Archive for May, 2004

Policja bezzasadnie przetrzymywała 14-latka

Monday, May 24th, 2004

14-letni Bogdan Tomszak z Bielska-Białej był dwie doby przetrzymywany w Policyjnej Izbie Dziecka tylko dlatego, że przypadkowa kobieta oskarżyła go o pobicie. To, że chłopak tego nie zrobił, było oczywiste już w parę godzin po zatrzymaniu. Tomszakowie uważają, że ich syna przetrzymywano tak długo, ponieważ… za bardzo starali się pomóc synowi. Oddali sprawę do sądu, który uznał, że zatrzymanie chłopca było bezzasadne. Rodzice 14-latka uważają, że to nie wystarczy. – Ktoś powinien odpowiedzieć za takie postępowanie policjantów – mówi rozgoryczony Ireneusz Tomszak, ojciec Bogdana.

Bogdan został zatrzymany w Centrum Handlowym “Sfera” w październiku ubiegłego roku. Była godzina 21.30. – Syn skuty kajdankami został przewieziony najpierw na komisariat – mówi ojciec chłopca. – Potem umieszczono go w Policyjnej Izbie. Nie pozwolono nam go zobaczyć, nie mówiąc już o rozmowie. Odchodziliśmy od zmysłów. Robiliśmy wszystko żeby wykazać, że doszło do tragicznej pomyłki, bo nasz syn nie jest żadnym bandytą.


Padło na niego

27 października wieczorem Bogdan poszedł oddać kasety wideo w wypożyczalni w Centrum Handlowym w Bielsku. Na terenie Centrum zaczepiła go przechodząca para. – Widziałem ich pierwszy raz w życiu. Wyglądali na narkomanów – mówi Bogdan. – On złapał mnie od tyłu i przycisnął do ściany. Krzyczał, że pobiłem jego dziewczynę. Zbiegła się ochrona, a potem przyjechała policja.

Bogdan miał przy sobie legitymację, bilet miesięczny i tzw. “nieśmiertelnik”, czyli blaszkę z wygrawerowanym imieniem, nazwiskiem i datą urodzenia. – Nikt nas nie powiadomił, że syn został zatrzymany – mówi Ireneusz Tomszak.


On to nie on

Ponieważ syn nie wracał, po godzinie 22.00 Tomszak poszedł go szukać. Ochroniarze Centrum powiedzieli mu, że widzieli jak jakiegoś chłopca wyprowadzała policja. – Zaczęliśmy wydzwaniać po wszystkich możliwych służbach. W końcu usłyszałem, że syn będzie odwieziony do Policyjnej Izby Dziecka. Pojechałem tam i okazało się, że jestem wcześniej niż syn. Jego przywieźli z komisariatu dopiero około 1 w nocy.

- Bogdan nigdy wcześniej nie miał problemów z prawem, ale pomyśleliśmy, że rzeczywiście może syn zrobił coś złego. Odetchnęliśmy, kiedy okazało się, że kobieta oskarża go o napaść na ulicy Partyzantów między godziną 13 a 17. Miał tego dokonać wspólnie z kolegą tego samego dnia w którym został zatrzymany. To było po prostu niemożliwe – zapewniają rodzice.
Ireneusz Tomaszk krok po kroku zrekonstruował, co robił i gdzie był tego dnia Bogdan. Najpierw szkoła do 13.45, potem chłopiec roznosił pocztę do godz. około 15, następnie wrócił do domu. Razem z ojcem poszli do jednej z pobliskich firm, a około 17.30 chłopiec pomagał matce w sprzątaniu biurowca. – Mamy długą listę świadków – mówią rodzice. – Przedstawiliśmy ją zaraz następnego dnia po zatrzymaniu, ale nikt nie wziął tego pod uwagę. W Policyjnej Izbie wypytywano nas tylko o kolegę, z którym Bogdan miał pobić kobietę. Ale co mieliśmy powiedzieć, przecież ani żadnego kolegi, ani pobicia nie było…W końcu syna wypuszczono.


Gorzki smak wolności

Bogdan o pobycie w Izbie mówi niechętnie. – Ciągle się bałem, bo nie wiedziałem co jeszcze mnie czeka. W końcu trzeciego dnia tej paranoi poczułem coś zupełnie wyjątkowego. Wyszedłem stamtąd i zrozumiałem, czym jest wolność.

Okazało się również, że żadnego napadu nie było. Kobieta wymyśliła bajeczkę.


Nic się nie stało?

Wyrok w sprawie zażalenia Tomszaków na działanie policji zapadł 19 stycznia tego roku. Sąd stwierdził, że zatrzymanie chłopca było bezzasadne. I poza tym nic się nie stało, nikt nie został ukarany, nikt nikogo nie przeprosił.

Policja się broni. – Osobę nieletnią możemy zatrzymać na 72 godziny – mówi aspirant Piotr Bednarek z bielskiej policji. – Policja nie przesądza o winie zatrzymanego. W tym czasie wykonywane są czynności niezbędne dla sprawy. W tym przypadku osoba rozpoznała w zatrzymanym sprawcę napadu.

Rodzice chłopca chcą, by winni pomyłkowego zatrzymania zostali ukarani.
- Inaczej dojdzie do bezprawia – mówią. – Każdy będzie mógł dowolnie oskarżać każdego. To oznacza, że każdy w każdej chwili może przynajmniej na trochę iść posiedzieć.


Leniwi czy nadgorliwi?

Grzegorz Lesk z sosnowieckiego Komitetu Ochrony Praw Dziecka:

Co przez dwie doby robili policjanci? Przeprowadzenie wywiadu środowiskowego, zbadanie chłopca na okoliczność popełnienia rozboju, obdukcja czy oględziny jego ciała to czynności, które zajmują zaledwie kilka godzin. Chłopca można było zwolnić już następnego dnia po zatrzymaniu. Cała ta historia to po prostu nadgorliwość służb. To na pewno nie była sytuacja adekwatna do stawianych chłopcu zarzutów.

