Archive for April, 2004

MK Górnik – Odra Opole 1:0

Monday, April 19th, 2004

Gospodarze odnieśli pierwsze tej wiosny zwycięstwo, pokonując opolską Odrę 1:0 (1:0). Jedynego gola zdobył w pierwszej połowie Ireneusz Waluś, wykorzystując podanie Piotra Maroszka. – Nie było czasu, aby przyjąć piłkę, dlatego uderzyłem od razu – opowiadał o tym golu jego strzelec.

Zespół z Kostuchny przystąpił do meczu bez kilku podstawowych zawodników. – Nie chcę się skarżyć, ale kłopoty kadrowe to nasza największa bolączka – przyznał trener MK, Stefan Pietraszewski. – Nie mogłem zrobić nawet czwartej zmiany, bo nie było już nikogo na ławce rezerwowych.

Dodatkowo w następnym meczu może zabraknąć Sebastiana Stemplewskiego, który 7 minut przed końcem, za opóźnianie gry, został ukarany drugą żółtą kartką i musiał zejść do szatni. To zachęciło piłkarzy Odry do ataków i w końcówce byli oni bliscy wyrównania. Najdogodniejszej sytuacji nie wykorzystał w 71 min. Grzegorz Kochanowski, który z 6 metrów nie zdołał pokonać Arkadiusza Czmoka. Bramkarz MK wykazał się również refleksem w 90 min, broniąc kąśliwy strzał Marka Tracza.

- Wygrał cały zespół, nie czuję się bohaterem – powiedział zadowolony ze swej gry bramkarz MK. – Gdybym się ruszył przy strzale Kochanowskiego, to z pewnością piłka wpadłaby do siatki, ale wyczekałem do końca.

W doliczonym już czasie goście domagali się rzutu karnego. W polu karnym piłka – ich zdaniem – dotknęła ręki Damiana Stocha.

- Sędzia nie widział, choć ślepy by to dostrzegł – złościł się trener opolan, Dariusz Kaniuka. – Chyba tak musiało być, że gospodarze zdobyli w tym meczu trzy punkty.

Na listę strzelców tym razem nie wpisał się były piłkarz Sokoła Zabrzeg, Piotr Maroszek, choć zaliczył asystę.
- Chciałem strzelić bramkę dla mojej siostry, która dzisiaj wychodzi za mąż – powiedział. – Miałem na tę okoliczność przygotowaną koszulkę.

Autor artykułu: l. jaź.

Policja pilnie poszukiwana

Monday, April 19th, 2004

Jackowi Mikrutowi skradziono dokumenty. Chciał zgłosić kradzież w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Katowicach, ale odesłano go do policyjnego Punktu Przyjęć Ludności. Nic nie załatwił, bo w biurze nikogo nie było.

Tylko sprawy wyższej wagi
- Poszedłem do Komendy Wojewódzkiej. W recepcji powiedzieli mi, że tutaj nie zajmują się takimi sprawami i odesłali mnie do Punktu Przyjęć Ludności przy ulicy Chrobrego 26 na Tysiącleciu. To dwa bloki dalej od mojego – opowiada pan Jacek.
- Komenda Wojewódzka zajmuje się sprawami o wyższej wadze, zawiłości i stopniu skomplikowania. Kradzież dokumentów można zgłaszać w komisariacie, najbliższym miejsca zamieszkania. Można również zrobić to w jednostce, która jest w pobliżu – tłumaczy sierżant Anna Gadzińska z Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach.

A może komisariat?
- To jakieś nieporozumienie. Gdyby Czytelnik przyszedł do Komendy Miejskiej, czyli wybrałby wejście obok, zostałby przyjęty. Sporządzono by dokumentację, którą i tak odesłalibyśmy do właściwego komisariatu. Jeżeli już, to powinien być odesłany do najbliższego komisariatu, a nie do Punktu Przyjęć Ludności – mówi Magdalena Szymańska-Mizera z Komendy Miejskiej Policji w Katowicach.

Pocałował klamkę
Jacek Mikrut poszedł do Punktu Przyjęć Ludności na Chrobrego. Na drzwiach biura przeczytał: “Przyjmowanie interesantów w każdy czwartek, godz. 18.00- 19.00. Dyżury pełnią dzielnicowi”. – Co tydzień chodziłem i sprawdzałem. Nikogo nie było. Tylko w marcu i kwietniu byłem chyba pięć razy i nikt nie otwierał. Nie dość, że muszę latać za nowymi dokumentami, to jeszcze za policją – żali się Jacek Mikrut.

Za zimno na dyżury
- Punkt Przyjęć Ludności działa. Dyżury pełnią tam dzielnicowi. Biuro jest jednak nieogrzewane i mogło się zdarzyć, że ze względu na zimno, nikogo w środku nie było. Policjanci są także czasem wzywani przez mieszkańców i muszą wtedy zamknąć punkt. Jeżeli ktoś chce, to może tam zgłosić kradzież, ale nie ma sensu czekać parę dni, aż w biurze będzie pełniony dyżur. Lepiej pójść do najbliższego komisariatu – tłumaczy Magdalena Szymańska-Mizera.

Zgłaszać jak najszybciej
- Od kradzieży minęło już sporo czasu i boję się, żeby ktoś moich dokumentów nie wykorzystał – skarży się pan Jacek.
- Kradzieże dokumentów należy zgłaszać jak najszybciej. To uniemożliwi sprawcy posłużenie się dokumentem np. w banku lub przy kupnie telefonu komórkowego – przestrzega Anna Gadzińska z KWP.

Autor artykułu: Tomasz Wołk-Jankowski

Fuszerka

Thursday, April 15th, 2004

Sypią się domy na osiedlu Spisaka w Dąbrowie Górniczej. W wybudowanych zaledwie dwa lata temu domkach mieszkańcy co rusz natrafiają na nowe niedoróbki.

Po zaledwie dwóch latach użytkowania, domkom na osiedlu Spisaka w Dąbrowie Górniczej grozi zagłada. Na ścianach pojawiają się spękania, sufity atakują grzyby i pleśń, a okna przeciekają. Jeśli w najbliższym czasie usterki budowlane nie zostaną usunięte, osiedle obróci się w ruinę. Nikt nie kwapi się jednak do roboty. Zwłaszcza że główny wykonawca domów – gliwicka firma Radimex – wpadł w poważne kłopoty finansowe?


Pozory mylą

Z zewnątrz osiedle Spisaka wygląda jak z bajki – wybrukowane uliczki, czyste podwórka, zadbana zieleń. Ale wewnątrz domów – prawdziwa katastrofa.

