicami Agnieszki. Na osiedlu Młodych w Olkuszu zatrzaśnięto nam jednak drzwi przed nosem.

- Nie mamy nic do powiedzenia – zdążył tylko krzyknąć ojciec dziewczyny, Jerzy S. Babcia Helena mówi, że jej zięć, tak jak zresztą cała rodzina, był przeciwny związkowi córki z Andrzejem. – Ona, młodsza córka była jego oczkiem w głowie. Niczego jej nie brakowało. Jeździła często na wycieczki. Było jak w normalnej rodzinie. Problemy zaczęły się, kiedy poznała tego faceta. Szkoły nie skończyła, a na świat przyszedł Sylwuś.

Wyprowadzka do babci
Rodzice Agnieszki nie byli zachwyceni, kiedy córka powiedziała im, że jest w ciąży. – Nikt jednak nie robił jej problemów. Życie toczyło się dalej. Agnieszka mieszkała dalej u rodziców. Ślubu z Andrzejem nie brała, bo wszyscy jej to odradzali. Mówiliśmy jej “Poczekaj, jak wszystko będzie ci się z nim dobrze układało, to wtedy będzie czas na małżeństwo”.

Ale układało się nie najlepiej, bo pomieszkiwali u rodziców dziewczyny, a ślubu wciąż nie brali. Trzy miesiące przed porzuceniem dziecka para opuściła Olkusz. Pojechali do Sosnowca, do babci Heleny. – Mieszkam z synem. Mamy dwa pokoje z kuchnią. Jakoś pomieściliśmy się wszyscy.

Powiedziałam: nie musicie mi nic płacić, sobie zbierajcie pieniądze. Niech Andrzej idzie do pracy, trochę odłożycie i pójdziecie na swoje. Już niedługo zaczął opowiadać historie o tym, jak pracuje w firmie budowlanej. Tak pracował, że na nic nie mieli pieniędzy. Oboje palili i na paczkę papierosów im dawałam. Dziecko też przecież potrzebowało coś zjeść, a oni nic – opowiada babcia. – Spokojni byli, nie powiem, zmywali po sobie naczynia, ale jak długo można żyć u kogoś kątem bez grosza przy duszy?

Bajka za bajką
Babcia szczerze mówiła wnuczce co o tym wszystkim myśli. W końcu młodzi zabrali Sylwestra i wyprowadzili się od niej. Kilka dni potem zgłosili się do opiekunki od dzieci. – Mądry Polak po szkodzie – mówi opiekunka. – Już na początku powinnam zorientować się, że coś jest nie tak. Jak rozkleiłam ogłoszenia, myślałam, że będą się do mnie zgłaszać osoby, które chcą opiekunki dochodzącej. Tymczasem zadzwonił telefon po dwóch tygodniach i młody głos powiedział mi, że od razu przywiezione zostanie do mnie dziecko. Przecież ci ludzie nie znali moich warunków. Ja jestem ubogą kobietą, mam tylko jeden pokój. Oni tymczasem w ciemno chcieli zostawić u mnie swojego syna. Mówili, że mają w domu remont. Powiedzieli, że będą u mnie za godzinę, bo czekają na dowóz płytek.

Opiekunka uwierzyła, że “troskliwi” rodzice nie chcą, by małe dziecko przebywało w kurzu i w pyle. Rodzice bardzo się spieszyli. Powiedzieli kobiecie, że umowę spiszą po kilku dniach. – Nie żegnali się z malcem zbyt wylewnie – opowiada kobieta. – On dużo gadał, ona właściwie się nie odzywała. Szybko zostawili dwie zabawki, trochę podręcznych rzeczy chłopczyka i poszli.

Od tamtego momentu rozpoczął się scenariusz najgorszych wydarzeń. Andrzej, który opiekunce przedstawił się jako Krystian, zadzwonił z wiadomością, że nie mogą odebrać dziecka, bo żona właśnie miała zawał. Została na dodatek przewieziona do szpitala w Krakowie. Andrzej vel Krystian został w tymże Krakowie okradziony. Zabrali mu wszystkie pieniądze, dokumenty i karty kredytowe. Dlatego, jak mówił, nie może na razie zapłacić za opiekę. Potem do opiekunki dzwoniła matka dziecka. Pytała czy odwiedza je Krystian. Powiedziała też, że jak trzeba to ona wypisze się na własne życzenie i po Sylwusia zaraz przyjedzie. To był ostatni kontakt opiekunki z rodzicami malca. – W końcu nie wiedziałam co robić i poszłam na policję – tłumaczy kobieta.

Babcia Helena nie ukrywa. – Pojęcia nie mam, jak ona mogła to zrobić. Przecież mogła zostawić chłopca u kogoś z rodziny. Niech kłamie, że wróci za godzinę i niech idzie w świat, ale niech dziecko będzie z nami.

Babci trudno ocenić, jaką matką była wcześniej jej wnuczka. – Nie mogę powiedzieć, Agnieszka nosiła Sylwusia na rękach. Ale ani ona, ani Andrzej nigdy nie bawili się z dzieckiem. Mój prawnuk bardziej ciągnął do wujka czy do mnie niż do własnych rodziców. Jak ich sumienie nie gryzie? Pewnie teraz śpią gdzieś po piwnicach i myślą tylko, skąd wziąć grosz na przeżycie.