Prawo

W prawie polskim podstawą do zatrzymania nieletniego jest art. 40 paragraf 1 Ustawy o postępowaniu w sprawach nieletnich. Z przepisów tego artykułu wynika, że zatrzymanie jest dopuszczalne, jeżeli jest konieczne ze względu na okoliczności sprawy. Dodatkowo musi
istnieć uzasadnione podejrzenie popełnienia przez nieletniego czynu karalnego, a ponadto obawa ukrycia się, zatarcia śladów tego czynu, lub gdy nie można ustalić jego tożsamości.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Zbrodnia czy porwanie?

Monday, May 24th, 2004

Najpierw zaginął Henryk Makarowicz. Jego żona opowiadała rodzinie, że ktoś żąda od niej 10 mln zł okupu za męża i że wynajęła detektywa. Po kilku dniach do innego detektywa – Krzysztofa Rutkowskiego z prośbą o wyjaśnienie sprawy zwróciła się córka zaginionego biznesmena. W tym czasie zniknęła też, razem z autem i 600 tysiącami żona zaginionego – Gabriela. Co się naprawdę stało w Rudach Raciborskich?


Znika mąż, znika żona

Wiadomo, że Henryk Makarowicz widziany był ostatnio 8 maja tego roku. – Kiedy zacząłem pracować nad sprawą okazało się, że detektyw, o którym wspominała pani Makarowicz nie istnieje. Co więcej, żona pobrała w tym czasie ze wspólnych kont bankowych 600 tys. zł.
Gabriela Makarowicz ostatni raz kontaktowała się z rodziną 19 maja. Policja znalazła należącego do niej mercedesa porzuconego w Katowicach-Ligocie. Znaleziono też mercedesa Henryka Makarowicza. To auto porzucono z kolei w Zabrzu. W dworcowej skrytce znaleziono też 600 tys. zł pobrane przez Gabrielę Makarowicz. – Kobieta napisała o tym w liście do swojej córki – mówi Rutkowski. – List został nadany 20 maja.


Widoczne bogactwo

Makarowicze mają ekskluzywną willę w Rudach Raciborskich. Uchodzą powszechnie za ludzi niesłychanie bogatych. – Trudno znaleźć takie miejsce w gminie, w którym Makarowicz by nie pomagał – mówi przewodniczący Rady Miejskiej w Kuźni Raciborskiej, Manfred Wrona. – Sponsorował m.in. zakup samochodu dla policji oraz rekonstrukcję kompleksu klasztorno-pałacowego. Miał plany na przyszłość. Kupił ziemię i chciał wybudować w Rudach osiedle domów jednorodzinnych. To człowiek o niespożytej energii. Nigdy nie widziałem go zasępionego czy smutnego. Przyjaźnił się z wieloma politykami i biznesmenami.


Dobrzy sąsiedzi

Kilka dni przed zniknięciem małżonkowie wrócili z urlopu na Malcie. – Zawsze jak wyjeżdżali na dłużej, to prosili żeby zerknąć na dom – mówi sąsiadka, Krystyna Dudek. – To dobrzy sąsiedzi. Pieniądze widać było od nich z daleka, ale nie zadzierali z tego powodu nosa. Zawsze był tam spokój. Pan Makarowicz zresztą najczęściej cały dzień był poza domem. Wyjeżdżał do pracy już o godz. 6.30 i wracał bardzo późno.

Makarowicz prowadził w Knurowie spalarnię śmieci. Nikt z jego firmy nie chce rozmawiać na temat zaginięcia. Podobnie jak córki zaginionych. Małżonkowie mają dzieci ze swoich pierwszych małżeństw.


Każdy swoje wie

W Rudach huczy od plotek. Niektórzy z mieszkańców uważają, że cała sytuacja została sfingowana. – Makarowicz bardzo dbał o własne bezpieczeństwo. Miał pozakładane alarmy, kuloodporne szyby w domu i groźnego psa – mówi jeden z naszych rozmówców. – To był rosły facet. Jak mogło dojść do jego porwania?

Inni z mieszkańców mówią wprost – To było dobre małżeństwo. To mała miejscowość. Jakby się awanturowali to musielibyśmy coś o tym słyszeć. Ona spokojna, zadbana pani. Robiła zakupy i dokarmiała bezdomne psy. Mówiła też ostatnio, że zaczęła studiować. To chyba z nudów, bo oni mieli wszystko. Dlaczego żona miałaby się pozbywać takiego męża?


Kto ich widziaŁ

Policja zwraca się z prośbą do wszystkich osób, które mają wszelkie informacje dotyczące losów lub aktualnego miejsca pobytu małżonków. Telefon do Komendy Powiatowej Policji w Raciborzu to 459-42-55, numer telefonu infolinii – 0 800 16 30 90 lub do najbliższej jednostki policji tel. 997.

Autor artykułu: Anna Malinowska

Strzały w argentynę

Saturday, May 22nd, 2004

Uzbrojony 40-latek wtargnął wczoraj do biura Funduszu Rozwoju Budownictwa w centrum Katowic i postrzelił dwóch mężczyzn. Ranni są w poważnym stanie, przeszli skomplikowaną operację. Sprawcą był zdesperowany klient firmy, która działa w systemie argentyńskim.

Sceny jak z gangsterskiego filmu rozegrały się około południa. Do biura firmy położonej przy ul. Chorzowskiej, w samym centrum Katowic szybko wszedł około 40-letni mężczyzna. W środku znajdowało się dwóch pracowników Funduszu Rozwoju Budownictwa. Sprawca postrzelił ich w brzuch, a następnie zabarykadował się w jednym z pomieszczeń.

Działał jak terrorysta

W momencie ataku przedstawiciele firmy rozmawiali akurat z jednym z banków w Lublinie. Informacja o napadzie szybko dotarła więc do policjantów w Katowicach i Lublinie.

Natychmiast na miejsce przyjechali katowiccy antyterroryści i policyjny negocjator. Policjanci ustalili tożsamość sprawcy i numer jego telefonu komórkowego. Negocjator rozmawiał z nim kilkanaście minut, nakłaniał do wyjścia na zewnątrz. – Dla nas najważniejsze było szybkie uwolnienie rannych i obezwładnienie człowieka, który strzelał do ludzi – mówi komisarz Grzegorz Olejniczak, rzecznik śląskiej policji.