- Jeszcze trochę, i nie da się mieszkać. Woda leci do mieszkania przez nieszczelne okna przy byle deszczu, chociaż były już raz wymieniane. Nic więc dziwnego, że pod oknami pojawia się grzyb i zaczyna odpadać gips – skarży się Marzena Barczyk.

W mieszkaniu Marioli Trocińskiej jest jeszcze gorzej. Na ścianach korytarza zbudowanych z płyt gipsowo-kartonowych pojawiają się duże zacieki, grzyb toczy sufit łazienki, a pleśń opanowała część piętra.

- Najgorzej jest na nieużytkowanym poddaszu. Na mój wniosek przyszedł w końcu inspektor nadzoru i odkrył fatalne fuszerki. Brakuje izolacji, wełna mineralna odpada od ścian, a tam gdzie jeszcze się trzyma, jest źle przymocowana. Już wychodzi pleśń na płytkach dachowych. Nic dziwnego, że wilgoć przechodzi do środka – denerwuje się Mariola Trocińska, wskazując na dziury pod parapetami, które prowizorycznie zatkała gąbką.


Związane ręce

Wszystkie roboty budowlane objęte są trzyletnią gwarancją wykonawcy. Aby dotrzymać umowy gwarancyjnej, mieszkańcom nie wolno samodzielnie niczego naprawiać. Problem w tym, że choć zgłaszają usterki, nikt nie kwapi się do ich usuwania.

- Ten regulamin to cyrk. Nie dość, że nie mogę założyć na dachu anteny telewizyjnej, ani w łazience kabiny prysznicowej, to mamy patrzeć, jak grzyb i pleśń atakują kolejne pokoje? Jak długo jeszcze będziemy czekać na remont? Mamy tylko patrzeć jak wszystko niszczeje? – pytają mieszkańcy.

Jeśli samowolnie dokonają jakichkolwiek napraw, albo choć drobnych przeróbek, naruszą warunki umowy i za wszystkie remonty będą musieli płacić z własnej kieszeni.

Głosy niezadowolonych mieszkańców osiedla dotarły do urzędu.
- Pod koniec zeszłego tygodnia odbyło się spotkanie robocze poświęcone sytuacji na osiedlu Spisaka. Ustalono, że przegląd gwarancyjny odbędzie się w dniach 15-16 kwietnia i wezmą w nim udział m.in. przedstawiciele wykonawcy z firmy Radimex i naszego MZBM. Sporządzona zostanie wówczas szczegółowa lista usterek i wycena ich wartości – mówi Lucyna Stępniewska, rzecznik prasowy Urzędu Miejskiego w Dąbrowie Górniczej.


Oby starczyło kasy!

Zgodnie z umową, Radimex – projektant i wykonawca osiedla – zobowiązany jest do naprawy wszystkich usterek budowlanych. Tylko że nie ma na to pieniędzy…

- Już teraz mogę powiedzieć, że tej firmy na to nie stać. Ma ogromne zaległości sięgające dwóch lat w zapłacie podwykonawcom z tytułu różnych robót budowlanych i wykończeniowych – twierdzi osoba doskonale orientująca się w finansach Radimeksu.

Na dowód przytacza fakty, że długi firmy są notowane na różnych giełdach wierzytelności i przekraczają grubo ponad 2,5 mln zł. Skąd więc wziąć pieniądze na remonty?
Osiedle Spisaka zostało ubezpieczone i objęte klauzulą gwarancji dobrego wykonania.

- Niestety, firma Radimex ogłosiła upadłość, w związku z czym zaistniały trudności z wyegzekwowaniem terminowego usuwania usterek stwierdzonych w czasie przeglądów gwarancyjnych. W związku z tym Urząd Miejski podjął działania zmierzające do uruchomienia ubezpieczeniowej gwarancji należytego wykonania, złożonej przez wykonawcę w Towarzystwie Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta, celem uruchomienia środków finansowych na usunięcie usterek – mówi Waldemar Baranowski, naczelnik miejskiego wydziału przedsięwzięć publicznych.

Co się jednak stanie, jeśli pieniądze z ubezpieczenia nie pokryją w całości kosztów usuwania fuszerek i usterek?


Wiesław Radecki, prezes spółki Radimex w Gliwicach:

Firma nie jest w upadłości, ale ma otwarte postępowanie układowe. Mamy długi, ale i należności do odzyskania. Pod tym względem nie jesteśmy wyjątkiem na rynku budowlanym. Nie jesteśmy firmą, która nie chce usuwać usterek, ale część z nich wynika z niedbalstwa mieszkańców.
Dwa razy brałem udział w przeglądach i twierdzę, że w części mieszkań panuje bród, smród, nędza i ubóstwo. Nie zarzekam się, że w żadnym z 200 budynków nie doszło do fuszerki. Mogło się tak zdarzyć, biorąc pod uwagę szybkie tempo inwestycji. Jeśli faktycznie skargi mieszkańców się potwierdzą i będą naszą winą, to je uwzględnimy.

Autor artykułu: Marcin Twaróg, ps

Pańskie oko

Thursday, April 15th, 2004

Sosnowiczanie zrobili kolejny krok w kierunku upragnionej drugiej ligi. W obecności właściciela Zagłębia, Francesco Cimminellego wysoko wygrali z Rozwojem Katowice. Dla gości, którzy są coraz bliżej strefy spadkowej, była to trzecia kolejna porażka.

Cimminelli po raz drugi gościł na obiekcie Zagłębia. Pierwszej wizyty nie wspomina chyba najlepiej, bo sosnowiczanie jeszcze w drugiej lidze przegrali aż 0:3 z ŁKS Łódź.

Obok Cimminellego na trybunie honorowej zasiedli szefowie i trenerzy innego klubu Cimminellego, AC Torino, oraz przedstawiciele władz miasta. Sosnowieccy kibice wywiesili wielki transparent z napisem “Tante Grazie a Francesco Cimminelli”. Włoch tuż przed meczem otrzymał od piłkarzy i kibiców kwiaty w barwach Zagłębia oraz koszulkę klubową.
- Pierwszy raz go widziałem. Przed meczem przyszedł do szatni i życzył nam jak najlepszej postawy. Mówił, że chce zobaczyć jak gramy – opowiadał Marcin Lachowski, pomocnik Zagłębia.
Gospodarze ze swojego zadania wywiązali się znakomicie. Od pierwszego gwizdka sędziego dominowali na murawie. Co już staje się tradycją, szybko objęli prowadzenie. W 12 minucie sędzia podyktował rzut wolny dla Zagłębia z odległości około 18 metrów od bramki Rozwoju. Do piłki podszedł Lachowski. Strzelił bardzo mocno. – Nie mierzyłem dokładnie. Trafiłem tam gdzie stał bramkarz, ale uderzenie było na tyle silne, że piłka wpadła do siatki – opowiadał pomocnik Zagłębia.

