Archive for March, 2004

Nieprawidłowości w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu

Tuesday, March 30th, 2004

Miejska kontrola wykazała, że Tomasz Beler, dyrektor Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu sam sobie zlecił poprowadzenie pięciu imprez, które organizował jako dyrektor instytucji. Zarobił na tym 16 tys. zł! Dyrektorowi zarzuca się, że nie zawsze organizował przetargi i nie rozliczył wszystkich środków na inwestycje, za które zapłaciło miasto.

– Nie kradłem, tylko oszczędzałem – tłumaczy się Tomasz Beler..Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu od czterech lat ma status samorządowej instytucji kultury. Oznacza to, że właścicielem jest miasto, a Dom Muzyki utrzymuje się z organizacji imprez, reklam i dotacji miasta, samodzielnie też gospodaruje pieniędzmi. Zatrudnia 9 osób, rocznie organizuje ok. 50 imprez.

Gmina płaci

Gmina lokuje w Domu Muzyki i Tańca ogromne pieniądze – grubo ponad 300 tys. zł rocznie, nie mówiąc już o dotacjach na inwestycje (tylko na remont dachu gmina wydała 100 tys. zł). Na organizację Muzycznego Lata (cykl imprez niebiletowanych) dyrektor Beler otrzymał 90 tys. zł, 100 tys. zł na imprezę zatytułowaną “Grające ulice”, 80 tys. zł na zorganizowanie obchodów 80-lecia nadania praw miejskich Zabrzu.

Niedawno wydział audytu i kontroli Urzędu Miasta w Zabrzu przeprowadził w Domu Muzyki i Tańca wyrywkową kontrolę wydatków, dotyczącą tylko jednego roku.

Sam sobie zlecał i płacił
Wyszło na jaw, że Tomasz Beler był… wykonawcą kilku zleceń dyrektora Domu Muzyki i Tańca Tomasza Belera, czyli samego siebie. Chodzi o pięć imprez, w których Beler zaprojektował scenografię, prowadził nadzór imprezy, opracował jej scenariusz, a na koniec po prostu ją poprowadził. Człowiek-orkiestra. Takich imprez w ciągu jednego roku naliczono pięć.

M. in. była to wielka gala z okazji dużej inwestycji drogowej w mieście (połączenia ulicy de Gaulle’a i Korfantego), “Grających ulic” (cykl koncertów plenerowych) oraz Muzyczne Lato (darmowe pikniki pod Domem). Beler wypłacił sobie za to 16 tys. zł brutto, czyli po 4,5 tys. zł od każdej. Uważa, że prawa nie złamał, a tylko popełnił błąd.

- Podpisałem umowę jako zamawiający i wykonawca – przyznaje. – Przyznaję się do tego błędu, ale dokonałem tego nieopatrznie podpisując plik umów. Uważam to za błąd formalny, powinna to rzeczywiście zrobić główna księgowa, bądź zlecający imprezę, a nie ja – bije się w piersi.

Złamał prawo
Andrzej Twardecki, naczelnik wydziału audytu i kontroli jest oburzony. – Ani on sam z sobą, ani osoba która od niego bezpośrednio zależy nie może tego zrobić.

- Angażując wykonawców z zewnątrz – scenografa, scenarzystę, prowadzącego koszt zorganizowania imprezy przynajmniej trzykrotnie przekroczyłbym honorarium jakie ja otrzymałem – wylicza Beler.

Jego zdaniem projekt scenografii kosztowałby 10 tys. zł, nadzór – 5 tys. zł, prowadzenie imprezy – 3 tys. zł, do tego opracowanie scenariusza imprezy – kolejne 3-5 tys. zł. – A ja wziąłem za to tylko 3,3 tys. zł – stwierdza. Skąd ta kalkulacja? To wie chyba tylko sam dyrektor.

Dlaczego nie zlecił prac firmie z zewnątrz? – Mam umiejętności, które pozwalają mi na wykonywanie czynności wykraczających daleko poza zakres obowiązków. Poza
administrowaniem Domem Muzyki i Tańca – mówi Beler.

Kasa do zwrotu?
Zdaniem naczelnika Twardeckiego Tomasz Beler powinien oddać zarobione pieniądze do kasy instytucji. Dyrektor uważa, że to osłabiłoby jego prestiż. Odwołał się. Czeka na decyzję prezydenta. Nie czuje się winny.

- Wydaje mi się, że za to co zrobiłem, powinienem być uznany za gospodarnego. Nic nie ukradłem! Wszystko jest udokumentowane. Może istnieją inne sposoby ukrycia dochodów, ale ja tego nie robię – denerwuje się Tomasz Beler.

Kontrolerzy zarzucili dyrektorowi, że błędnie naliczył stawki czynszowe ajentowi prowadzącemu bar, nie płacił podatku VAT od dochodów z najmu. Okazało się również, że DMiT nie płacił podatku za reklamę i miał zaległości w Urzędzie Skarbowym z tytułu VAT oraz wobec ZAiKS-u jako prawa autorskie.

