Archive for April, 2004

Od maja drożeją bilety kolejowe

Thursday, April 29th, 2004

O kilka procent drożeją od 1 maja bilety na większość pociągów osobowych i pośpiesznych.
- Obowiązująca od maja nowa taryfa zakłada średni wzrost cen biletów o 3,34 procent – mówi Zbigniew Jastrząb, zastępca dyrektora Śląskiego Zakładu Przewozów Regionalnych. – Bilety na pociągi osobowe zdrożeją średnio o 4,75 procent, na pośpieszne o 7,56 procent. Bez zmian pozostaną ceny na trasach do 40 kilometrów i od 141 do 200 kilometrów – wylicza dyrektor Jastrząb. Bilety okresowe zdrożeją o nieco ponad 2 procent. – Jeżdżę co kilka tygodni do Poznania, od czasu do czasu w góry. Tu cztery procent, tam pięć i zaraz się nazbiera dwadzieścia. A emerytur nikt nie podnosi – denerwuje się Bogumiła Koszela z Tychów.
- Jeśli kolej chce podwyższać ceny, niech poprawi warunki podróżowania. Teraz pociągi są w opłakanym stanie – podkreśla Barbara Rolnik, studentka z Gliwic.

Dyrektor Jastrząb tłumaczy, że podwyżka to efekt rosnących kosztów i inflacji. – Zmiany nie dotkną osób podróżujących na małe odległości, czyli najczęściej dojeżdżających do pracy i szkół – zaznacza.

Od maja zmieniają się również zasady, na jakich płacimy za przewożony pociągiem bagaż. Do tej pory dodatkowy bilet trzeba było kupić na torbę czy walizkę ważącą ponad 20 kg. Teraz pod uwagę będą brane wymiary bagażu. Bilet trzeba kupić, jeśli suma długości, szerokości i wysokości torby przekroczy 130 cm.

- Trudniej ocenić wagę leżącej na półce torby od jej wielkości – tłumaczy powód zmian dyrektor Zbigniew Jastrząb. Nie wyklucza, że konduktorzy będą się pojawiać w przedziałach wyposażeni w miarki.

Pasażerowie przyłapani z nieopłaconym nadbagażem będą musieli zapłacić taką samą karę, jak za jazdę na gapę, czyli 115 zł. Jeśli się zapłaci w ciągu siedmiu dni – 80,50 zł.

Autor artykułu: ic

Gdy odbiorą emeryturę

Wednesday, April 28th, 2004

Jeśli ZUS odkryje błędy w twojej dokumentacji potwierdzającej okresy zatrudnienia, może ci odebrać emeryturę. Tak stało się w przypadku Józefa Krzepkowskiego z Zabrza. Po trzech latach pobierania świadczenia został bez środków do życia.

Józef Krzepkowski od 1977 r. pracował pod ziemią w kopalni. Kiedy pod koniec lat 90. kopalnię “Makoszowy” objął plan restrukturyzacji, zaczęły się zwolnienia. Ponieważ jednak jemu niewiele brakowało do emerytury, w październiku 1998 r. wybrał się na urlop górniczy. Nie wykorzystał jednak przysługujących mu 5 lat. W marcu 2001 r. przeszedł na emeryturę.

- Kilka razy zmieniano mi termin zakończenia urlopu górniczego. Kopalnia konsultowała z ZUS-em mój staż pracy pod ziemią uprawniający do emerytury, tak by w momencie, gdy tylko nabędę uprawnienia, rozwiązać ze mną umowę o pracę i wysłać na świadczenie – pan Józef pokazuje kolejne zawiadomienia z zakładu pracy. – Teraz okazuje się, że policzyli to źle, a ja ponoszę tego konsekwencje.

Zaginiony urlop
Po trzech latach pobierania emerytury Józef Krzepkowski znalazł w swoich dokumentach zaświadczenie, że przebywał na kontrakcie w Niemczech. Na cztery miesiące wziął urlop bezpłatny na kopalni i został skierowany do pracy w Monachium przez Przedsiębiorstwo Produkcji Elementów Budowlanych.

- Ponieważ do stażu pracy ZUS wliczył mi 3 miesiące i 7 dni nieskładkowych, myślałem że to właśnie z powodu tego urlopu – mówi pan Józef. – Sądziłem, że zaświadczenie z kontraktu pozwoli pokryć ten okres nieskładkowy, więc złożyłem do ZUS podanie o przeliczenie oraz to zaświadczenie. Jednak zamiast podwyżki otrzymałem decyzję o wstrzymaniu emerytury. Okazało się że kopalnia cały ten okres wliczyła mi do pracy górniczej pod ziemią, chociaż nie powinna. Tym sposobem zabrakło mi tych czterech miesięcy do uprawnień do emerytury górniczej.

Nowe dowody
Nasz czytelnik nie może pojąć dlaczego to on ma ponosić konsekwencje błędu pracodawcy. Przecież to kopalnia wystawiała świadectwa pracy i liczyła staż. Przyznaje się do błędu, ale jej służby pracownicze utrzymują, że w dokumentacji Józefa Krzepkowskiego nie ma śladu po urlopie bezpłatnym.

Tymczasem Stefan Grzankowski, związkowiec z Zabrza, który pomaga naszemu Czytelnikowi rozwikłać tę sprawę, przypuszcza, że mógł to być zabieg celowy. Kopalnia wszystkim, którzy jeździli na zagraniczne kontrakty, doliczała okres urlopu bezpłatnego do stażu dołowego. – W tej chwili kopalnia ma jedną prostą wymówkę – trzeba było nie podpisywać świadectwa pracy, jeśli były w nim nieścisłości – mówi Grzankowski. – Skąd jednak górnicy mieli to wiedzieć?! Nie znają przecież skomplikowanych przepisów prawa pracy i ubezpieczeń, więc nie wiedzą jaki okres jest składkowy, jaki nieskładkowy. Przyjmują, że służby pracownicze to specjaliści, więc nie ma podstaw, by kwestionować wydane przez nie dokumenty.