Lachowski jeszcze kilka razy groźnie uderzał na bramkę Rozwoju. Nie miał jednak już tyle szczęścia. Albo świetnie bronił Marek Kolonko, albo piłka minimalnie mijała bramkę. – Żałuję kilku strzałów. Ale jest dobrze. Łapię rytm. W pierwszych spotkaniach nie grało mi się zbyt dobrze, teraz jest już znacznie lepiej. Forma idzie w górę – zapewniał Lachowski.

W pierwszych minutach swoją szansę mieli też goście. Tuż przed tym jak Zagłębie zdobyło gola, bliski pokonania Sławomira Rydla był Grzegorz Rajman. Katowiczanin strzelał również z rzutu wolnego. Uderzył technicznie. Niektórzy jego koledzy już krzyknęli gol, ale piłka uderzyła tylko w boczną siatkę.

- Zabrakło centymetrów – żałował Rajman. – Wydaje mi się jednak, że przy tej grze nie bardzo była szansa na zdobycie choćby punktu. Zagraliśmy słabo – dodał.

Sosnowiczanie całkowicie panowali na boisku. W 29 minucie prowadzili już dwoma bramkami. Na pole karne dośrodkował Łukasz Antczak, stojący około sześć metrów przed bramką Dawid Skrzypek nie miał problemów z umieszczeniem piłki w siatce. Po czym zaprezentował kibicom podkoszulek z napisem “I love Jesus”.

- Jestem zaskoczony organizacją gry Zagłębia. Mają indywidualności. Gospodarze zdecydowanie przewyższają swoich rywali – chwalił sosnowiczan, Roberto Cravero, dyrektor sportowy AC Torino.

Po przerwie gospodarze nadal przeważali. Z wielu sytuacji wykorzystali tylko jedną. Gola po indywidualnej akcji zdobył Tomasz Malinowski. Goście mieli sporo pretensji do arbitra, bo uważali, że pomocnik Zagłębia zagrał piłkę ręką.

- Bardzo długo czekałem na tego gola, już straciłem nadzieję, że w ogóle go zdobędę. Według mnie odbyło się wszystko w ramach przepisów – powiedział Malinowski.

Autor artykułu: Michał Micor

Czy zmarnowano publiczne miliony?

Thursday, April 15th, 2004

Dwa miliony złotych dostała już z budżetu Śląska i Komitetu Badań Naukowych prywatna spółka z Gliwic pracująca nad Regionalnym Systemem Informacji o Przestrzeni. – To doskonale zorganizowany transfer pieniędzy publicznych do małej spółki – skarżą się w Warszawie śląscy geodeci. Publiczne pieniądze pompowane są w coś, czego nikt nie widział na oczy – mówią.

Kontrowersyjna decyzja
W 2001 r. ówczesny marszałek województwa, Jan Olbrycht, zlecił gliwickiemu Instytutowi Systemów Przestrzennych i Katastralnych opracowanie systemu, który będzie zawierał kompleksowe dane dotyczące regionu. Ta decyzja kosztowała budżet Śląska 1 mln zł, a 950 tys. zł – Komitet Badań Naukowych!
Lista zarzutów wobec systemu jest jednak długa:
1. Udało nam się dotrzeć do dokumentów, z których wynika, że wprowadzenie projektu nie jest zgodne z założeniami krajowego systemu informacji o terenie, prowadzonego przez organy Służby Geodezyjnej i Kartograficznej.
2. W opinii geodetów może dojść do wycieku informacji poprzez system.
3.Urzędy miejskie czy powiatowe nie są odpowiednio przygotowane do korzystania z Systemu.
4. Firmę z Gliwic wybrano… bez przetargu.

Dobra firma…
Jak powiedział nam Jan Olbrycht, w przypadku wyboru firmy do przeprowadzenia pracy badawczej nie ma obowiązku przeprowadzenia przetargu. – Kierowaliśmy się tylko opinią merytoryczną – mówi Olbrycht. – W tamtym czasie to Urząd Marszałkowski na mocy ustawy mógł zlecić przeprowadzenie takich prac. Dopiero później pojawiły się opinie, że to nie należy do kompetencji marszałka. Wybór prywatnej spółki był koniecznością.
Wybór marszałka poparł Komitet Badań Naukowych. Tyle, że akcjonariuszem i członkiem Rady Nadzorczej Instytutu jest prof. Bogdan Ney, członek Komitetu. Ten sam Komitet przyznał Instytutowi dofinansowanie na opracowanie Systemu.
– Jeśli odbywa się głosowanie nad sprawami, które mogą mieć związek z Instytutem, ja nie biorę w nich udziału – tłumaczy profesor.
Jak zapewnia prof. Ney, Instytut jest firmą, która tak jak wiele innych spółek badawczych, wyrosła na bazie rodzimych naukowców. Jak ustaliliśmy, spółka ma jednak swoje korzenie w Australii, a jej kapitał założycielski wynosi… 20 dolarów australijskich, czyli ok. 50 zł. – Od czegoś trzeba przecież zacząć – tłumaczy profesor.

Winni geodeci?
- Zakończyliśmy pracę nad technologią korzystania z danych – twierdzi prezes Instytutu, Andrzej Sabura. – Dzięki temu każdy z zainteresowanych będzie mógł uzyskać potrzebne informacje o terenie przez Internet.
Zastępca dyrektora wydziału geodezji Urzędu Marszałkowskiego, Jarosław Wawrzyn podkreśla, że wszystkie prace nad Systemem przebiegały zgodnie z harmonogramem. – Do 30 listopada System zostanie wdrożony w życie – mówi Wawrzyn.
Tymczasem z dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że zakończenie pracy przewidziano na koniec ubiegłego roku. – Wszystko zostało zablokowane przez działania niektórych geodetów – mówi Sabura. – Burzę wywołuje środowisko geodetów, bo czują się zagrożeni. Pewnie sami chcieliby dostać propozycję pracy nad takim projektem – twierdzi prezes.
“Naszym zdaniem jest to doskonale zorganizowany transfer pieniędzy publicznych do małej spółki” – napisali w liście do Ministerstwa Nauki i Informatyzacji przedstawiciele Geodezyjnej Izby Gospodarczej i śląskiego oddziału Stowarzyszenia Geodetów Polskich.

Była kontrola
W sprawie Regionalnego Systemu Informacji o Przestrzeni w Urzędzie Marszałkowskim przeprowadzono kontrolę. Przedstawiciele Urzędu Wojewódzkiego i Głównego Geodety Kraju wzięli pod lupę sposób i procedury towarzyszące powstawaniu Systemu. – Kontrola wykryła nieprawidłowości – mówi rzecznik wojewody, Krzysztof Mejer. – Złożyliśmy w Urzędzie Marszałkowskim wnioski pokontrolne i marszałek przesłał już odpowiednie pisma, że wykazane przez nas uchybienia zostaną wdrożone w życie.

