Archive for June, 2004

Do góry nogami

Wednesday, June 30th, 2004

Pierwszy Instytut Szczęścia otworzono w tym roku w Australii. Na taki pomył mogli wpaść jedynie mieszkańcy Antypodów. W końcu żyją do góry nogami.


Potrzeba najwyższego rzędu


Wystarczy wydać kilka setek australijskich dolarów, żeby para nieszczęśliwców mogła ponoć znowu różowo i z radością spoglądać na świat. Tu szczęście kupuje się za brzęczącą monetę. Specjaliści od ludzkiej psychiki uważają, że jedynie 15 procent tego, co nazywamy szczęściem w życiu jest zależne od zewnętrznych czynników (w tym także od posiadanych pieniędzy). Cała reszta zależy od naszego nastawienia, samokontroli i relacji z innymi osobami.

- Możesz sam podnieść poziom własnej szczęśliwości. To jest to, czego właśnie uczymy — twierdzi Timothy Sharp, założyciel Happieness Institute.

- Bierzemy ludzi z wyzerowanym kontem w banku szczęścia i pomagamy im je z powrotem naładować. — dodaje.


Trzy miliardy dolarów


Instruktorzy uczą więc dobrego samopoczucia, sterowania własnym życiem i nawiązywania i utrzymywania stosunków z otoczeniem.

Już teraz biznesmeni wydają po 6 tysięcy dolarów na półdniowe zajęcia ze szczęścia dla swych pracowników. Inne zorganizowane grupy za sesję terapii płacą po 30 dolarów od głowy.

Amerykański ekonomista Paul Zane Pilzer w swej książce „Welness Revolution” przewiduje, że w niedalekiej przyszłości taki sektor usług stanie się jednym z najpotężniejszych po branży samochodowej i nowych technologii na świecie. Ocenia jego wartość na trzy biliony dolarów. To interes, który ma pomagać ludziom żyć spokojnie, zdrowo i szczęśliwie.


Seks na szczęście


Faktem jest, że w cywilizowanym świecie poziom odczuwanego szczęścia codziennego wyraźnie maleje. Mimo, że ludzie żyją znacznie lepiej niż ich dziadkowie czy rodzice.

- Różnice w mentalności pomiędzy osobą, która zarabia 30 tysięcy dolarów rocznie i tą otrzymującą 300 tysięcy dolarów rocznie są obecnie bardzo niewielkie. Choć wiele osób może to zaskakiwać. — konkluduje Sharp w rozmowie z agencją Reutera.

I jeden i drugi nie ma problemów ze podstawowymi środkami na codzienne życie, żywność, ubranie, wyposażenie domu. Za to nie umie cieszyć się nim. Według specjalistów od szczęścia jednym z najważniejszych obecnie generatorów szczęścia (poza m.in. dobrym snem, zdobywaniem doświadczeń, rozrywką) jest udany seks.
Z badań przeprowadzonych w 2003 roku na grupie 1000 pracujących kobiet wynika, że właśnie seks wytwarzał najwięcej punktów szczęścia osobistego. Za najbardziej przykre uznawano dojazdy do pracy.

Wszystko na szmal


Z prac ekonomistów Davida Blanchflowera i Andrewa Oswalada (badania na grupie 16 tysięcy Amerykanów) wynika, że regularny seks podnosi tak samo poziom osobistego odczuwania szczęścia jak niespodziewane otrzymanie 50 tysięcy dolarów. Co nie znaczy, że im więcej seksu, tym więcej szczęścia.
Cywilizacyjne piekiełko powoduje, że wszystko przeliczamy już na pieniądze. Niestety one także w nieracjonalny sposób decydują o naszym zadowoleniu z życia. Gdy prof. Robert Frank z Cornell University zapytał swych respondentów, czy woleliby zarabiać 110 tysięcy dolarów, gdy wszyscy inni dostawaliby 200 tysięcy dolarów, czy też otrzymywać za pracę jedynie 100 tysięcy, a inni po 85 tysięcy; większość wybierała wariant drugi. Mieć mniej, ale najwięcej ze wszystkich.

Autor artykułu: as

Trzeci model

Saturday, June 26th, 2004

Fabryka Opla w Gliwicach będzie wytwarzała jeszcze jeden model samochodu. Dzięki temu powstanie w niej dodatkowe 700 miejsc pracy a moce produkcyjne wzrosną o 30 tys. aut rocznie.

Zafira II to całkowicie nowy, jeszcze nigdzie nie pokazany model opla, który będzie zbudowany na platformie astry III. Produkcja nowego auta ma ruszyć w II połowie przyszłego roku w Gliwicach i w niemieckim Bochum, gdzie produkowana jest obecna wersja zafiry.
Dla gliwickiej fabryki umieszczenie w niej kolejnego produktu wiąże się koniecznością uruchomienia trzeciej zmiany i zatrudnienia dodatkowych pracowników. Obecnie w pracującej na dwie zmiany fabryce jest zatrudnionych 2 200 osób. Nowy model spowoduje zapewne także wzrost zatrudnienia w zakładach współpracujących z Oplem, wytwarzających dla tego samochodu podzespoły. – Przy każdym projekcie korzystamy z polskich dostawców, a część naszych zachodnich kooperantów także wybudowała swoje zakłady w Polsce – mówi Wojciech Osoś, rzecznik prasowy fabeyki w Gliwicach.