Skuteczny negocjator

Mężczyzna po rozmowie z negocjatorem stanął w drzwiach biura. Wtedy do akcji wkroczyli antyterroryści. Błyskawicznie obezwładnili napastnika i uwolnili zakładników.

Katowicka siedziba Funduszu Rozwoju Budownictwa leży na pasażu przy tzw. niebieskich blokach. Sąsiaduje z apteką, cepelią i sklepem spożywczym. Policyjna akcja rozgrywała się na oczach przerażonych pracowników i klientów. – To był szok, przecież wszystko obserwowaliśmy, co działo się za ścianą – mówi pracownik jednego ze sklepów. – Wiedzieliśmy, że firma udziela kredytów, a nawet to, że działa w systemie argentyńskim.

- Przyszliśmy do pracy na drugą zmianę, chcieliśmy wejść do sklepu, ale policjanci nie wpuszczali – opowiadają Halina Klimek i Adam Grund, sprzedawcy w sklepie spożywczym położonym obok biura Funduszu. – Byłam przerażona. Nie wiedziałam co się dzieje. Potem ktoś szeptał, że obok w biurze jest terrorysta – dodaje H. Klimek.

Pracownicy sklepu spożywczego w momencie, gdy antyterroryści obezwładniali napastnika, schowali się na zapleczu. – Dla bezpieczeństwa, ale akcja policji trwała dosłownie sekundy – mówią Halina Klimek i Adam Grund. – Ci dwaj panowie, którzy pracowali w firmie, robili często u nas zakupy.

Chciał kredyt…

Policjanci nie udzielają szczegółowych informacji na temat sprawcy zdarzenia – czy był zdesperowanym klientem firmy, czy wysuwał jakiekolwiek żądania w stosunku do jej pracowników. Wczoraj był przesłuchiwany.

Podczas przesłuchania zemdlał i wieczorem został przewieziony na oddział internistyczny do szpitala św. Elżbiety w Katowicach.

Nieoficjalnie wiadomo, że mężczyzna był klientem Funduszu Rozwoju Budownictwa i prawdopodobnie wpłacił firmie kilka tysięcy złotych. Czuł się oszukany i taki mógł być motyw tego, co zrobił.

Siedziba zarządu Funduszu mieści się w Lublinie. Wczoraj w firmie nikt nie podnosił słuchawki.

Ranni operowani

Tymczasem pogotowie przewiozło rannych mężczyzn do katowickich szpitali, obaj byli przytomni. Jeden trafił do szpitala św. Elżbiety, drugi do szpitala MSWiA. Wczoraj przeszli skomplikowane operacje.

- Pacjent miał ranę postrzałową jamy brzusznej, a kula utkwiła w stawie biodrowym – mówi dyrektor szpitala MSWiA w Katowicach Henryk Szczerba. – Jego stan jest poważny, operował go zespół chirurgów, ściągnęliśmy też prof. Lecha Cierpkę ze Śląskiej Akademii Medycznej – dodaje.

Wiadomo już, że mężczyznę czeka jeszcze za kilka dni operacja ortopedyczna.

Stan drugiego z poszkodowanych mężczyzn jest stabilny, jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Komendant wojewódzki zdecydował, że do rodzin dwóch postrzelonych pracowników firmy zostanie skierowany psycholog. – To, co się stało było przerażające. Psycholog będzie rozmawiał także z rannymi mężczyznami – mówi kom. Olejniczak. Policja ustala także, skąd sprawca napadu miał broń.

Autor artykułu: Monika Krężel

Przetarg na przebudowę dworca na półmetku

Monday, May 17th, 2004

Kolej rozstrzygnęła pierwszy etap przetargu na przebudowę katowickiego dworca głównego. Do następnego zakwalifikowano trzy spośród przedstawionych czterech ofert. Szefowie PKP przekonują, że tym razem przebudowa dworca dojdzie do skutku.
- Odrzuciliśmy jeden z projektów, ponieważ nie spełniał naszych warunków. Do pozostałych oferentów wysłaliśmy już informacje o zakwalifikowaniu się do drugiego etapu przetargu – tłumaczy Henryk Bacior, dyrektor Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami PKP w Katowicach.

W pierwszym etapie firmy przedstawiły ogólne wizje zagospodarowania dworca i otaczających go terenów. Teraz koncepcje będą uszczegółowione. Pojawią się w nich m.in. dane dotyczące wysokości czy powierzchni poszczególnych budynków oraz szczegóły umów dotyczących współpracy z koleją.

- Wszystkie z przedstawionych projektów zakładają, że z obecnego gmachu dworca pozostaną praktycznie tory i perony. Jedna z firm chciałaby zbudować dworzec nad torami, pozostałe w miejscu dotychczasowego budynku. W sąsiedztwie powstałyby obiekty komercyjne. Wartość inwestycji szacowana jest nawet na 200 milionów euro – podkreśla Henryk Bacior.
Na przedstawienie szczegółowych planów, przedsiębiorstwa mają czas do lipca. ? Rozstrzygnięcia przetargu można się spodziewać w październiku. Potem podpisanie umowy będą musiały jeszcze zaakceptować Ministerstwo Infrastruktury oraz zarząd PKP – zastrzega dyrektor Bacior.

Dyrektor Bacior nie chce mówić, jakie firmy wezmą udział w dalszej części przetargu. Wiadomo, że są to przedsiębiorstwa z kapitałem zagranicznym. Jedną z nich jest holenderski ING Real Estate, który już kilka lat temu nosił się z zamiarem przebudowy katowickiego dworca. Miała wtedy powstać spółka z udziałem inwestora, Urzędu Miasta oraz PKP. Z planów wycofały się jednak gmina i zarząd PKP.

Zdaniem Baciora, prace budowlane mogłyby się rozpocząć najwcześniej w połowie przyszłego roku. – Termin zależy od wybranego zakresu przebudowy. Na razie dla okolicy dworca nie ma miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego – mówi dyrektor Henryk Bacior.