Co w Systemie?

Regionalny System Informacji Przestrzennej ma zawierać szczegółowe informacje o ewidencji gruntów
i budynków oraz nowoczesną mapę topograficzną z informacjami o obiektach, które są na niej umieszczone. System ma także zawierać dane m.in. o złożach surowców naturalnych i obszarach działań kopalń, zjawiskach i obiektach wodnych i gospodarki wodnej, degradacji powietrza i gleby oraz formach ochrony przyrody.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Wielojajeczny świat

Friday, April 9th, 2004

Na początku było jajo. Chińczycy wierzą, że pierwszy człowiek na Ziemi wyszedł z jajka, które spadło z nieba, a potem długo pływało po wodach oblewających cały glob.

Starożytni myśliciele uznawali jajko za idealny wręcz model naszego świata. Jego skorupka to ziemia, białko to woda, położone w środku żółtko miałoby być ogniem, a gazowy pęcherzyk, który znajduje się nad błonka pod skorupką wierzchołka – to powietrze.

Zbukiem w polityka
W czasach nam współczesnych zwykłe kurze jajko stało się uniwersalnym symbolem. Posługuje się nim polityka (obrzucanie jajami co bardziej nielubianych dygnitarzy), filozofia (klasyczny problem, co było pierwsze, jajko czy kura), czy nawet wielka sztuka (słynne jubilerskie precjoza, jajka Fabergé, z których każde warte jest małą fortunę).
Anegdota o “jajku Kolumba” stawia wyżej aktywne działanie od miałkiego dywagowania; przypomnijmy, że dyskusję mędrców nad tym, czy można postawić jajko pionowo, słynny podróżnik przerwał, nadtłukując skorupkę rzeczonego jaja i tym samym “usadzając” je na stole. Jajka trafiły także do sportu.
Rekordzistami świata w masowym noszeniu jajek na łyżkach są od zeszłego roku uczniowie amerykańskiej Raynes Park High Scholl. W wyznaczonym czasie, z tysiąca startujących, 859 zawodnikom udało się (po przebiegnięciu 100 metrów) dostarczyć swe jajka na metę niepotłuczone.

Jajo-gigant
W księdze Guinnessa zostanie zapisane także rekordowe jajko pewnej chińskiej kury. Gigantyczne jajo, które zniosła kura pana Yanga w lutym tego roku, ważyło 170 gramów. Otrzymało tytuł Największego Jaja na Świecie. Jajka już w zamierzchłych czasach uznawane były za symbol życia, odrodzenia, sił witalnych, dostatku i pomyślności. Jako atrybut kultu czy magii pokrywano ich skorupki zdobieniami i malunkami. Dekorowaniem jajek zajmowali się już Persowie, Fenicjanie czy Chińczycy i to już pięćdziesiąt wieków temu. Rysunki na jajkach miały specjalną moc, która miała chronić ich autora i jego dobytek.

Skąd wzięły się pisanki?

Najstarsze polskie pisanki mają dziesięć wieków i odkryto je na Opolszczyźnie. Z dziesiątego wieku pochodzą też pierwsze legendy chrześcijańskie, starające się tłumaczyć zwyczaje wielkanocnego malowania jaj kurzych. Mówią, że tradycję rozpoczęła Maria Magdalena, która po odkryciu zmartwychwstania Jezusa zobaczyła, że w jej domu wszystkie jajka zmieniły kolor na czerwony. Zaniosła je więc apostołom z dobrą wieścią. W ich rękach z jajek wylęgły się ptaki. Inny mit katolicki każe wierzyć, że Święta Maria, aby przebłagać Piłata, zaniosła jego dzieciom w podarunku ślicznie wymalowane jajka.
Polska przypowieść tłumaczy, że pierwszymi kraszankami były kamienie, jakimi obrzucono św. Szczepana, które w cudowny sposób zamieniły się w czerwone jajka.

Zakazane jaja
Kościół niechętnie przyjmował jajka, jako część religijnych obchodów Wielkiej Nocy. Bano się ich magicznej, pogańskiej symboliki i początkowo zabraniano nawet spożywania jaj w dni świąteczne. Dopiero w dwa wieki po chrystianizacji mieszkańcy dzisiejszej Polski mogli bez przygan wykładać jajka na wielkanocne stoły. Zgodnie jednak z zarządzeniami księży, należało jajka przed spożyciem poświęcić w kościele. Woda z kropidła symbolicznie oczyszczała je z pogańskich znaczeń. Malowane wielkanocne jajko nosi w Polsce różne nazwy, zależnie od regionu i sposobu jego udekorowania. Są jednobarwne kraszanki i hałunki barwione cebulowymi łupinami, płatkami malwy czy korą dębu.
Skrobanki, czy rysowanki, ze skorupkami wydrapanymi w ornamenty szpilką czy końcem noża. I te prawdziwe pisanki, czyli piski, których skorupki ozdobiono woskowymi wzorkami, przed pokryciem całości barwnikiem. W nawoskowanych miejscach pozostawały wtedy białe linie czy plamy.
Obecnie coraz popularniejsze jest wykorzystywanie do ozdabiania wielkanocnych jajek chemicznych barwników i termokurczliwych, plastikowych kalkomanii. I wkładanie do koszyczków plastikowych czy drewnianych replik jajek. Takie ozdobne kopie symbolu życia przetrwają wiele kolejnych Wielkanocy. Smakują jedynie kornikom.

Autor artykułu: Adam Synowiec

Od maja euro wejdzie do sklepów

Friday, April 9th, 2004

Od 1 maja w polskich sklepach będzie można płacić euro. Ministerstwo Finansów przygotowało już projekt odpowiedniego rozporządzenia. Ma być ono podpisane zaraz po świętach. Część handlowców podchodzi do nowego rozwiązania sceptycznie. Inni już się cieszą na zwiększenie obrotów.
Do tej pory banknotami i monetami euro mogli płacić w Polsce jedynie cudzoziemcy. Nowy przepis ma dać taką możliwość wszystkim kupującym.

- Rozporządzenie w tej sprawie zostanie podpisane w najbliższych dniach – zapowiada Anna Puzyna-Sobocińska z biura prasowego Ministerstwa Finansów. – Właściciele sklepów będą mogli przyjmować euro, ale nie będą mieli takiego obowiązku. Przypuszczamy, że do nowej możliwości najszybciej przystosują się duże sklepy sieciowe – podkreśla.