Do Domu Dziecka, w którym przebywa chłopczyk, zgłosiła się już matka Agnieszki. Do Sądu Rodzinnego wpłynął jej wniosek. Chce być dla Sylwestra rodziną zastępczą. Do chwili napisania tego tekstu policja nie miała informacji o miejscu pobytu wyrodnych rodziców.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Bytomianin snajperem wszechczasów

Friday, February 20th, 2004

29 minuta meczu Unii Dworów Oświęcim z KTH Krynica. Kolejny atak gospodarzy. Strzał Adriana Parzyszka zdołał obronić krynicki bramkarz. Do krążka doszedł jednak Mariusz Puzio i bez problemu skierował go do siatki. Była to szczególna bramka dla popularnego “Puziona”. Dzięki niej przeszedł do historii polskiego hokeja.

To pięćsetny gol jaki Puzio strzelił na lodowiskach ekstraklasy. Radość była ogromna. Hokeista zrzucił z siebie starą koszulkę. Pod nią miał specjalną, przygotowaną na tę okoliczność. Tam gdzie powinny być gwiazdki oznaczające ilość zdobytych przez Unię mistrzowskich tytułów wpisana była wielka liczba 500. Za swój wyczyn hokeista otrzymał od władz klubu okazały puchar i szampana, a kibice urządzili mu fetę. Długo skandowali jego nazwisko nie pozwalając mu zejść z lodu.

- Choć od dłuższego czasu miałem szansę dobrnąć do pięćsetki, specjalną koszulkę ubrałem po raz pierwszy. Kiedy dwa dni wcześniej strzeliłem w Tychach swojego 498 gola, powiedziałem sobie, że w kolejnym meczu z Krynicą muszę dopiąć swego. Udało się. Te bramki się zbierały i zbierały. W końcu musiała pęknąć ta bariera. Swój udział w nich mają koledzy, z którymi grałem z Polonii Bytom, Metronu Toruń i Unii Oświęcim. Dziękuję im. W moim rekordzie udział ma też Smoleń. Jego kijami zaliczyłem wszystkie trafienia – podkreśla Puzio. – Dobrze, że pięćsetną bramkę zdobyłem jeszcze przed play-off. Teraz będę mógł się skupić tylko na obronie tytułu mistrzowskiego – uważa.

Warto dodać, że na czoło najlepszych strzelców wszech czasów polskiej ekstraklasy “Puzon” awansował już w poprzednim sezonie. W meczu z GKS Tychy zdobył cztery gole i pobił rekord należący do Wiesława Jobczyka (435 bramek).

Młodzian wśród gwiazd
Puzio karierę sportową zaczynał w Polonii Bytom. Mieszkał blisko lodowiska i nic dziwnego, że wybrał hokej. – O niczym innym nie myślałem. Liczył się tylko hokej. Na podwórku wszyscy w niego grali – stwierdził. W składzie Polonii po raz pierwszy pojawił się w 1985 roku, a wówczas do pierwszej drużyny nie było łatwo się przebić. W kadrze były takie asy jak: Andrzej Kądziołka, Jerzy Christ, Franciszek Kukla, Janusz Szyposz czy Krystian Sikorski. Puzio miał wtedy 19-lat. W pierwszym sezonie w seniorach furory nie zrobił, ale szybko się uczył. Miał talent i instynkt napastnika. Wtedy też strzelił pierwszą bramkę. – Oczywiście, że ją pamiętam. Graliśmy wtedy przeciwko Unii. Wygraliśmy 14:0 – wspomina. W następnych rozgrywkach wraz z Ryszardem Czerwcem i Adamem Golińskim tworzyli jeden z najlepszych ataków w lidze, a Polonia sięgnęła po mistrzostwo Polski. Potem jeszcze czterokrotnie zdobywał w bytomskim klubie tytuły najlepszej drużyny w kraju. Po raz ostatni w 1991 rok. – Decydujący mecz graliśmy z Unią na jej lodowisku. Doszło do dogrywki. Mój gol przesądził o sukcesie Polonii – opisuje.

Został w kraju
W latach 90-tych sport w Bytomiu zaczął się chylić ku upadkowi. Kryzys dotknął również hokeistów. Najlepsi zawodnicy wyjechali szukać szczęścia i pieniędzy w innych klubach. Wielu zdecydowało się na wyjazd za granicę. Puzio został w kraju. Najpierw przeniósł się do Metronu Toruń, gdzie grał trzy lata i zdobył brązowy medal, a następnie, w 1997 roku trafił do Unii Oświęcim. W nowym klubie szybko się zaaklimatyzował. Mimo upływających lat niezmiennie należy do czołówki najskuteczniejszych snajperów w kraju. Ma spory udział w ostatnich sukcesach oświęcimskiego klubu. Z Unią sięgnął już po sześć tytułów mistrza kraju.

- To trochę dziwne, że mając 38 lat nadal należę do ligowej czołówki. Życzę młodzieży powodzenia w pobiciu mojego rekordu – kończy.


Mariusz Puzio ma 38-lat, jest wychowankiem Polonii Bytom. Grał też w Metronie Toruń i Dworach Unii Oświęcim. W swojej karierze zdobył jedenaście tytułów mistrza Polski, trzy wicemistrzostwa i 2 brązowe medale.

Autor artykułu: mim

Zwłoki dziecka znaleziono w lodówce

Friday, February 20th, 2004

Martwego noworodka znalazł wczoraj jeden z mieszkańców kamienicy przy ul. Chorzowskiej w Gliwicach. Zwłoki dziecka ukryto w stojącej w piwnicy lodówce. – Sprawa jest makabryczna – mówi Magdalena Zielińska, rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Gliwicach.

