Pierwszy Instytut Szczęścia otworzono w tym roku w Australii. Na taki pomył mogli wpaść jedynie mieszkańcy Antypodów. W końcu żyją do góry nogami.
Potrzeba najwyższego rzędu
Wystarczy wydać kilka setek australijskich dolarów, żeby para nieszczęśliwców mogła ponoć znowu różowo i z radością spoglądać na świat. Tu szczęście kupuje się za brzęczącą monetę. Specjaliści od ludzkiej psychiki uważają, że jedynie 15 procent tego, co nazywamy szczęściem w życiu jest zależne od zewnętrznych czynników (w tym także od posiadanych pieniędzy). Cała reszta zależy od naszego nastawienia, samokontroli i relacji z innymi osobami.
- Możesz sam podnieść poziom własnej szczęśliwości. To jest to, czego właśnie uczymy — twierdzi Timothy Sharp, założyciel Happieness Institute.
- Bierzemy ludzi z wyzerowanym kontem w banku szczęścia i pomagamy im je z powrotem naładować. — dodaje.
Trzy miliardy dolarów
Instruktorzy uczą więc dobrego samopoczucia, sterowania własnym życiem i nawiązywania i utrzymywania stosunków z otoczeniem.
Już teraz biznesmeni wydają po 6 tysięcy dolarów na półdniowe zajęcia ze szczęścia dla swych pracowników. Inne zorganizowane grupy za sesję terapii płacą po 30 dolarów od głowy.
Amerykański ekonomista Paul Zane Pilzer w swej książce „Welness Revolution” przewiduje, że w niedalekiej przyszłości taki sektor usług stanie się jednym z najpotężniejszych po branży samochodowej i nowych technologii na świecie. Ocenia jego wartość na trzy biliony dolarów. To interes, który ma pomagać ludziom żyć spokojnie, zdrowo i szczęśliwie.
Seks na szczęście
Faktem jest, że w cywilizowanym świecie poziom odczuwanego szczęścia codziennego wyraźnie maleje. Mimo, że ludzie żyją znacznie lepiej niż ich dziadkowie czy rodzice.
- Różnice w mentalności pomiędzy osobą, która zarabia 30 tysięcy dolarów rocznie i tą otrzymującą 300 tysięcy dolarów rocznie są obecnie bardzo niewielkie. Choć wiele osób może to zaskakiwać. — konkluduje Sharp w rozmowie z agencją Reutera.
I jeden i drugi nie ma problemów ze podstawowymi środkami na codzienne życie, żywność, ubranie, wyposażenie domu. Za to nie umie cieszyć się nim. Według specjalistów od szczęścia jednym z najważniejszych obecnie generatorów szczęścia (poza m.in. dobrym snem, zdobywaniem doświadczeń, rozrywką) jest udany seks.
Z badań przeprowadzonych w 2003 roku na grupie 1000 pracujących kobiet wynika, że właśnie seks wytwarzał najwięcej punktów szczęścia osobistego. Za najbardziej przykre uznawano dojazdy do pracy.
Wszystko na szmal
Z prac ekonomistów Davida Blanchflowera i Andrewa Oswalada (badania na grupie 16 tysięcy Amerykanów) wynika, że regularny seks podnosi tak samo poziom osobistego odczuwania szczęścia jak niespodziewane otrzymanie 50 tysięcy dolarów. Co nie znaczy, że im więcej seksu, tym więcej szczęścia.
Cywilizacyjne piekiełko powoduje, że wszystko przeliczamy już na pieniądze. Niestety one także w nieracjonalny sposób decydują o naszym zadowoleniu z życia. Gdy prof. Robert Frank z Cornell University zapytał swych respondentów, czy woleliby zarabiać 110 tysięcy dolarów, gdy wszyscy inni dostawaliby 200 tysięcy dolarów, czy też otrzymywać za pracę jedynie 100 tysięcy, a inni po 85 tysięcy; większość wybierała wariant drugi. Mieć mniej, ale najwięcej ze wszystkich.
Autor artykułu: as