Dyrektor Beler omijał również przetargi. Koncerty oświetlała firma Argus Art (wybierano ją bez przetargów), która na sześciu imprezach zarobiła ponad 23 tys. zł. Identyczna sprawa miała miejsce z firmą Power Box (nagłaśnianie koncertów), która zarobiła 27 tys. zł.

Andrzej Twardecki komentuje: – Rozumiem specyfikę przedsięwzięć, które wykonuje instytucja kultury, ale prawo jest dla wszystkich takie samo. Jeśli nie przetarg, należałoby chociażby wprowadzić zapytanie o cenę.
Dyrektor Beler jest przekonany o swojej niewinności. – Nadal tak będę robił, bo chcę to zrobić tanio i tak samo dobrze – stwierdza.

Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, w świetle nieprawidłowości z jednego tylko roku, w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu szykuje się kompleksowa kontrola finansowa.

Sosnowiec: Andrzej Równicki, naczelnik wydziału kultury i sportu UM:
Teatr Zagłębia ma status instytucji kultury. W 75 proc. utrzymuje się z dotacji miasta, resztę wypracowuje sam. Wszystkie decyzje dyrektora, który jest równocześnie czynnym aktorem, są kontrolowane. Teatr, abstrahując od jego specyfiki jest przedsiębiorstwem i dyrektor jest takim samym pracownikiem jak inni.

Gliwice: Marek Jarzębowski, rzecznik UM:
Z całym szacunkiem do aktorów i sztuki, ale teatr nie jest prywatnym folwarkiem dyrektora, w którym może robić co chce. Pracodawcą dyrektora Teatru Muzycznego w Gliwicach jest prezydent, dlatego to on podpisuje bądź nie, zgodę na dodatkową pracę lub delegację. Trzykrotnie zdarzyło się, że dyrektor wystąpił do pracodawcy z pytaniem czy może przyjąć dodatkowe zlecenie, ale, podkreślam, od agencji z zewnątrz, a nie teatru. Były to pieniądze prywatne, a nie z budżetu miasta. Dyrektor zobowiązany jest do rozliczenia się z każdej złotówki.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

BKS – Gwardia 1:3

Monday, March 29th, 2004

Mistrzynie Polski, siatkarki BKS Stal Bielsko-Biała poniosły sensacyjną porażkę 1:3 z jedną z najsłabszych drużyn w lidze – wrocławską Gwardią. Trener Zbigniew Krzyżanowski po meczu nie płakał nad rozlanym mlekiem, stwierdził tylko przewrotnie, że być może ta porażka była konieczna, by niektóre dziewczyny uwierzyły w to, że aby wygrywać, w grę trzeba wkładać serce i zaangażowanie.

Tak słabo grającej drużyny BKS, w Bielsku dawno nie widziano. Kibice przecierali oczy ze zdumienia, gdy zamiast pełnej werwy drużyny, która jeszcze przed tygodniem grała w finałowym turnieju Pucharu Polski, zobaczyli zderzające się często ze sobą zawodniczki. Za ich usprawiedliwienie może posłużyć jedynie przemęczenie rozgrywaniem meczów co trzy dni, kontuzje Katarzyny Biel i Joanny Szeszko oraz świetna dyspozycja wrocławskiego zespołu. Gdy w drugim secie bielszczanki przegrywały 13:20, miejscowi kibice zaczęli je wygwizdywać. Tak słabego seta nie widziano w Bielsku od kilku sezonów. Po tej części gry halę opuścił prezydent miasta, Jacek Krywult.