- Jeden z lokatorów chciał zrobić porządki w lodówko-zamrażarce, którą ma na stałe podłączoną w piwnicy. Dziecko było zawinięte w worek foliowy. Ciało było tak zmrożone, że pracujący na miejscu technicy policyjni oraz lekarz nie byli w stanie rozpoznać płci noworodka. Na to pytanie odpowie dopiero sekcja zwłok, ale wpierw zwłoki muszą zostać w odpowiednich warunkach rozmrożone. Sprawa jest makabryczna – mówi Magdalena Zielińska, rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Gliwicach.

Prawdopodobnie noworodek został umieszczony w lodówce zaraz po porodzie. W zamrażalniku znaleziono również łożysko. Wiadomość o znalezionych zwłokach noworodka zelektryzowała mieszkańców tej niewielkiej kamienicy, liczącej osiem mieszkań.

- Nie mogę w to po prostu uwierzyć. Jak można dopuścić się tak okrutnej zbrodni? Z tego co wiem, to żadna ciężarna tutaj nie mieszkała. Musiał to zrobić ktoś z zewnątrz – uważa Bogdan Bodach, lokator z drugiego piętra.

Niewykluczone, że zwłoki ukryto w piwnicy kilka dni temu. Mieszkańcy zgodnie jednak twierdzą, że niczego podejrzanego nie zauważyli. Jedną z osób mieszkających na pierwszym piętrze zaniepokoił wczoraj rano hałas, dobiegający z tej części piwnicy, gdzie odnaleziono martwe dziecko – To był dziwny, głuchy odgłos. Tak jakby ktoś uderzał czymś ciężkim w pień drzewa. Dwie godziny później przyjechała tutaj straż miejska, a później policja – opowiada lokatorka.

Klucze do tej właśnie części piwnicy ma czwórka lokatorów kamienicy. – Wszyscy mieszkańcy zostaną przesłuchani przez policję. Rozpatrujemy kilka wariantów. Jesteśmy na dobrej drodze, by rozwikłać tę makabryczną zagadkę – zapewnia Zielińska.

Właściciel piwnicy nie chciał komentować tego zdarzenia. – Jest w szoku po tym co się stało – dodaje Zielińska.
Znaleziony w Gliwicach martwy noworodek to pierwszy taki przypadek w mieście zanotowany od 1999 roku.

Autor artykułu: mk

Szkoła kupowania

Tuesday, February 17th, 2004

Wyższa Szkoła Zarządzania Marketingowego i Języków Obcych w Katowicach kupuje luksusowe samochody, samoloty i nieruchomości. Tymczasem – jak mówią pracownicy szkoły
i studenci – nikt nigdy nie korzystał z zakupionych sprzętów.

Za wszystko musimy płacić. Do niedawna nawet za Internet. Ostatnio znowu podnieśli nam czesne. Kupują ekskluzywny sprzęt, ale u nas nie ma żadnego kółka automobilowego albo lotniczego. Kto więc z tego korzysta? – oburzają się studenci.

Pustka po zameczku
Zabytkowy zameczek przy ul. Bytomskiej w Mysłowicach zniknął z powierzchni ziemi w ciągu jednej nocy. Właściciel obiektu – szkoła, zgodnie z nakazem konserwatora, powinna odbudowywać obiekt od czerwca ubiegłego roku. Do tej pory przy Bytomskiej nie ruszyły jednak prace. W sprawie interweniował mysłowicki magistrat. Szkoła tłumaczyła urzędnikom, że prac na razie nie może rozpocząć ze względu na trudną sytuację finansową.
- Budynek nie był w dobrym stanie, nie było nas stać na jego utrzymanie – mówi koordynator wydziałów zajmujących się gospodarką przestrzenną Urzędu Miejskiego, Bogdan Koterba. – Szkoła chciała otworzyć w nim swój ośrodek szkoleniowy. Opracowany został projekt modernizacji zabytku. Szkoła miała dokonać inwentaryzacji obiektu, następnie wyburzyć zameczek i wybudować go na nowo. Póki co, z zadania się nie wywiązuje. Bo, jak twierdzi, nie ma pieniędzy.

Samochodowe zakupy
Szkoła od lat inwestuje w drogi sprzęt. Wystarczy wymienić nowoczesne motocykle, wozy takie jak jeep cherokee, porsche, land rover, volksvageny czy ople. Kupiła też m.in. samolot i szybowiec oraz saunę sosnową. Od czasu do czasu kupuje też sprzęt przydatny studentom, jak np. radiowęzeł.
– Nikt go jeszcze nigdy nie słyszał – mówią studenci. – To skandal. Ładujemy tu ciężkie pieniądze. Nawet w czasie wakacji musimy płacić połowę czesnego. Miesiąc nauki w tej szkole kosztuje różnie. My płacimy 540 zł, koledzy na filologii 570 zł. W zamian dostajemy niewiele. Nawet nie ma sali gimnastycznej.
Rektor Limański w przesłanym do nas piśmie tłumaczy, że szkoła jest w posiadaniu kilku używanych samochodów, z których najnowszym i najdroższym jest 4-letni opel vectra przeznaczony do dyspozycji rektora. Pozostałe wozy, jak pisze rektor, są używane przez pracowników i służby uczelni. Sprawdziliśmy: wystarczy przypomnieć, że szkoła kupiła jeepa cherokee za 89 tys. zł. Prawdą jest, że to wóz starszy od opla rektora (który kosztował nieco ponad 67 tys. zł), ale nikt z pracowników ani ze studentów nie mógł nam powiedzieć, kto z tego auta korzysta. Dotarliśmy do dokumentów zgromadzenia wspólników spółki, do której szkoła należy. W uchwale z 1998 roku czytamy, że zyski z roku ubiegłego przeznacza się w całości na cele oświatowe. Jednym z nich był zakup m.in. wspomnianego wcześniej jeepa.