Wydają w złotówkach
W sieci marketów Kaufland obcokrajowcy mogą płacić euro już od półtora roku. – Najwięcej takich transakcji, od kilkunastu do kilkudziesięciu miesięcznie, mamy w sklepach położonych blisko zachodniej granicy – wylicza Jarosław Kaduczak, rzecznik prasowy Kaufland Polska.
Złotówki przeliczane są na euro po kursie zakupu NBP. – Codziennie ustalamy obowiązujący kurs i przekazujemy go do sklepów. Reszta jest wydawana klientowi w złotówkach – wyjaśnia Jarosław Kaduczak. – Od maja nie będziemy niczego zmieniać. Przypuszczamy, że euro i tak będą nadal płacić cudzoziemcy – dodaje.
Od kilku miesięcy euro przyjmują hipermarkety Geant w Szczecinie i Wrocławiu. Klienci muszą pokazać przy kasie paszport. – Ceny towarów są podawane w złotówkach. Rachunek jest przeliczany przy kasie. Kurs ustala nasz dział finansowy, na podstawie kursu kantorowego i bankowego.
Przelicznik jest taki, by klientowi bardziej się opłacało zapłacić u nas w euro, niż iść do kantoru i wymienić walutę na złotówki – zaznacza Renata Gejło z Geant Polska.

Kantory w sklepach?
Szefowie Geant Polska czekają, aż nowe rozporządzenie wejdzie w życie. – Prawdopodobnie możliwość płacenia euro wprowadzimy wtedy w innych naszych sklepach, również na Śląsku. Pod względem logistycznym i technicznym nie stanowi to żadnego problemu – podkreśla Renata Gejło.
Bardziej sceptycznie do pomysłu resortu finansów podchodzą szefowie PSS “Społem” w Katowicach. – Nie jesteśmy obojętni na nowości, ale to się wiąże ze zmianami organizacyjnymi, dodatkowymi zabezpieczeniami i procedurą przeliczania waluty. Mamy budować w naszych sklepach kantory? – pyta Elżbieta Książkiewicz, wiceprezes zarządu ds. ekonomicznych “Społem” w Katowicach. – Na razie nie podejmujemy tematu. W naszych sklepach honorujemy karty płatnicze. Nad możliwością przyjmowania euro w gotówce zastanowimy się, gdy przepis wejdzie w życie – dodaje.

Byle sprzedać więcej
Są handlowcy, którzy już teraz cieszą się z projektu ministerstwa. – Klienci już kilkakrotnie chcieli płacić u nas euro, ale musieliśmy im odmawiać. Jeśli dzięki temu pomysłowi będziemy mogli sprzedać więcej, jesteśmy jak najbardziej za – mówi Anna Gajda z katowickiego sklepu “Świat Kuchni”.
- Z wprowadzeniem przepisu w życie nie będziemy mieć problemów. Pozostaje tylko kwestia doboru odpowiedniego kursu przeliczeniowego – dodaje Danuta Biernacka ze “Świata kuchni”.

Euro od 2007?
Prezes Narodowego Banku Polskiego Leszek Balcerowicz, oświadczył kilka dni temu, że wprowadzenie w Polsce euro jako obowiązującej waluty byłoby możliwe w styczniu 2007 r. Według szefa NBP, nie stanowiłoby to dla naszego kraju dodatkowego obciążenia.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Każdy niesie krzyż

Friday, April 9th, 2004

Co roku przed Wielkanocą mieszkańcy Cieszyna odgrywają Pasję, a na ich przedstawienia ludzie przyjeżdżają jak na pielgrzymkę.

Od 20 lat Stanisław Pońc – Jezus umiera na krzyżu. Od 20 lat Stanisław Putyra – Piłat wydaje wyrok. Od 20 lat Kazimierz Kaszper – Judasz Iskariota zdradza Jezusa i rzuca w twarz Kajfaszowi srebrniki. I nigdy nie jest tak samo. I nigdy nie ma w Pasji odgrywanej przez mieszkańców Cieszyna cienia rutyny. Bo nikt tu tak naprawdę nie gra, nie udaje. Danuta Balcer – Maria, kiedy trzyma w ramionach umęczonego Syna, płacze naprawdę. Nie widzi czerwonej farby, widzi prawdziwe rany. Nie tuli Stanisława Pońca – prywatnie szwagra, na dodatek starszego od niej. Tuli Jezusa i to dlatego ludzie na widowni płaczą razem z nią.

Wydaje się absolutnie niemożliwe, że jutro tu na tej widowni zasiądą ludzie i będą oglądać Pasję w wykonaniu Zespołu Teatralnego Parafii Św. Elżbiety. Na razie panuje potworny rozgardiasz. Kilkadziesiąt dzieci wbiega na scenę, zerkają wszędzie, tylko nie tam gdzie trzeba. Magdalena – Alicja Białek usiłuje z miernym skutkiem rozczesać perukę. Bo jaka to Magdalena z krótko przyciętymi włosami? Apostołowie, na razie w cywilu, przysiadają na schodach. Płaczki przymierzają suknie, młoda dziewczyna dopytuje się: a gdzie są moje skrzydła? – Faryzeusze na scenę! Gdzie jest Jezus? A Piłat? Piłata jeszcze nie ma, pewnie przyjdzie później, musiał zostać w szkole – ktoś odpowiada (Stanisław Putyra jest wicedyrektorem w szkole podstawowej w Pogwizdowie).

Dzień przed
Pośrodku sceny stoi siostra Jadwiga. W jednym ręku mikrofon, w drugim komórka. Komórka zresztą nieustannie dzwoni. Siostra uzgadnia jeszcze dostawę jakichś materiałów, ktoś prosi o bilety. Setki pytań. Ona jedna. Wszystko widzi. – Nie tak, zrobiliście to bez radości, opieszale. Faryzeuszy nie widać. Krzyczycie głośno: Hosanna!!! – poucza gromadkę dzieci. – Jutro wszyscy starsi mają arafatki – siostra demonstruje jak je założyć. Jest godzina 18., jutro o 16.00 – premiera. Schodzą się dorośli. – Idziecie do domu, a jutro o 10 widzimy się w teatrze na ostatniej próbie – siostra Jadwiga zwalnia swoich małych aktorów. Z reżyserki przez głośniki odzywa się Piotr Gruchel, który zajmuje się opracowaniem muzycznym. – Jadziu, co jeszcze planujesz na jutro, oprócz oczywiście premiery…? Siostra wybucha śmiechem.
Pomiędzy dekoracjami krząta się Leon Białek, od lat scenografia do cieszyńskiej Pasji jest jego dziełem. A, że co roku siostra wymyśla coś nowego, to i scenografia jest coraz bogatsza i bardziej skomplikowana. Krzak gorejący, błyskawice, podwieszane elementy dekoracji, które w okamgnieniu budować będą poszczególne sceny.
- To kiedy ja powiem swój monolog – Judasz dopytuje z niepokojem. – Przecież jeśli mam wejść po przerwie, to całe napięcie opadnie i będzie nie po kolei. I kiedy ja się mam powiesić i jak? – Siostra przystaje. – Będzie wszystko dobrze, rzucisz mu w twarz srebrniki, a wiesz… scenę śmierci odegrasz za kulisami, krzykniesz i wszyscy będą wiedzieli o co chodzi.
Próba sceny w Kanie Galilejskiej. Młode dziewczyny tańczą, na schodach rozsiadają się goście, Jezus z Piotrem, Janem Apostołem. Maria podchodzi i mówi: Synu zabrakło wina. – Spróbuj to zrobić inaczej, siostra Jadwiga przysiada koło Jezusa, nachyla się i mówi przymilnym szeptem kwestię.
Scena uzdrowienia trędowatego, siostra Jadwiga pada z impetem na kolana i woła: ,Panie, oczyść mnie”. Wstaje, otrzepuje odruchowo habit i mówi spokojnie: Spróbuj to może zrobić tak. I znowu uśmiecha się.
140 osób do opanowania, koordynacja dźwięku, ruchu, scenografii, to powinno spowodować mieszankę piorunującą. Nie powoduje. To jeden z cudów, który podczas próby – było nie było generalnej – widzę po raz pierwszy.