ZUS nie mógł podjąć innej decyzji. Z analizy “nowych dowodów” wynika, że pan Józef udowodnił tylko 24 lata, 7 miesięcy i 11 dni pracy pod ziemią i w pełnym wymiarze, a zatem nie ma prawa do emerytury górniczej.

Musi dopracować
Kopalnia zaproponowała Józefowi Krzepkowskiemu dopracowanie brakujących miesięcy. Ten jednak obawia się takiego rozwiązania. Po pierwsze, przerwa w pracy była bardzo długa – minęło już 6 lat, odkąd ostatni raz zjechał na dół. Po drugie, nie ma żadnych gwarancji, że kopalnia nie zwolni go przed upływem potrzebnego okresu. Pretekst może się znaleźć zawsze, a w takiej sytuacji nie będzie miał prawa do żadnych świadczeń ani żadnej drogi odwołania.

- Zgodziłbym się na to, gdyby dyrektor mi obiecał, że mnie w tym czasie nie zwolni. Ale on się na to nie zgadza – mówi pan Józef. – Nie chce się zgodzić także na mój powrót na urlop górniczy, chociaż nie wykorzystałem całego przysługującego okresu. A przecież gdyby kopalnia tak bardzo się nie spieszyła, żeby mnie wypchnąć na emeryturę, nie byłoby żadnego problemu. Gdyby nie skrócono mi okresu urlopu górniczego, miałbym staż w porządku.

Przy obecnie zaliczonym stażu i przelicznikach górniczych Józef Krzepkowski będzie miał prawo do emerytury w przyszłym roku, gdy skończy 50 lat. Tylko z czego ma teraz żyć? Drugi miesiąc jego rodzina jest bez środków do życia, a jeszcze nie wiadomo, czy ZUS nie zażąda od niego zwrotu nienależnie pobranej emerytury. Od decyzji ZUS-u odbierającej mu emeryturę odwołał się do Sądu Pracy i Ubezpieczeń Społecznych.


Mają ważniejsze sprawy…
Z prośbą o wyjaśnienie problemu i wskazanie czytelnikowi wyjścia z tej sytuacji zwróciliśmy się do Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie. Jednak od ubiegłego tygodnia nie udało nam się uzyskać żadnej informacji. Z wyjaśnień pracowników biura prasowego wynikało, że odpowiedź jest już przygotowana, jednak czeka na podpis dyrektora Departamentu Świadczeń Emerytalno-Rentowych. W rozmowie telefonicznej z wicedyrektorem departamentu usłyszeliśmy, że pani dyrektor miała cały dzień spotkania, więc nie była w stanie się tym zająć. Musi się zająć ważniejszymi sprawami, gdzie ma pilne terminy. Kiedy próbowaliśmy tłumaczyć, że chodzi o sytuację człowieka, któremu odebrano emeryturę i nie ma środków do życia, usłyszeliśmy, że i tak mu nic nie pomożemy. On ma środki odwoławcze, od decyzji się odwołał, więc można czekać.

Próbowaliśmy też w Ministerstwie Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej dowiedzieć się, czy istnieje możliwość powrotu na urlop górniczy. Niestety, z obawy przed antyglobalistami minister wysłał większość pracowników na urlop, w tym panią, która została zobowiązana do udzielenia nam odpowiedzi. Grzecznie poproszono nas o cierpliwość.


Jerzy Auguścik, główny specjalista w Biurze Zatrudnienia i Polityki Płacowej w Kompanii Węglowej S.A.:
Według informacji przekazanej nam z KWK “Makoszowy” pan Krzepkowski przeszedł na emeryturę po zakończeniu urlopu górniczego, z dniem 15 marca 2001 r. Korzystając z emerytury wystąpił do ZUS o ponowne przeliczenie emerytury przedstawiając dodatkowe zaświadczenie o okresie pracy. ZUS po przeanalizowaniu złożonej dokumentacji cofnął decyzję przyznającą emeryturę górniczą z tytułu pracy górniczej wykonywanej stale i w pełnym wymiarze czasu pracy, dopatrując się braku kilkumiesięcznego okresu pracy do wymaganego stażu pracy górniczej. Z dokumentów wynikało, ze przebywał ponad 4 miesiące na urlopie bezpłatnym, który zgodnie z ustawą o emeryturach i rentach z FUS nie wlicza się do stażu pracy górniczej.

Świadectwo pracy wystawione na podstawie dokumentacji osobowej kopalni wydane panu Krzepkowskiemu w KWK “Makoszowy” nie wykazywało urlopu bezpłatnego, a zainteresowany nie zwrócił się o poprawienie treści świadectwa pracy. Dokumentacja osobowa kopalni nie zawiera żadnego zapisu ani dokumentu stwierdzającego udzielenie pracownikowi urlopu bezpłatnego.

Pan Krzepkowski w 2004 r. zgłosił w kopalni ustny wniosek o spowodowanie, aby kopalnia zainterweniowała w ZUS w celu zaliczenia okresu urlopu bezpłatnego do stażu pracy lub udzielenie za taki okres urlopu górniczego. Były pracownik zaznaczył, że nie godzi się na dopracowanie tego okresu.
Kopalnia odpowiedziała negatywnie na wniosek byłego pracownika uzasadniając to brakiem możliwości przyznania urlopu górniczego nie pracownikowi, który już raz z takiego urlopu korzystał, a ponadto przepis, na podstawie którego były udzielane urlopy górnicze, zakończył swoje działanie.

Brak jest także możliwości ponownego zatrudnienia pracownika, w związku z wejściem w życie ustawy z dnia 28 listopada 2003 r. o restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego w latach 2003-2006, która w art. 22 mówi o zakazie przyjmowania nowych pracowników, poza szczególnymi warunkami określonymi w ustawie.


Uwaga! Świadczenia rodzinne – konsultacje telefoniczne
Jeśli masz wątpliwości na temat nowego systemu świadczeń rodzinnych, już jutro będziesz mógł zapytać o wyjaśnienia i radę ekspertów. Pod telefonem w naszej redakcji będą czekać w godzinach od 11 do 13. Wystarczy zadzwonić pod numer: 358-31-13.