W trzecim secie miejscowe uwierzyły, że ryzyko przegrania tego spotkania jest naprawdę duże i wzięły się do pracy. Na pochwałę zasługuje zwłaszcza gra Anny Podolec, której gra wyróżniała się na tle reszty zespołu.. – Z jednej strony mam satysfakcję, z drugiej niedosyt, że bardzo dobry mecz wyszedł mi wtedy, gdy drużyna przegrała. Byłyśmy przemęczone i to było widać. Myślę jednak, że i najlepszym zespołom zdarzają się wypadki przy pracy – stwierdziła Podolec.
O przewadze Gwardii świadczy fakt, że BKS pierwsze prowadzenie w sobotnim spotkaniu zdobył dopiero w III secie przy stanie 7:6. Pomimo iż wrocławianki przegrały trzeciego seta, w czwartym to one dyktowały warunki i pewnie wygrały w całym meczu. – Nauka nie poszła w las. Dokładnie przyjrzałyśmy się grze dziewczyn z BKS w meczu finałowym Pucharu Polski i wyciągnęłyśmy z tego meczu wnioski. Przyjechałyśmy do Bielska nie po zwycięstwo, ale po to, by dobrze się tutaj zaprezentować. To, że wygrałyśmy z BKS, nie oznacza jeszcze, że będziemy walczyć o medale, chociaż taka nadzieja gdzieś głęboko w nas tkwi, zwłaszcza że ostatnio gramy coraz lepiej – mówi Anna Świętońska, kapitan Gwardii.
Trener BKS Zbigniew Krzyżanowski, gratulując trenerowi Gwardii Jackowi Grabowskiemu sukcesu, mówił: – Dzisiaj dziewczyny z BKS były cieniem samych siebie. Cieszę się, że tak słaby występ przyszedł właśnie teraz, a nie w fazie play off, bo wówczas jego skutki mogłyby być o wiele poważniejsze.
Działacze BKS przed sobotnim meczem narazili się dziennikarzom, których wysłali na balkon, z którego… nie było widać 1/3 parkietu. Dopiero po ostrych protestach ze strony przedstawicieli mediów, wpuszczono ich na ich stałe miejsce pracy, skąd z kolei zniknęły stoliki, przez co wszystkie notatki powstawały ,na kolanie”. Z nieoficjalnych informacji wiemy, że to dopiero początek planowanych zmian w sposobie traktowania mediów. Dziennikarze obawiają się, że jeżeli będą realizowane w podobny sposób, jak w minioną sobotę, za niedługo będą mieli problem, by móc w ogóle zrelacjonować spotkanie.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

Taktyka szybko się zawaliła

Monday, March 29th, 2004

Rozmowa z Waldemarem Fornalikiem, trenerem Górnika Zabrze

Czy Górnik musiał przegrać tak wysoko?
Z porażką można się było liczyć, ale w meczu z taką drużyną jak Wisła nie można ułatwiać rywalowi zwycięstwo i tak szybko tracić gole po koszmarnych błędach. Wtedy wali się cała taktyka i trzeba nagle zmieniać sposób gry. Odkryliśmy się i straciliśmy kolejne dwa gole.

Czy po takich błędach pozycja w bramce Piotra Lecha jest zagrożona?
Nie, bo to jest bardzo dobry bramkarz, któremu po prostu przytrafiły się błędy. Dziś pomylił się on, jutro może się to zdarzyć komuś innemu. Jak pamiętam jeszcze z czasów swojej gry w Ruchu Chorzów, to w meczach z Wisłą Piotrek statystykę zawsze miał nieciekawą.

Wisła przez większą część meczu grała w dziesiątkę, a mimo to strzeliła jeszcze dwa gole? Czy różnica klas obu drużyn jest tak znaczna?

Nie mam zastrzeżeń, co do zaangażowania swoich piłkarzy, a więc odpowiedź sama się nasuwa. Wisła po prostu obnażyła nasze słabe strony, była szalenie zdeterminowana, jakby grała mecz decydujący o mistrzostwie Polski. Chylę czoła przed klasą tej drużyny, jej zwycięstwo było bezdyskusyjne.

W trzech meczach para napastników Chałbiński – Makriew nie strzeliła bramki. Pora na zmiany?
W grach sparingowych ten duet prezentował się najlepiej, a przede wszystkim gole zdobywał. Teraz im nie idzie i to są fakty, a z faktami się nie dyskutuje. Ale kogo wpuścić w zamian? Można szukać, albo czekać, aż się wreszcie przełamią.

Autor artykułu: TOCHA

Surowi dla Piasta

Friday, March 26th, 2004

20 tysięcy złotych grzywny i konieczność rozegrania trzech meczów w odległości 100 kilometrów od Gliwic w roli gospodarza – takie sankcje nałożył Wydział Dyscypliny PZPN na II-ligowego Piasta. To efekt awantury, którą w sobotę na trybunach stadionu przy ul. Okrzei urządzili gliwiccy chuligani podczas meczu z Ruchem Chorzów. Jednocześnie WD zwróci się z wnioskiem do Wydziału Gier o ukaranie Piasta walkowerem.

Przypomnijmy, że spotkanie zostało przerwane w 55 min przy wyniku 0:0. – To bardzo surowe kary uderzające nie w tych, którzy byli sprawcami rozrób – mówił rozgoryczony wiceprezes gliwickiego klubu Marcin Żemaitis.
- Na posiedzeniu WD nie chciano nawet wysłuchać naszych wyjaśnień i nie wytknięto żadnych zaniedbań. Takie działanie to kliniczny przykład jak uwalić klub – wyznał Żemaitis.

Autor artykułu: tocha

Wykiwani!

Friday, March 26th, 2004

Byli pracownicy firmy Sport Hofer z Zabrza nie mogą wyegzekwować zaległych wynagrodzeń i odpraw. Produkująca niegdyś plecaki firma została bez majątku. Dlatego wyrok sądu pracy nakazujący wypłatę wynagrodzeń jest tylko świstkiem papieru.