Autor artykułu: Igor Cieślicki

Władza się wozi

Monday, May 17th, 2004

444 tys. zł rocznie wydaje Śląski Urząd Marszałkowski na służbowe samochody. Okazuje się że większość kosztów stanowią dojazdy pięcioosobowego zarządu z domu do pracy i pracy do domu.
- To i tak niewiele – zarzeka się Wojciech Zamorski, rzecznik urzędu. – Poprzedni zarząd wyjeździł dwa razy więcej. Z powodu rekordowych cen paliwa koszty mogą wzrosnąć nawet o 100 tys. zł!

Śląski Urząd Marszałkowski ma dziesięć służbowych aut: cztery ekskluzywne passaty, sześć opli – vectrę, zafirę oraz cztery astry. Każdy z członków zarządu ma do dyspozycji swój własny samochód wraz z kierowcą, który przywozi ich do urzędu i po pracy odwozi.

Koszty są duże, bo Jan Grela, wicemarszałek mieszka aż w Żarnowcu (z Katowic to ok. 80 km w jedną stronę), Wiesław Maras dojeżdża z Częstochowy (ok. 80 km w jedną stronę), a Marian Jarosz z Jastrzębia (ok. 50 km w jedną stronę). Kursy trzeba policzyć razy cztery 0 kierowca jedzie po szefa pod dom, wraca do Katowic, po pracy sytuacja się powtarza. Policzyliśmy. Dowiezienie do pracy np. Wiesława Marasa przez 25 dni roboczych w miesiącu kosztuje podatników co najmniej 2,5 tys. zł (założyliśmy, że samochód spala tylko 8 litrów paliwa na 100 km), rocznie prawie 30 tys. zł! Do tego trzeba doliczyć amortyzację samochodu, ubezpieczenie, naprawy. Co najmniej kolejne tysiąc złotych. A pensja kierowcy? Dodatkowo 2 tys. zł razy 12 miesięcy.

“Tańsi w dowozie” są marszałek Michał Czarski, który mieszka w oddalonym od Katowic o 11 km Sosnowcu i jego zastępca Sergiusz Karpiński (jest z Katowic). Panowie marszałkowie znacznie obniżają wydatki na samochody służbowe.
Pięć pozostałych aut należących do Urzędu Marszałkowskiego jest do dyspozycji urzędników, głównie dyrektorów wydziałów, wożą się także radni sejmiku. – Wszystkie auta służą całemu urzędowi. Jeśli jest potrzeba skorzystać z samochodu marszałka, a jemu nie jest potrzebny to się go bierze i nie ma żadnego problemu – tłumaczy Wojciech Zamorski, rzecznik urzędu.

Śląscy urzędnicy wraz z kolegami z Mazowsza stanowią wyjątek od reguły. Marszałek mazowiecki wraz ze swoimi zastępcami też korzysta ze służbowych aut przed i po pracy. Oszczędniej jest w Małopolsce i Wielkopolsce. Tam wprowadza się limity na przejazdy, bądź płaci ryczałtem za korzystanie z własnych samochodów do celów służbowych.
Wojciech Zamorski mówi o oszczędnościach. – W porównaniu z poprzednim zarządem (kiedy marszałkiem był Jan Olbrycht z Unii Wolności, kierowca przywoził go aż z Cieszyna oddalonego od Katowic o ok. 80 km – przyp. aut.) ograniczyliśmy liczbę samochodów o cztery, zwolniliśmy też szoferów. My jeździmy połowę tego co nasi poprzednicy, którzy często wyjeżdżali służbowymi autami do Warszawy albo za granicę. Owszem podrożała benzyna i koszty utrzymania, ale mimo wszystko jesteśmy mniej rozrzutni ? kwituje Zamorski.

Członkowie zarządu Urzędu Marszałkowskiego zarabiają miesięcznie po ponad 9 tys. zł, dwóch wicemarszałków po 11 tys. zł, marszałek o 2 tys. zł więcej. Stać ich na dojazdy do pracy prywatnymi samochodami.



Jak jeździ się w samorządach:


Katowice

– mają rekordową, jak na śląskie gminy, liczbę służbowych aut – 12. W ubiegłym roku wydano na ich utrzymanie (eksploatacja, myjnia, ubezpieczenie, naprawy) 60 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć 98.400 zł na paliwo. Jeden jest tylko do dyspozycji prezydenta (on również jest przywożony i odwożony do domu, ale mieszka tylko 7 km od swojego miejsca pracy), leganzą jeździ przewodniczący Rady Miejskiej, dwie nubiry użytkują wiceprezydenci. Reszta aut jest do dyspozycji urzędników – głównie geodezji i inwestycji.


Ruda Śląska

– posiadają trzy służbowe wozy – dwa ople vectry oraz jeden mikrobus). Rocznie utrzymanie aut kosztuje gminę ok. 72 tys. zł (ok. 6 tys. zł miesięcznie). W cenie jest paliwo, naprawy, ubezpieczenie). Prezydent jeździ służbowo od poniedziałku do piątku. W soboty i niedziele, kiedy pracuje – jeździ prywatnym. Czasami odwożeni do domów są wiceprezydenci, poza jednym – wiceprezydentem Teodorem Howańcem, który korzysta z własnego auta.


Chorzów

- ma tylko dwa służbowe auta, z czego jeden, peugeot 406 użytkuje tylko prezydent (również dowozi go miejski szofer). Drugi to 13-letni ford transit. W ubiegłym roku utrzymanie aut (benzyna, remonty, eksploatacja, ubezpieczenie) kosztowało gminę prawie 53 tys. zł (ponad 4 tys. zł miesięcznie).