Pytania można przesłać już wcześniej na adres e-mail:
poradyzus@trybuna-slaska.com.pl

Autor artykułu: Anna Góra

Nie ma szans na aquapark

Wednesday, April 28th, 2004

Nie ma szans, aby w Sosnowcu powstał aquapark. Jego budowę zapowiadały dwie rządzące miastem ekipy. Wkopano kamień węgielny i… w ciągu dwóch lat dzierżawca jedynie zaorał teren niszcząc boisko piłkarskie. Do starcia w sprawie aquaparku doszło na ostatniej sesji budżetowej.

Opozycja, ustami Anny Sporyszkiewicz z Platformy Sprawiedliwości i Wolności, zarzuciła rządzącej ekipie SLD niegospodarność i brak dbałości o gminne pieniądze.

- Wątpliwości budzi rezygnacja z dochodów dla gminy w kontekście planowanej budowy aqua-parku – mówiła Anna Sporyszkiewicz.

Riposta prezydenta Sosnowca Kazimierza Górskiego była natychmiastowa. Stwierdził, że opozycja strzela ślepakami. A jako najlepszy przykład podał właśnie… sytuację z aquaparkiem.

- Nie jesteśmy udziałowcami aquaparku. Nie tracimy na tym interesie i to właśnie nazywa się dbałością o miejskie finanse – oświadczył Kazimierz Górski. Dodał, że teren nie został sprzedany, a jedynie wydzierżawiony.

Same straty
Plac pod aquapark wydzierżawiła od miasta spółka Śląskie Tereny Rekreacyjne z Katowic. Ogrodziła teren, postawiła tablicę reklamową, zaorała boisko i… na tym się skończyło. Spółka zabierająca się za wartą kilkanaście milionów złotych inwestycję nie była w stanie płacić czynszu dzierżawnego. Długi wobec gminy wynoszą ok. 15 tys. zł i nie ma widoków, aby zostały spłacone.

- Jak prezydent może mówić, że gmina na tym nie traci? Poza tym zniszczono boisko i pewnie gmina będzie musiała przywrócić je do stanu używalności – mówi opozycyjny radny Karol Winiarski.

- Przygotowujemy plan finansowania aquaparku i prowadzimy rozmowy z bankami. Czynsz zostanie spłacony, jeśli Śląskie Tereny Rekreacyjne otrzymają pieniądze z kredytu – zapowiadał zimą Zbyszko Bujniewicz, udziałowiec spółki. Rozmowy z bankami się nie powiodły. Spółki nie stać nawet na opłacenie stróża.

Teren z przyszłością
Władze miasta uspokajają, że fiasko budowy aquaparku nie oznacza rezygnacji z wszelkich inwestycji w tym miejscu.

- Sprawa Śląskich Terenów Rekreacyjnych i aquaparku jest zamknięta. Teren jest bardzo atrakcyjny. Interesują się nim inni przedsiębiorcy – mówi Grzegorz Dąbrowski, rzecznik Urzędu Miasta w Sosnowcu.

Tymczasem Karol Winiarski, lider Platformy Sprawiedliwości i Wolności uważa, że gdyby inwestorzy bili się o ten teren, gmina nie podpisałaby umowy z katowicką spółką. – O tym, że to atrakcyjny teren, słyszę co najmniej od czterech lat. Pamiętam, jak prezydent Górski chwalił się, że to jego zasługa, że powstanie aquapark, bo poznał inwestorów na jakimś spotkaniu. Okazało się, że to całkowita klęska – mówi Winiarski.

Ale umowa!
Jak się dowiedzieliśmy, umowa na dzierżawę terenu pod budowę aquaparku została zawarta na 30 lat! Oznacza to, że katowicka spółka, mimo iż nie wywiązuje się z obietnic, będzie mogła nadal dysponować tą ziemią.

Co prawda w aneksie do umowy jest zapis, że jeśli spółka nie zbuduje aquaparku do końca 2004 r., będzie musiała zapłacić miastu 200 tys. dolarów. Prawnicy będą mieli jednak kłopot, aby stwierdzić, czy gminie należą się te pieniądze. A to dlatego, że władze miasta nie mogąc się doprosić o regularne wpłaty czynszu, skierowały sprawę na drogę sądową, grożąc zerwaniem umowy. Zaś zerwanie umowy można interpretować jako anulowanie zapisu o zapłacie 200 tys. dolarów.

Autor artykułu: Marcin Twaróg

Loram, Chromik i statyści

Monday, April 26th, 2004

Po przegranej z Unią Leszno 38:52 rybniccy kibice nie zastanawiają się, kiedy RKM zdobędzie pierwsze punkty w ekstralidze. Zastanawiają się raczej, czy w tym sezonie uda się zdobyć jakiekolwiek punkty.

Niech z dzisiejszej porażki tłumaczą się zawodnicy. Szczególnie ci, którzy są podobno zawodowcami, a tak “pięknie” zaprezentowali się dzisiaj przed kibicami – stwierdził zdenerwowany trener rybniczan Romuald Łoś.

Chodzi o Mariusza Węgrzyka i Rafała Szombierskiego, którzy zdobyli wczoraj w sumie zaledwie 7 punktów. Pod nieobecność kontuzjowanego Mariusza Staszewskiego, Łoś miał niewielkie pole manewru – korzystał z wprowadzonej w tym sezonie zasady tzw. “zastępstwa zawodnika”, ale do dyspozycji miał tylko dwóch solidnie punktujących żużlowców – Romana Chromika i Marka Lorama (zdobyli 27 z 38 punktów RKM).

Ten pierwszy jeździł wczoraj znakomicie, a tajemnicą dobrej dyspozycji był… silnik pożyczony od Romana Poważnego.

- Niestety, tylko na jeden mecz, ale już czekam na nowy silnik od tego samego mechanika – powiedział Chromik, który sam przyznał, że jest zadowolony ze swojego występu. – Co z tego, skoro drużyna przegrała? Jakoś teraz będziemy musieli spojrzeć w oczy kibicom, bo to już piąta porażka.