Zaległości w wypłacie wynagrodzeń sięgają około 30 tys. zł, bez odsetek. Na wniosek poszkodowanych, sprawa była rozpatrywana w prokuraturze, ale ta umorzyła śledztwo. Pracownicy złożyli zażalenie. Domagają się ponownego wszczęcia postępowania.

Zostało w rodzinie
Sytuacja finansowa Sport Hofer pogarszała się od kilku lat – tłumaczy Józef S., były dyrektor firmy Sport Hofer. – Straty spowodowane były nierzetelnością kontrahentów, wycofywaniem się z umów odbiorców strategicznych oraz silną konkurencją na rynku.
W 1996 r. Józef S. podpisał z bankiem umowę na kredyt odnawialny w wysokości 300 tys. zł. Pieniądze miały być wykorzystane na środki obrotowe, wypłacano z nich m.in. pensje. – Kredyt poręczyłem własnym majątkiem. W 1998 r. doszło do zatorów płatniczych i zostałem zmuszony do pożyczenia pieniędzy od swojej żony. Z pieniędzy tych został spłacony debet na koncie firmowym. Zabezpieczeniem pożyczki udzielonej przez żonę były maszyny. W 1999 r. przekazałem właścicielowi, że bilans jest ujemny.
W 2001 r. bank cofnął kredyt Sport Hofer i zażądał całkowitej spłaty kredytu. – Ponieważ razem z żoną byliśmy poręczycielami kredytu, bank zajął hipotekę mojego domu – opowiada prezes.
Pod koniec grudnia 2002 r. pozwolenie na działalność przedsiębiorstwa zagranicznego Sport Hofer straciło ważność. – Jako pełnomocnik nie mogłem jednak zlikwidować zakładu, ponieważ nie wchodziło to w zakres moich uprawnień – twierdzi Józef S. I dodaje: Moja żona rozpoczęła działalność gospodarczą o podobnym profilu. Jednak problemy – identyczne jak w przypadku zakładu Sport Hofer – spowodowały zamknięcie produkcji i zlikwidowanie firmy w 2003 r.

Poszli do sądu i komornika
Pod koniec 2001 r. większość pracowników Sport Hofer dostała wypowiedzenia umów. Gdy odchodzili, nie otrzymali zaległych wypłat, ekwiwalentu za urlopy oraz odpraw. Sąd Pracy w Zabrzu, do którego się zwrócili, wyrokiem zobowiązał zakład do wypłaty zaległości.
Sprawa trafiła do komornika. Ten jednak umorzył postępowanie egzekucyjne z powodu jego bezskuteczności, ponieważ w siedzibie firmy nic nie nadawało się do zabezpieczenia na poczet należności wobec pracowników.

Fundusz odmówił
Powołując się na ustawę o ochronie roszczeń pracowniczych w przypadku niewypłacalności pracodawcy, wypłaty pieniędzy odmówił też Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Powód? Firma nie została zlikwidowana, ani nie ogłoszono jej upadłości.
- Gdyby właściciel zlikwidował przedsiębiorstwo, moglibyśmy dostać pieniądze z FGŚP. Problem polega jednak na tym, że on mieszka w Austrii. W czasie, gdy firma funkcjonowała, nikt z nas go nie widział. Próbowaliśmy się z nim skontaktować, ale bezskutecznie.
Pozwolenie na prowadzenie działalności, przedsiębiorstwo zagraniczne Sport Hofer straciło pod koniec grudnia 2002 r. Ale nikt nie wykreśla firmy z rejestru. Dlatego nie możemy starać się o pieniądze – mówi pani Ewa, której zakład zalega z wypłatą około tysiąca złotych.

Brak majątku
Ustawa o ochronie roszczeń pracowniczych nie przewiduje odstępstw w przypadku firmy, której właścicielem jest cudzoziemiec. Obowiązują te same przepisy, jak w przypadku firm polskich – tłumaczy Aneta Świercz, zastępca kierownika biura terenowego Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych w Sosnowcu.
Zdesperowani pracownicy, w kwietniu 2003 r. złożyli do Sądu Rejonowego w Gliwicach wniosek o ogłoszenie upadłości Sport Hofer. Pod koniec września ubiegłego roku sąd oddalił wniosek. Powód? Zakład nie ma żadnego majątku, który mógłby podlegać egzekucji, ani konta bankowego. To co firma posiada, ma znikomą wartość i nie wystarczyłoby na zwrot kosztów postępowania upadłościowego, w które wchodzą:
wynagrodzenie syndyka masy upadłości i zwrot poczynionych przez niego wydatków, koszty opinii biegłych, koszty doręczeń obwieszczeń, koszty związane ze sprzedażą majątku oraz opłaty sądowe.
Część pracowników przestała wierzyć, że odzyska pieniądze i zrezygnowała z roszczeń. Inni wciąż walczą o swoje. – Chcemy tylko tego, co nam się należy – mówią zgodnie.