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Ciepła posada, dobre pieniądze

Monday, May 17th, 2004

Prezydent Bytomia. Ma prawie 57 tys. zł oszczędności. Mieszka w domu o powierzchni 260 mkw. – wartość 350 tys. zł. Z tytułu zatrudnienia w Urzędzie Miejskim zarobił 132 tys. 283 zł i 68 gr. Niezłe dochody osiągnął pełniąc tajemnicze “obowiązki społeczne i obywatelskie” – 26 tys. 455 zł. Szkoda, że prezydent nie rozwinął tej myśli. Wójcik przyznaje się także nieśmiało do posiadania fiata cinquecento z 1997 r. Czyżby zasłona dymna? Nic podobnego, bo musi spłacać kredyt mieszkaniowy w wys. 61 tys. 500 euro rozłożony na 110 miesięcy od 31 maja 2001 r. Współczujemy…


Prezydent Częstochowy na tle samorządowców z innych miast wypada bardzo dobrze.
Znaczne oszczędności: ma 19 tys. zł, 4 tys. 200 euro i 1100 dolarów. Oprócz tego ma mieszkanie o wartości 144 tys. zł i dwie działki: jedna warta prawie 46 tys., a druga prawie 23 tys. zł. Na fotelu prezydenta zarobił w ub.r. ponad 123 tys. zł. Szczęściarz, bo ma gdzie dorobić. Na “fuchach” w Politechnice Częstochowskiej zarobił 2 tys. 849 zł, a w Związku Miast Polskich 1196 zł – choć w jego przypadku to zwykłe kieszonkowe.


Do mocno wypchanego portfela przyznaje się prezydent Sosnowca.
Na koncie na gorsze czasy czeka aż 60 tys. zł, 3 tys. dolarów i 2600 euro. Prezydent to szczęśliwy posiadacz luksusowego mieszkania o powierzchni 135 mkw – o wartości 220 tys. zł. Stresy może ukoić w domku kempingowym (49 mkw), ulokowanym na działce rekreacyjnej o powierzchni 600 mkw. Jeździ renaultem laguną z 1998 r. W urzędzie zarobił nieco ponad 131 tys. zł. Trochę grosza skapnęło z zasiadania w zarządzie KZK GOP – 26 tys. 455 zł. Humor może mu popsuć chyba tylko spłata bankowego kredytu w wysokości 35 tys. zł.


Oj, biednie na tle kolegów samorządowców wypada prezydent górniczego Jastrzębia Zdroju.
Na czarną godzinę czeka zaledwie 3500 zł oszczędności. Mieszka w domu (otrzymany w darowiźnie) o powierzchni 176 mkw o wartości 126 tys. zł. Prócz tego prezydent ma gospodarstwo rolne szacowane na 36 tys. 500 zł i nieruchomość o wartości 19 tys. zł (małżeńska wspólność majątkowa). Pociechą może być to, że jeździ volkswagenem polo z 2000 r. W zeszłym roku zarobił 128 tys. 229 zł 10 groszy.


Burmistrz niewielkiego Żywca ma się całkiem nieźle.
Ma imponujące oszczędności: 100 tys. zł i 20 tys. dolarów. Poza tym dwa domy: jeden 230 mkw o wartości 368 tys. zł, drugi 80 mkw o wartości 120 tys. zł. I mieszkanie – wartości 138 tys. zł. Poza tym przyznaje się do posiadania aż 5 działek o łącznej wartości ponad 200 tys. zł. Ma dwa garaże: jeden wart 22 tys. 800 zł, drugi 17 tys. 400 zł. W urzędzie zarobił 133 tys. zł. Szlagor ma udziały w Beskidzkiej Telewizji Kablowej “Bestkabel”. Z tytułu diet otrzymał ponad 10 tys. zł, podobnie za wynajem.


Burmistrz Myszkowa, przy swoim koledze z Żywca wypada blado.
Ma “tylko” 20 tys. zł oszczędności, a na burmistrzowaniu zarobił nieco ponad 107 tys. zł. Ma dom o powierzchni 208 mkw, wartość 400 tys. zł, mieszkanie (73 mkw) i 15 ha gospodarstwo rolne. Ma także dwie działki budowlane o wartości 40 tys. zł. Jeździ trzyletnim renault clio. Musi spłacać dwa kredyty w PKO BP, pierwszy w wysokości 30 tys. zł, drugi hipoteczny o wartości 100 tys. zł.


Prezydent Siemianowic Śl. lubi ostrą jazdę, w zeszłym roku kupił mitshubishi carismę.
Oszczędności – 20 tys. zł. Ma prawie 70-metrowe mieszkanie o wartości 130 tys. zł. Zarobił ponad 124 tys. zł, ma także 9 udziałów w spółce “Ursa”. Z tytułu praw autorskich otrzymał 34 tys. 600 zł.


Jeszcze rok temu prezydent Rybnika miał na koncie 45 tys. zł oszczędności, z których większość zawdzięczał swojemu oddaniu pracy – nie chodził na urlop, więc dostał ekwiwalent.
Dziś zostało mu z tego ledwie 10 tys. zł… Ale jest usprawiedliwiony, bo dom remontuje. Nawet pożyczkę wziął na ten cel – do spłacenia zostało mu jeszcze ponad 16 tys. Z pewnością dom (wart 150 tys. zł) prezentuje się już dużo lepiej. W 2003 r. Fudali pobrał z kasy urzędu grubo ponad 123 tys. zł, ale samochodu nie zmienił – od 1993 r. jeździ tym samym mercedesem.


Papiery wartościowe i obligacje chyba nie przynoszą prezydentowi Bielska-Białej oczekiwanych zysków.
Jeszcze rok temu wykazał w oświadczeniu majątkowym że tak zainwestował ponad 2 mln zł, a w tym roku jest to już ledwie… ok. 1,6 mln. Oszczędności – 100 tys. dolarów, ponad 8 tys. euro i 15 tys. zł. Krywult nabrał chyba zaufania do polskiej waluty, bo rok temu tych złotówek na jego koncie było ledwie 2,5 tys. zł. Ale miał też z czego zaoszczędzić – w zeszłym roku zarobił w Urzędzie Miasta ponad 123 tys. zł, a do tego na jego konto wpłynęła jeszcze symboliczna emerytura (2556,98 zł). Jeździ saabem z 1996 r.

Zarobił w 2003 r. prawie 150 tys. zł, ale jego oszczędności to jedyne 23 tys. zł. Do tego symboliczne 100 dolarów i 200 euro. Prezydent Katowic, choć na takiego nie wygląda, lubi chyba zaszaleć w czasie zakupów. Dodatkowo w ub.r. wpadło mu do kieszeni ponad 26 tys. zł za pracę w KZK GOP i mniej więcej tyle w kieszeni mu zostało. Na co więc Piotr Uszok niemałe pieniądze zarobione w urzędzie wydaje? Ma renault laguna z 2001 r. i dom o powierzchni 174 mkw. o wartości 250 tys. zł.