Rybniczanie w meczu z Unią prowadzili tylko po pierwszym wyścigu – Łukasz Romanek wygrał, a Marek Szczyrba przyjechał trzeci. Po czwartym biegu do głosu doszli goście (11:13) i do końca spotkania systematycznie powiększali przewagę. Nie do pokonania był wczoraj Australijczyk Leigh Adams, który wywalczył komplet punktów. Dobrze punktowali Baliński, Rempała i Dobrucki i to wystarczyło Unii do wygranej w Rybniku 38:52.

Romuald Łoś, RKM

Roman Chromik pokazał dzisiaj, że jeśli jest dobry sprzęt i ochota do walki, można dobrze pojechać. A on jest w tym klubie amatorem w przeciwieństwie do tych, którzy dziś zawiedli i podobno bardzo się do niego przygotowywali.

Jan Krzystyniak, Unia

Bałem się tego meczu, bo wiedziałem, że RKM będzie chciał na nas zrobić pierwsze punkty. Na tym trudnym i przemokniętym torze wszyscy moi zawodnicy punktowali jednak dobrze i zasłużenie wygraliśmy.

Autor artykułu: Maciej Kołodziejczyk

Całe w złocie

Monday, April 26th, 2004

Już nie tylko Puchar Polski, ale i drugie z rzędu mistrzostwo Polski należy do zespołu BKS Stal Bielsko-Biała. W sobotę i niedzielę, bielszczanki w efektownym stylu ograły drużynę kaliskich Winiar i zapewniły sobie mistrzowską koronę.

Kiedy w niedzielnym meczu, ostatni decydujący o zdobyciu mistrzostwa Polski punkt zdobyła Aleksandra Przybysz, w hali przy ul. Rychlińskiego zapanowała niesamowita euforia. Miejscowi kibice zgotowali swoim ulubienicom owację na stojąco i odśpiewali im gromkie “Sto lat”.

- Boże, co za radość. Nigdy nie spodziewałam się, że będę grać w takim klubie, gdzie kibice tak kochają swoje zawodniczki. Nie zamieniłabym Bielska na żadne inne miejsce na świecie. W takich chwilach, jak ta, jestem po prostu szczęśliwa – mówi Luba Jagodina, która w obu spotkaniach finałowych przed bielską publicznością zaprezentowała się z bardzo dobrej strony.

Warto oglądać takie spotkania, jak finałowy mecz BKS z Winiarami, chociażby tylko po to, by być świadkami takich niepowtarzalnych emocji towarzyszących sukcesom. Na twarzach bielszczanek wypisana była ogromna radość, uśmiechały się od ucha do ucha, skakały do góry ze szczęścia, polewały się szampanem, ściskały najbliższych, były szczęśliwe. Ich rywalki były przegrane, smutne, nie mające ochoty na rozmowę, złe na same siebie, niespełnione.
- Nawet nie chcę mi się rozmawiać, bo i o czym. Jestem dzisiaj tylko kapitanem przegranego zespołu, a po wygranej w Kaliszu liczyłyśmy, że w Bielsku zagramy naprawdę dobrze i to my sięgniemy po złoto. Stało się jednak inaczej. Pewnie, gdy emocje opadną, będziemy się cieszyć z naszego srebrnego medalu – powiedziała po meczu Kamila Frątczak.

Za bardzo chciały

Nim jednak doszło do chwil radości i smutku, obie drużyny stoczyły dwa bardzo ciekawe mecze. W pierwszym sobotnim spotkaniu, podopieczne Zbigniewa Krzyżanowskiego zagrały odważnie, ale nieco niefrasobliwie, przez co napędziły wiele strachu swoim kibicom. Pomimo tego, że prowadziły 12:7, dały sobie odebrać prowadzenie, a w konsekwencji przegrywały 21:24. Jednak pomimo piłek setowych, doprowadziły do wyrównania i w końcu wygrały 29:27.
- Wyszłyśmy na ten set zbyt skoncentrowane. Chciałyśmy zwyciężyć, chyba aż za bardzo. Wiedziałyśmy, że bielscy kibice czekają na zwycięstwo i przez to zabrakło w pewnym momencie zimnej krwi. Na szczęście w porę się uspokoiłyśmy i tę partię zdołałyśmy wygrać – dodaje Luba Jagodina.

Kolejne dwa sety toczyły się już pod dyktando gospodyń. Bardzo dobrze zagrały Agata Mróz, Anna Podolec, a mecz sezonu rozegrała Monika Smak, która nie tylko świetnie nagrywała piłki koleżankom, ałe również sama zdobyła 4 punkty, czym wzbudziła aplauz publiczności. Drugi i trzeci set sobotniego meczu, dla bielszczanek był tylko formalnością. Dwa razy pewnie wygrały do 15.

- Zobaczycie, że niedzielny mecz będzie o wiele trudniejszy. Winiary nie poddadzą się tak łatwo i czeka nas ostra walka – mówiła masażystka Elżbieta Handzlik po sobotnim meczu.

A teraz Liga Mistrzyń

I istotnie, w niedzielne popołudnie kaliszanki nie wystawiły głowy pod topór, lecz od pierwszego gwizdka ostro zabrały się za robotę. Szkoda tylko, że w kaliskich szeregach na miarę możliwości zagrały jedynie reprezentantki Polski – Kamila Frątczak i Maria Liktoras. Siatkarki znad Prosny jednak tylko w drugim secie zepsuły sporo krwi gospodyniom i omal nie wygrały.

- Co tu dużo mówić, zespół BKS był od nas lepszy w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła. Gdybym miał do dyspozycji taki skład, jakim może pochwalić się trener Krzyżanowski, może wynik byłby inny. Pozostaje tylko pogratulować BKS mistrzostwa Polski i życzyć sukcesów w Lidze Mistrzyń – stwierdził trener gości Czesław Tobolski.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

Walczę o swoje!

Monday, April 26th, 2004

Adelheida Kiełkowska z Rybnika (na zdjęciu) stara się o zwrot wywłaszczonej w latach 60. nieruchomości. Swoim problemem zainteresowała prezesów spółdzielni, urzędników, a nawet sąd. Z każdej instytucji odsyłana jest z kwitkiem.