Ludzie “Pasji”
Stanisław Pońc, jak sam mówi, postury jest niewielkiej. To siostra Jadwiga wybrała go do roli Jezusa.
- Wiem, że Stanisław się skarży, że już nie te lata, że jest za stary do roli, że ma mnóstwo wątpliwości, ale mówię mu, że skoro pan Bóg daje mu siły i zdrowie, widać jest to znak, by dalej grał tę rolę.
- Zdaję sobie sprawę z własnych niedoskonałości, mam wadę wymowy – powiada pan Stanisław.
- Mnie nie zależy na profesjonalnym, bezbłędnym aktorze, który odegra idealnie swoją rolę. Mnie zależy na przeżywaniu Misterium. A on robi to doskonale.
Najważniejsze, że Stanisław jest taki nie tylko na scenie, ale i w życiu. On nawet nie wie, ile dobrych słów ludzie o nim do mnie powiedzieli – siostra Jadwiga wie swoje. – Nie jest łatwo znaleźć dziś człowieka, który swoim całym życiem, postawą świadczy tak o miłości i dobroci.
- No… nie można grać dziś Jezusa, a jutro iść do knajpy na piwo – przyznaje pan Stanisław. – Ale ja nie mam z tym problemu. Alkohol mi nigdy nie smakował, nigdy nie paliłem. Mam takiÉ naturalny wstręt do zła. Jest mi łatwiej, nie muszę się kamuflować. Nie boję się mówić prawdy otwarcie. Nie muszę niczego udawać. Mam szczęście w życiu. Nie imały się mnie żadne poważniejsze choroby. 41 lat przepracowałem w Celmie jako elektromechanik, teraz jestem na emeryturze. Mamy małą działeczkę, domek, sadzę świerki, tuje. Siedzę na tarasie, z żoną Basią popijam kawkę, podziwiam przyrodę, słucham ptaków. Przyjadą dzieci, wnuki… Myślę sobie, że Pan Bóg nosi mnie na rękach.
Żona pana Stanisława też naturalnie ma swoją rolę do odegrania w Pasji, jest czymś w rodzaju inspicjenta. W rodzaju, bo zajmuje się wieloma rzeczami naraz. Jak wszyscy uczestnicy Misterium. W sumie około 140 osób.
Kiedy siostra Jadwiga przed 20 laty rozpoczęła wystawianie Misterium – najpierw w salkach katechetycznych, kościołach, była ich zaledwie garstka osób. Przedstawienia o wiele skromniejsze, scenografia surowa. Co roku przybywało “aktorów”. – Dziś w Pasji biorą udział już trzy pokolenia: dziadkowie, ich dzieci iÉ dzieci ich dzieci – opowiada siostra Jadwiga. – Skojarzyliśmy nawet kilka par – śmieje się. – To naprawdę wspaniałe. Oni spotykają się nie tylko przy okazji naszych prób, czy przedstawień, wiem że wspierają się na codzień. Często organizują wspólne wycieczki. Są pełni radości. Kiedy trzeba klękać – klękają. Kiedy jest czas zabawy – bawią się. Tę atmosferę rodzinną przenoszą do parafii, kościoła. Czasem kiedy na mszę przychodzą osoby spoza Cieszyna dziwią się i zazdroszczą. Pytają: Jak wy to robicie?
Magdalena, czyli Alicja Białek nie tylko gra w spektaklu, ale także wspomaga męża w robieniu scenografii. Szyje stroje. – O choćby takie frędzelki, wydaje się, że takie nic, a jeden trzeba robić godzinę – wskazuje na chustę zarzuconą na ramiona. Wszystkie dekoracje to wypadkowa pomysłów pana Leona, jej i siostry. O swojej postaci mówi, że trudno ją zagrać. A właściwie nie tyle zagrać, ile pokazać. – Jesteśmy tu wszyscy bardzo religijni, staramy się oddać wszystko jak najwierniej, najprawdziwiej. Każdy spektakl przeżywamy bardzo mocno, ja autentycznie płaczę, w zasadzie chodzi nam o jedno – pokazać ludziom, jak Chrystus cierpiał za nasze grzechy.
Marian Sowa, od kilkunastu już lat jest Piotrem Apostołem, wcześniej był faryzeuszem. Chłop jak dąb, ujmujący uśmiech. – Dziś to co innego, od 1990 roku gramy naszą Pasję w teatrze, kiedyś to nie do nas przyjeżdżano, tylko myśmy jeździli do kościołów, domów kultury – opowiada. – Misterium to przeżycie, którego nie da się porów nać z niczym innym. Piotra Apostoła – jak wiadomo – nie ma pod krzyżem. Stoję z tyłu i patrzę. Widzę jak na widowni ludzie ocierają ukradkiem łzy. Wtedy i mnie coś łapie za serce.
Pan Marian na co dzień pracuje w kopalni jako elektryk. Mówi, że życie go nie rozpieszczało za bardzo, wychowują z żoną dzieci specjalnej troski. – Coś mi Piotr dał, jakby łatwiej mi unieść wszystkie trudy. Chociaż Piotr nie był takim pokornym uczniem, staram się zresztą to pokazać, ale był silny, jak opoka, dlatego Jezus powierzył mu zadanie budowy kościoła.
Kazimierz Kaszper – Judasz, z wykształcenia polonista, z zawodu dziennikarz, nauczyciel akademicki, ongiś naczelny Głosu Cieszyńskiego, dziś edytor. – Kiedy siostra zaproponowała mi zagranie Judasza ucieszyłem się. Raz, że bawiłem się kiedyś w teatr, dwa – to niezwykła postać.
Napisałem sam sobie monolog. Judasz to kwindesencja skruchy, żalu i kary. W moim monologu, w który naturtalnie włożyłem własne przemyślenia, staram się przekazać ogromne wyrzuty sumienia człowieka, który popełnił nierozważny czyn i jak on wpłynął na jego życie. Jak fatalne następstwa może mieć prymitywny gest zdrady.
- Dlaczego ja, Panie!!!! – Judasz ocieka potem, wije się, jest bliski obłędu, rozpaczliwie ponawia pytanie. Jakby nie rozumiejąc co się stało. Rozpacz doprowadzi go do śmierci. Ludzie na widowni zamierają podczas monologu Judasza. To chwila kiedy każdy, czy chce czy nie chce zagląda wgłąb siebie, bo Judasz Iskariota tkwi w każdym z nas.
Wszyscy, bez wyjątku, starają się pojąć postać, w którą wcielają się w Misterium. Z tego też powodu poszli na “Pasję” Mela Gibsona, żeby zobaczyć, porównać. Tak zrobił Kajfasz – Franciszek Gajdzica, tak zrobiła Maria – Danuta Balcer. Od 10 lat wciela się w postać Matki Boskiej. – Jestem po prostu matką, myślę o tym co czuła kiedy widziała swojego Syna na krzyżu. Myślę o Jezusie jak o swoim synu. Kiedyś, pamiętam grałam scenę pod krzyżem z moim własnym synem, w ostatniej chwili musiał zastąpić Jana Apostoła. Nie muszę chyba mówić, co wtedy czułam…