Gdyby operować terminologią bankową, można by rzecz, że prezydent Socha ma coraz większe kłopoty z płynnością finansową. Pożyczka hipoteczna na sumę 250 tys. zł, do tego kredyt budowlany (156 tys. zł) i ledwie 50 tys. oszczędności. W porównaniu z 2003 roku stan jego konta się nie zmienił, zwiększyły się za to wierzytelności. No ale pan prezydent inwestuje w nieruchomości i ziemię – ma budynek usługowy (wartość – 600 tys. zł), i dwie działki budowlane o łącznej wartości prawie 550 tys. zł. W 2003 r. zarobił w urzędzie 119 tys. zł. Ma renault laguna i peugeota.

Prezydent Rudy Śląskiej na koncie ma ledwie 25 tys. zł, co w porównaniu z innymi naszymi samorządowcami może budzić politowanie. Ma też dom (108 mkw.) i dwa samochody. Prezydent Miasta Ruda Śląska zarabia jednak całkiem nieźle – w 2003 roku odebrał z miejskiej kasy ponad 131 tys. zł. Do tego dołożył jeszcze symboliczne 1100 zł z KZK GOP, ma też kredyt odnawialny w banku na 80 tys. zł. Tymczasem w jego oświadczeniu majątkowym tych sum nie widać. Inwestuje w… siebie?

Burmistrz Radlina zarobiła w zeszłym roku ledwie 98 tys. zł!
Ale oszczędności na koncie są (25 tys. zł, 1000 franków szwajcarskich). Prócz domu wartego 200 tys. zł, ma jeszcze dwie działki o łącznej powierzchni ponad 4,5 tys. mkw., warte 40 tys. zł. Ma dwa samochody – mercedesa i opla astrę.

Maciej Kołodziejczyk, Jacek Bombor, Maciej Dobrowolski

Autor artykułu:

Górnik Radlin – BBTS 3:0 i 3:2

Monday, May 10th, 2004

W ubiegłym roku siatkarze Górnika Radlin byli blisko awansu do serii A. Najpierw jednak przegrali rywalizację z Politechniką Warszawa, a później baraż z NKS Nysa. – Do trzech razy sztuka – mówili działacze i słowa obrócili w czyn.

Radlinianie okazali się lepsi od grającego do tej pory w serii A zespołu BBTS Siatkarz Original Bielsko Biała. W sobotę pokonali bielszczan 3:0 (25:23, 25:22, 25:14), a w niedzielę 3:2 (31:29, 17:25, 21:25, 25:21, 15:9) i przyszłym sezonie zagrają w gronie najlepszych drużyn naszego kraju.

- To dla nas ogromny sukces, na razie musimy się nim nacieszyć, a później zastanowimy się nad wzmocnieniami – powiedział dyrektor klubu, Andrzej Bednorz.

W sobotę tylko w pierwszym secie goście z Bielska pokazali, że walczą o pozostanie w serii A. Początkowo obie drużyny zdobywały solidarnie punkty i żadnej z nich nie udało się ,odskoczyć” na więcej niż dwa punkty. Dopiero w końcówce BBTS, dzięki udanym blokom, uzyskał trzypunktowe prowadzenie 21:18 i wydawało się, że sprawa tego seta jest już przesądzona. Krążący przy linii bocznej grający trener Górnika Dariusz Luks poprosił swoich zawodników na minutę rozmowy. To przyniosło efekt, a dodatkowo dobrym posunięciem było wprowadzenie Jarosława Fijoła, który zatrzymał atak siatkarzy z Bielska, doprowadzając do remisu 22:22. Rozpędzeni gospodarze nie oddali już prowadzenia do końca, a na ostatnią piłkę wszedł Luks i po jego rozegraniu Górnik zakończył zwycięsko seta. Dwa następne sety to już zdecydowana przewaga gospodarzy. Trener Wiesław Popik “mieszał” w składzie, ale nie przynosiło to efektu.

O wiele bardziej zacięty był niedzielny mecz. Zwłaszcza pierwszy set. Długo nie wiadomo było, kto obejmie prowadzenie. W końcu autowy atak Andrieja Barberika spowodował, że Górnik prowadził 1:0. Dwa następne sety należały do bielszczan i wydawało się, że trzeba będzie jeszcze jednego meczu, by poznać triumfatora tej rywalizacji. Gospodarze nie składali jednak broni i wygrali następnego seta, a w tie breaku wyraźnie już dominowali. Po ostatnim punkcie – blok Górnika zatrzymał Barberika – w hali w Radlinie zapanował euforia.
- Początkowo myśleliśmy o utrzymaniu się na tym szczeblu rozgrywek – wyjaśnia Bednorz. – Mieliśmy raptem dwóch zawodników, Luksa i Wiktorowicza. Ale ściągnęliśmy naszych zawodników z wypożyczeń i udało się stworzyć całkiem niezłą drużynę.

Autorami awansu są: Dariusz Luks (grający trener), Łukasz Lip, Paweł Rusek, Jarosław Fijoł, Marcin Grygiel, Marcin Grzegoszczyk, Mariusz Wiktorowicz, Artur Kabziński, Sebastian Pęcherz, Paweł Szybelski, Tomasz Warda, Jarosław Sobczyński. Drugim trenerem Górnika jest Karol Janaszewski.

Autor artykułu: Leszek Jaźwiecki

Podbeskidzie Bielsko-Biała – Piast Gliwice 0:3

Monday, May 10th, 2004

Bielscy kibice wygwizdali swoich ulubieńców, gdy ci schodzili do szatni. Wielu z nich krzyczało: “Złodzieje, złodzieje” i “Sprzedaliście, sprzedaliście”, oskarżając zawodników Podbeskidzia o to, że oddali punkty Piastowi Gliwice, któremu grozi spadek do III ligi.