Produkcja wszystkich trzech modeli (agili, astry classic II i zafiry) będzie się odbywać na jednej taśmie. Trzeba więc zainwestować w jej modernizację i rozbudowę do potrzeb podniesionej mocy produkcyjnej. Według wiceministra gospodarki Krzysztofa Krystowskiego ten projekt (stanowiący część umowy offsetowej) ma być wart ok. 800 mln dolarów.

W tym roku w Gliwicach wyprodukowano (do maja) 46 980 aut, w tym 26 800 agili i 20 180 astr. Po uruchomieniu produkcji zafiry roczna zdolność produkcyjna zakładu ma wynosić 180 tys. aut. Nie wiadomo jednak, jakie będą proporcje pomiędzy poszczególnymi modelami. Zapewne będzie o tym decydowała ich rynkowa pozycja. Romuald Rytwiński, dyrektor generalny General Motors Poland i Opel Polska ocenia, że produkcja nowej zafiry w Gliwicach może wahać się między 50 – 100 tysiącami sztuk rocznie. Do 2011 roku fabryka ma wyeksportować zafiry o łącznej wartości ok. 4 mld dolarów.
Zdaniem Romualda Rytwińskiego jednym z czynników decydujących o umieszczeniu w Gliwicach produkcji nowego samochodu, była wysoka wytwarzanych w niej aut. W prestiżowym rankingu bezawaryjności, prowadzonym przez TUV, agila znalazła się na drugim miejscu wśród samochodów mających do trzech lat.

Autor artykułu: pim

Oskarżają prezydenta o szantaż

Friday, June 25th, 2004

Czy dąbrowscy radni są korumpowani przez współpracowników prezydenta Jerzego Talkowskiego? Czy część głosuje tak, jak chce tego prezydent w zamian za korzyści materialne?
Podczas wczorajszej sesji stresu nie wytrzymało kilku z nich i publicznie wyznało, że byli w ten sposób szantażowani. Radny Tomasz Sołtysik zapowiedział, że w związku z tymi informacjami na najbliższej sesji złoży wniosek o samorozwiązanie się rady.

Radny Kazimierz Woźniczka nie uległ naciskom i wskazówkom, jak ma głosować podczas nadzwyczajnej sesji w sprawie przeprowadzenia kontroli urzędu przez Regionalną Izbę Obrachunkową i Najwyższą Izbę Kontroli. Odrzucił „propozycję nie do odrzucenia” i drogo za to zapłacił. Jako prezes Spółdzielni Kółek Rolniczych musiał więc wręczyć wypowiedzenia umów 30 pracownikom, bo miasto za karę zerwało z nim umowę na tzw. letnie utrzymanie ulic. Wczoraj niezadowoleni pracownicy SKR i ich rodziny tłumnie przyszli na sesję rady. Choć atmosfera była gorąca, obyło się bez ekscesów.

– Powiedziano mi wprost – pójdziesz i się ukorzysz, to pieniądze będą odblokowane. Ale się korzyć nie będę! – mówił wstrząśnięty Kazimierz Woźniczka, który od 1997 roku jest prezesem SKR.

Mówi, że pierwszy raz krew go zalała, gdy dano mu jednoznacznie odczuć, jak ma głosować, aby SKR dalej mógł realizować kontrakt. Drugi raz do szewskiej pasji go doprowadzono, gdy dostał pismo, że umowa obowiązująca do września właśnie została zerwana.

– Głosowałem nie po myśli prezydenta i teraz cierpią na tym moi pracownicy. Nie ma robót, więc aby nie likwidować całego zakładu, muszę zwalniać pracowników – mówił słuchającym w niedowierzaniu radnym Kazimierz Woźniczka.

Najwyraźniej ośmielony tym wystąpieniem wstał inny radny, Tadeusz Orpych, i opowiedział, że jego rodzina na własnej skórze przekonała się, co znaczy przeciwstawić się prezydentowi podczas głosowań.

– Zdecydowałem się to powiedzieć, bo nie jestem tchórzem. Mojego syna pracującego jako instruktor w Pałacu Kultury Zagłębia też wezwano i jednoznacznie dano mu do zrozumienia, że za sprawą mojej postawy może się pożegnać z pracą – powiedział drżącym głosem Orpych.

Prezydent Jerzy Talkowski początkowo sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie wiedział, na czym polega problem. Ostatecznie nie miał zbyt wiele do powiedzenia. – Wystąpienia były przykładem gorszącego działania, które miało niejako wyeksponować moją rolę w powiązaniach mafijnych. Ale ja wszystko, co robię, robię z myślą o Dąbrowie Górniczej – stwierdził prezydent Talkowski.

Autor artykułu: Marcin Twaróg

Łowienie słoików

Friday, June 25th, 2004

Żyjemy jak w domu na palach – mówi mieszkanka bloku przy ul. Mochnackiego 2c w Częstochowie, Ewa Ścigała

Najgorzej, gdy pada deszcz, bo wtedy piwnice pełne są wody, a nieczystości z popękanych rur ściekowych pływają między słoikami – opowiada pani Ewa.

Należący do PKP ceglany budynek ma już ponad 100 lat. Z zewnątrz trzyma się jeszcze nieźle, ale za to w środku widać już bardzo wyraźnie upływający czas.