Samolot motorem rozwoju
Jak pisze rektor, szkoła kupiła samolot, który został wyremontowany przez pasjonatów – pracowników uczelni. Aeroplan ma być wykorzystany w celach reklamowych. Z naszych informacji wynika, że szkoła posiada jeszcze szybowiec i przyczepę do jego przewozu. Jak powiedział nam jeden z pracowników szkoły, jedynym pasjonatem latania wśród pracowników jest Mariusz Krzysztofek, dyrektor administracyjny szkoły i udziałowiec spółki Perfektor, właściciela szkoły. W spółce spore udziały ma też ojciec dyrektora, Bronisław Krzysztofek. Nie udało nam się skontaktować z dyrektorem administracyjnym. Jego sekretarka na każdy nasz telefon odpowiadała, że pana Krzysztofka nie ma i nie będzie. Poprosiliśmy o wgląd do statutu szkoły. Sekretarka, tym razem rektora, odmówiła, mówiąc, że jest to wewnętrzny dokument firmy. Statutu zresztą nie widzieli też na oczy sami studenci. Rektor w swoim piśmie tłumaczy, że statut może obejrzeć student w obecności radcy prawnego.
- To oburzające – komentuje rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu, Małgorzata Szelewicka. – Taki dokument powinien być umieszczony w szkole w miejscu widocznym. Każdy ma prawo się z nim zapoznać.
MENiS przesłało nam kopię statutu. Dzięki temu dowiedzieliśmy się kto jest właścicielem szkoły. W statucie czytamy też m.in. “dla własnego rozwoju uczelnia gromadzi środki majątkowe uzyskane ze środków majątkowych założyciela (spółki Perfektor – przyp. red. )”. Rozwój szkoły zapewne gwarantują samochody i samoloty.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Zamordowano małżeństwo z Gliwic

Tuesday, February 17th, 2004

Młodych małżonków z Gliwic porwano i zamordowano dla butelki whisky, odtwarzacza wideo, dwóch samochodów i komputera nie najnowszej generacji. Gdy doszło do uprowadzenia męża i żony z ich domu w Łabędach, sąsiedzi nie widzieli ani nie słyszeli nic podejrzanego.

Ciała 29-letniej Agnieszki S. i jej o dwa lata młodszego męża Pawła policja znalazła wczoraj w lesie na terenie Małopolski. Małżonków uprowadzono z ich własnego domu w miniony czwartek. Policja zatrzymała grupę mężczyzn, którzy przyznali się do włamania do domu S. i porwania małżeństwa.

- Nie jestem w stanie mówić o tym co się stało – powiedział nam ojciec Agnieszki, Włodzimierz Ł. – To zbyt bolesne. Powiem tylko: to była straszna, niepotrzebna śmierć.

Skok “na bogactwo”
Małżeństwo S. mieszkało w domku jednorodzinnym na Osiedlu Literatów w Gliwicach Łabędach. Ślub wzięli w sierpniu ubiegłego roku. Oboje wywodzili się z domów o dobrej sytuacji materialnej. Agnieszka była córką znanej w Gliwicach lekarki. Młodzi małżonkowie pracowali na wysokich stanowiskach w dobrych firmach. – Ładny dom przyciągnął oko – mówi policjant znający kulisy sprawy. – Napad został starannie przygotowany. Sprawcy to młodzi mężczyźni w wieku od 25 do 29 lat, amatorzy wąchania kleju, wywodzący się ze środowiska patologicznego. Jeden z nich był już karany za ciężkie uszkodzenia ciała. Wszyscy mieszkali w hotelu dla osób wysiedlonych. Wiemy, że małżeństwo S. było przez swych oprawców długo obserwowane.

Dlaczego porwali?
W czwartek około godziny 22 bandyci poszli do domu Agnieszki i Pawła S. W czasie tragicznego wieczoru sąsiedzi nie widzieli ani nie słyszeli niczego podejrzanego. – To wszystko jest strasznie dziwne – mówi mieszkająca obok domu małżeństwa S. Ewelina Szweda. – Przy furtkach są domofony. Jak to się stało, że pani Agnieszka wpuściła do środka obcych ludzi?
Wiadomo, że kobieta została obezwładniona i skrępowana kiedy wpuściła mężczyzn do środka. – W domu nie było śladu włamania – mówi funkcjonariusz. – Bandyci zaczęli plądrować mieszkanie. Wtedy do domu wszedł mąż kobiety. On też został skrępowany. Na razie trudno powiedzieć, dlaczego uprowadzono małżonków. Nie wiadomo, czy sprawcy kierowali się chęcią okupu czy też z zupełnie innych, bezsensownych powodów wepchnęli małżeństwo do jednego z samochodów.
Przestępcy zabrali z garażu dwa auta należące do Pawła i Agnieszki – fiata punto i daewoo nubirę. Ukradli też m.in. butelkę alkoholu, paszporty, komputer, magnetowid i niewielką ilość biżuterii. W sobotę dom dzieci odwiedził Włodzimierz Ł. W środku znalazł powywracane sprzęty. Ojciec Agnieszki zgłosił na policji włamanie. Brak w garażu samochodów mężczyzna tłumaczył “pewnie jakimś wyjazdem dzieci na weekend”. Tymczasem nubirę znaleziono później rozbitą na terenie Małopolski. Punto było kontrolowane przez policyjny patrol w nocy z piątku na sobotę. Szybko okazało się, że kontrola okazała się kluczem do schwytania bandytów.