Pani Adelheida zaznacza, że jako jedyna posiada akt własności spornego kawałka ziemi. Działka w Rybniku-Chwałowicach, którą próbuje odzyskać, w przeszłości należała bowiem do jej rodziców. Pod koniec lat 60. decyzją Powiatowej Rady Narodowej w Rybniku przejęta została na własność państwa. Na tym terenie powstać miało osiedle mieszkaniowe.

Bloków nie ma…

- Tyle tylko, że na planach się skończyło. Choć ziemia przeznaczona była dla wodzisławskiej Spółdzielni Mieszkaniowej “ROW” pod budowę osiedla, to żaden blok nie powstał. Co więcej, ostatecznie działka nie trafiła nawet w ręce spółdzielni. Dlatego uważam, że powinna być nam zwrócona, tym bardziej, że nikt prócz mnie nie posiada aktu własności ziemi – wyjaśnia pani Adelheida.

Tymczasem w 1992 roku Skarb Państwa oddał nieruchomość w użytkowanie wieczyste KWK “Chwałowice”. Kopalnia rozpoczęła nawet jakąś budowę, ale inwestycji nie zdołano dokończyć. Wszystko, co po niej zostało, to kawałek muru. Pięć lat później nieruchomość, na której znajduje się m.in. działka naszej Czytelniczki, aktem notarialnym przekazana została Spółdzielni Mieszkaniowej “Centrum”. Jednak i tutaj trudno szukać jakiejkolwiek dokumentacji z okresu, zanim parcela przeszła na majątek spółdzielni. Pani Adelheida postanowiła zainteresować sprawą rybnicki Urząd Miasta.

Postępowanie umorzone

- Do magistratu wystosowałam wniosek o zwrot wywłaszczonej nieruchomości. Przez długi czas postępowanie tkwiło w martwym punkcie, aż wreszcie doszło do rozprawy administracyjnej. Tylko co z tego, skoro wydział mienia umorzył postępowanie jako bezprzedmiotowe – rozkłada bezradnie ręce pani Adelheida.

W uzasadnieniu przeczytała, że przed 1 stycznia 1998 roku działka została oddana w wieczyste użytkowanie spółdzielni i dlatego zgodnie z prawem roszczenie o jej zwrot nie przysługuje. Pani Adelheida nie rozumie, jak w ogóle urzędnicy mogli prowadzić sprawę, skoro nie dysponowali podstawową dokumentacją.

- W urzędzie nie znaleziono żadnych archiwalnych papierów dotyczących mojej działki. Sama dostarczyłam kserokopię decyzji Prezydium Powiatowej Rady Narodowej z 1967 r. – opowiada kobieta. – Natychmiast napisałam odwołanie do wojewody śląskiego, ale ten utrzymał w mocy zaskarżoną przeze mnie decyzję.

Nie widząc innego rozwiązania, pani Adelheida wniosła skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach. Jak mówi, miała nadzieję, że tą drogą odzyska działkę. Jednak sąd oddalił skargę.

Kto pomoże?

- Poruszyłam już chyba wszystkie instytucje i nic. Jak to możliwe, że choć posiadam oryginał aktu własności, nie mogę odzyskać ziemi. Nikt prócz mnie nie ma kompletu dokumentów, co najwyżej dysponują moimi kserokopiami, a mimo to parcela przechodzi z rąk do rąk. Teraz znów doszły mnie słuchy, że ziemię nabyła jakaś prywatna osoba. Zastanawia też fakt, że przy kolejnych wpisach w księgach wieczystych, parcela gdzieś się gubi. Kiedyś powiedziałam sobie, że nie spocznę, póki nie odzyskam swej własności, ale teraz coraz częściej dochodzę do wniosku, że te moje starania o zwrot działki to walka z wiatrakami – podsumowuje pani Adelheida.


Katarzyna Wołczańska § Zgodnie z art. 229 ustawy o gospodarce nieruchomościami roszczenie o zwrot nieruchomości wywłaszczonej nie przysługuje, jeżeli przed dniem 1 stycznia 1998 roku nieruchomość została sprzedana albo oddana w użytkowanie wieczyste osobie trzeciej, a prawa nabywcy zostały ujawnione w księdze wieczystej.


Mówi Krzysztof Jaroch, rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Rybniku:

Jeżeli osoba chce ustalić aktualnego właściciela działki, powinna złożyć wniosek do wydziału geodezji i kartografii do referatu ewidencji gruntów i budynków. Musi jednak wykazać, że ma w tym interes prawny. Dobrze, jeśli dysponuje dokumentami, które by taki stan rzeczy potwierdzały.

Autor artykułu: Katarzyna Wołczańska

Park bez prądu

Thursday, April 22nd, 2004

Wczoraj o godz. 11.30 Górnośląski Zakład Elektroenergetyczny wyłączył prąd w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku. Do godz. 17 prądu nie było w Ośrodku Harcerskim, Skansenie,
kilku restauracjach, budynku dyrekcji, części Wesołego Miasteczka oraz Hali Wystaw. Straty prywatnych dzierżawców – restauratorów, hotelarzy, właścicieli hurtowni i firm sięgają od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jeśli do poniedziałku nie znajdzie się 275 tys. złotych, GZE znowu odetnie energię.

Z hurtowni zabawek, która mieści się na terenie Ośrodka Harcerskiego nie wyjechał wczoraj towar wart prawie 100 tys. zł. Nie działały kasy fiskalne, komputery, a później już telefony. – Jesteśmy związani umowami, przecież grożą nam kary finansowe za niewywiązanie się z umów! To nieodpowiedzialne! – łapała się za głowę Iwona Skwara, kierowniczka działu sprzedaży w hurtowni.


Nikt się nie spodziewał…

W restauracji “Kamienny Kasztel” nie przyjmowano wczoraj gości. Odwołano rezerwacje. Dzierżawca szukał agregatu prądotwórczego. – W chłodniach i lodówkach mamy towar za kilkadziesiąt tysięcy złotych – mówił jeden z kelnerów.