Misterium
Widownia powoli wypełnia się. To nie jest tetaralna premierowa publiczność. Tu ludzie przyjeżdżają, jak na pielgrzymkę. Starszy mężczyzna w rzędzie poniżej wyciąga termos, nalewa sobie herbatę, wyciąga owiniętą w papier kanapkę. Ludzie przekrzykują się, witają. Przyjechali z różnych stron, niektórzy pokonali ponad 200 kilometrów. Kiedy gasną światła nikt już nie je, nie szeleści. Słuchają w skupieniu. Nie klaszczą po poszczególnych scenach Bo jak bić brawo? Kiedy wszystko zmierza do tragicznego finału.
Scenografia, która wczoraj była jeszcze tylko zbiorem różnych przedmiotów, materiałów – ożywa. Zrobiono ją z wielką dbałością o szczegóły. Dekoracje ogląda się jak obrazy. Towarzyszy im muzyka Wojciecha Kilara. Podarował ją siostrze Jadwidze. Jak trzeba napisze coś specjalnie dla nich. Na chwałę Boga – powiedział. Aktorzy, którzy wczoraj jeszcze byli po prostu jeszcze mieszkańcami Cieszyna, zabieganymi, lekarzami, prawnikami, nauczycielami, elektrykami stają się biblijnymi postaciami i prowadzą nas współczesnych na Golgotę. Doświadczymy cierpienia śmierci i nadziei na wieczność.

Fot. Lucjusz Cykarski

Autor artykułu: Mariola Woszkowska

Układu nie przeskoczy

Wednesday, April 7th, 2004

Marek Staszyński nie może wyegzekwować zasądzonych pieniędzy od byłego wspólnika, którego żona jest prokuratorem. Przez to żaden z komorników nie chce zająć się tą sprawą.

11 lat temu Marek Staszyński z Jastrzębia Zdroju założył z Janem D. spółkę M. Każdy z nich wniósł do spółki po tysiąc złotych. Firma miała się zajmować pracami drogowo-budowlanymi. Z początku wszystko szło dobrze – zatrudniali nawet kilkunastu robotników.

Interes miał się rozkręcić na dobre po wybudowaniu parkingu na 200 samochodów przy ul. Podhalańskiej. Parking udało się otworzyć, ale w 1996 roku Staszyński wpadł w kłopoty finansowe. Dziś twierdzi, że umówił się ze wspólnikiem na to, że formalnie zawiesi swoją działalność.
- Mimo to nadal miałem być “cichym” wspólnikiem. Gdy to zrobiłem D. nagle podziękował mi za współpracę – przypomina Staszyński.

Siedem lat procesów
Staszyński oddał sprawę do sądu – wniósł o podział majątku spółki. Przez siedem ostatnich lat cierpliwie procesował się z byłym wspólnikiem.
11 marca 2003 roku Sąd Okręgowy w Gliwicach uznał jego racje i zasądził na jego korzyść 100.372 zł. Wspólnik miał je wypłacić w pięciu ratach – każda po 20.027 zł. D. nie chciał jednak dać za wygraną i zwrócił się do Sądu Najwyższego w Warszawie o kasację wyroku.
Nic nie wskórał. SN postanowieniem z 8 grudnia 2003 r. odmówił przyjęcia kasacji uczestnika postępowania. Tym samym sprawa została prawomocnie zakończona. Klauzulę wykonalności wyroku Sąd Okręgowy w Gliwicach wydał 5 lutego 2004 roku. To miała być podstawa dla działania komornika.

Liczy się bezstronność
- Myślałem, że teraz pójdzie z górki. Że odzyskanie pieniędzy to formalność – mówi Staszyński. Wynajął firmę windykacyjną z Dąbrowy Górniczej, by odzyskała dług.
- Firma złożyła wniosek do komornika w Jastrzębiu Zdroju. Pojechałem tam po jakimś czasie by zapytać, co z moją sprawą, a komornik powiedział mi, że zwróci się do sądu o wyłączenie go ze sprawy, bo współpracuje z prokuraturą rejonową, a jej szefuje żona pana D. – przypomina oburzony Staszyński. Zdenerwowany zabrał dokumenty i szuka innego sposobu odzyskania zasądzonych pieniędzy.
- Pojadę do Sejmu, nie wiem, gdziekolwiek. Jest prawomocny wyrok, procedury zostały zakończone, więc o co chodzi? – denerwuje się Staszyński.
Aleksandra Krenzel-Huchel, komornik przy Sądzie Rejonowym w Jastrzębiu nie chciała rozmawiać o tej konkretnej sprawie, bo “obowiązuje ją tajemnica zawodowa”. Zapytaliśmy ją więc hipotetycznie, co by zrobiła w takiej sytuacji.
- Na pewno wniosłabym o wyłączenie mnie z tej sprawy, bo ktoś mógłby mnie posądzić o stronniczość – stwierdziła.