Dzięki kontroli
- To było standardowe sprawdzenie dokumentów – mówi rzecznik gliwickiej policji, komisarz Magdalena Zielińska. – Okazało się, że kierowca nie jest właścicielem auta. Tłumaczył, że je pożyczył. Dokumenty natomiast były w porządku. Policjant spisał dane kierowcy i pasażerów, po czym zezwolił im na dalszą jazdę.
Kiedy ten sam policjant przyszedł później do komendy na odprawę, dowiedział się o zgłoszonym przez Włodzimierza Ł. włamaniu. Skojarzył je z kontrolą samochodu. Dzięki przytomności policjanta już w niedzielę zatrzymano sześciu mężczyzn. Wczoraj zatrzymano siódmego. Wszyscy przyznają się do “skoku” na dom małżeństwa S.

Każdy co innego
Relacje z późniejszych wydarzeń są niespójne. Jeden z zatrzymanych zeznał, że zabrali ze sobą małżonków i chcieli przywiązać gdzieś ich do drzewa w lesie. Inni mówili, że zabrali młodych ludzi, ale nie wiedzieli co z nimi zrobić i wozili ich samochodem. Pojechali w kierunku Wrocławia. Potem zawrócili i skierowali się w stronę województwa świętokrzyskiego. Wtedy postanowili ich zostawić. Zrobili to w lesie na terenie Małopolski.
Tuż po przesłuchaniu, w niedzielę wieczorem policjanci pojechali wraz z jednym z zatrzymanych do wskazanego przez sprawców miejsca. Niestety, znaleziono tam zwłoki obojga małżonków z roztrzaskanymi głowami. Wcześniej bandyci próbowali uprowadzonych dusić.
- Pomimo faktu, że mamy zatrzymanych sprawców i odnalezione ciała ofiar, dopiero teraz czeka nas ciężka praca – mówi komisarz Magdalena Zielińska. – Musimy ustalić, jaki był motyw morderstwa, kto w tej grupie był prowodyrem, kto jaką rolę odegrał w tej makabrycznej historii. Sprawą zajmuje się gliwicka Prokuratura Okręgowa.
Próbowaliśmy rozmawiać z mieszkańcami hotelu, w którym mieszkają zatrzymani. Przed budynkiem spotkaliśmy grupę nastolatków. – Nic nie powiemy – usłyszeliśmy. – Nie jesteśmy kapusiami, żeby na kumpli donosić.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Jak w rodzinie

Monday, February 16th, 2004

Mistrzynie Polski – siatkarki BKS Stal Bielsko – Biała nie miały problemu z pokonaniem drużyny beniaminka serii A – Muszynianki Muszyna, wygrywając pewnie 3:0 (25:22, 25:18, 25:18). Po meczu, nie brakowało jednak serdecznych uścisków i długich rozmów sobotnich przeciwniczek.

Przed sezonem żartowano nawet, że Muszynianka jest drużyną filialną bielskiego klubu. Przed rozpoczęciem rozgrywek zasiliły ją aż trzy bielszczanki (Wioletta Leszczyńska, Andrea Pavelkowa i Małgorzata Lis). W Bielsku wcześniej występowała Gabriela Laskowska. Większość obecnych muszynianek w Bielsku – Białej ma rodziny, więc występ w hali przy ul. Rychlińskiego był dla nich swoistym powrotem w rodzinne strony. – Bardzo lubię tu wracać. Jestem przecież wychowanką BKS i w Bielsku mieszka moja rodzina. Każdy taki przyjazd jest więc powrotem na stare śmieci. Publiczność w Bielsku jest jednak konserwatywna. Bardzo mocno kibicowali swoim, o nas już troszkę zapominając. Zespół BKS obecnie dysponuje mocniejszym składem niż przed sezonem. Jest od nas zdecydowanie lepszy, co pozwoliło im na pewne zwycięstwo – przyznała bielszczanka Małgorzata Lis, występująca obecnie w Muszynie.

Muszynianki chociaż widać było po nich tremę w konfrontacji z najlepszą drużyną w kraju, rozpoczęły odważnie. O pierwszym secie można nawet powiedzieć, że zagrały z BKS jak równy z równym. Dobra passa trwała jednak tylko do stanu 20:20. Wtedy miejscowe ostro wzięły się do roboty i pewnie wygrały do 22. W kolejnych dwóch odsłonach nie było już wątpliwości, która z drużyn w sobotni wieczór jest lepsza. Trener Zbigniew Krzyżanowski dał sporo pograć młodym Annie Podolec i Milenie Sadurek, która na rozegraniu stara się konkurować z doświadczoną Moniką Smak. Najwięcej braw zebrały jednak Aleksandra Przybysz i Joanna Staniucha. Godny odnotowania jest powrót do gry w BKS Agaty Mróz, która w meczu Ligi Mistrzyń z RC Cannes nabawiła się poważnej kontuzji kolana. – Czuję się już dużo lepiej. Na treningach bez obaw skakałam, więc uznaliśmy z trenerem, że mogę być wchodzącą. Zagrałam cały set, więc nie jest najgorzej. Mam nadzieję, że nie zablokuje się psychicznie i w kolejnych meczach będę mogła wystąpić w pełnym wymiarze – stwierdziła po meczu Agata.
Trener Zbigniew Krzyżanowski założył przed meczem, że jego drużyna nie może stracić pierwszego seta, jak to miało miejsce w dwóch ostatnich spotkaniach. – Na szczęście to założenie się udało, ale były pewne kłopoty. Będziemy musieli jeszcze popracować nad tym elementem. Dziewczyny z Muszyny to wbrew pozorom bardzo dobry zespół. Być może na ich wynik z nami wpłynął fakt, że bardzo wiele razy graliśmy ze sobą i Muszynianka nigdy nie pokonała BKS, stąd też pewien respekt – przyznał Krzyżanowski.