Marek Niemeczek, właściciel strzelnicy sportowej musiał odprawić klientów. Stracił na tym 1,5 tys. zł. – Jak można? – kręcił z niedowierzaniem głową. – Nikt nas nie powiadomił. Będę musiał wynająć firmę ochroniarską do pilnowania obiektu. Kto mi te dodatkowe koszty pokryje? – pytał rozgoryczony.

Nikt się tego nie spodziewał. Zbigniew Widera, prezes WPKiW do końca wierzył, że GZE najwyżej wyłączy nieczynną Halę Wystaw “Kapelusz” i PTTK. – Taką informację dostaliśmy we wtorek po południu od GZE, mimo iż wpłaciliśmy 20 tys. zł. Tyle mieliśmy. Dostaliśmy ostrzeżenie, że w środę musimy zapłacić 65 tys. zł. Robiliśmy wszystko, żeby to zebrać – utyskuje Widera.


Na szczęście, ocalało zoo

Przed południem GZE odłączył Ośrodek Harcerski, Skansen, budynek dyrekcji, część Wesołego Miasteczka, Halę Wystaw oraz kilka restauracji: “Zieloną Dolinę”, “Bar pod różą”, “Kamienny Kasztel” i “Cichy Zakątek”. Stanęła kolejka linowa “Elka”. Oświetlenia nie było na linii od PTTK do Wesołego Miasteczka. Na szczęście ocalono zoo. – Czekaliśmy na pieniądze trzy miesiące. Uprzedzaliśmy, że to się tak może skończyć – kwituje Łukasz Zimnoch, rzecznik GZE.

Widera chwycił za telefon. O pomoc prosił wojewodę, marszałka, ministra Skarbu Państwa, do którego należy WPKiW. Po godzinie przestały działać telefony. – To niepoważne. Nie jesteśmy hutą, która nie płaci trzy lata. Zaległości zdarzyły się nam po raz pierwszy – bronił się Widera. – O dziwo, rano GZE podniósł swe żądania. Mamy zapłacić co najmniej 196 tys. zł, choć umawialiśmy się na 65 tys. zł!

Na wczoraj zaplanowano rozruch karuzel, bo w sobotę rusza sezon w Wesołym Miasteczku, które ma zarobić na całe WPKiW. Ludzie byli wystraszeni. – Jak tu zrobić odbiór techniczny, jak nie ma prądu? – pytał zaskoczony Dariusz Pradela z lunaparku. Wielu dzierżawców mających budki z jedzeniem zwoziło mrożonki. – 150 kilo mi przywieźli i teraz to nie wiem, co z tym zrobić. Jak można w ten sposób z nami postępować? Przecież my płacimy co do grosza, z niczym nie zalegamy – denerwowała się Izabela Urbańska pracująca w jednej z restauracji.
Na godz. 16 Widera w trybie pilnym zwołał spotkanie z dzierżawcami restauracji. Chciał ich przekonać, aby kredytowali w miarę możliwości prąd do czasu, kiedy nie spłyną pieniądze z ministerstwa.


Pozostała tylko nadzieja

Najgorsza sytuacja panowała wczoraj w Ośrodku Harcerskim. – Ja mam gości, wycieczkę uczniów z Prudnika. Brak prądu to dla mnie nie tylko strata materialna, ale przede wszystkim prestiżowa – mówił zdenerwowany Andrzej Lichota, dyrektor ośrodka. W hotelu nie było światła, ciepłej wody. – Rozmawiałem z dyrektorem Stadionu Śląskiego, żeby użyczył moim gościom szatni piłkarskich i łazienek!

Ośrodek jest wypłacalny, płaci wszystko w terminie. Wczoraj przesłał GZE 19 tys. zł za prąd.

W strachu byli właściciele firm na terenie ośrodka. – Przecież systemy alarmowe nie będę działać na akumulatory przez dwa dni. Wie pani, ile ja tu mam cennego towaru? Kto mi to zabezpieczy? – pytał jeden z nich.


Obawy lokatorów

Prądu nie mieli też mieszkańcy jedynego bloku na terenie WPKiW. Firma reklamowa działająca na parterze budynku zasilała komputery, telefony i drukarkę dzięki agregatowi prądotwórczemu. – Co ja zrobię w nocy? – pytała zatroskana Marta Chmura, jedna z mieszkanek. – A jedzenie w lodówce?

Ok. 17 Górnośląski Zakład Elektroenergetyczny zdecydował o włączeniu prądu w Parku. – Udało nam się dojść do porozumienia i poszliśmy na rękę WPKiW – powiedział tylko Łukasz Zimnoch. – Obiecano nam, że od poniedziałku Park zacznie regulować należności.

Prezes Widera odetchnął z ulgą. – Oby tylko w weekend pogoda i ludzie dopisali – modli się Widera.

Kto zapłaci za szkody spowodowane brakiem prądu, nie wiadomo.


Warunkowa pomoc

Tydzień temu Ministerstwo Skarbu Państwa przyznało WPKiW 12 mln zł z pomocy publicznej. Szkopuł w tym, że postawiono dwa warunki: umorzenie podatku od nieruchomości (Park zalega miastu Chorzów 6,2 mln zł) i przejęcie zoo przez samorząd wojewódzki. Jak do tej pory, nic się w tej sprawie nie stało. Prezydent Chorzowa Marek Kopel, mimo deklaracji, decyzji nie podjął, podobnie jak Michał Czarski, marszałek śląski, który zapowiedział, że jeśli przejmie zoo to wraz z całym Parkiem. WPKiW zostało na spełnienie warunków tylko tydzień, inaczej pieniądze przepadną.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Sądny dzień pani doktor

Thursday, April 22nd, 2004

Dwa razy jednego dnia policja zatrzymała za kierownicą pijaną lekarz pediatrę ze szpitala w Bielsku-Białej. Za drugim razem było to po wypadku, który spowodowała. Wczoraj została dyscyplinarnie zwolniona z pracy

Dla doktor Haliny W. ostatni wtorek pechowy był od samego rana. – 0 godz. 9 oficer dyżurny Komisariatu Policji otrzymał informację, że spod swojego domu pod Bielskiem wyjechała nietrzeźwa kobieta kierująca alfą romeo. Ruszając, uderzyła w płot. Nie zraziła się tym niepowodzeniem i pojechała dalej. Wysłani na miejsce policjanci z Komisariatu Policji w Szczyrku, zatrzymali samochód o 10.15 przy ulicy Fałata w Bystrej – mówi Urszula Szatkowska, oficer prasowy bielskiej policji.