Ciągle wilgoć


– Drewniane okna są tak wypaczone, że ich dokładne zamknięcie jest niemożliwe – twierdzi mieszkanka bloku Ewa Ścigała. – Podobnie jest z drzwiami, które nie stanowią żadnej przeszkody dla trzaskającego zimą mrozu.
Okazuje się jednak, że nie tylko stolarka okienna i drzwiowa szwankuje przy Mochnackiego. Mieszkańcy tego bloku mają problemy ze wszystkimi drewnianymi elementami domu. – Niestety, przegniły też legary i podłoga zapada się w wielu miejscach – mówią lokatorzy. – A od nadmiaru wilgoci i wibracji wywoływanych przez przejeżdżające pociągi pęka tynk na ścianach i sufitach. Musimy także walczyć z przeciekającym dachem. Kiedy pada, na strychu trzeba podstawiać miednice, by wyłapywać wodę.


Lepiej na dachu


Z dachem mieszkańcy jakoś sobie jednak radzą. Gorzej z piwnicą, na którą nie znaleźli jeszcze sposobu. – Tam są rury odprowadzające nieczystości z ubikacji – twierdzi Ewa Ścigała. – Od pewnego czasu pękają i fekalia rozlewają się po całej piwnicy. Musieliśmy zbudować specjalne półki na wysokości pół metra od ziemi, by woda nie niszczyła nam słoików z przetworami.

W piwnicy rzeczywiście są ślady wskazujące na to, że podczas deszczu przepływa tamtędy struga wody. Jak na dłoni widać również, że ekipy remontowe próbowały jakoś naprawić popękane rury.

– Chcieliśmy te rury jakoś naprawić własnym sumptem, ale boimy się, że przy pierwszej próbie to wszystko się rozpadnie – mówi Ewa Ścigała. – Poza tym to nie lokatorzy, ale administracja kolejowa powinna je naprawić.


Unikat, ale nie zabytek


Blok przy Mochnackiego jest jednym z nielicznych już przykładów przedwojennego budownictwa z palonej, czerwonej cegły. W ostatnich dniach oglądali go pracownicy Wojewódzkiego Oddziału Ochrony Zabytków w Częstochowie. Lokatorzy mieli bowiem nadzieję, że jeśli figuruje on w rejestrze budynków zabytkowych, to można będzie pozyskać jakieś środki na jego remont. Niestety, okazało się, że bloku w rejestrze nie ma. Jest natomiast szansa, że do niego trafi. Pod warunkiem jednak, że opracowana zostanie dokumentacja obiektu (do jej wykonania potrzebne są pieniądze, których służby konserwatorskie nie mają).
Lokatorom pozostaje więc na razie „zachwycać się” faktem, że mieszkają w unikatowym bloku i radzić sobie nadal z przeciwnościami losu.


Co na to zarządca?

Za dużo wody

Bogusław Mikuta, zarządca Rejonu Utrzymania i Administracji Budynków Mieszkalnych PKP:

Muszę przyznać, że rzeczywiście w bloku przy ulicy Mochnackiego 2c występują problemy z nadmiarem wody w piwnicach. Próbowaliśmy wyprofilować nieco podwórko tak, by deszczówka nie trafiała do piwnic, ale nie udało się. Nadal po deszczu, a także na skutek wysokiego poziomu wód gruntowych w piwnicy gromadzi się woda. Jeśli zaś chodzi o popękane rury to, jak tylko pracownicy wrócą z urlopów będziemy się tym problemem zajmować. A muszę powiedzieć, że nie jest łatwo, bo nie wystarcza nam środków na remonty. W związku z redukcjami na kolei zaczyna nam też brakować pracowników do obsługi wszystkich bloków, a mamy je od Radomska po Sosnowiec i Koniecpol. Nie zgadzam się natomiast z zarzutami, że nie zrobiliśmy niczego w tym bloku. Jakieś trzy lata temu wyremontowaliśmy tam dach. A co będzie dalej, trudno powiedzieć. Do 2006 roku bloki PKP trafić mają w ręce samorządu. Może wtedy wykonane zostaną większe prace remontowe.

Autor artykułu: Mariusz Pietrzyk

Rozrusznik musi poczekać

Thursday, June 24th, 2004

Pięciu pacjentów dziennie i wystarczy

Rozrusznik musi poczekać
W Górnośląskim Ośrodku Kardiologicznym w Katowicach wrze, bo pacjenci mają coraz bardziej ograniczony dostęp do specjalistów. Spełnia się najczarniejszy scenariusz zapowiedziany jeszcze w kwietniu podczas specjalnej konferencji prasowej poświęconej kondycji finansowej szpitala w Ochojcu.

Pacjenci, którzy przychodzą do poradni kardiologicznej, dowiadują się, że specjaliści mogą przyjmować tylko pięć osób dziennie. Obowiązuje zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Na drzwiach gabinetów wiszą kartki podpisane przez dyrektora szpitala informujące, że powodem podjęcia tak drastycznej decyzji jest wyczerpanie kontraktów. Niezadowoleni i rozgoryczeni pacjenci zamiast porady otrzymują do rąk kartki z adresem Narodowego Funduszu Zdrowia ? głównym winowajcą całego zamieszania.

? Tak to mój pomysł i zrobiłem to całkiem świadomie ? mówi podenerwowany Wojciech Olszówka, dyrektor Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 7 w Katowicach. ? A dlaczego pacjenci mają mieć pretensje tylko do nas? Niech idą do NFZ i tam się skarżą! Może jak tam zaczną protestować, to w końcu coś się zmieni.