BKS Stal Bielsko – Biała – Muszynianka Muszyna 3:0 (25:22, 25:18, 25:18).

BKS: Smak, Przybysz, Szeszko, Jagodina, Staniucha, Biel – Barszcz (libero) oraz: Sadurek, Niedźwiecka, Podolec, Rzenno, Mróz.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

GKS Tychy – Dwory Unia Oświęcim 2:4

Thursday, February 12th, 2004

Hokeiści GKS Tychy prawdopodobnie przystąpią do play-off z czwartego miejsca. Zdecydowała o tym ich porażka z Dworami Unią Oświęcim. Wprawdzie do zakończenia rundy zasadniczej zostały jeszcze dwie kolejki, ale trudno przypuszczać, by udało się tyszanom wyprzedzić w tabeli Stoczniowca Gdańsk.

Od początku spotkania zarówno na lodzie, jak i na trybunach było bardzo nerwowo. Hokeiści nie szczędzili sobie uszczypliwości. Kilkakrotnie dochodziło do ostrych spięć, ale sędziom udawało się zapanować nad emocjami zawodników. W 59 minucie doszło jednak do bójki. Pojedynek pięściarski stoczyli Andrzej Gretka (GKS) i Tomasz Wołkowicz (Unia). Krewcy hokeiści po kilku ciosach odesłani zostali do szatni.

Natomiast na trybunach widzowie, zamiast na dopingu dla swojej drużyny, skupiali się na obrażaniu oświęcimian oraz rzucaniu różnych przedmiotów na lód. Dopiero groźba przerwania zawodów przez sędziego uspokoiła widzów.

Spotkanie od początku było bardzo wyrównane. Świetnie spisywali się obaj bramkarze. Zarówno Tomasz Jaworski, jak i Arkadiusz Sobecki kilkakrotnie ratowali swoje drużyny przed utratą goli. Najlepszych sytuacji nie wykorzystali Artur Ślusarczyk (GKS) i Waldemar Klisiak.

Pierwsi skutecznie zaatakowali goście. Wykorzystali osłabienie tyszan. Gdy na ławce kar przebywał Dawid Galvas, gola zdobył Daniel Laszkiewicz. Goście z prowadzenia długo się jednak nie cieszyli. Kolejne osłabienie, tym razem Unii, i kolejna bramka. Jaworski zmuszony został do wyciągnięcia krążka z siatki po uderzeniu Piotra Sarnika.
Losy spotkania rozstrzygnęły się w trzeciej tercji. W głównych rolach wystąpił bracia Daniel i Leszek Laszkiewiczowie. Ten pierwszy podawał, a Leszek strzelił dwie bramki.

- Zabrakło nam koncentracji i woli walki. W ostatniej tercji nie graliśmy już z taką zaciętością jak w pierwszych dwóch odsłonach. Trzeba zawsze grać do końca – przyznał Robert Kwiatkowski, napastnik GKS. Hokeista zagrał po blisko półrocznej przerwie spowodowanej kontuzją.

Mimo porażki, opiekun GKS zadowolony był z postawy swojej drużyny. – Zaprezentowaliśmy się nieźle, co dobrze wróży przed play-off. W końcówce bardzo chcieliśmy wygrać, zaatakowaliśmy i Unia to wykorzystała ? stwierdził Wojciech Matczak, trener tyskiego zespołu.

GKS Tychy – Dwory Unia Oświęcim 2:4 (1:1, 1:1, 0:2). Sarnik 2 (9, 36) – D. Laszkiewicz (6), puzio (36), L. Laszkiewicz 2 (55, 60).

GKS: Sobecki; Gretka – Śmiełowski, Kuc – Szymański, Galvas – Mejka, Frączek – Krzak – Kwiatkowski, Sarnik – Słaboń – Ślusarczyk, Bagiński – Belica – Adamcik.
UNIA: Jaworski; Zamojski – Kłys, Gabryś – Javin, Dulęba – gonera, L. Laszkiewicz – Stebnicki – D. Laszkiewicz, Jaros – Rzimsky – Filipi, Klisiak – Parzyszek – Puzio oraz Wołkowicz, Jakubik.

Pozostałe wyniki:
TKH Nesta Toruń – GKS Katowice 8:2 (4:0, 2:0, 2:2), KTH Krynica – Orlik Opole 5:7 (2:3, 2:2, 1:2), Wojas-Podhale SSA Nowy Targ – Stoczniowiec Gdańsk 3:4 (1:1, 2:2, 0:1).

1. Unia 26 72 171-53
2. Podhale 26 61 141-53
3. Stoczniowiec 26 53 124-57
4. Tychy 26 50 138-76
5. Nesta 26 32 95-107
6. Orlik 26 30 83-111
7. Katowice 26 10 75-176
8. Krynica 26 2 44-238

Autor artykułu: mim

Do Katowic wraca płatne parkowanie

Thursday, February 12th, 2004

Od 23 lutego w centrum Katowic znów trzeba będzie płacić za parkowanie. Opłaty będą na razie pobierane tylko w części strefy. Na pozostałych ulicach parkingowi pojawią się najpóźniej 10 marca. Już od najbliższego poniedziałku będzie można z kolei odzyskiwać pieniądze za impulsy zapisane na starych kartach chipowych.

Z myślą o kierowcach posiadających karty wydane przez firmę IP Card powiększony zostanie parking przy domu towarowym “Skarbek”. Będzie tam mogło stanąć ponad 80 samochodów.
- Na parkingu pojawi się przyczepa, w której od godziny 7 do 19 pracownicy Miejskiego Zarządu Ulic i Mostów będą odczytywać karty. Każdy kierowca otrzyma zaświadczenie z informacją o wartości impulsów. Na tej podstawie będzie mógł parkować w całej strefie, aż do wykorzystania tej kwoty – tłumaczy Józef Kocurek, wiceprezydent Katowic.