- Chcieli przebadać alkomatem trzeźwość kierowcy. Jednak zatrzymana do kontroli drogowej kobieta odmówiła – dodaje Szatkowska.

Jak udało nam się ustalić, samochodem kierowała Halina W. Policjanci zawieźli ją na pogotowie ratunkowe, by zbadać zawartość alkoholu we krwi. Ale i tym razem się nie udało.
- Jeżeli pacjent odmawia poddania się badaniu krwi, my nie mamy żadnej możliwości wykonania takiego badania. Jeżeli mamy nakaz od policji lub z prokuratury, możemy takie badanie wykonać z użyciem środków przymusu bezpośredniego. W przeciwnym wypadku nie – uciął rozmowę Ryszard Odżywołek, dyrektor Pogotowia Ratunkowego w Bielsku-Białej.
Poziom alkoholu w wydychanym powietrzu u zatrzymanej udało się stwierdzić dopiero w izbie wytrzeźwień. Okazało się, że jest to około 1,3 promila.


Pacjentka dobrze znana

Nietrzeźwa kobieta w izbie nie spędziła zbyt wiele czasu.

- Policjanci poprosili nas tylko o zbadanie stanu trzeźwości Haliny W. Nie było polecenia, byśmy zostawili ją u nas – mówi Edward Brzózka, zastępca dyrektora bielskiej Izby Wytrzeźwień. – Przepisy mówią jednoznacznie, że jeżeli osoba nie wykazuje zagrożenia dla siebie samej i otoczenia, można ją przewieźć do policyjnej izby zatrzymań, odstawić do domu lub puścić wolno. Halina W jest naszą pacjentką. Była u nas już cztery razy. Pomimo tego, że zwracaliśmy się o to i do niej samej, i do rodziny, nie została skierowana na leczenie – dodaje.

Około godz. 16 Halina W., wraz ze swoim znajomym, zgłosiła się po odbiór samochodu. Mężczyzna był przez nią upoważniony do zabrania pojazdu.

Uciekła z pracy

Krótko po wizycie w izbie wytrzeźwień, lekarka przyjechała na dyżur do pracy, gdzie w poradni endokrynologicznej w bielskim Szpitalu Pediatrycznym czekali na nią pacjenci. Niestety, znowu miała pecha. Jej przełożeni podejrzewając, że rozpoczęła dyżur pod wpływem alkoholu, znowu zawiadomili policję. Kiedy kobieta dowiedziała się o tym, pośpiesznie opuściła szpital.

- 40 minut później policjanci otrzymali informację, że w okolicach Szpitala Wojewódzkiego rozbił się samochód marki alfa romeo. Kierująca nim kobieta, której wcześniej zostały odebrane uprawnienia do prowadzenia samochodu, doznała wstrząśnienia mózgu, miała ranę tłuczoną głowy, skręcenie stawu kolanowego prawego oraz zerwanie wiązadeł, również w prawym kolanie – wylicza Urszula Szatkowska.

Dyscyplinarka

Poszkodowana Halina W. trafiła do Szpitala Wojewódzkiego, skąd wieczorem zabrała ją rodzina. Skontaktowanie się z nią wczoraj było niemożliwe.

- Chcę podkreślić, że nikt nie złapał Haliny W. na pijaństwie. Nie było możliwości sprawdzenia tego faktu przez nas bez udziału policji. Policję o tym zdarzeniu zawiadomił kierownik poradni endokrynologicznej, podejrzewając, że pomimo tego, iż pełni dyżur, jest pod wpływem alkoholu. Nie było mnie wówczas na terenie szpitala, ale teraz otrzymałem na ten temat informacje i w związku z tym, że pani doktor samowolnie opuściła miejsce pracy, postanowiłem zwolnić ją w trybie dyscyplinarnym – mówił nam wczoraj dyrektor Jacek Puchała ze Szpitala Pediatrycznego w Bielsku-Białej.

- Do tej pory nie było na tę panią żadnych skarg. Słyszałem o jej kłopotach w życiu prywatnym, przez które może mieć problemy z alkoholem, ale nie mogę dopuścić do tego, by rzutowały one na jej pracę. Zwłaszcza, że jest to praca z dziećmi – dodał Puchała.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

Czekanie na sprawiedliwość

Wednesday, April 21st, 2004

Lidia Szymik nie widzi. Żyje w ciemności i świecie dziwnych wrażeń i złudzeń, w strachu. Nie musiało tak być, gdyby wcześniej zdiagnozowano u niej guza mózgu. Zabrakło staranności lekarki. Od trzech lat czeka na to, by odpowiedziała za swój błąd.

Pani Lidia długo próbowała przekonać okulistkę, że traci wzrok, mimo podjętego leczenia. Zamiast zlecić dodatkowe badania, lekarka ze Szpitala Miejskiego nr 1 w Rudzie Śląskiej leczyła ją na zaćmę. Twierdziła, że utrata wzroku jest efektem cukrzycy itd. Tak było przez ponad dwa lata, do czasu, kiedy wraz z mężem zwróciła się do prywatnej kliniki.

Wyrok i ból

Po specjalistycznych badaniach przyszedł wyrok ? guz siodełka tureckiego i kolejna batalia ? tym razem o operację. Ale ta przyszła za późno. Spustoszeń w mózgu nie dało się już odwrócić. Co więcej, pojawiły się powikłania: brak węchu, smaku, zaburzenia psychiczne, problemy z koncentracją, zaburzenia orientacji, mowy, równowagi, omamy.

- Żona nie odzyskała wzroku. Kiedy patrzy prosto na słońce, nic jej nie razi ? mówi ze łzami w oczach Norbert Szymik.
Najspokojniejsza jest kiedy słucha z magnetofonu książki czytanej przez lektora. Często nie wie, co się wokół niej dzieje.