Jedną z niezadowolonych pacjentek jest Teresa Książek z Sosnowca. Na serce leczy się od 16 lat. W 1996 r., gdy zaczęła tracić przytomność, właśnie w Ochojcu wszczepiono jej rozrusznik serca. To uratowało jej życie. Ale od tej chwili musi regularnie stawiać się na kontrolach u swego lekarza.
? Na szczęście zostałam przyjęta. Tyle, że nowego terminu wizyty już mi lekarz nie podał, bo do końca roku limit już został wyczerpany. A co się stanie, jak wcześniej mój rozrusznik wysiądzie ? to jest tylko urządzenie. Do innego lekarza nie pójdę, bo nie zna historii mojej choroby. Jeszcze by mi zaszkodził ? mówi drżącym głosem Teresa Książek.
Ograniczenie limitu przyjęć do pięciu pacjentów uważa za skandal. Twierdzi, że Narodowy Fundusz Zdrowia ograniczaniem kontraktów zmusza chorych rezygnowania z publicznej służby zdrowia na rzecz leczenia prywatnego.
Zaskoczeni decyzją dyrektora szpitala są nie tylko pacjenci. Początkowo nie mogli w to uwierzyć także lekarze, którzy co prawda wiedzieli, że szpital ma już 8 mln zł zaległości w stosunku do podpisanych kontraktów, lecz nie sądzili, że wiązać się to będzie z wprowadzeniem limitów przyjęć w poradniach.

? Muszę szczerze powiedzieć, że sam byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że wprowadzono ograniczenia udzielanych porad. Jeśli dyrektor musiał podjąć taką decyzję, to już jest dramat ? mówi prof. Andrzej Bochenek, kierownik I Kliniki Kardiologii.
Prof. Bochenek uważa, że w takiej sytuacji jedynym wyjściem jest korzystanie w większym stopniu z porad u lekarzy ogólnych. ? Czasem zbyt pochopnie pacjenci odsyłani są do specjalistów i kolejka oczekujących niepotrzebnie się wydłuża. Nadciśnienie może przecież leczyć także lekarz domowy ? mówi.
Jak się okazuje, za pierwszych pięć miesięcy tego roku szpital w Ochojcu przekroczył limit przyznany w kontraktach na poradnictwo o 33 tys. punktów. A to przekłada się na straty w wysokości 233.486 zł.
Co najgorsze, straty szpital będzie musiał pokryć z własnych pieniędzy, bo NFZ już zapowiedział, że o dodatkowych kwotach na ten cel nie ma mowy. W poprzednich latach szpital pokrywał straty wynikłe z udzielania większej liczby porad zarabiając na hospitalizacjach. W tym roku już tak się nie uda.
? Teraz sięgnęliśmy już dna. Po prostu nie mam innego wyjścia i na drugie półrocze lekarzom zabroniłem przyjmować więcej pacjentów niż to wynika z przyznanego kontraktu ? mówi rozgoryczony dyrektor Wojciech Olszówka.
Marcin Twaróg

Maria Kukawska, rzecznik praw pacjenta w Śląskim Oddziale Wojewódzkim Narodowego Funduszu Zdrowia

Decydujące zdanie, co do przesunięcia terminu wizyty w poradni powinien mieć lekarz. Nie wyobrażam sobie, aby pacjenci musieli urządzać wyścigi, żeby przed gabinetem zająć pierwszych pięć miejsc.
Na uspokojenie mogę powiedzieć, że otrzymaliśmy ze szpitala wniosek o podniesienie wartości kontraktu na udzielanie porad i jestem pewna, że w najbliższych dniach będzie rozpatrywany. Mam nadzieję, że w całym zamieszaniu nie ucierpią pacjenci. Not. ps

Autor artykułu: Marcin Twaróg

Z nieba na ziemię

Wednesday, June 23rd, 2004

Zarząd kompanii lotniczej Air Polonia postawił w trudnej sytuacji biura podróży, których klienci mieli podróżować samolotami przewoźnika. Biura podróży są wściekłe, bo niemal w środku sezonu muszą szukać dla turystów nowego środka transportu. Air Polonia tłumaczy się… nieoczekiwaną podwyżką cen benzyny. A do tego dochodzi wielomilionowe zadłużenie spółki.

Nowego przewoźnika szukają największe biura podróży m. in. Alfa Star, Scan Holiday, TUI, Orbis i Exim.
Na lodzie zostały setki klientów. Gorzej, gdy któreś z biur nie zdąży i turyści będą zmuszeni szukać szans na powrót poprzez ambasadę.

Do podjęcia takiej decyzji zmusiła nas sytuacja na rynku. Czartery cieszą się kiepskim zainteresowaniem klientów, dlatego będziemy traktować je jako uzupełnienie oferty. Wzrosły ceny benzyny ? z 200 USD na 400 za tonę. W ten sposób tylko dołożyliśmy do interesu, a na to nas nie stać – mówi dyrektor ds. sprzedaży Air Polonia, Marek Sławatyniec.