Od 16 lutego do końca tygodnia parking przy “Skarbku” będzie zarezerwowany dla posiadaczy kart, od 23 lutego będą mogli z niego korzystać wszyscy kierowcy. Karty będą odczytywane do końca kwietnia. Potem parking zostanie zmniejszony do obecnego kształtu. Urząd miasta nie będzie zwracać kaucji za karty. – Nie mamy do tego podstaw prawnych. Kaucję pobierała firma IP Card – podkreśla Józef Kocurek.

Płatne parkowanie będzie wracać do miasta stopniowo. Początkowo parkingowi będą kasować kierowców tylko w ścisłym centrum. 5 marca pojawią się na kolejnych ulicach, a w całej strefie pięć dni później. – Nie wprowadzamy opłat od razu w całej strefie, ponieważ zatrudniliśmy nowych pracowników. Osoby te będą początkowo pracować z bardziej doświadczonymi parkingowymi i stopniowo się usamodzielniać – wyjaśnia Andrzej Gawroński, dyrektor MZUiM w Katowicach.
Parkingowych jest aktualnie 57. Na dłuższych ulicach mają pracować po 2-3 osoby. Kierowcy będą mogli za 1,50 zł kupić żółty bilet uprawniający do godzinnego postoju. Na niebieskich blankietach będzie wpisywany czas parkowania w przypadku dłuższego postoju.

- Jeśli ktoś nie zapłaci, znajdzie za wycieraczką upomnienie z prośbą o uiszczenie opłaty przed odjazdem. Nie będziemy nikogo od razu karać, bo przecież nie o to chodzi – zastrzega dyrektor Andrzej Gawroński.

Władze miasta liczą, że wpływy z płatnego parkowania wyniosą w tym roku 2 mln zł. Pieniądze mają być w całości przeznaczone na remonty ulic.

Opłaty za parkowanie w centrum Katowic:
Pierwsza godzina – 1,50 zł
Druga godzina – 1,80 zł
Trzecia godzina – 2 zł
Każda kolejna godzina – 1,50 zł

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Wpuszczeni w komin

Thursday, February 12th, 2004

Właściciel Markopolu podpisuje umowę, bierze pieniądze i… znika – skarżą się klienci. Firma robi kominki, schody i parapety. O Markopolu słyszeli wszyscy – policja, urząd skarbowy, sąd rejonowy, miejski rzecznik konsumenta. Mamy kilkadziesiąt sygnałów w tej sprawie – mówi nadkom. Roman Rabsztyn.

O firmie Markopol z Kozłowej Góry w Piekarach Śląskich słyszeli wszyscy – policja, urząd skarbowy, sąd rejonowy, miejski rzecznik konsumenta. Jej właściciel podpisuje umowę, bierze pieniądze i… znika. Przesuwa terminy, nie odbiera telefonów – skarżą się klienci. – Święty nie jestem, ale w długi wpędził mnie Józef Jędruch (były szef “Colloseum” – przyp. aut.) – tłumaczy. – 200 tys. zł mam przez niego w plecy i do teraz nie mogę stanąć na nogi.

Ludzie mu nie wierzą
Andrzej Ludyga oficjalnie nie ma nic. Dlatego klienci, mimo prawomocnych wyroków sądowych, nie mogą odzyskać pieniędzy. Dwóch czeka na blisko 15 tys. zł. – Majątek mam: dom, samochody, ale na wszystkim siedzi urząd skarbowy i ZUS – wzdycha Ludyga. Twierdzi, że ma 100-150 tys. zł długu. Ma mercedesa, volkswagena. – Ten człowiek jest nieuczciwy – mówią ci, co go znają.
Poszkodowani przez Ludygę zgłaszają się na policję albo do Aleksandry Gajdy, miejskiego rzecznika praw konsumenta w Piekarach Śląskich. Ci, którzy dali pieniądze i nigdy kominka nie widzieli na oczy, i ci, którzy po miesiącach czekania go mają, ale są niezadowoleni. Umawiali się inaczej.
- Jak słyszę Markopol, to już nie muszę słuchać tej historii – wzdycha rzeczniczka. Spraw, które dotyczą tej firmy, ma kilkanaście. – Mam nawet dwa wygrane wyroki sądowe przeciw firmie i nic. Komornik nie ma z czego zlicytować majątku.
Markopol prowadzi szerokie interesy. Pokrzywdzonych denerwuje, że Ludyga nadal reklamuje się w gazetach, wielka reklama firmy stoi przy drodze do Piekar. Ostatnio firma reklamowała się w specjalnie wydanym kalendarzu.