Po jesiennym meczu obu drużyn, czterech piłkarzy z bielskiej drużyny zostało przesuniętych do zespołu rezerw za brak zaangażowania w meczu. Być może, historia zatoczy koło.
Trener Krzysztof Pawlak musiałby jednak odesłać do rezerw praktycznie całą drużynę. W sobotę zagrali po prostu katastrofalnie. Piast, pomimo że zdobył trzy bramki, niczego ciekawego w Bielsku nie zaprezentował. Pierwsza część spotkania, była po prostu nudnawa. Kibice częściej prowadzili towarzyskie rozmowy niż emocjonowali się tym, co dzieje się na murawie. W 42 minucie, zostali jednak z tego letargu przebudzeni. Piotr Uss świetnie wykorzystał błąd Łukasza Merdy, który wybiegł kilka metrów przed bramkę. Napastnik bez chwili zastanowienia skierował piłkę do pustej siatki. Kibice uznali to za wypadek przy pracy. Kiedy jednak w drugiej połowie, po raz kolejny, tym razem po błędzie Roberta Piekarskiego na listę strzelców wpisał się Piotr Uss, znaczna część kibiców ostentacyjnie opuściła trybuny. – Wcale nie dziwię się tym kibicom, że tak właśnie zrobili. Zagraliśmy chyba najgorsze spotkanie w naszej historii. Nie do wiary, że mogliśmy zagrać tak słabo. Jest nam wstyd. Czasu jednak nie uda się cofnąć. Będziemy musieli w następnych meczach zagrać ze zdwojoną siłą, by móc walczyć o odzyskanie zaufania kibiców – powiedział po meczu obrońca Robert Piekarski.

Słynący z ambicji Jarosław Bujok, był tak wściekły na wynik spotkania, że poproszony o kilka zdań komentarza, machnął tylko ręką i udał się do szatni. Szczęśliwy za to był Piotr Uss. Zdobywca dwóch bramek tryskał humorem. – Powróciłem niedawno po kontuzji i bardzo się cieszę, że udało mi się rozegrać tak dobre spotkanie. Dwóch bramek nie strzela się przypadkowo. Kibice protestowali, bo my jesteśmy niżej, a Podbeskidzie wyżej w ligowej tabeli i zawsze pada cień podejrzenia. My jednak zagraliśmy swoją piłkę i dlatego wygraliśmy – mówił po meczu Uss.

Trzeciego gola, który doprowadził do maksymalnego podenerwowania bielskich kibiców, zdobył Rafał Andraszak, który wykorzystał błąd popełniony przez Marcina Żukowskiego. Jeszcze nigdy w historii II-ligowych występów Podbeskidzia na stadionie przy ul. Żywieckiej nie było słychać tylu gwizdów i pretensji pod adresem piłkarzy.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

Odra Wodzisław – Górnik Polkowice 0:1

Monday, May 10th, 2004

Piłkarze Odry schodzili z boiska ze spuszczonymi głowami. Nie się co dziwić. Wodzisławianie przegrali na własnym stadionie z ostatnią drużyną w tabeli Górnikiem Polkowice 0:1 (0:0). Styl, w jakim to zrobili, nie wystawia im najlepszego świadectwa. Powody do radości mieli natomiast polkowiczanie, którzy odnieśli pierwsze, historyczne zwycięstwo w ekstraklasie na wyjeździe.

Przed meczem nikt nie dopuszczał myśli, że gospodarze mogą przegrać to spotkanie. Kibice rozważali głównie, ile bramek zaaplikują gospodarze “czerwonej latarni”. Jesienią obie drużyny strzeliły po trzy bramki i wydawało się, że tym razem również pójdą na wymianę ciosów.

- Liczę, że bramki będą, a strzelać je będą moi piłkarze – mówił trener Odry Ryszard Wieczorek.

Nic z tego. Odra rozegrała słabe, nawet bardzo słabe spotkanie. Piłkarzom brakowało zupełnie pomysłu na sforsowanie obrony Górnika.

- Wydaje się, że moim piłkarzom po prostu brakuje umiejętności – narzekał po meczu załamany wynikiem szkoleniowiec Odry.

W trakcie meczu zdenerwowani słabą grą kibice Odry zaczęli psioczyć na swoich piłkarzy. Z upływem minut, kiedy niekorzystny dla Odry wynik nie ulegał zmianie, narzekania przerodziły się w nieprzychylne epitety.

- Złodzieje, sprzedawczyki – to najbardziej delikatne okrzyki padające z trybu. – To przykre, że kibice tak nas potraktowali – żalił się Wojciech Górski. – Przez 4 lata gram w tym klubie i nie spotkałem się z taką reakcją.

- Czym sobie zasłużyliśmy na takie traktowanie – dziwił się z kolei Mariusz Nosal.
Swojego oburzenia nie krył także bramkarz Marcin Bęben.

- Nie mam nic do powiedzenia – rzucił schodząc z murawy. – Spytajcie się tych s… synów.
Piłkarze Odry mieli pretensje, że kibice nie wsparli ich dopingiem w trudnych chwilach. Z drugiej strony zawodnicy gospodarzy nie nie dali im powodów do takiego zachowania.
Goście po ostatnim gwizdku mieli powody do radości. Najwięcej strzelec zwycięskiej bramki Grzegorz Pater. Piłkarz Górnika zdecydował się na strzał z 25 metrów, po którym piłka ugrzęzła w siatce Bębna.

- To była moja 30 bramka w lidze – mówił. – 5 maja skończyłem 30 lat, więc mam podwójne powody do radości.



To nie takie proste

Rozmowa z Ryszardem Wieczorkiem, trenerem Odry

Co można powiedzieć po takim meczu?

Nie chce się w ogóle mówić. Zagraliśmy słabo. Ten mecz pokazał, że jesteśmy słabi, zawodnicy nie do końca spełniają moje oczekiwania.


Eksperymentuje pan ze składem, ciągle gra inna drużyna.

Dlaczego eksperymentuję? Szymiczek grał dwa ostatnie mecze słabo, więc usiadł na ławce. Kontuzja wyeliminowała Janka Wosia, który był ostatnio motorem napędowym tej drużyny. Za kartki musiał pauzować Bizacki. Zmiany były wymuszone.


Piłkarze mówią, że nie mają pomysłu na grę?