A miało być tak pięknie…
Biura podróży ustalały rozkład lotów z Air Polonią w październiku ub. r., gdy firma rozpoczęła rynkową ekspansję. Nie podpisywano żadnych umów. Wystarczył mail czy faks określający zapotrzebowanie. Dyrektor ds. czarterów Adam Wychowaniec przesyłał tylko potwierdzenie przyjęcia zamówienia i na tym sprawa się kończyła. Przez ponad pół roku nie działo się nic. Bomba wybuchła równo z rozpoczęciem sezonu urlopowego. Z dnia na dzień spółka zadecydowała o zmianie profilu działalności ze wskazaniem na przewozy rejsowe, nie informując o tym biur podróży, czemu zarząd spółki zaprzecza.
- Nie uprzedzono nas o zmianach. Wszystko stało się nagle. Gorączkowo szukaliśmy nowego przewoźnika. Nietrudno się domyślić w jakiej stawiało to nas sytuacji wobec klientów – mówi Izabela Muller z katowickiego oddziału Orbis Travel w Katowicach. W ostatniej chwili podpisali umowę z LOT-em. klienci zapłacą jednak drożej i to nawet o 40 proc.
- Też pewnie byłbym na ich miejscu wściekły, ale co możemy na to poradzić, skoro zainteresowanie czarterami spada? Kiedy jesienią prowadziliśmy negocjacje z biurami podróży nic nie sygnalizowało zapaści. W tej sytuacji nie można nam niczego zarzucać – mówi Sławatyniec. Jak na razie spółka dysponuje trzema leasingowanymi samolotami. Jest szansa, że pojawi się czwarty, wypożyczony od czeskiego Fischera. Niewiele to jednak zmieni, bo Air Polonia chce ukierunkować się na przeloty rejsowe.

Dołowani minusem
Tajemnicą poliszynela jest ciągle kiepska sytuacja finansowa spółki. Pod koniec ubiegłego roku dług spółki sięgał 11 mln zł. Na spłatę zobowiązań przeznaczane są pieniądze ze sprzedaży biletów.
- Popyt jest duży, dziennie przyjmujemy średnio dwa tysiące rezerwacji. Zobowiązania maleją, ale wciąż nie mamy środków na rozwój – przyznaje Sławatyniec. Sam prezes spółki Tomasz Sudoł (kandydat do europarlamentu z listy Samoobrony) nie chce jednak bliżej komentować sytuacji finansowej spółki.
Pojawiły się informacje, że Air Polonia starała się o 4 mln zł kredyt w Raiffeisen Bank Polska. Pożyczki nie dostała, a powodem miała być właśnie zła sytuacja finansowa. – Z uwagi na przepisy prawa bankowego bliższych szczegółów na ten temat nie możemy przekazywać. Mogę jednak powiedzieć, że nie zamierzamy prostować tej informacji – mówi Aleksandra Kwiatkowska, rzecznik Raiffeisen Bank Polska.
Aby liczyć się na rynku spółka musi pozyskać inwestora, który mógłby ją dokapitalizować, a co za tym idzie rozbudować flotę samolotów. Co będzie jeśli tak się nie stanie? Zarząd twierdzi, że Air Polonii nie zagraża upadek. – Przez nas też nikt nie zbankrutuje – zapewnia Sławatyniec.

Autor artykułu: Marcin Król

Śmierć chodziła w mundurze

Wednesday, June 23rd, 2004

Jego pierwszą ofiarą była 14-letnia dziewczynka. Zaciągnął ją do lasu pod pretekstem wyjaśnienia pewnego nieporozumienia. Tam, grożąc pistoletem, brutalnie ją zgwałcił, ale darował życie. Inne nie miały takiego szczęścia. Morderca przez kilka lat był jednak nieuchwytny. Milicjantom trudno było wytypować sprawcę. Może dlatego, że zabójca – podobnie jak oni – zakładał mundur.

Grupa milicyjna, która zajęła się sprawą Mieczysława Zuba, otrzymała kryptonim “Fantomas”. Długi czas jej praca nie przynosiła rezultatu. Mieszkanki Rudy Śląskiej i Świętochłowic, gdzie gwałciciel-morderca uderzał najczęściej, żyły w ciągłym strachu.

- Przez trzy lata, gdy pracowałam na drugą zmianę, przyjeżdżał po mnie mąż. W hucie “Baildon” w Katowicach pracowały ze mną jeszcze trzy inne koleżanki. Bywało, że jak któraś bała się wracać, bo nie miał kto po nią przyjechać, spała na zakładzie albo szła do kogoś ze znajomych. Po zmroku rzadko zdarzało mi się wychodzić. Horror zaczął się, jak pierwszy raz zabił. Na dodatek ta dziewczyna była w ciąży, o ile mnie pamięć nie myli, niedługo miała rodzić – wspomina Anna Wower z rudzkiej Goduli.

- Był wyjątkowym spryciarzem. Do tego bezczelnym i zuchwałym. Kobiety się bały, ale poszkodowane nie zawsze chciały mówić, bo zdarzyło mu się atakować w mundurze, dlatego nabierały wody w usta – relacjonuje Leon Borecki, jeden z byłych milicjantów, który zajmował się sprawą Mieczysława Zuba.

Bądź grzeczna, a nic ci nie zrobię?
29 listopada 1977 roku Zub uderzył po raz pierwszy. W Świętochłowicach napadł na wracającą od koleżanki, 14-letnią Karinę. Miał na sobie mundur. Pod pozorem wyjaśnienia “pewnego nieporozumienia”, zwabił ją do lasu. Tam przewrócił dziewczynkę, położył się obok niej i ręką zatkał jej usta. Wyciągnął pistolet i zagroził, że jeśli piśnie słówko, to ją zastrzeli. – Jeśli będziesz grzeczna i zrobisz co ci każę, to cię nie zabiję – powiedział Zub przystawiając jej pistolet do skroni. Karina została brutalnie zgwałcona. Po wszystkim Zub zaproponował, że ją odprowadzi. Zapytał ją nawet o stopnie w szkole.