Wyglądało wiarygodnie
Marek J. (znana postać w Piekarach – chce pozostać anonimowy) znalazł firmę Markopol na targach budownictwa. Wyglądała wiarygodnie, miała elegancki folder. Jest rozgoryczony. – Nie mam ani pieniędzy, ani kominka – utyskuje. Kominek za 6,5 tys. zł, które wpłacił Ludydze zaraz po podpisaniu umowy dwa lata temu, miał mieć montowany w domu, w lipcu ubiegłego roku. – Przyjechali, założyli instalację, jakieś rury i tyle ich widziałem. Po kilku miesiącach i po wielu utarczkach telefonicznych, poszedłem na policję. Chcę albo pieniądze, albo kominek – mówi Marek J.
Transakcje Markopolu sprawdza pion ds. walki z przestępczością gospodarczą policji w Piekarach.
- Sprawa jest jasna: dwie strony zawierają umowę cywilnoprawną. Jeśli jedna ze stron nie wywiązuje się z niej, ma prawo domagać się sprawiedliwości w sądzie. Po analizie materiału prawdopodobnie skonsultujemy się z prokuraturą, czy nie zbadać sprawy pod kątem oszustwa – stwierdza nadkom. Roman Rabsztyn. – Otrzymaliśmy co najmniej kilkadziesiąt sygnałów w tej sprawie – dodaje.
Barbara Kleszcz “wyrwała” Ludydze kominek po – jak mówi – długich perturbacjach. – Pół roku jeździliśmy za właścicielem. Co dwa dni byliśmy z mężem w Markopolu. Nie dało się z nim ani prośbą, ani groźbą. Był nieprzyjemny, okłamywał nas, przeganiał – wspomina.
Kleszczom zależało na czasie. Zapłacili 8 tys. zł, a faktury dostali na… 5 tys. zł. – Pan Ludyga powiedział, że to promocja, a to jakaś paranoja – skarży się Barbara Kleszcz. Kobieta nie ma złudzeń: – Gdybyśmy tak się nie zawzięli, to byśmy nigdy tego kominka na oczy nie widzieli – podsumowuje.

Zwalanie na Jędrucha
Andrzej Ludyga przyznaje że “święty nie jest, bo kilka ewidentnych błędów z jego strony było”. – Nikomu nic nie ukradłem. Moją winą jest to, że znałem Jędrucha. Kładłem mu marmury, kominki robiłem w Świerklańcu i Ustroniu. To miał być interes życia, a wyszło jak wyszło – opowiada.
Ludyga opowiada, jakie to ma problemy przez Jędrucha. A to, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego robiła mu nalot, a to, że każdy jeden papierek sprawdzały mu policja, prokurator, urząd skarbowy…
Z opowieści właściciela firmy wynika, że doświadczają go wszystkie możliwe plagi. W grudniu i styczniu został okradziony. Z biura zniknęły telefony, faksy, zniszczono wystawę kominków. – Kolejne 40 tys. zł poszło – załamuje ręce właściciel Markopolu.
Najwyraźniej Ludyga z własnych kłopotów chce wyjść kosztem innych. Bierze kolejne zlecenia, choć nie wywiązał się z tych już zawartych, które sięgają 2001-2003 r. On sam przekonuje, że zalega z robotami tylko 10 osobom. Obiecuje: – Za rok, dwa, trzy lata, przy dobrych zleceniach wyjdę na prostą.
Barbara Kleszcz ma swoje zdanie na ten temat: – Ja już temu człowiekowi nie wierzę – mówi.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Irina nie pomogła

Monday, February 9th, 2004

Porażka gliwickiej Sośnicy zepchnęła ją poza pierwszą szóstkę ekstraklasy piłkarek ręcznych. Pierwsza od czterech miesięcy i nadspodziewanie wysoka wygrana AZS Katowice.

Powrót do składu Iriny Latyszewskiej po pięciotygodniowej przerwie spowodowanej kontuzją nie przysporzył punktów Sośnicy Gliwice. Siódemka Haralda Tłuczykonta przegrała z Natą AZS Gdańsk 24:28 (14:13) i spadła na 7. miejsce w tabeli. Na trzy kolejki przed zakończeniem zasadniczej części sezonu na premiowaną grą o najwyższe trofea szóstą lokatę wysforowała się Zgoda Bielszowice, która awansem pokonała Bystrzycę Lublin.

Ukraińska rozgrywająca starała się jak mogła, ale nie była jeszcze takim motorem akcji Sośnicy, jak wtedy, gdy jest w pełni zdrowa. Mimo to w sobotę gliwiczankom do 40 minuty wiodło się w miarę dobrze z wyżej notowanym rywalem. Wtedy jednak w starciu z przeciwniczką kontuzji kolana doznała coraz lepiej radząca sobie Marta Nowak. Dopiero specjalistyczne badania wykażą, jak długo 21-letnia rozgrywająca będzie musiała pauzować.

- To dla zespołu duża strata. Po zejściu Marty dziewczyny jakby nie mogły odnaleźć się psychicznie. Górę wzięło większe doświadczenie i cwaniactwo Naty – skomentował Tłuczykont.

Tymczasem ostatnia w tabeli siódemka AZS AWF Katowice odniosła trzecie w sezonie, a pierwsze od 5 października ligowe zwycięstwo – i pierwsze pod wodzą trenera Ryszarda Plinty. Akademiczki rozgromiły EB Start Elbląg 30:19 (15:7). Po meczu ojciec Katrzyny Gleń, Jan, wreszcie miał okazję podziękować drużynie beniaminka – każda z zawodniczek otrzymała w nagrodę doniczkowy kwiatek i buziaka.

- To zwycięstwo to bodziec do dalszej pracy. Pozwala nam wciąż wierzyć w utrzymanie w ekstraklasie – cieszył się szkoleniowiec katowiczanek.

Podopieczne Plinty kilka dni przed meczem trenowały na obozie w Brennej i efekty tej pracy od razu były widoczne. Akademiczki – wciąż bez leczących się Agnieszki Krzemińskiej, Anny Markiewicz i Patrycji Powałki – cierpliwie i skutecznie rozgrywały atak pozycyjny, co poparły konsekwentną i twardą grą w obronie. Mecz był wyrównany tylko przez nieco ponad kwadrans. Potem kilka skutecznych kontr w wykonaniu AZS ustawiło losy meczu.

Autor artykułu: tocha