* Imiona bohaterek zostały zmienione

A jednak Fundusz…

Błażej Filipowicz, specjalista prawa cywilnego, rodzinnego i prawa pracy:
Ponieważ praca bez wynagrodzenia jest zabroniona, pracownik, który nie otrzymał należnej mu wypłaty, powinien wystąpić z powództwem do sądu pracy. Z wyrokiem sądowym należy udać się do komornika. W przypadku bezskutecznej egzekucji, pozostaje podjąć starania o wypłatę wynagrodzenia przez Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Wcześniej jednak trzeba zgromadzić dowody na niewypłacalność pracodawcy.
Postanowienie sądu dotyczące oddalenia wniosku daje podstawę zwrócenia się do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – zgodnie z art. 3 ust. 1 pkt 3 ustawy o ochronie roszczeń pracowniczych, w razie niewypłacalności pracodawcy. Z niewypłacalnością pracodawcy mamy do czynienia, gdy “… oddalono wniosek o ogłoszenie upadłości pracodawcy, ponieważ jego majątek nie wystarcza nawet na zaspokojenie kosztów postępowania”.
Należy pamiętać, że od chwili zwolnienia pracownika do chwili uprawomocnienia orzeczenia będącego podstawą do stwier-dzenia niewypłacalności pracodawcy nie może upłynąć więcej niż 6 miesięcy.

Autor artykułu: Agnieszka Nowak

Konsekwencje molestowania urzędniczki starostwa

Friday, March 26th, 2004

Odwołania starosty częstochowskiego Ireneusza Skubisa – zamieszanego w “aferę rozporkową” – domaga się grupa powiatowych radnych. – Starosta jako szef zagranicznej delegacji pozwolił na pijaństwo, chamskie zachowanie i naruszenie nietykalności cielesnej kobiety przez swego zastępcę – argumentują radni.

Pod wnioskiem o usunięcie starosty ze stanowiska podpisało się 16 osób. Ich zdaniem Ireneusz Skubis zachował się w sposób “nielicujący z godnością funkcjonariusza publicznego i pracownika samorządowego”.
- Nie możemy dłużej udawać, że podczas ubiegłorocznego wyjazdu do Niemiec nic się nie stało, choć nie ma do tej pory wyroku skazującego za molestowanie seksualne – mówi jeden z wnioskodawców, radny Mieczysław Chudzik. – Uznaliśmy, że publikowane w mediach materiały jednoznacznie wskazują, iż starosta i inni członkowie delegacji zachowywali się w stosunku do tłumaczki w sposób urągający podstawowym zasadom moralnym. Zaś osoby piastujące
wysokie stanowiska w powiecie naruszyły normy etyczne, okazując arogancję i poczucie bezkarności. Zostaliśmy przez
starostę skompromitowani i ośmieszeni w całej Polsce.
Radni nie mogą również wybaczyć staroście, że wprowadził ich w błąd, przekazując fałszywe informacje o przebiegu wyjazdu służbowego do Niemiec.

Nie mówiłem, nie widziałem
Sam zainteresowany utrzymuje, że jest niewinny.
- Nie proponowałem tej pani spędzenia wspólnej nocy, nie szeptałem nic do ucha i w ogóle nie było mowy o żadnym seksie – zapewniał wczoraj Ireneusz Skubis. – Zresztą nikt nie postawił mi zarzutu, a w prokuraturze zeznawałem jako świadek, a nie oskarżony. Nic nie wiem o tym, że Prokuratura Apelacyjna w Katowicach podjęła decyzję o wznowieniu śledztwa.
Wniosek o odwołanie starosty będzie analizowany przez komisję rewizyjną rady powiatu. Po miesiącu wniosek trafi pod głosowanie. Jeśli radni go przegłosują, stanowisko straci nie tylko Ireneusz Skubis, ale także jego zastępca Stanisław Kucia (jest na zwolnieniu lekarskim) oraz cały zarząd powiatu.

Nieważna rezygnacja
- Lepiej późno niż później – skomentowała wniosek o odwołanie starosty poszkodowana przez urzędników była urzędniczka Ewelina R. – Jestem usatysfakcjonowana, że prokuratura wznowi śledztwo i mam nadzieję, że sporządzi wreszcie akt oskarżenia przeciwko członkom zarządu.
Podczas wczorajszej sesji pełnomocnik wicestarosty Stanisława Kuci, (jego Ewelina R. oskarża o molestowanie w autokarze, w drodze powrotnej z delegacji) odczytał pod jego nieobecność jego rezygnację z zajmowanego stanowiska.
Okazało się jednak, że nie nabrała ona mocy, ponieważ złożona była na ręce odwołanego wczoraj przewodniczącego rady powiatu Andrzeja Kubata. – Pan Kucia jest więc nadal wicestarostą – powiedział nam nowo wybrany przewodniczący rady powiatu Wiesław Bąk, starosta w poprzedniej kadencji. – Aby przestać nim być, będzie musiał wysłać rezygnację na moje ręce.