Milicja wszczęła w tej sprawie dochodzenie, ale niczego nie udało się ustalić. Mimo że milicja dysponowała zdjęciami wszystkich funkcjonariuszy, podczas śledztwa nie pokazano ich poszkodowanej dziewczynce. Być może gdyby tak się stało, udałoby się ocalić kilka istnień. Nikt tego jednak nie zrobił. Mieczysław Zub krótko po tym zdarzeniu został dyscyplinarnie zwolniony z milicji. Powód nie został podany do publicznej wiadomości. Ponoć Zub podpadł przełożonym. Wkrótce po tym jak wręczono mu wypowiedzenie, usiłował zgwałcić 44-letnią kobietę, ale udało jej się wyrwać z rąk oprawcy. Przez następne dwa lata nie dopuścił się żadnego przestępstwa. Zatrudnił się jako złomiarz w hucie “Ferrum”, stał się wzorowym mężem i ojcem.

We wrześniu 1980 roku, Zub ponownie daje o sobie znać. W nocy napadł na wracającą z drugiej zmiany telefonistkę z kopalni “Dąbrówka”. Jedną ręką zatkał jej usta, drugą popchnął do rowu i tam zgwałcił. Kobieta odmówiła jednak złożenia wniosku o ściganie, zaś milicja w dalszym ciągu nie wiązała zdarzeń. “Fantomas” nie zabijał, więc może wydawał się mniej groźny od Marchwickiego czy Bogdana Arnolda. Do czasu…


Personalia niektórych bohaterów zostały na ich prośbę zmienione.

Autor artykułu: Marcin Król

Śmiertelne zderzenie

Monday, June 21st, 2004

Dziecko i trzy osoby dorosłe zginęły na miejscu, a pięć osób w stanie bardzo ciężkim trafiło do szpitala po wypadku, do jakiego doszło wczoraj przed południem w miejscowości Pietrzaki koło Częstochowy. Policja nie ustaliła jeszcze przyczyn tragedii, z pewnością mogły się do niej przyczynić złe warunki na drodze. Do zderzenia dwóch samochodów osobowych doszło bowiem na mokrej z powodu deszczu nawierzchni jezdni.

Zmiażdżone samochody
Wypadek wydarzył się tuż przed godziną 10 na drodze Opole?Częstochowa. Jadący od strony Opola volkswagen polo tuż za Herbami uderzył w jadącego z przeciwnego kierunku fiata sienę. W pierwszym aucie podróżowały cztery dorosłe osoby oraz 10-letni chłopiec, w drugim samochodzie oprócz kierowcy jechało trzech pasażerów. Troje dorosłych i dziecko z volkswagena zginęło. Wszyscy podróżujący sieną oraz jedna osoba z polo, która przeżyła wypadek przewiezieni zostali do częstochowskich szpitali. Siła uderzenia była tak duża, że oba samochody zostały dosłownie zmiażdżone – polo miało kompletnie zgnieciony przód i lewy bok, którym uderzył w fiata. W przypadku drugiego auta jedynie po tyle można było rozpoznać jego markę. Na miejsce wezwano strażaków, którzy musieli odciąć cały dach polo, aby można było wydostać ciała ofiar wypadku.

Zawinił kierowca volkswagena?

- Wszystko wskazuje na to, że to kierowca volkswagena przyczynił się do wypadku – powiedział nam obecny na miejscu zdarzenia prokurator Zbigniew Chromik z Prokuratury Rejonowej w Lublińcu. – Ten samochód bowiem znalazł się na przeciwnym pasie jazdy. Dlaczego tak się stało, na razie nie wiemy. Z zeznać świadków wiemy, że w chwili tragedii jezdnia była mokra, być może właśnie to przyczyniło się do wypadku.
Zgromadzeni liczni gapie zgodnie twierdzili, że na drodze Opole – Częstochowa do podobnych zdarzeń, także na prostym odcinku drogi, jak w tym przypadku, dochodzi często. Ludzie uważają, że do tych tragedii przyczynia się po pierwsze zbyt szybka jazda kierowców, a po drugie tragiczny stan drogi.

- Tutaj jeździ się jak po muldach – twierdzi mieszkający w Pietrzakach Czesław Sobczyk. – Droga jest cała w koleinach, a ruch na tej drodze jest bardzo duży. Jakieś sto metrów od tego miejsca kilka lat temu też zdarzył się podobny wypadek, też zginęli ludzie. Do tego dochodzi zbyt duża prędkość. Tutaj wszyscy jeżdżą ile się da, a przecież to jest wieś. Powinni wprowadzić w tym miejscu jakieś ograniczenie prędkości. Trudno w tym miejscu spokojnie przejść z jednej strony jezdni na drugą.

nadkomisarz Andrzej Jegerczyk, rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji w Lublińcu:
W tej chwili nie wiemy, co było przyczyną wypadku. Z naszych ustaleń wynika, że w zdarzeniu nie uczestniczyło więcej pojazdów, a więc nie potwierdziły się informacje przekazywane przez okolicznych mieszkańców, że do zderzenia doszło, gdy volkswagen chciał wyprzedzać trzeci samochód. Nie wiemy jeszcze, co się stało, że na prostym i dość szerokim odcinku drogi doszło do tej tragedii.

Autor artykułu: Irena Bazan

Okaż serce!

Saturday, June 19th, 2004

Damian Moczulski ma 9 lat. Razem z rodzicami Janiną i Januszem mieszka w Bytomiu. Jest wesołym chłopcem. – Mały rozrabiaka – mówią o nim rodzice. Ma czwarty stopień porażenia mózgowego. Na rehabilitację potrzebne są pieniądze. Rodzice starają się także o dofinansowanie z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych remontu łazienki.