Nie pogodzą się

Prawdopodobnie, gdyby guz został odkryty wcześniej, pani Lidia byłaby zdrowa. Dlatego mąż postanowił, że nie podaruje lekarce braku wyczucia, staranności, tego że zlekceważyła skargi pacjentki. Zaczął szukać pomocy w Kasie Chorych. Stamtąd odesłano go do rzecznika odpowiedzialności zawodowej lekarzy przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Katowicach.

- Postępowanie wyjaśniające zostało wszczęte trzy lata temu. Utknęło w miejscu. Otrzymywałem zawsze tę samą odpowiedź – sprawa została przekazana do komisji lekarskiej, a oni nie lubią jak ich ponaglać – opowiada pan Norbert.
Skarga do ministra zdrowia na przewlekłość postępowania złożona po roku, przyniosła efekt w postaci jego umorzenia. Wznowiono je we wrześniu 2002 r., po tym jak Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej przyjął skargę małżeństwa. Uznał, że zarzuty są uzasadnione: została wydana nieprawidłowa diagnoza okulistyczna, która wpłynęła na zbyt późne wykrycie choroby, a co za tym idzie – wynik operacji. Szybkie pogłębianie się upośledzenia wzroku powinny skłonić lekarza do szczegółowych badań.

Potem nastąpił kolejny rok milczenia. Poza wzmianką z marca 2003 r., że został powołany biegły, Szymikowie nie mieli żadnych wieści o sprawie. Odetchnęli dopiero miesiąc temu. Rzecznik skierował wniosek o ukaranie lekarki do Okręgowego Sądu Lekarskiego.

Jeszcze nie koniec

Od marca 2002 r. równolegle do postępowania w Izbie Lekarskiej, toczy się sprawa w prokuraturze. Tam jest jeszcze gorzej. Po pierwszych przesłuchaniach w lipcu 2002 r. dochodzenie zostało umorzone.
- Nie miałem pojęcia jak postępować, nigdy nie miałem do czynienia z prawem ? mówi Norbert Szymik. – Tymczasem w prokuraturze nie chciano przyjąć mojego zażalenia na postanowienie prokuratora, ani nawet wysłuchać, tłumacząc, że nie jestem osobą pokrzywdzoną w sprawie.

Pani prokurator nie poinformowała mnie jednak, że wystarczy pełnomocnictwo od żony, bym mógł występować w jej imieniu.
Pomogli życzliwi ludzie. Poradzili by napisać wniosek o obrońcę z urzędu, pełnomocnictwo, wniosek o przywrócenie terminu na złożenie zażalenia i zażalenie na postanowienie o umorzeniu dochodzenia. Po kilku interwencjach w Prokuraturze Okręgowej w Gliwicach i Apelacyjnej w Katowicach postanowiono o kontynuowaniu postępowania.

- Niestety, ostatnie wieści jakie mam o tej sprawie pochodzą sprzed roku. “Postępowanie przygotowawcze nie zostało zakończone i trwa oczekiwanie na opinię biegłego z okulistyki i neurochirurgii”. Milczy prokuratura, milczy nasz pełnomocnik z urzędu. Niczego nie możemy się dowiedzieć ? żali się pan Norbert.

Małżeństwo wykorzystało już wszystkie drogi poszukiwania sprawiedliwości za swoją krzywdę. W kwietniu 2003 r. założyli sprawę o odszkodowanie w sądzie cywilnym. Niedługo ma się odbyć pierwsza rozprawa. Czekają na nią z nadzieją, że wreszcie coś się ruszy.

Autor artykułu: Anna Góra

Protestuję!

Monday, April 19th, 2004

Trener GKS Katowice, Jan Żurek, po przegranym meczu z Polonią Warszawa zapowiedział dymisję.

- W poniedziałek spotkam się z prezesem Piotrem Dziurowiczem i powiem mu, że odchodzę – oświadczył szkoleniowiec. Powodów tej decyzji jest kilka. Najświeższy stanowiła postawa piłkarzy podczas spotkania na Konwiktorskiej.

- Kilku z nich przeszło obok meczu – denerwował się Żurek.
W przerwie w szatni katowiczan doszło do prawdziwej burzy. Trener GKS nie ukrywał, że najchętniej zmieniłby kilku zawodników, ale “krótka” ławka rezerwowych nie pozwalała mu na taki manewr. I chociaż w drugiej połowie jego podopieczni prezentowali się znacznie lepiej to punkty zostały w stolicy, a kropla goryczy przelała czarę.

- Niech moja dymisja będzie protestem. Zarówno przeciwko postawie zawodników, jak i przeciwko ogólnej sytuacji w klubie – zadeklarował Żurek. – Nie mam już zamiaru tego wszystkiego firmować, chyba mój czas minął.
Prezes Dziurowicz nie zamierza na razie komentować tych postanowień.

- Dopóki nie spotkam się z trenerem nic nie powiem. Szkoda tylko, że o takich sprawach dowiaduję się od dziennikarzy – powtarza sternik GKS.

Podtekstów i plotek, także tych o – delikatnie mówiąc – mniejszym zaangażowaniu w grę w ramach rozliczeń finansowych zaległości – nie chce komentować żadna ze stron.

- Nie ma o tym mowy. Jesteśmy w dołku i tyle. A etykietkę przypięto nam już wtedy, gdy prezes wystawił wszystkich na listę transferową. Granie przeciwko komuś lub czemuś nie miałoby sensu, spadek nie jest w interesie żadnego z nas – twierdzi jeden z zawodników.

Determinacja szkoleniowca rozpętała już jednak burzę, choć jego faktyczne odejście wcale nie jest przesądzone. Momentalnie ruszyła giełda nazwisk jego potencjalnych następców. Najwyższe lokaty okupują Lechosław Olsza i Jan Furtok, którzy nie byliby zbyt kosztowni, co nie jest w sytuacji katowiczan argumentem bez znaczenia.

Autor artykułu: Rafał Musioł