Dlaczego nie pamiętacie o Henryku Sławiku? Zvi Henryk Zimmerman z Hajfy nie czekał na odpowiedź. Wracał do Polski kilkakrotnie, by pospacerować wzdłuż torów na trasie Kraków – Krynica. Tam narodził się po raz drugi, kiedy uciekł
z obozowego transportu. Trzecie życie dał na Węgrzech jemu i 5 tysiącom polskich Żydów Henryk Sławik z Szerokiej koło Jastrzębia Zdroju. Choć bohater, nadal nie ma na Śląsku nawet swojej ulicy.
Niech mnie pan nie pognębia – prosi Jerzy Forlajter, przewodniczący Rady Miasta Katowic. Przed chwilą dowiedział się od nas, że wśród 11 Polaków wymienianych w międzynarodowej encyklopedii internetowej w związku z II wojną światową, obok Andersa i Sikorskiego wpisano nazwisko Sławika. Obaj generałowie mają już swoje ulice, a Sławik nie.
- Dla mnie osobiście największym zmartwieniem jest fakt, że o moim ojcu nikt nie pamięta. A przecież tu, na Śląsku nie było wielu takich jak on – mówi Krystyna Kutermak mieszkająca w Katowicach córka Sławika. – Nie twierdzę, że potrzebny mu pomnik. Ale przecież był to człowiek wybitny, o nieskazitelnej postawie, bohater. Powinien zostać uczczony. Od dwóch lat staram się o zgodę prezydenta Katowic na nazwanie jednej z ulic lub szkoły imieniem mojego ojca. Niestety, bezskutecznie. Czyżby Ślązacy nie chcieli pamiętać o swoim bohaterze?
Tuż po wojnie przez kilka dni była ulica jego imienia. Dziś nazywa się Zabrska. Decyzję o zmianie nazwy podjęto, jak twierdzi pani Krystyna, z powodu przekonań Sławika, który był działaczem PPS, ale po jej rozłamie znalazł się w “nieodpowiednim” skrzydle.
- Henryk Sławik zasługuje na uczczenie go bardziej niż ktokolwiek – mówi Forlajter. – Zwróciliśmy się już do prezydenta Uszoka w sprawie nadania imienia szkole, gimnazjum lub ulicy. Niestety, tych ulic nie ma tak wiele.
- Sprawa nadania ulicy leży w gestii Rady Miasta – zapewnia Waldemar Bojarun, rzecznik prasowy urzędu miasta.
Powstaniec numer 13
Jest takie drzewo w Szerokiej koło Jastrzębia Zdroju. Pod jego korzeniami zakopano butelkę z kopią listy powstańców. Spisano ją w 1919 roku. Henryk Sławik urodził się piętnaście lat wcześniej właśnie w Szerokiej. Tych 15 lat wystarczyło, żeby walczyć w powstaniach.
Teraz w Szerokiej szuka się wszelkich śladów po Sławiku. – Wszystko zaczęło się od programu telewizyjnego, w którym pokazano książkę tygodnia. Wydaną w styczniu tego roku publikację Grzegorza Łubczyka “Polski Wallenberg, rzecz o Henryku Sławiku” – twierdzi Leon Białecki emerytowany nauczyciel języka polskiego z Szerokiej. – Udało mi się wraz z żoną dotrzeć do kilku dokumentów, potwierdzających jego działania na rzecz polskości Śląska. Najważniejszy z nich to, moim zdaniem, lista powstańców z 1919 r., na której Sławik jest zapisany pod numerem 13.
To ta sama, której kopia leży pod drzewem. Wiele więcej po bohaterze w Szerokiej nie zostało. Wyjechał w 1922 r. Wedle słów Leona Białeckiego wioska była dla niego za mała. – Osobowość tego formatu potrzebuje większej przestrzeni, aby rozwinąć skrzydła – dodaje.
Przyjaciel numer 1
Na Węgry Krysia z mamą trafiły na fałszywych paszportach jako Jannete i Margit Racs. – Kiedy wybuchła wojna przedostałyśmy się z mamą na Węgry. To była jedyna akcja mojego ojca, kiedy poprosił o pomoc dla swojej rodziny. Współpracował tam razem z Jozsefem Antallem komisarzem węgierskim, pełnił funkcję prezesa Polskiego Komitetu Obywatelskiego i delegata Ministra Pracy i Opieki Społecznej Rządu RP na Wychodźstwie w Królestwie Węgier. Uratował życie wielu tysiącom osób. Mnie także – Krystyna Kutermak nie potrafi ukryć wzruszenia. – To z powodu swego kryształowego charakteru, wrażliwości na ludzkie cierpienie i honoru musiał się ukrywać, a potem zginął męczeńską śmiercią w obozie koncentracyjnym w Mauthausen.
Sławik uratował od zagłady około pięć tysięcy Żydów. Współpracując z Henrykiem Zvi Zimmermanem prawnikiem z Krakowa oraz Jozsefem Antallem. Żydowskie dzieci zostawały przez Sławika zapisywane do polskiej szkoły, a starszym umożliwiano pracę w węgierskich gospodarstwach. Fikcyjne dokumenty legalizował Anthall. Kiedy w 1944 roku Niemcy wkroczyli na Węgry, część dzieci przyjęły pod swój dach rodziny z Budapesztu.
W marcu 1944 r. armia niemiecka wkroczyła na terytorium Królestwa Węgier i gestapo aresztowało wielu węgierskich polityków i działaczy społecznych, którzy pomagali Polakom. Ofiarą tej akcji gestapo padł również dr Jozsef Antall. Był więziony i brutalnie przesłuchiwany. Nękany psychicznie i fizycznie, powtarzał swoim niemieckim oprawcom: “nie pomagałem Polakom, nie zaopatrywałem w fałszywe paszporty, nie ukrywałem polskich patriotów, nie umożliwiałem ucieczek polskim żołnierzom, nie wydawałem tysiącom polskich Żydów żadnych zaświadczeń, że są chrześcijanami”.
W sierpniu 1944 r., podczas konfrontacji w siedzibie gestapo stanął oko w oko ze skatowanym Sławikiem, pełnomocnikiem Rządu RP na Uchodźstwie. Zmasakrowany i zlany krwią, stojąc naprzeciw Jozsefa Antalla, powiedział: “… Protestuję w imieniu moralności, protestuję w imieniu prawa międzynarodowego, nie oskarżajcie Go. O tych sprawach nie miał żadnego pojęcia…”! W swoich wspomnieniach Antall napisał: “… Konfrontacja została zakończona. Podczas jazdy siedzieliśmy skuleni obok siebie. Poszukałem jego skutych kajdanami rąk, by podziękować za uratowanie mi życia. Sławik szeptem odpowiedział: Tak odpłaca się Polska!…”. Antall zmarł w 1974 roku.
Jeden za 5 tysięcy
Ostatni raz pani Krystyna widziała się z ojcem jeszcze przed aresztowaniem, na Węgrzech. Wspomina, że w dniu imienin wpisał jej do pamiętnika kilka ważnych słów. A potem te zdania towarzyszyły jej jak drogowskaz w dalszym życiu. – Jakoś podskórnie czułam, że już go więcej nie zobaczę – mówi wzruszona. – Rok później zamordowali go hitlerowcy. Ale jego cierpienie przełożyło się na ponad pięć tysięcy ludzkich istnień. Miało sens. Tylko wpadł bez sensu. Doniósł na niego inny Polak. Któregoś dnia gestapo zabrało go na przesłuchanie. Już nigdy nie wrócił. Wywieziono go do obozu w Mauthausen na terenie Austrii. Tam został rozstrzelany.
- Przez pewien czas, kiedy Instytut Pamięci Narodowej w Izraelu Yad Vashem przyznał ojcu pośmiertnie tytuł “Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata”, miałam kontakt z niektórymi rodzinami tych osób. Do dziś pamiętam wzruszenie sprzed 14 lat, kiedy w jego imieniu przyjmowałam ten znamienity tytuł – dodaje.
Świadectwo numer 68220
Zvi Henryk Zimmermann był burmistrzem Hajfy. Był też ambasadorem w Nowej Zelandii i jednym z wiceprzewodniczących Knesetu, izraelskiego parlamentu. I nigdy nie zapomniał czasów, kiedy nie był Zvi Henrykiem Zimmermannem. Kiedy w Izraelu sadzono oliwkę Sławika, to właśnie on dawał świadectwo jego czynów.
“Czterdzieści siedem lat temu, ja Zvi Henryk Zimmermann, zostałem wstrząśnięty masakrą jako rozegrała się wokół mnie. Los zrządził, że ja, numer 68220, tak jak wielu innych takich samych więźniów, stoję przed wami jako wolny obywatel państwa Izrael, w miejscu poświęconym pamięci ofiar zbrodni Holokaustu, biorąc udział w podniosłej uroczystości nadania tytułu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata wielkiemu człowiekowi, Henrykowi Sławikowi. Za ocalenie od niechybnej śmierci tysięcy Żydów w czasie Holokaustu, w tym również i mnie, został skazany przez Niemców na karę śmierci. Dziś my wszyscy, którzy przeżyliśmy Holokaust w Polsce, którzy przyszliśmy na Węgry z obozów koncentracyjnych, lasów, bunkrów, z podziemia i dziś żyjemy w bogatym Izraelu, pamiętamy o Henryku Sławiku, odznaczając go pośmiertnie za ocalenie nas na Węgrzech jako polskich katolików i umożliwienie nam przetrwania tego piekła i zamieszkania we własnym kraju”.
Pani Krystyna twierdzi, że Sławik nie stał się bohaterem narodowym, czy nawet śląskim, ponieważ ciężko jest zaakceptować człowieka bez skazy. Porażająca była jego nieskazitelna osobowość. – Złożyły się na nią te wszystkie śląskie zasady, o których dziś już niewielu pamięta. Wychowywał mnie w skromności, pokorze, wierze i pracowitości. To nie były jakieś dziwne założenia. Tak żyło się tutaj przed wojną. Ale teraz już chyba nikt nie uznaje takich niedzisiejszych zasad – dodaje pani Krystyna.
Dom numer 13
W Szerokiej jeszcze kilka lat temu narodził się pomysł, aby imieniem Henryka Sławika nazwać jedyne w tej miejscowości gimnazjum. Adam Filipowski, sołtys Szerokiej, nie pamięta już, dlaczego pomysł upadł. Żałuje jednak, że nie ma tu ani jednej tablicy pamiątkowej. Bo o Sławiku nie pamiętają już nawet jego miejscowi dalsi krewni.
- Z tego, co mi wiadomo, to na tutejszym cmentarzu jest grób jego siostry. Po drugiej stronie przy ulicy Powstańców 13 mieszka żona bratanka Sławika – opowiada pan Adam.
Anna Chrapeć twierdzi, że niewiele ma do powiedzenia na temat wujka swojego męża. – Wiem, że urodził się w tym domu, z tym, że to już jest inny budynek. Nie mam kontaktu z jego córką, ani też z innymi krewnymi męża. Miał czworo rodzeństwa, źle im się wiodło, dlatego Sławik nie mógł się wykształcić. Słyszałam coś niecoś o jego życiu, ale to nie są jakieś ważne sprawy – mówi pani Anna.
Leon Białecki twierdzi, że Jan Sławik, ojciec Henryka był bardzo ubogi. Z jedenaściorga dzieci, przy życiu ostała się piątka. – Był tzw. “chałupnikiem”, co oznacza, że miał mały domek z niewielką ilością gruntu wokół niego. Zmuszało go to do wynajmowania się do wszelkiego typu prac u obcych ludzi. Myślę, że z tego powodu Henryk wstąpił w szeregi PPS, partii, której program skierowany był na poprawę życia najuboższym. Kiedy partia rozłamała się na dwa skrzydła, opowiedział się po stronie piłsudczyków. A to z kolei spowodowało, że po wojnie nie mógł znaleźć się w gronie bohaterów.
Ważne sprawy
W Szerokiej trwają przygotowania do umieszczenia tablicy pamiątkowej poświęconej Sławikowi. – Tylko nie wiem, czy powinniśmy pisać, że uratował Żydów – zastanawia się Helena Białecka. – Może lepiej będzie, jeśli napiszemy, że byli to polscy uchodźcy. Takie napisy nie są dobrze widziane.
Autor artykułu: Małgorzata Himmel, Ryszard Parka