Jak wyrok
- Damianek zachorował, gdy miał kilka miesięcy – wspomina Janina Moczulska, mama chłopca. – Kiedy się urodził, był zdrowy i silny. Miał ponad dwa miesiące, gdy poszliśmy do przychodni na szczepienie. Już po wyjściu, zauważyłam, że dziecko jest niespokojne. Wieczorem miało bardzo wysoką gorączkę. Cały czas nosiłam go na rękach. Na pogotowiu powiedzieli mi, że czasami po szczepionce dziecko przez trzy dni może być niespokojne. Pamiętam, to była połowa marca.

Tymczasem po trzech dniach Damianowi “wyskoczyła” przepuklina. W szpitalu powiedzieli rodzicom, że konieczna będzie operacja, ale termin wyznaczono dopiero na październik. Niestety, stan zdrowia dziecka się nie poprawiał. Dlatego znowu trafił do szpitala, tym razem na dwa tygodnie.

- Spędzałam w szpitalu całe dnie, a po wyjściu nawet nie chcieli mi powiedzieć, co się dzieje. Dostałam tylko wykaz badań, które muszę jeszcze wykonać. Było tam także badanie u neurologa – opowiada ze łzami w oczach pani Janina. To neurolog w połowie kwietnia powiedział jej, że Damian ma porażenie mózgowe. – To było jak wyrok. Usiadłam wtedy i załamałam ręce, pytałam kilka razy, czy mnie nie okłamuje. W tej rozpaczy wierzyłam, że jest jakiś cudowny środek, który to uleczy.

Grosz do grosza
Dla państwa Moczulskich zaczęły się trudne czasy. Wszystkie pieniądze wydawali na lekarzy. Nowe leki, nowi lekarze, rehabilitacja…

- Pracowaliśmy wtedy na zmianę z żoną w Brukseli, więc pieniądze były, ale cel był tylko jeden, by Damianek był zdrowy – wspomina pan Janusz. – Teraz wiemy, że dobrze, że choroba została wykryta tak szybko. Wcześniejsze leczenie i rehabilitacja spowodowały, że Damianek jest w lepszej kondycji niż kiedyś. Nie ma przykurczów, nawet reaguje na obecność ludzi – dodaje ojciec.

Na dalsze leczenie jednak brakuje pieniędzy. Pani Janina jest bezrobotna, bez prawa do zasiłku, pan Janusz ma opiekę nad synem. Ich miesięczne dochody to ok. 1000 złotych, a na utrzymaniu mają jeszcze córkę, gimnazjalistkę.

Niedawno musieli zmienić mieszkanie. Sami je wyremontowali. Meble podarowała pewna starsza pani. Z PEFRON-u dostali też dofinansowanie na specjalne łóżko dla Damiana. Ale i tak pozostało jeszcze dużo do zrobienia.

- Nadal mamy w rozsypce łazienkę. Jest ciasna i zniszczona, przebudowa będzie kosztować kilkadziesiąt tysięcy złotych. Żeby dostać dofinansowanie na remont, musimy zgromadzić także własne środki – 25 proc. całej kwoty, to będzie ok. 2-2,5 tys. zł. Niestety, nie dysponujemy takimi pieniędzmi – wylicza pan Janusz. – Problem mamy także z ciepłą wodą. Zepsuł nam się bojler. Może ktoś ma w domu jakiś niepotrzebny i mógłby nam podarować?

Szansa na zdrowie
- Cały czas mamy nadzieję, że Damianek będzie coraz zdrowszy. Lekarze mówią, że jest na to szansa – twierdzi pani Janina. – Robimy wszystko, co w naszej mocy. Damian jeździ do Ośrodka Rehabilitacyjnego w Radzionkowie. W domu też ma odpowiednie przyrządy do rehabilitacji. Może kiedyś uśmiechnie się do nas i powie mamo, tato…


Dla tych, którzy mogą pomóc
Osoby, które chcą finansowo wspomóc Damiana i jego rodzinę, mogą wpłacać pieniądze na konto:

Fundacja Dziecięca “Zdążyć z pomocą”, ul. Łomiańska 5 w Warszawie.
Bank PKO BP, XV O/ Warszawa
50-1020-1156-0000-7902-0007-7248
z dopiskiem: “Darowizna na leczenie i rehabilitację Damiana Moczulskiego”.

Jeżeli ktoś chce pomóc w inny sposób, prosimy o kontakt pod nr telefonu redakcji “Trybuny Śląskiej” – (32) 358-35-35.

Autor artykułu: Beata Wolańska

Nie trzeba już pisać do Strasburga

Saturday, June 19th, 2004

Osoba, której sprawa ciągnie się zbyt długo przed sądem, będzie mogła złożyć w sądzie wyższej instancji skargę na przewlekłość postępowania – zadecydowali posłowie. Pytanie tylko, czy nowa ustawa nie jest wyłącznie sztuką dla sztuki.

Edward Kwiatek z Dąbrowy Górniczej w kwietniu 1994 r. złożył do sądu pismo o zniesienie współwłasności i podział spadku po zmarłym ojcu. Mimo upływu ponad 10 lat, do tej pory sprawy nie udało się rozstrzygnąć. W poczuciu bezsilności postanowił złożyć skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

- Przerwy pomiędzy kolejnymi rozprawami trwały nawet dwa lata, w czym nie było mojej winy. Dlaczego sąd po wydaniu swoich postanowień o zawieszeniu spraw, po złożeniu przeze mnie odwołania, dopiero po trzech miesiącach uwzględnia moje zażalenie i wyznacza wreszcie termin kolejnej rozprawy? Tym samym sprawa przedłużyła się o kolejny rok – mówi Kwiatek.
Już za miesiąc, po wejściu w życie ustawy o przewlekłości postępowania, utwierdzony w przekonaniu o opieszałości sądu będzie mógł się poskarżyć wyżej i żądać odszkodowania.

Zamiast Strasburga
Zgodnie z ustawą, strona ma prawo wystąpić ze skargą w tej samej sprawie po upływie jednego roku, a w sprawie egzekucyjnej lub innej, dotyczącej wykonania orzeczenia sądowego, po sześciu miesiącach. Wniesienie skargi kosztuje 100 zł. Obowiązkiem sądu jest wydanie orzeczenia w terminie dwóch miesięcy, licząc od daty złożenia skargi. Sąd może orzec nawet 10 tys. zł odszkodowania dla skarżącego, zaś od orzeczenia sądu wydanego w wyniku skargi nie będzie odwołania. Niezależnie od uzyskania przez skarżącego odszkodowania, już po zakończeniu sprawy skarżący będzie mógł – na obowiązujących już zasadach ogólnych – pozwać Skarb Państwa za szkody doznane w związku z długotrwałością sprawy lub pozostawaniem w areszcie. W sześć miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy, osoby, które wcześniej złożyły skargę na opieszałość sądów do Strasburga, będą mogły wnieść skargę o stwierdzenie przewlekłości postępowania właśnie w oparciu o tę ustawę.

Nie w sprawach karnych…
Ustawa dotyczy wszystkich rodzajów postępowań: cywilnych, administracyjnych oraz karnych. O ile jednak w sprawach cywilnych jest jakimś rozwiązaniem, tak karnistom daje niewiele.

- Dla spraw karnych ustawa jest nieprzydatna. Załóżmy, że ktoś wystąpiłby o zaskarżenie przewlekłości postępowania w sprawie kopalni Wujek. Niczego tym nie osiągnie. Ustawa spełni swoją rolę tylko wtedy, gdy ewidentnie winnym przewlekłości jest sąd, nigdy w przypadku, gdy opóźnienie wynika z przyczyn obiektywnych, niezależnych od sądu, np. z powodu choroby ławnika czy absencji świadka – mówi sędzia Teresa Truchlińska-Binasik, rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach. Na domiar złego przybędzie pracy sędziom, którym niezależnie od prowadzonych spraw przyjdzie rozpatrywać skargi. Tym bardziej, że wejście ustawy w życie nie wiąże się z dodatkową liczbą etatów w sądach.

- Ta ustawa jest potrzebna, ale nie załatwia absolutnie kwestii przewlekłości spraw toczących się w sądach, a na pewno już nie ma racji bytu przy obowiązującym obecnie prawie – mówi sędzia Krzysztof Zawała, rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach. Zapis, którego zadaniem jest piętnowanie dłużących się spraw, w rzeczywistości sam je wydłuży. – Każde postępowanie zażaleniowe wpływa na wydłużenie sprawy. Akta będą wysyłane do sądu II instancji, gdzie zostanie wyznaczony termin sprawy, wydane orzeczenie i jego uzasadnienie. Stamtąd na powrót przekaże je do sądu I instancji – dodaje Zawała.


Tak pracuje sąd
6 miesięcy – to średni czas trwania postępowania w Polsce.
8 miesięcy – tyle wynosi czas postępowania w okręgu katowickim (aż 18 miesięcy w okręgu warszawskim!).
5-6 miesięcy – tyle średnio trwa sprawa karna.
Najwięcej starych spraw (z ponadpięcioletnim okresem oczekiwania, kwalifikującym do ubiegania się o odszkodowanie) zalega w sądach warszawskich – 128. W Katowicach jest ich 17.

Jak złożyć skargę?
Sprawy o przewlekłość postępowania będą rozpoznawane w trybie zażaleniowym. Ze skargą nie należy czekać do czasu zakończenia sprawy.

Skargę należy wnieść do sądu I instancji, gdzie toczy się sprawa, który z kolei przekazuje ją do sądu odwoławczego II instancji.

Do napisania skargi nie będzie nam potrzebny radca prawny ani adwokat. Pismo skierowane do sądu musi odpowiadać zwykłym wymogom formalnym i zawierać niezbędne informacje: dane personalne, sygnaturę sprawy, przytoczenie uzasadnienia zarzutu przewlekłości postępowania.

Kierując pismo, możemy zażądać w nim zasądzenia wskazanej sumy odszkodowania. Skargę rozpoznaje sąd II instancji. Ocenia m. in. terminowość i prawidłowość podejmowanych czynności z uwzględnieniem charakteru sprawy, stopnia jej prawnej zawiłości oraz zachowania się stron. Po opracowaniu i wydaniu orzeczenia przekazuje ją na powrót do sądu I instancji.

Póki ustawa nie weszła w życie, trudno określić, jak długi będzie okres oczekiwania na zweryfikowanie sprawy. Zakładając, że będzie to taki sam przedział czasowy jak w przypadku zażalenia, rozpatrzenie sprawy zajmie do 2 miesięcy.

Autor artykułu: Marcin Król