Autor artykułu: Mariusz Pietrzyk

Młodość daje siłę

Wednesday, March 24th, 2004

Każda z trzech drużyn z naszego regionu – Alba, Pogoń i Tytan – zakończyła w innym nastroju rundę zasadniczą w I lidze koszykarzy.

Zadowoleni mogą być koszykarze Alby Chorzów. Trzecie miejsce daje im nadzieję na włączenie się do walki o awans. Nie narzekają zapewne gracze Tytana Częstochowa. Dziewiąta lokata oznacza dla beniaminka zakończenie sezonu i pewne utrzymanie w I lidze bez konieczności rozgrywania dodatkowych spotkań. Powody do niepokoju mogą mieć zawodnicy Pogoni Ruda Śląska. Po zajęciu trzynastego miejsca czeka ich ciężka walka o pozostanie na tym poziomie rozgrywek.

Marzenia o awansie
Drużyna Alby została przed sezonem mocno odmłodzona. Dlatego trzecia lokata po rundzie zasadniczej zaskoczyła nawet samych zawodników.
- Faktem jest, że wyszedł nam ten sezon zasadniczy – przyznaje jeden z najbardziej doświadczonych zawodników Alby, Radosław Basiński. – Przed rozgrywkami celem było samo miejsce w ósemce. Okazało się jednak, że nowi koszykarze pasują do stylu drużyny. Znów byliśmy zespołem bez gwiazd, ale za to z dziesiątką równych graczy. Mam nadzieję, że ta szeroka kadra będzie także naszym atutem w play off. Chcielibyśmy awansować, lecz od marzeń do ich realizacji droga jest daleka. W pierwszej rundzie czeka na nas Stal Stalowa Wola. To zespół, który nam “leży”. W sezonie zasadniczym wygraliśmy z nimi dwa razy. Potem, jeśli awansujemy, trafimy pewnie na Polpharmę Starogard Gdański. Nie będzie łatwo, ale i tak dają nam 50 procent szans na sukces.

Krok do przodu
- Od początku sezonu naszym celem było utrzymanie się ? nie kryje członek zarządu Tytana Częstochowa, Tomasz Prusak. – Udało się i jesteśmy zadowoleni, choć oczywiście gdybyśmy ciut lepiej grali jesienią weszlibyśmy do czołowej ósemki.
Na postawienie sobie wyższych celów przyjdzie więc czas w następnym sezonie. Postaramy się być silniejsi organizacyjnie i kadrowo. Oczywiście, szkielet składu zostanie ten sam. Jesteśmy zadowoleni, że Piotr Trepka i Tomasz Koczwara wyrastają na silną parę rozgrywających, że Rafał Motyl i Tomasz Nogalski są liczącymi się pierwszoligowcami, że Przemek Migała jest najlepiej zbierającym koszykarzem w lidze. Zresztą krok do przodu uczyniła cała drużyna.

Mogło być lepiej
Z sezonu na sezon Pogoń ma większe kłopoty ze skompletowaniem solidnego składu. Powodem są oczywiście ograniczone możliwości finansowe. Tak źle jak przed tymi rozgrywkami jeszcze nie było i te kłopoty musiały odbić się na wynikach.
- Oczywiście, że z trzynastego miejsca nie jesteśmy zadowoleni. Pozostaje niedosyt, bo gdybyśmy od początku rozgrywek mieli taki skład, jak w ostatnich tygodniach, to nasza lokata byłaby wyższa. Może nawet udałoby się uniknąć gry o utrzymanie. Nie ma jednak czasu rozpamiętywać tego, co było. Musimy skupić się ma meczach z Siarką, która jest w zasięgu naszych możliwości. W sezonie zasadniczym przegraliśmy dwa razy, ale teraz mamy silniejszą drużynę. Daję nam 50 procent szans na sukces. Wśród pozytywów tego sezonu, trzeba odnotować postęp młodych zawodników, takich jak Piotr Pustelnik, czy Maciej Paszowski. To będzie procentować. Oby tylko udało się utrzymać I ligę.
Jeśli Pogoń nie zdoła wygrać trzech meczów z Siarką otrzyma jeszcze jedną szansę na pozostanie na zapleczu ekstraklasy – będzie grać w barażach z wicemistrzem II ligi.

Kto z kim
I runda play off (do trzech zwycięstw): Turów Zgorzelec – Legia Warszawa, Polpharma Starogard Gdański – Viking Gdynia, Alba Chorzów – Stal Stalowa Wola, Kotwica Kołobrzeg – Basket Kwidzyn. Alba pierwsze mecze rozegra 27 i 28 marca.
O utrzymanie (do trzech zwycięstw): Zastal Zielona Góra – SMS PZKosz Kozienice, Siarka Tarnobrzeg – Pogoń Ruda Śląska. Pogoń pierwsze mecze rozegra 29 i 30 marca.

Autor artykułu: Grzegorz Mikuła

Po alarmie bombowym w Spodku: Wystąpią czy nie?

Wednesday, March 24th, 2004

Agencja koncertowa “Odyssey” od wczoraj negocjuje z menedżerami formacji Limpbizkit na temat nowej daty koncertu zespołu w Polsce. Jeśli obie strony nie dojdą do porozumienia, firma będzie musiała zwrócić widzom pieniądze za bilety.

Kilka tygodni temu w jednym z wywiadów, frontman grupy Limpbizkit Fred Durst powiedział, że polscy fani długo nie zapomną koncertu w katowickim Spodku. I faktycznie tak się stało. Jednak nie ze względu na artystyczne wrażenia, a alarm bombowy i ewakuację, którą zarządzono w poniedziałek w “Spodku”, zanim koncert się rozpoczął.

Koncert albo kasa
- Oficjalne oświadczenie na temat przełożenia daty koncertu wydamy w ciągu 48 godzin. Natychmiast podjęliśmy rozmowy z menedżerami zespołu oraz jego liderem Fredem Durstem, od którego bardzo wiele zależy – powiedziała nam wczoraj Małgorzata Haisig, odpowiedzialna za kontakty z prasą w firmie “Odyssey”. – Nie wiadomo jeszcze, jaki termin koncertu wchodziłby w grę i czy jego miejscem byłby katowicki Spodek. Jeśli nie uda nam się przekonać muzyków do ponownych odwiedzin w naszym kraju, zwrócimy widzom pieniądze za bilety.
Organizatorowi nie będzie łatwo nakłonić zespołu do ponownego przyjazdu do Polski, bowiem jego europejska trasa promująca najnowszą płytę “Results may very” kończy się 29 marca koncertem w Londynie. Później zespół wyrusza w trasę poza Stary Kontynent, m.in. do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i RPA. Szanse, by grupa odwiedziła Polskę w przerwie między tymi koncertami jest znikoma.
Jak zaznacza Małgorzata Haisig, poniedziałkowy incydent nie zdenerwował muzyków formacji. – Fred Durst wiadomość o domniemanym podłożeniu bomby przyjął spokojnie. Nie chcieliśmy natomiast wzbudzać paniki wśród publiczności, dlatego celowo podaliśmy informację o złym stanie zdrowia wokalisty, jako bezpośredniej przyczynie odwołania koncertu – tłumaczy Haisig.

Złapać żartownisia

Na razie policji nie udało się namierzyć dowcipinisia, który w poniedziałkowy wieczór powiadomił dyżurnego Komendy Miejskiej Policji w Katowicach o podłożeniu bomby.
- Przesłuchaliśmy już kilka osób w tej sprawie. Ujęcie owego żartownisia jest tylko kwestią czasu – zapewnia Adam Jachimczak z zespołu prasowego śląskiej policji. “Odyssey” nie chce zdradzić, jakie straty poniosła wskutek odwołania koncertu, ani tego, czy firma w ogóle ubezpieczała organizację imprezy. – Obowiązuje nas tajemnica handlowa – ucina krótko M. Haisig.

Koszty ewakucaji i przeszukiwania Spodka są dopiero szacowane. – Z pewnością nie będą one małe. W przypadku kryzysowych sytuacji, jak informacja o podłożeniu bomby, mogą sięgać nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych – tłumaczy Magdalena Szymańska-Mizera, rzecznik śląskiej policji.

Najbardziej poszkodowani czują się wielbiciele zespołu. Ceny biletów wynosiły 90-150 zł.

Autor artykułu: Marcin Król

Sutenerski podatek

Wednesday, March 24th, 2004

Przez dwa lata kilkadziesiąt prostytutek stojących w centrum Katowic płaciło gangsterom po 50-70 złotych haraczu. – Tyle wynosiła dzienna stawka. Kobiety były zastraszane i szantażowane. Akt oskarżenia przeciwko 27 członkom grupy trafił właśnie do Sądu Rejonowego w Katowicach – poinformował wczoraj prokurator Tomasz Tadla, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Katowicach, gdzie zakończono śledztwo w tej sprawie.

Żyła złota

26 podejrzanych otrzymało zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i czerpania korzyści z prostytucji. Grupie szefowali Marek Ż. i Janusz O. vel Jancol. Na haraczach od prostytutek dorobili się góry pieniędzy. Pierwszy w ciągu roku zarobił 416 tys. zł, a drugi 477 tysięcy.

Śledztwo wykazało, że grupa działała od 2000 do 2001 roku. Jej członkowie zarabiali na prostytutkach z ulic: Mariackiej, Uniwersyteckiej, Bankowej, Francuskiej i Moniuszki. Płaciły im także panie stojące na trasach wylotowych, m.in. do Tychów i Mikołowa. Oporne dziewczyny były zastraszane i szantażowane. – Przestępcy grozili, że obleją im głowę farbą, połamią nogi, powiadomią o “zawodzie” rodzinę, wywiozą do lasu, oszpecą twarz – wylicza prokurator Tadla.