Ich trzeba zapytać, dlaczego tak jest. To wynika z ich słabości, szwankuje też psychika. Kiedy nie wychodzi jednemu, to pozostali zaczynają “siadać”. Zaczynają kopać piłkę a nie grać.


Kibice potraktowali was ostro.

Nie wiem, dlaczego wyzywali nas od złodziei. Ja nikomu nic nie ukradłem. Kibice myśleli, że będziemy wygrywać mecz za meczem. Życie pokazuje, że to nie takie proste.



Jak na lekarstwo

13 min – indywidualna akcja Dubickiego zakończyła się słabym strzałem tego piłkarza.
14 min – fatalny strzał Kwieka, choć okazja była dobra.
16 min – bramkarz Odry broni strzał Patera.
22 min – próba przelobowania Bębna przez Pilcha kończy się udaną interwencją bramkarza Odry.
43 min – uderzenie z rzutu wolnego Sokołowskiego broni na raty bramkarz Górnika.
50 min – próba lobu Patera, ale ponownie Bęben na posterunku.
53 min – efektowny strzał przewrotką Kubisza, ale bardzo niecelna.
56 min – Pater idealnie obsłużył Narwojsza, ale ten zmarnował dobrą okazję.
60 min – strzał z dystansu Patera trafia do siatki Odry. 0:1.



Noty

Bęben 2
Myszor 3
Madej 4
Jankowski 2
Szary 3
Sokołowski 2
(61′ Wieczorek)
Górski 2
Kwiek 1
(46′ Sibik) 2
Radzewicz 2
Nosal 2
Kubisz 1
(73′ Ziarkowski)
Razem 26

Statystyka

Odra Górnik
Strzały celne 6 7
Strzały niecelne 10 3
Rzuty rożne 8 0
Faule 30 19
Spalone 4 5

Zobacz inne wiadomości o Odrze

Autor artykułu: Leszek Jaźwiecki

Wątpliwe transakcje

Tuesday, May 4th, 2004

Przez błąd zabrzańskich urzędników holenderska spółka Plaza dostała prawie 900 tys. zł odszkodowania od miasta oraz ponad dwa hektary terenu na własność w doskonałym miejscu. ? Mogliśmy stracić więcej ? ocenia decyzję swoich poprzedników Jerzy Wereta, wiceprezydent Zabrza. Z naszych informacji wynika, że Plaza już zahandlowała ziemią. Na prywatnej działce Plazy stanie najprawdopodobniej market Champion lub Lidl.


Park zamiast multikina


Trzy lata temu “Gdańsk Plaza”, spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie (jedna z niezliczonych spółek Plaza Centers Poland) kupiła od gminy prawo użytkowania wieczystego gruntu przy ul. Bytomskiej – prawie 4 hektary. Chciała budować centrum handlowo-rozrywkowe. Akt sprzedaży podpisali Roman Urbańczyk, ówczesny prezydent Zabrza oraz naczelnik wydziału geodezji i gospodarki gruntami Józef Gawron. Plaza zobowiązała się wybudować przy ul. Cmentarnej boisko sportowe.

Szybko okazało się, że gmina sprzedała działkę z naruszeniem prawa. Teren w planie zagospodarowania przestrzennego oznaczony jest bowiem literą “E” – ekologiczny. Jacek Zimosz, naczelnik wydziału architektury Urzędu Miasta w Zabrzu tłumaczył wtedy, że centrum zmieści się na połowie działki. Prawda okazało się inna.
Budowę zablokowało Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Katowicach, do którego poskarżyło się Zabrzańskie Stowarzyszenie Kupieckie. Plany Plazy padły. Urbańczykowi nie pomogły odwołania do SKO i Naczelnego Sądu Administracyjnego.


Plaza bierze na własność


Rok temu Jerzy Gołubowicz, nowy prezydent Zabrza postanowił zrekompensować Plazie straty i zamienił działki. To kolejna budząca wątpliwości transakcja.
Plaza dostała od miasta działkę przy ul. Niedziałkowskiego i al. Korfantego. Jest nieco mniejsza, ale w doskonałej lokalizacji ? przy drodze przelotowej w kierunku Bytomia i Gliwic.
Dostała ją na własność. Dlaczego gmina robi prywatnej spółce taki prezent skoro na teren przy Bytomskiej holenderska spółka miała jedynie prawo wieczystego użytkowania na 99 lat?

- Plaza dopłaciła nam za zamianę prawie 2 mln zł, choć dostała mniejszy grunt niż posiadała – tłumaczy Jerzy Wereta, wiceprezydent Zabrza odpowiedzialny za sprzedaż miejskich gruntów.
Władze Zabrza zrobiły jeszcze jeden ukłon w stronę Plazy. Uznały jej roszczenia i przyznały odszkodowanie w wysokości ponad 836 tys. zł. Kwota stanowi wysokość dwuletnich opłat rocznych z tytułu użytkowania wieczystego wraz z odsetkami oraz podatek od nieruchomości, których Plaza nigdy gminie Zabrze nie zapłaciła. Wiceprezydent Wereta uważa, że to było salomonowe wyjście. – Gdyby Plaza poszła do sądu, musielibyśmy jej zapłacić grube miliony. Prawda jest taka, że tam przy Bytomskiej nie mogło stanąć centrum handlowo-rozrywkowe – kwituje Wereta.>


Hipermarket?


Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie Plaza niczego już w Zabrzu nie wybuduje. Na działce Plazy przy ul. Niedziałkowskiego i al. Korfantego stanie hipermarket. Najprawdopodobniej Lidl albo Champion. Informację tę potwierdził nam w piątek prezydent Wereta. – Tak, trzy tygodnie temu jedna z zabrzańskich firm wystąpiła do mnie z wnioskiem o warunki zabudowy pod supermarket spożywczy.

Jaka to firma, nie chciał powiedzieć. Dodał tylko: – Nic nie wiem o tym, aby Plaza odsprzedała teren komukolwiek. Nadal jest właścicielem terenu.
Krzysztof Armel, dyrektor Plaza Centers Poland był na urlopie i nie chciał z nami rozmawiać.
Za transakcję z Plazą i sprzedaż działki z naruszeniem prawa nikt w Urzędzie Miasta w Zabrzu nie poniósł konsekwencji.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak