Archive for March, 2004

Polkowice – Zabrze 3:1

Monday, March 22nd, 2004

Kiepskie wyniki w zimowych sparingach znalazły potwierdzenie w pierwszym na wiosnę ligowym meczu zabrzańskiego Górnika. Po trzech kwadransach zespół Waldemara Fornalika przegrywał w Polkowicach 0:3. Efektowna bramka po przerwie Krzysztofa Bukalskiego jedynie zapobiegła kompromitacji.

Nie udała się wiosenna inauguracja piłkarzom zabrzańskiego Górnika. Zespół Waldemara Fornalika przegrał z beniaminkiem z Polkowic 1:3 tracąc wszystkie bramki w pierwszej połowie meczu. Po przerwie “górnicy” zagrali o niebo lepiej ale z kilku okazji do strzelenia gola wykorzystali tylko jedną.
Polkowiczanie z dobrej strony pokazali się już tydzień temu w Krakowie, a w sobotę – już w składzie z Danielem Dubickim i Grzegorzem Paterem – rozegrali najlepsze 45 minut w ekstraklasie.

Moskal skiksował, Moskal skorzystał
Po raz pierwszy do zabrzańskiej siatki gospodarze trafili już w 8 min. Bramkarz Jacek Banaszyński dalekim wykopem wybił piłkę na połowę rywala. Kazimierz Moskal chciał ją wybić bez przyjęcia, ale skiksował, co sprawiło, że w sytuacji sam na sam z Piotrem Lechem znalazł się Dubicki. Bramkarz gości musnął piłkę, ale nadbiegający Moskal z Polkowic, Tomasz, wbił ją do pustej bramki.
W 25 min powinno być jednak 1:1. Piłkę w pole karne gospodarzy wrzucił Jarosław Popiela, ale Michał Chałbiński chybił z 5 metrów strzelając z woleja nad poprzeczką.
I zamiast remisu wkrótce zrobiło się 2:0 dla gospodarzy. Aktywny Dubicki wypuścił w uliczkę Tomasza Moskala, ten z linii końcowej odegrał piłkę do środka zwodząc Felipe i leżącego już Lecha, a Jarosław Krzyżanowski tylko przyłożył nogę.
Widząc, że podopieczni nie potrafią skonstruować akcji ofensywnych Fornalik przesunął do pomocy Moskala, a jego miejsce na środku obrony zajął Brazylijczyk Hernani. Roszada na niewiele się zdała, bo zabrzanie byli chyba w szoku, a tuż przed przerwą stracili kolejnego gola. Tym razem trzeba go zapisać na konto Lecha, który spóźnił się z interwencją przy dośrodkowaniu z rzutu wolnego w wykonaniu Krzyżanowskiego. Szybszy był Remigiusz Jeziorny, który głową trafił w samo okienko. Szokujące 0:3 po trzech kwadransach gry rodziło obawy przed kompromitacją zabrzan.

Okienko Bukalskiego

Na szczęście w drugiej połowie gra śląskiej drużyny była już zdecydowanie lepsza. W 66 min powinien paść gol – Chałbiński stanął oko w oko z Jackiem Banaszyńskim, ale zamiast strzelać odegrał do Pawła Buśkiewicza. Ten przed pustą bramką minął się z kozłującą piłką. Dopadł do niej jeszcze Popiela, ale trafił w słupek.

Wreszcie w 76 min przewaga zabrzan zostaje udokumentowana golem. Co prawda Bartłomiej Jamróz wybił piłkę z pola karnego po dośrodkowaniu Michała Probierza, ale stojący na 25 metrze Krzysztof Bukalski przymierzył w samo okienko. Dwie minuty później strzelec bramki przymierzył jeszcze raz, tym razem płasko, ale na posterunku był już bramkarz Polkowic.

- Mecz, zwłaszcza pierwsza połowa, wyraźnie nam dziś nie wyszedł. Ale mamy dobry pomysł na grę i wierzę, że będziemy go jeszcze skutecznie realizować – stwierdził Bukalski.
Niestety, oprócz bolesnej porażki zabrzanie ponieśli w Polkowicach jeszcze inne straty: żółte kartki Felipe i Radlera oznaczają wymuszoną absencję dwójki obrońców w środowym meczu z poznańskim Lechem.

Autor artykułu: t

Dwie wyceny

Monday, March 22nd, 2004

Piotr Niewdana z Żywca od dwóch lat walczy z Towarzystwem Ubezpieczeniowym Ergo Hestia o wypłatę ubezpieczenia samochodowego. Uważa, że firma ubezpieczeniowa zaniżyła wartość szkody.

Piotr Niewdana ma auto rzadkiej w Polsce amerykańskiej marki dodge. W lipcu 2002 zdarzył się wypadek. W dodge’a prowadzonego przez Niewdanę uderzył inny samochód. – Wydawało mi się, że jest to problem, ale nie aż tak wielki. W końcu miałem wykupione zarówno ubezpieczenie auto casco, jak i odpowiedzialności cywilnej, więc nie miałem się czego obawiać – wspomina pan Piotr.

Różnica zdań

Specjaliści od oszacowywania strat w Hestii wycenili szkody wyrządzone Piotrowi Niewdanie na kwotę około 1500 złotych. – Tymczasem ja miałem rozbitą tylną klapę, lampę i uszkodzony zderzak. Koszt naprawy samej lampy sięga 1200 złotych, a za co niby mam naprawić resztę? – oburza się pan Piotr. Nasz czytelnik wynajął niezależnego rzeczoznawcę, który wycenił straty w samochodzie Niewdany na kwotę 4.500 zł. – Nie mam pojęcia, skąd Hestia wzięła takie cenniki, że zaniżyła wartość strat na taką kwotę. Jeżeli mają komisy lub salony, gdzie są takie ceny, niech wskażą mi adres – dodaje poirytowany.

Hestia roszczenia Piotra Niewdany przyjmuje ze spokojem. – Różnica wzięła się stąd, że pan Niewdana chciał dostać nowe części i koszty naprawy. My uznaliśmy, że tylna klapa samochodu nadaje się do naprawy, a nie do wymiany. I tego się trzymamy. Poza tym samochód był już używany, zatem doszły koszty amortyzacji, a rzeczoznawca wynajęty przez tego pana wskazał ceny nowych części, i to na podstawie amerykańskich katalogów. Taka wycena była dla nas nie do przyjęcia – mówi rzecznik prasowy TU Ergo Hestia, Magda Jacoń. – Byłem u mechanika, który ocenił, że nie ma możliwości naprawy klapy, trzeba ją wymienić i będę uparcie trwał przy swoim, że większe odszkodowanie mi się należy – utrzymuje Piotr Niewdana.

Rozstrzygnie sąd

Właściciel dodge’a, nie mogąc dogadać się z ubezpieczycielem, skierował sprawę na drogę sądową. Obie strony przedstawiają swoje argumenty. Sąd Rejonowy w Żywcu już trzy razy nie potrafił wydać wyroku w tej sprawie. – Dla mnie to też oburzające, że sąd nie potrafi jednoznacznie się wypowiedzieć co do konieczności nadpłaty odszkodowania lub jej braku. Tak nie powinno być. Skoro firma ubezpieczeniowa uznała wszystkie roszczenia syna co do celowości wypłaty odszkodowania, teraz powinna ponosić z tego tytułu odpowiedzialność – mówi Marian Niewdana, ojciec Piotra.

Piotr Niewdana zapowiada, że jeżeli wyrok będzie dla niego niekorzystny, będzie walczył o odzyskanie pieniędzy aż do wyczerpania środków prawnych.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

W szalonym rytmie

Wednesday, March 17th, 2004

Rozmowa z Jarosławem Tkoczem, bramkarzem Szinnika Jaroslawl

Rosyjska liga ma już za sobą inaugurację. Pana klub przegrał 0:3 w Moskwie z Lokomotiwem. Zagrał pan w tym meczu?
Spędziłem go na ławce rezerwowych. Zresztą nie spodziewałem się, że od pierwszego spotkania stanę między słupkami, bo bramkarz musi znać swoich kolegów z obrony, żeby nimi pokierować. Ale mogę powiedzieć, że jestem już na dobrej drodze. A sam mecz wywarł na mnie spore wrażenie. Lokomotiw to klasowy zespół, który nieprzypadkowo tak skutecznie wojował w europejskich pucharach z zachodnimi drużynami docierając do trzeciej rundy Pucharu UEFA. Poza tym ma świetny stadion, wyposażony we wszystkie techniczne nowinki, nawet zraszacze automatycznie wysuwają się z murawy, która pół na pół składa się z trawy naturalnej i sztucznej. Naprawdę pod względem infrastruktury jesteśmy daleko w tyle. Widzów niestety nie było zbyt wielu, może dziesięć tysięcy… W naszej ekstraklasie też można o takim wyniku tylko pomarzyć.

Kto jest pana konkurentem do bronienia?
Żenia Safonow, reprezentant Uzbekistanu. Ale muszę powiedzieć, że mamy dobry układ, to czysta sportowa rywalizacja. Na razie swoje umiejętności pokazałem trenerowi podczas meczu rezerw Szinnika i Lokomotiwu. Wygraliśmy 3:2. Zresztą słowo rezerw chyba nie jest najodpowiedniejsze, bo daj Boże taki poziom gry w pierwszej lidze.

Ale to zawsze rezerwy…
W Rosji jest nieco inny system selekcji. Cała kadra jest do dyspozycji trenera przez cały czas. 24 piłkarzy jeździ z meczu na mecz, ze zgrupowania na zgrupowanie, a dwa dni przed meczem grają właśnie “rezerwy”, z których można awansować do pierwszej drużyny, więc trzeba grać ostro, na całego.

Wracając do obsady bramki. Safonow ma na sumieniu którąś z tych trzech straconych bramek?
Nie chcę oceniać kolegi, ale o ostatnią trener miał do niego pretensje…

To może oznaczać dla pana szansę?
Nie wiem, zobaczymy. Przeniosłem się do Szinnika, żeby grać i liczę, że dostanę taką okazję.

Zobaczył pan już Jaroslawl?
Jeszcze nie miałem okazji. Cały pierwszy miesiąc to właściwie podróże ligowe i pucharowe. Na razie na krótko przyjechałem do Polski załatwić rosyjską roczną wizę, wracam do Moskwy, a stamtąd jedziemy do Rostowa. Potem wreszcie zobaczę sam Jaroslawl. Na razie pytałem się tylko chłopaków o stadion. Mówią, że spełnia wszystkie rosyjskie wymogi licencyjne, a więc ma nie tylko dach i oświetlenie, ale także podgrzewaną murawę.

Podoba się panu życie na Wschodzie?
Jeszcze nic nie mogę o nim powiedzieć, bo tylko pakuję i rozpakowuję bagaże. Żyję w szalonym rytmie.

Kiedy ściągnie pan do Rosji rodzinę?
Tak szybko, jak będzie to możliwe. Ale na pewno trochę potrwają formalności. Mnie pomógł klub, błyskawicznie skompletowano wszystkie dokumenty, wsiadłem w samolot, dostałem wizę i wracam. Najbliżsi będą na pewno musieli trochę poczekać.

Autor artykułu: Rozmawiał Rafał Musioł

Akt oskarżenia przeciw bandytom

Wednesday, March 17th, 2004

Siedemnastu członków 25-osobowej grupy przestępczej, która od 2000 r. do sierpnia 2002 r. dokonała 16 napadów na agencje bankowe, listonoszy i konwoje z pieniędzmi w Będzinie Sosnowcu i Dąbrowie Górniczej, stanie przed Sądem Okręgowym w Katowicach. Leszek Goławski, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej poinformował wczoraj o przesłaniu do sądu aktu oskarżenia przeciwko nim.

Bandyci to w większości ludzie młodzi, znajomi z osiedla, szkoły i zorganizowanej samodzielnie siłowni. Kradli pieniądze potrzebne im na alkohol i narkotyki. Łącznie ukradli około 350 tys. zł. Mieli dobrze opracowaną listę miejsc, które chcieli napaść. Były to zwykle niewielkie, osiedlowe, słabo strzeżone agencje bankowe, w których pracowały przeważnie kobiety. Rozbojów często dokonywali w biały dzień.

W kwietniu 2002 r. trzech członków gangu – Damian S., Kamil G. i poszukiwany wciąż międzynarodowym listem gończym Sebastian Stój – napadło i zastrzeliło w Sosnowcu konwojentów przewożących pieniądze spółdzielni mieszkaniowej. Damian S. zginął pięć miesięcy później w nieudanym zamachu bombowym na handlarza bronią, który nie chciał sprzedać bandytom na kredyt karabinu maszynowego. Kamilowi G. za zabójstwo grozi dożywocie. Od czasu tego napadu grupa wzmogła swoją działalność.

- Przestępcy opracowali bardzo dokładny system ukrywania się. Za pośrednictwem agencji nieruchomości przez podstawione osoby wynajmowali mieszkania. Do każdego prowadziło 4-5 dróg dojazdowych, żeby nie można było ich wyśledzić. Pożyczali samochody od osób nienotowanych i przerabiali je – mówił Leszek Goławski. – Ukrywali się w Katowicach, w Będzinie i w pensjonacie w Szczyrku, skąd przez okno uciekli w góry, nastąpnie w Międzyrzeczu Górnym, Krakowie i znowu w Będzinie. Z dresów i sportowych butów przebrali się w koszule i garnitury, przefarbowali włosy. Stale zmieniali pseudonimy. Pomagali im znajomi, koleżanki i koledzy.

Autor artykułu: azg

Oceniamy pięć lat Apoloniusza Tajnera

Tuesday, March 16th, 2004

Niemal przez pięć lat był trenerem kadry skoczków narciarskich. Doprowadził Adama Małysza na sportowy szczyt. W niedzielę ogłosił, że odchodzi. Pora podsumować epokę Apoloniusza Tajnera.

Rok 1999: Przychodzi Tajner do Małysza
W maju 1999 roku informacja o objęciu stanowiska trenera kadry polskich skoczków narciarskich przez Apoloniusza Tajnera wzruszyła może kilkanaście osób. Wśród nich był na pewno Adam Małysz, który miał już dosyć pracy z Czechem Pavlem Mikeską. Po drugim z rzędu fatalnym sezonie późniejszy trzykrotny mistrz świata zamierzał rzucić sport w kąt i jako dekarz zarabiać na utrzymanie rodziny.
Ocena: 3

Rok 2000: Nie jestem alfą i omegą
Na sukces musi pracować profesjonalny zespół, nie jedna osoba – ogłosił Tajner i zaprosił do współpracy trenera Piotra Fijasa, fizjologa Jerzego Żołądzia, psychologa Jana Blecharza i doktora Stanisława Ptaka. Profesjonalny team to była nowa jakość w polskich skokach. Do tej pory tak pracowano tylko na Zachodzie. Małysz zakończył sezon na 28 miejscu w Pucharze Świata.
Ocena: 4

Rok 2001: Bohaterowie narodowi
Zaczęło się! Kraj oszalał na punkcie skoków. Przecież nigdy wcześniej Polak nie wygrał prestiżowego Turnieju Czterech Skoczni, nie wygrał jedenastu w sezonie konkursów Pucharu Świata, nie zdobył złotego i srebrnego medalu na mistrzostwach świata, nie sięgnął po Kryształową Kulę. Małysz, mówiący o tym, że chce oddawać tylko dwa dobre skoki, i Tajner – jowialny pan z biało-czerwoną chorągiewką w dłoni – stali się z dnia na dzień bohaterami narodowymi. Z mistrzostw świata w Lahti nie wracali do Wisły samochodem, ale… prezydenckim helikopterem. Tajner z otwartą przyłbicą stawiał czoła popularności, chroniąc często własną piersią nie lubiącego rozgłosu Małysza.
Ocena: 5

Rok 2002: Spokój olimpijski
To był najważniejszy rok w karierze Tajnera i Małysza – nadzieje na pierwszy od trzydziestu lat olimpijski medal dla Polski w skokach narciarskich były ogromne. Jak im sprostać? Wreszcie trener zadecydował – rezygnujemy ze startów w Pucharze Świata, robimy dziesięć dni przerwy bez jednego skoku, do wioski olimpijskiej w Salt Lake City przyjeżdżamy dopiero na trzy dni przed startem, okres aklimatyzacji spędzamy “zaszyci” w ośrodku sportowym Albuquerque. Taktyka okazała się perfekcyjna. Małysz sięgnął po brązowy medal olimpijski na średniej skoczni i po srebrny na dużej. Po olimpiadzie Małysz zdobył drugi z rzędu Puchar Świata.
Ocena: 5

Rok 2003: Pokerowa zagrywka
W drodze po trzecią Kryształową Kulę Małysz zbierał konsekwentnie punkty, ale zatracił umiejętność wygrywania. Nawet na “swojej” Wielkiej Krokwi zajął dwa razy trzecie miejsce. A mistrzostwa świata w Predazzo zbliżały się milowymi krokami. Tajner podjął najtrudniejszą decyzję w swojej trenerskiej karierze – wycofał Małysza z konkursów Pucharu Świata w Willingen i pojechał ze swoim najlepszym podopiecznym szukać “błysku” do Ramsau. Na głowę trenera kadry posypały się gromy. Znów rację miał Tajner. W Predazzo Małysz wywalczył dwa złote medale. Potem jako pierwszy skoczek w historii sięgnął po trzecią z rzędu Kryształową Kulę.
Ocena: 5

Rok 2004: To już jest koniec
Taki sezon musiał nadejść. Małysz nie mógł wygrywać wiecznie. Okazało się jednak, że nikt nie jest na to przygotowany. Porażki mistrza z Wisły wywołały falę krytyki skierowaną w stronę trenera kadry. Swoje niezadowolenie wyrażał gdzieś “między wierszami” także Małysz, który szukając formy, wybrał treningi z wujkiem Janem Szturcem. W niedzielę Tajner przed kamerami TVP ogłosił decyzję o odejściu…
Ocena: 3

Autor artykułu: Grzegorz Mikuła

Tak odpłaca się Polska…

Friday, March 12th, 2004

Dlaczego nie pamiętacie o Henryku Sławiku? Zvi Henryk Zimmerman z Hajfy nie czekał na odpowiedź. Wracał do Polski kilkakrotnie, by pospacerować wzdłuż torów na trasie Kraków – Krynica. Tam narodził się po raz drugi, kiedy uciekł
z obozowego transportu. Trzecie życie dał na Węgrzech jemu i 5 tysiącom polskich Żydów Henryk Sławik z Szerokiej koło Jastrzębia Zdroju. Choć bohater, nadal nie ma na Śląsku nawet swojej ulicy.

Niech mnie pan nie pognębia – prosi Jerzy Forlajter, przewodniczący Rady Miasta Katowic. Przed chwilą dowiedział się od nas, że wśród 11 Polaków wymienianych w międzynarodowej encyklopedii internetowej w związku z II wojną światową, obok Andersa i Sikorskiego wpisano nazwisko Sławika. Obaj generałowie mają już swoje ulice, a Sławik nie.

- Dla mnie osobiście największym zmartwieniem jest fakt, że o moim ojcu nikt nie pamięta. A przecież tu, na Śląsku nie było wielu takich jak on – mówi Krystyna Kutermak mieszkająca w Katowicach córka Sławika. – Nie twierdzę, że potrzebny mu pomnik. Ale przecież był to człowiek wybitny, o nieskazitelnej postawie, bohater. Powinien zostać uczczony. Od dwóch lat staram się o zgodę prezydenta Katowic na nazwanie jednej z ulic lub szkoły imieniem mojego ojca. Niestety, bezskutecznie. Czyżby Ślązacy nie chcieli pamiętać o swoim bohaterze?

Tuż po wojnie przez kilka dni była ulica jego imienia. Dziś nazywa się Zabrska. Decyzję o zmianie nazwy podjęto, jak twierdzi pani Krystyna, z powodu przekonań Sławika, który był działaczem PPS, ale po jej rozłamie znalazł się w “nieodpowiednim” skrzydle.

- Henryk Sławik zasługuje na uczczenie go bardziej niż ktokolwiek – mówi Forlajter. – Zwróciliśmy się już do prezydenta Uszoka w sprawie nadania imienia szkole, gimnazjum lub ulicy. Niestety, tych ulic nie ma tak wiele.
- Sprawa nadania ulicy leży w gestii Rady Miasta – zapewnia Waldemar Bojarun, rzecznik prasowy urzędu miasta.

Powstaniec numer 13
Jest takie drzewo w Szerokiej koło Jastrzębia Zdroju. Pod jego korzeniami zakopano butelkę z kopią listy powstańców. Spisano ją w 1919 roku. Henryk Sławik urodził się piętnaście lat wcześniej właśnie w Szerokiej. Tych 15 lat wystarczyło, żeby walczyć w powstaniach.
Teraz w Szerokiej szuka się wszelkich śladów po Sławiku. – Wszystko zaczęło się od programu telewizyjnego, w którym pokazano książkę tygodnia. Wydaną w styczniu tego roku publikację Grzegorza Łubczyka “Polski Wallenberg, rzecz o Henryku Sławiku” – twierdzi Leon Białecki emerytowany nauczyciel języka polskiego z Szerokiej. – Udało mi się wraz z żoną dotrzeć do kilku dokumentów, potwierdzających jego działania na rzecz polskości Śląska. Najważniejszy z nich to, moim zdaniem, lista powstańców z 1919 r., na której Sławik jest zapisany pod numerem 13.
To ta sama, której kopia leży pod drzewem. Wiele więcej po bohaterze w Szerokiej nie zostało. Wyjechał w 1922 r. Wedle słów Leona Białeckiego wioska była dla niego za mała. – Osobowość tego formatu potrzebuje większej przestrzeni, aby rozwinąć skrzydła – dodaje.

Przyjaciel numer 1
Na Węgry Krysia z mamą trafiły na fałszywych paszportach jako Jannete i Margit Racs. – Kiedy wybuchła wojna przedostałyśmy się z mamą na Węgry. To była jedyna akcja mojego ojca, kiedy poprosił o pomoc dla swojej rodziny. Współpracował tam razem z Jozsefem Antallem komisarzem węgierskim, pełnił funkcję prezesa Polskiego Komitetu Obywatelskiego i delegata Ministra Pracy i Opieki Społecznej Rządu RP na Wychodźstwie w Królestwie Węgier. Uratował życie wielu tysiącom osób. Mnie także – Krystyna Kutermak nie potrafi ukryć wzruszenia. – To z powodu swego kryształowego charakteru, wrażliwości na ludzkie cierpienie i honoru musiał się ukrywać, a potem zginął męczeńską śmiercią w obozie koncentracyjnym w Mauthausen.
Sławik uratował od zagłady około pięć tysięcy Żydów. Współpracując z Henrykiem Zvi Zimmermanem prawnikiem z Krakowa oraz Jozsefem Antallem. Żydowskie dzieci zostawały przez Sławika zapisywane do polskiej szkoły, a starszym umożliwiano pracę w węgierskich gospodarstwach. Fikcyjne dokumenty legalizował Anthall. Kiedy w 1944 roku Niemcy wkroczyli na Węgry, część dzieci przyjęły pod swój dach rodziny z Budapesztu.
W marcu 1944 r. armia niemiecka wkroczyła na terytorium Królestwa Węgier i gestapo aresztowało wielu węgierskich polityków i działaczy społecznych, którzy pomagali Polakom. Ofiarą tej akcji gestapo padł również dr Jozsef Antall. Był więziony i brutalnie przesłuchiwany. Nękany psychicznie i fizycznie, powtarzał swoim niemieckim oprawcom: “nie pomagałem Polakom, nie zaopatrywałem w fałszywe paszporty, nie ukrywałem polskich patriotów, nie umożliwiałem ucieczek polskim żołnierzom, nie wydawałem tysiącom polskich Żydów żadnych zaświadczeń, że są chrześcijanami”.
W sierpniu 1944 r., podczas konfrontacji w siedzibie gestapo stanął oko w oko ze skatowanym Sławikiem, pełnomocnikiem Rządu RP na Uchodźstwie. Zmasakrowany i zlany krwią, stojąc naprzeciw Jozsefa Antalla, powiedział: “… Protestuję w imieniu moralności, protestuję w imieniu prawa międzynarodowego, nie oskarżajcie Go. O tych sprawach nie miał żadnego pojęcia…”! W swoich wspomnieniach Antall napisał: “… Konfrontacja została zakończona. Podczas jazdy siedzieliśmy skuleni obok siebie. Poszukałem jego skutych kajdanami rąk, by podziękować za uratowanie mi życia. Sławik szeptem odpowiedział: Tak odpłaca się Polska!…”. Antall zmarł w 1974 roku.

Jeden za 5 tysięcy
Ostatni raz pani Krystyna widziała się z ojcem jeszcze przed aresztowaniem, na Węgrzech. Wspomina, że w dniu imienin wpisał jej do pamiętnika kilka ważnych słów. A potem te zdania towarzyszyły jej jak drogowskaz w dalszym życiu. – Jakoś podskórnie czułam, że już go więcej nie zobaczę – mówi wzruszona. – Rok później zamordowali go hitlerowcy. Ale jego cierpienie przełożyło się na ponad pięć tysięcy ludzkich istnień. Miało sens. Tylko wpadł bez sensu. Doniósł na niego inny Polak. Któregoś dnia gestapo zabrało go na przesłuchanie. Już nigdy nie wrócił. Wywieziono go do obozu w Mauthausen na terenie Austrii. Tam został rozstrzelany.
- Przez pewien czas, kiedy Instytut Pamięci Narodowej w Izraelu Yad Vashem przyznał ojcu pośmiertnie tytuł “Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata”, miałam kontakt z niektórymi rodzinami tych osób. Do dziś pamiętam wzruszenie sprzed 14 lat, kiedy w jego imieniu przyjmowałam ten znamienity tytuł – dodaje.

Świadectwo numer 68220
Zvi Henryk Zimmermann był burmistrzem Hajfy. Był też ambasadorem w Nowej Zelandii i jednym z wiceprzewodniczących Knesetu, izraelskiego parlamentu. I nigdy nie zapomniał czasów, kiedy nie był Zvi Henrykiem Zimmermannem. Kiedy w Izraelu sadzono oliwkę Sławika, to właśnie on dawał świadectwo jego czynów.
“Czterdzieści siedem lat temu, ja Zvi Henryk Zimmermann, zostałem wstrząśnięty masakrą jako rozegrała się wokół mnie. Los zrządził, że ja, numer 68220, tak jak wielu innych takich samych więźniów, stoję przed wami jako wolny obywatel państwa Izrael, w miejscu poświęconym pamięci ofiar zbrodni Holokaustu, biorąc udział w podniosłej uroczystości nadania tytułu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata wielkiemu człowiekowi, Henrykowi Sławikowi. Za ocalenie od niechybnej śmierci tysięcy Żydów w czasie Holokaustu, w tym również i mnie, został skazany przez Niemców na karę śmierci. Dziś my wszyscy, którzy przeżyliśmy Holokaust w Polsce, którzy przyszliśmy na Węgry z obozów koncentracyjnych, lasów, bunkrów, z podziemia i dziś żyjemy w bogatym Izraelu, pamiętamy o Henryku Sławiku, odznaczając go pośmiertnie za ocalenie nas na Węgrzech jako polskich katolików i umożliwienie nam przetrwania tego piekła i zamieszkania we własnym kraju”.
Pani Krystyna twierdzi, że Sławik nie stał się bohaterem narodowym, czy nawet śląskim, ponieważ ciężko jest zaakceptować człowieka bez skazy. Porażająca była jego nieskazitelna osobowość. – Złożyły się na nią te wszystkie śląskie zasady, o których dziś już niewielu pamięta. Wychowywał mnie w skromności, pokorze, wierze i pracowitości. To nie były jakieś dziwne założenia. Tak żyło się tutaj przed wojną. Ale teraz już chyba nikt nie uznaje takich niedzisiejszych zasad – dodaje pani Krystyna.

Dom numer 13
W Szerokiej jeszcze kilka lat temu narodził się pomysł, aby imieniem Henryka Sławika nazwać jedyne w tej miejscowości gimnazjum. Adam Filipowski, sołtys Szerokiej, nie pamięta już, dlaczego pomysł upadł. Żałuje jednak, że nie ma tu ani jednej tablicy pamiątkowej. Bo o Sławiku nie pamiętają już nawet jego miejscowi dalsi krewni.
- Z tego, co mi wiadomo, to na tutejszym cmentarzu jest grób jego siostry. Po drugiej stronie przy ulicy Powstańców 13 mieszka żona bratanka Sławika – opowiada pan Adam.
Anna Chrapeć twierdzi, że niewiele ma do powiedzenia na temat wujka swojego męża. – Wiem, że urodził się w tym domu, z tym, że to już jest inny budynek. Nie mam kontaktu z jego córką, ani też z innymi krewnymi męża. Miał czworo rodzeństwa, źle im się wiodło, dlatego Sławik nie mógł się wykształcić. Słyszałam coś niecoś o jego życiu, ale to nie są jakieś ważne sprawy – mówi pani Anna.
Leon Białecki twierdzi, że Jan Sławik, ojciec Henryka był bardzo ubogi. Z jedenaściorga dzieci, przy życiu ostała się piątka. – Był tzw. “chałupnikiem”, co oznacza, że miał mały domek z niewielką ilością gruntu wokół niego. Zmuszało go to do wynajmowania się do wszelkiego typu prac u obcych ludzi. Myślę, że z tego powodu Henryk wstąpił w szeregi PPS, partii, której program skierowany był na poprawę życia najuboższym. Kiedy partia rozłamała się na dwa skrzydła, opowiedział się po stronie piłsudczyków. A to z kolei spowodowało, że po wojnie nie mógł znaleźć się w gronie bohaterów.

Ważne sprawy
W Szerokiej trwają przygotowania do umieszczenia tablicy pamiątkowej poświęconej Sławikowi. – Tylko nie wiem, czy powinniśmy pisać, że uratował Żydów – zastanawia się Helena Białecka. – Może lepiej będzie, jeśli napiszemy, że byli to polscy uchodźcy. Takie napisy nie są dobrze widziane.

Autor artykułu: Małgorzata Himmel, Ryszard Parka

Krwawy czwartek w Madrycie

Friday, March 12th, 2004

Seria wybuchów wstrząsnęła wczoraj w godzinach porannego szczytu madryckimi stacjami kolejowymi. Nikt nie przyznał siędo zamachów.

Hiszpańskie władze jednoznacznie wskazują na organizację separatystów baskijskich ETA, jednak światowi eksperci nie wykluczają, że za zamachami może stać islamski ruch oporu. – Skala i koordynacja zamachów nie przystają do schematu ETA – stwierdził czołowy brytyjski ekspert do spraw hiszpańskich. Jego zdaniem, nie byłoby rzeczą zaskakującą, gdyby “maczała w tym palce Al-Kaida i inne grupy islamistyczne”.

To była Al-Kaida?

Atak nastąpił trzy dni przed wyborami parlamentarnymi w Hiszpanii. Nie poprzedziły go żadne ostrzeżenia. Dlatego początkowo podejrzenia padły na organizację separatystów baskijskich ETA (MSW poinformowało, że materiały wybuchowe użyte w zamachach na dworcach kolejowych w Madrycie są tego samego rodzaju, jakich używa ta organizacja).

W miarę upływu czasu ta pewność zaczęła się jednak kruszyć. Minister spraw wewnętrznych Hiszpanii Angel Acebes Paniagua oświadczył, że w śledztwie, mającym ustalić sprawców “niczego się nie wyklucza”.

Minister odpowiedział w ten sposób na pytanie dziennikarzy, czy, jego zdaniem, za zamachami stoją separatyści baskijscy, czy też mogła to być Al-Kaida.

Arnaldo Otegi, przywódca radykalnej baskijskiej partii Batasuna, uważanej za polityczne skrzydło ETA zaprzeczył, by seria zamachów była dziełem tej organizacji i przypisał akty terroru, jak to ujął “arabskiemu ruchowi oporu”.

Arnaldo Otegi powiedział, że “baskijska lewica niepodległościowa pragnie w sposób zdecydowany odciąć się od akcji wymierzonych w ludność cywilną”.

- Baskijska lewica nie rozważa hipotezy, że za zamachami w Madrycie może stać ETA – powiedział przedstawiciel partii Batasuna.

Podkreślił, że ani z punktu widzenia celów organizacji, ani ze sposobu działania nie wynika, by ETA stała za zamachami w Madrycie.

Zamach na demokrację

- To była masakra – powiedział rzecznik hiszpańskiego rządu Eduardo Zaplana. – To był zamach na demokrację – dodał. Separatystów baskijskich nazwał “zbrodniczą bandą”.

Bomby zaczęły wybuchać o wpół do ósmej rano w pociągu podmiejskim wjeżdżającym na duży dworzec Atocha, węzłową stację pociągów dojazdowych, dalekobieżnych i madryckiego metra. O tej porze kilkadziesiąt tysięcy osób korzysta z podmiejskiej komunikacji kolejowej, by dotrzeć do stolicy.

Eksplozje nastąpiły w czterech pociągach na stacjach Atocha, Santa Eugenia i El Pozo lub w ich pobliżu. Wybuchów było łącznie trzynaście, ale trzy z nich przeprowadziła sama policja, detonując pod kontrolą bomby lub podejrzane obiekty.

Na dworcu Atocha silna eksplozja rozerwała ostatnie wagony pociągu. Ekipy ratunkowe wydobywały ofiary uwięzione między żelastwem i przenosiły je na noszach do karetek pogotowia. Przyjechało ok. 40 karetek, ale rannych było tam około 250 osób, więc do pomocy włączyły się taksówki i liczni kierowcy prywatni, ściągnięto także autobusy. Wiele ciał leżało na torach.

Jeden z pociągów, który stał się celem zamachu, jechał do centrum Madrytu z miejscowości Alcala de Henares, gdzie mieszka około 4 tysięcy Polaków. Wielu z nich dojeżdża do Madrytu do pracy. Wczoraj oficjalnie poinformowano, że wśród ciężko rannych jest jedna osoba z Polski.

Szok i przerażenie

Tłum zapłakanych podróżnych opuszczał stację Atocha, podczas gdy ratownicy wynosili ciała owinięte płachtami złocistego materiału. Zakrwawieni ludzie siadali na krawężnikach chodników i telefonowali z komórek, aby powiadomić bliskich, że przeżyli zamach. W obawie przed innymi bombami policja zaczęła przeszukiwać dworce i sprawdzać wszystkie pozostawione tam przez rannych torby, walizki i pakunki.

W okolicy dworca El Pozo policja zabroniła mieszkańcom wychodzenia z domów. Jedna kobieta dostała ataku serca. Ewakuowano mieszkańców budynku stojącego naprzeciwko stacji Santa Eugenia. Ponad 70 rodzin czekało, aż policja zakończy przeszukiwanie terenu.

Na ratunek ofiarom zamachu spontanicznie pospieszyli przechodnie. Na poranny apel o oddawanie krwi dla rannych zgłosiło się tylu ochotników, że akcję przerwano już przed południem. Autobusy przekształcono w ambulanse do rozwożenia poszkodowanych do szpitali. Z obawy przed przepełnieniem szpitali otwarto punkty ambulatoryjne na ulicach miasta. Do szpitali, a także do miejsca tymczasowego składania zwłok w budynku Parku Juana Carlosa I, tłumnie przybywały osoby pytające o członków swoich rodzin.

Zamachy spowodowały chaos komunikacyjny w Madrycie. Podmiejskie linie kolejowe oraz część metra zamknięto, a na prawie wszystkich głównych ulicach stolicy powstały długie korki.

Trzy dni żałoby

Policja hiszpańska poszukuje dwóch mężczyzn, którzy na krótko przed eksplozjami w Madrycie wsiedli do pociągu na stacji Atocha, ale zaraz wysiedli i oddalili się.

Rząd hiszpański ogłosił trzydniową żałobę narodową. Premier Hiszpanii Jose Maria Aznar zapewnił, że sprawcy zamachów zostaną aresztowani. W wystąpieniu telewizyjnym Aznar powiedział, że blisko 200 osób, które zostały zabite w zamachach, zginęły “po prostu dlatego, że były Hiszpanami”.

- Kryminaliści, którzy spowodowali tyle ofiar, zostaną aresztowani. Skończymy z tą terrorystyczną bandą – powiedział Aznar.

Na wieść o zamachach, za przykładem rządzącej Partii Ludowej, większość hiszpańskich ugrupowań politycznych wstrzymała kampanię wyborczą.

Polscy dyplomaci nie ukrywają obaw, że wśród ofiar może być więcej naszych rodaków. Informacje o Polakach wśród poszkodowanych, gdy tylko napłyną, zostaną zamieszczone na stronie internetowej ambasady polskiej w Madrycie (www. polonia. es) – zapewniła Anna Wawrzyniak, attaché prasowy ambasady polskiej w Madrycie.

Autor artykułu:

Kibice poczekają

Thursday, March 11th, 2004

Nie będzie w sobotę ligowej inauguracji na stadionie w Zabrzu. Z powodu fatalnego stanu murawy PZPN przełożył mecz Górnika z poznańskim Lechem na 24 marca.

Sprawdziły się nasze wczorajsze informacje. Pierwszy wiosenny mecz ekstraklasy w Zabrzu nie odbędzie się w najbliższą sobotę. Polski Związek Piłki Nożnej przełożył mecz Górnika z poznańskim Lechem na środę, 24 marca na godzinę 18.30. Działacze futbolowej centrali uznali, że boisko przy ulicy Roosevelta nie nadaje się do rozegrania na nim spotkania o ligowe punkty.

Ta decyzja sprawiła, że inauguracja rundy wiosennej tym razem ominie śląskich kibiców – dwie inne nasze drużyny grają bowiem na wyjeździe: GKS Katowice w Grodzisku, a Odra Wodzisław w Warszawie z Legią.

Błotna kąpiel
Na stadionie Górnika od rana płytę boiska odśnieżało 20 osób, kilka innych pracowało na trybunach. W południe w Zabrzu gościł specjalny delegat PZPN, były międzynarodowy sędzia, Wiesław Bartosik z Krakowa. To jego opinia przesądziła o przełożeniu sobotniego meczu.
- Delegat potwierdził, że boisko nie nadaje się do gry. Co prawda murawa jest odśnieżona, ale nawet przy suchej pogodzie w dniu meczu będzie bardzo rozmoknięta. Musieliśmy podjąć decyzję jak najszybciej ze względów logistycznych: poinformować kluby i stację Canal+ – wyjaśnia Marcin Stefański, dyrektor departamentu d/s rozgrywek PZPN.
- To jedyna rozsądna decyzja. Nawet przy odwilży w sobotę byłaby tu błotna kąpiel – mówi prezes Górnika Zbigniew Koźmiński.
Stefański zapowiada, że na stadionie w Zabrzu gościć będzie w przyszłym tygodniu, jeszcze jedna wizytacja.
- Sprawdzimy, jak postępują prace na obiekcie. Jeżeli klub nie dopatrzy swoich obowiązków, grozi mu kara od 100 złotych do 100 tysięcy złotych – informuje dyrektor.

Wielkopolska wyrozumiałość
W Poznaniu pojawiły się głosy, że Górnikowi zależało na przesunięciu meczu z powodu kontuzji kilku piłkarzy, a dyplomatyczne wsparcie prezesa Koźmińskiego – jednocześnie szefa Piłkarskiej Ligi Polskiej – nie było tu bez znaczenia.
Mimo to decyzję o przełożeniu meczu w Wielkopolsce przyjęto ze zrozumieniem.
- Na źle przygotowanej murawie zwykle poziom meczu jest bardzo słaby. W terminarzu jest wystarczająco dużo wolnych terminów, by grać w optymalnych warunkach – przyznał trener “Kolejorza” Czesław Michniewicz.
Z obozu Lecha wyszła informacja, że obie drużyny zmierzą się jednak w sobotę w meczu… sparingowym!
- To jakaś bzdura! Tydzień przed meczem ligowym? Nigdy bym się na to nie zgodził – zaprzeczył trener Górnika Waldemar Fornalik.

Autor artykułu: Tomasz Mucha

Frajda dla Gajtka

Monday, March 8th, 2004

GKS Dospel Katowice kontra Lech Poznań; Jagiellonia Białystok kontra Legia Warszawa. Oto wyniki sobotniego losowania półfinałowych par Pucharu Polski. Losowanie przeprowadzono w sobotę w Warszawie, w przerwie posiedzenia Piłkarskiej Ligi Polskiej. Do podziału pomiędzy te cztery zespoły jest 500 tysięcy złotych. Uczestnicy półfinałów otrzymają po 75 tysięcy złotych. Finalista PP dostanie 150 tysięcy, a zwycięzca – 200 tysięcy złotych.

Z takiego losowania na swój sposób ucieszył się zapewne napastnik GKS, Krzysztof Gajtkowski, który do klubu z Katowic został wypożyczony właśnie z Lecha i ma zapewne coś do udowodnienia paru osobom ze stolicy Wielkopolski.
Gospodarzami pierwszych spotkań będą GKS i Jagiellonia.
Pierwsze mecze odbędą się w dniach 13-14 kwietnia; rewanże zaplanowano na 20-21 kwietnia, chociaż nie jest wykluczone, że terminy rewanżów zostaną jeszcze zmienione.

Finał Pucharu Polski odbędzie się 22 maja. Jeszcze nie wiadomo, gdzie, aczkolwiek kandydatami są m.in. Rybnik i Ostrowiec Świętokrzyski.

Losowania dokonali wspólnie przedstawiciele Polskiego Związku Piłki Nożnej i Piłkarskiej Ligi Polskiej. – Mamy nadzieję, że od przyszłego sezonu rozgrywki o Puchar Polski nabiorą takiego znaczenia, jakie miały przed laty – mówił prezes PZPN Michał Listkiewicz podczas losowania. – Pracujemy nad uatrakcyjnieniem rozgrywek pucharowych; musimy dopracować jeszcze pewne szczegóły, dlatego na razie za wcześnie, by mówić o konkretach.

- Znamy już godzinę meczu finałowego – rozpocznie się on o 18.45. Na razie jednak nie możemy podać miejsca rozegrania finału. Okaże się to dopiero wówczas, kiedy poznamy finalistów – powiedział Marcin Stefański, dyrektor Departamentu Rozgrywek PZPN.

- Dobrą wiadomością dla kibiców piłkarskich jest to, że wszystkie spotkania tegorocznych rozgrywek Pucharu Polski będzie można obejrzeć w telewizji publicznej – poinformował Michał Listkiewicz. Cztery mecze półfinałowe oraz finał będzie można obejrzeć w TVP 3.

W trakcie losowania zdarzył się niecodzienny wypadek. Jedna z kul zawierająca, jak się później okazało, nazwę Jagiellonii Białystok, nie chciała się otworzyć, mimo prób podejmowanych kolejno przez osoby uczestniczące w losowaniu. Rozwiązanie tego problemu znalazł dopiero Listkiewicz, który “komisyjnie”… rozgniótł kulę butem.

Dwa dobre mecze
Wyniki losowania Pucharu Polski katowiczanie przyjęli spokojnie.
- W tej fazie nie ma już łatwych rywali. Czy cieszymy się, że trafiliśmy na Lecha, a nie na Legię? Nie lubię takich ocen, bo i tak musimy zagrać dwa naprawdę dobre mecze. Poznaniacy mają niebezpieczny zespół, wiele będzie zależało od pierwszego meczu. Z drugiej strony akurat z Lechem zazwyczaj potrafiliśmy sobie poradzić – powiedział trener Jan Żurek.
W sobotę nie odbyło się sobotnie sparingowe spotkanie GKS w Radomsku, na przeszkodzie stanęły warunki pogodowe.
- W tym tygodniu będziemy normalnie trenować, trzy razy wybieramy się na zajęcia do Pawłowic, no i w niedzielę czeka nas pierwszy mecz ligowy w Grodzisku – stwierdził Żurek. – Ponadto czekamy na decyzje w sprawie Jarka Tkocza, czy przeprowadzi się do Szinnika Jaroslawl czy zostanie z nami.
Zdaniem menedżera Ryszarda Szustera losy transferu powinny się rozstrzygnąć już dziś.

Autor artykułu: R. Mus.

Sprawdziany trzecioligowców

Monday, March 8th, 2004

Piłkarze Carbo Gliwice mieli zagrać w sobotę mecz Pucharu Polski z ŁTS Łabędy. Ze względu na pogodę do spotkania nie doszło, w zamian gliwiczanie rozegrali sparing z Sośnicą Gliwice. Aż 7:1 wygrało Carbo. – Cieszy skuteczność. Jestem zadowolony zwłaszcza z tego, że cztery gole zdobyli nominalni napastnicy. Nasza wygrana mogła być jeszcze bardziej okazała, ale Krzywko nie wykorzystał rzutu karnego – powiedział trener Carbo, Zygmunt Kajda.

Sośnica Gliwice – Carbo Gliwice 1:7 (0:4). Bramki dla Carbo: Wolański 2, Pielka, Guła, Słodczyk, Mos.

CARBO: Lempa – Wiewióra, Staniek, Zawadzki – Mirga, Pluta, Międzik, Guła, Filipowicz – Wolański, Pielka; po przerwie weszli: Dyjas, Krzywko, Grabowski, Mos, Czaja, Kołodziej, Chojnowski, Marzec, Słodczyk, Satora.

Inne wyniki:
Rozwój Katowice – Slavia Ruda Śląska 1:0 (1:0).
Bramka: M. Bosowski.
ROZWÓJ: I połowa: Woźnica – Wojcieszek, Szybielok, Renner, M. Bosowski – Milewski, Skrzyński, Krajanowski, Laszczyk -Afeltowicz, Paździorek.
II połowa: Strychalski – Polarz, Tomczyk, A. Bosowski, Lis – Rajman, Mogilan, Skoczylas, Zieliński – Wróbel, Buffi.

Ruch Radzionków – AKS Mikołów 2:1 (2:1). Bramki dla Ruchu zdobyli: Żaba, Opeldus.
RUCH: Urbańczyk – Banaś, Wrześniewski, Nocoń, Szczygieł – Rudyk, Bonk, Kałwak, Opeldus – Galeja, Żaba; po przerwie weszli: Różanka, Wloka, Gorka, Nawrot, A. Krzęciesa, T. Krzęciesa, Pajączkowski, Kołodziejski, Tokarz, Mitura.

Polonia Bytom – Włókniarz Kietrz 0:0.
Górnik MK Katowice – Przyszłość Rogów 0:0.

Autor artykułu: mim