Pomagał policjant
Z akt sprawy wynika, że wśród prostytutek były żony i siostry gangsterów. Jednym z oskarżonych jest policjant Zbigniew R., który nakłaniał do prostytucji dziewczyny przywożone do katowickiej izby dziecka. Sam korzystał z usług prostytutek, choć nie miał pieniędzy. – Umówił się z przestępcami, że w zamian za prostytutki, będzie ich ochraniał. Na propozycję przystano – wyjaśnia Tadla.

Funkcjonariusz nakłaniał do prostytucji młode dziewczyny trafiające do izby dziecka. – Od jednej z dziewczyn zażądał 500 zł łapówki za wypuszczenie z izby – uzupełnia Tadla.

Prokuratura postawiła oskarżonym 64 zarzuty, m.in. dotyczące posiadania broni i narkotyków. Sprawa wyszła na jaw podczas prowadzenia innego śledztwa narkotykowego w 2000 roku. Wtedy wypłynęły informacje o dobrze zorganizowanej grupie sutenerów, którzy podzielili miasto na strefy wpływów.

Przypadkowa śmierć
Początek końca grupy nastąpił w 2001 roku, gdy przestępcy pokłócili się o pieniądze. Wtedy dwaj członkowie grupy: Piotr Sz. i Tadeusz J., nawiązali współpracę z Włodzimierzem C. Mężczyzna zasłynął z tego, że będąc świadkiem koronnym w procesie “Krakowiaka”, w tym samym czasie zawiązał własną grupę przestępczą. C. obiecał pomoc w zastraszeniu konkurentów. W następstwie, dwie zwaśnione grupy starły się przy ul. Bankowej 6 lutego 2001 roku. Jeden z podejrzanych, Aleksander C. strzelił z rewolweru kaliber 38 na oślep w stronę przeciwników. Od kuli zginął wówczas przypadkowy przechodzień. 25-letni Andrzej W., wracający wtedy od swojej dziewczyny. Został trafiony prosto w serce. Ten wątek śledztwa zakończono na początku 2003 roku.

Podejrzanym grozi do 15 lat więzienia. Większość z nich nie przyznaje się do winy.

Autor artykułu: jac

Przegraliśmy wszyscy

Monday, March 22nd, 2004

Rozmowa z Waldemarem Fornalikiem, trenerem Górnika Zabrze

Wynik do przerwy zaszokował wielu kibiców Górnika. Jak pan wytłumaczyłby postawę drużyny w pierwszej połowie?
Bramki traciliśmy po koszmarnych błędach. Nie wiadomo jednak jak potoczyłby się mecz, gdyby Michał Chałbiński wykorzystał dogodną sytuację i wyrównał stan meczu na 1:1. Ale rzeczywiście, widoczne było, że Polkowice mają już za sobą jeden mecz ligowy, bardziej czują grę.

Nie niepokoi pana, że błędy popełnili najbardziej doświadczeni piłkarze – Kazimierz Moskal i Piotr Lech?
Błędy mogą zdarzyć się każdemu. Przegraliśmy wszyscy. Na usprawiedliwienie wymienionych zawodników mogę powiedzieć, że przy tych nieszczęsnych interwencjach pewną rolę mógł odegrać silny wiatr. Piłka nagle zatrzymywała się w miejscu. Poza tym przy pierwszym golu Lech odbił strzał Dubickiego, ale zabrakło też asekuracji, bo można było jeszcze wybić piłkę zmierzającą do naszej bramki.

Napastnicy nie trafili do siatki rywala. Czy nie jest pan rozczarowany postawą duetu Chałbiński – Makriew?

Michał miał kilka okazji, przy jednej z nich powinien też chyba strzelać niż odgrywać piłkę Buśkiewiczowi. Był aktywny, szarpał, pokazał charakter, a trzeba pamiętać, że miał perypetie zdrowotne. Z jego postawy jestem zadowolony. Natomiast Dymitar trochę zawiódł, ale będę na niego stawiał, bo to piłkarz, który ma duże możliwości.

Co w takim razie jest odzwierciedleniem aktualnych możliwości Górnika – pierwsza, czy druga połowa meczu w Polkowicach?
Mam nadzieję, że druga, ale odpowiedź na to da środowy mecz z Lechem Poznań. Tej zimy pobiliśmy chyba wszelkie rekordy długości przygotowań, oczekiwanie na pierwszy ligowy mecz wydłużało się. W Polkowicach zespół obudził się po przerwie, piłkarze jakby wreszcie poczuli boisko, ligową piłkę, przetarli się. Myślę, że to dobry prognostyk przed następnymi meczami.

Autor artykułu: Rozmawiał Tomasz Mucha