Komornik pilnie poszukiwany
- Komornicy współpracują z prokuraturami, więc w tym wypadku wniosek sądowy o wyłączenie komornika jest uzasadniony. Sąd wyznaczy wówczas innego komornika, na przykład z innego miasta – przyznaje Wiktor Różycki, przewodniczący Rady Izby Komorniczej w Katowicach.
Tak czy inaczej Staszyński będzie musiał oficjalnie zwrócić się do jastrzębskiego komornika o odzyskanie pieniędzy, mając świadomość, że ten póki co nic nie wskóra. A to dlatego, że żaden komornik z innego miasta dobrowolnie nie weźmie sprawy z cudzego rewiru… – Jest rejonizacja. Teoretycznie jest to możliwe, ale obostrzone wieloma przepisami – przyznaje Wiktor Różycki.
Sądowne wyznaczenie komornika wcale nie oznacza, że Staszyńscy odzyskają swoje pieniądze.
- Wyznaczony komornik może się jej nie podjąć, także wnosząc o wyłączenie – przyznaje otwarcie Różycki.

Jestem bankrutem
- Wychodzi na to, że kolejne miesiące spędzimy w sądach – załamuje ręce Staszyński. Dzisiaj jest bankrutem – bez pracy.
- Gdybyśmy otrzymali pieniądze wyszlibyśmy na prostą! – marzy. – Nie wytrzymujemy już tego psychicznie. To ma być prawo? – dodaje ze łzami w oczach Krystyna Staszyńska.
Pan Marek mówi, że kilka tygodni temu odwiedził go radca prawny pana D. Zaproponował zakończenie sporu za… 10 tysięcy złotych.
- To śmieszne! Zapomniał o jednym “zerze”. Na to w życiu nie pójdę – mówi Staszyński.
Wczoraj D. w rozmowie z dziennikarzem “Śląskiej” zaprzeczył jednak, że kogoś do Staszyńskiego wysyłał.
- On tam może coś usłyszał, jakieś plotki i dlatego tak opowiada. Złożyłem wniosek o wznowienie sprawy i to jest dla mnie najważniejsze. Poza tym rozmawialiście z moją żoną i ona na piśmie wszystko wyjaśniła, więc niewiele mogę dodać – stwierdził mężczyzna.

Będzie nowy proces?
D. wniósł o wznowienie procesu. Jego zdaniem z akt zaginęła bardzo ważna umowa dzierżawy terenu pod budowę parkingu. – To gra na zwłokę. Zna wszystkie sztuczki prawne – komentują jednoznacznie Staszyńscy.
Dokument miał zniknąć z akt Sądu Rejonowego w Rybniku. Sprawę prowadziła miejscowa prokuratura w Rybniku. Sprawdziliśmy.
- Pan D. twierdził, że po rozprawie umowę dzierżawy terenu pod budowę parkingu dołączył w sądzie do akt sprawy, a potem ona stamtąd zniknęła. Nie byliśmy w stanie ustalić, czy zaginęła, czy ktoś ją wypiął. Umorzyliśmy sprawę już 1 sierpnia zeszłego roku – poinformował nas wczoraj prokurator Stanisław Świerdza, zastępca szefa Prokuratury Rejonowej w Rybniku.
Sąd Okręgowy w Gliwicach jeszcze nie ustalił, czy jest podstawa do wznowienia procesu. W tym czasie Staszyńscy dalej mogą walczyć o odzyskanie pieniędzy.
- Zgodnie z artykułem 414 Kodeksu Postępowania Cywilnego wniesienie skargi o wznowienie nie tamuje jednak wykonania zaskarżonego wyroku – mówi sędzia Marian Zawała, cywilista z Sądu Okręgowego w Katowicach. – Sąd może na wniosek strony wstrzymać wykonanie tego wyroku, jeśli skarżący udowodni, że grozi mu niepowetowana szkoda.

Autor artykułu: Jacek Bombor, Maciej Kołodziejczyk

Rozczarowany szkoleniowiec

Tuesday, April 6th, 2004

Rozmowa z Zygmuntem Kajdą, trenerem Carbo Gliwice

W meczu w Głogowie z Chrobrym po pierwszej połowie prowadzicie 1:0, w drugiej tracicie pięć goli. Co się stało?
W pierwszej części zagraliśmy bardzo rozsądnie. Chłopcy doskonale zrealizowali nakreślony plan taktyczny. Graliśmy spokojnie, czekając na błąd gospodarzy. Mogliśmy nawet prowadzić wyżej, bo wypracowaliśmy sobie jeszcze dwie dogodne sytuacje bramkowe. Wydaje mi się, że kluczowa dla losów spotkania sytuacja miała w 47 min. Po naszym kontrataku Wolański wbiegł w pole karne i z pięciu metrów nie trafił w bramkę. Drugi gol mógł zapewnić nam nawet trzy punkty. W następnej akcji straciliśmy gola i później się posypało. Indywidualne błędy, krycie na “radar” – to nie mogło się dobrze skończyć. Jestem bardzo rozczarowany.

Jedna niewykorzystana sytuacja i jedna stracona bramka psychicznie załamała pana zawodników?
Nie wiem. Na pewno zabrakło nam koncentracji. Jak można dać się zaskoczyć już na początku połowy? Rozumiem, że może się to zdarzyć w ostatnich 15 minutach, gdy zawiedzie przygotowanie kondycyjne, ale “dostać” bramkę w drugiej minucie? W szatni mówiłem chłopakom: gramy spokojnie i czekamy na to, co zrobią rywale. Oni tymczasem chcieli strzelić kolejne bramki. Gospodarze wszystkie gole zdobyli po klasycznych kontratakach. Przegraliśmy na własne życzenie.

Ma pan pretensje do swoich zawodników o postawę?
Bardzo duże. Przede wszystkim do tych bardziej doświadczonych, bo nie znalazł się nikt, kto uspokoiłby grę.

Wierzy pan jeszcze w utrzymanie Carbo w trzeciej lidze?
Będziemy walczyć o korzystny rezultat w każdym meczu. Nie będziemy się poddawać. Jeśli w kolejnych spotkaniach sytuacja się powtórzy, będą roszady w składzie. Nie ma na co czekać. Być może pojawi się jakiś młody zawodnik i się wypromuje?

Wyniki drużyn z którymi rywalizujecie o utrzymanie statusu II-ligowca chyba wam sprzyjały?
Faktycznie. MK Katowice zremisowały, a Swornica Czarnowąsy i Polonia Słubice przegrały. Nie straciliśmy więc do nich. To ważne, bo bezpośrednie spotkania z nimi gramy na na własnym stadionie. Jeśli nie uda się wygrać, nie ma co lamentować, tylko wziąć się za budowę drużyny w czwartej lidze.

Autor artykułu: Rozmawiał: Michał Micor