Archive for July, 2004

Listy zostały złożone

Friday, July 30th, 2004

Nie ustawowe 60 dni, a zaledwie 20 dni grupa inicjatywna zbierała podpisy do wniosku o przeprowadzenie referendum w sprawie odłączenia Czeladzi od powiatu będzińskiego i utworzenie samodzielnego powiatu grodzkiego. Wczoraj oficjalnie listy poparcia złożone zostały na ręce burmistrza.

- Łącznie podpisów jest ponad 4 tysiące, ale warunki formalne spełnia około 3,3 tys. Zauważyliśmy w niektórych miejscach brak numeru domów, czy pesel – mówi Jarosław Brzeziński, pełnomocnik grupy inicjatywnej.

Podpisy zbierała Solidarność, Samoobrona, Inicjatywa dla Polski, Ruch Obrony Bezrobotnych i APP Racja. Głosów poparcia byłoby jeszcze więcej gdyby nie zachowanie członków Prawa i Sprawiedliwości, którzy posługiwali się nieprawidłowymi formularzami więc ich podpisy trafiły do kosza.

Także wczoraj oficjalnie grupa inicjatywna wystąpiła z wnioskiem o powołanie komisji referendalnej. Rada miejska na jej ustanowienie ma 30 dni.

- Teraz najbardziej obawiamy się, że radni nie dotrzymają tego terminu. Jest takie niebezpieczeństwo, bo rada składa się w większości z członków SLD, którzy nie weszli w skład grupy inicjatywnej – mówi Tomasz Szotowski z Solidarności.

- Jeśli rada się nie zbierze w tym terminie, to zawiadomimy Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego – dodaje burmistrz Marek Mrozowski.

Czy ze strony SLD dojdzie do obstrukcji? Przewodniczący SLD Krzysztof Malczewski zapewnia, że jego partia nie jest przeciwna przeprowadzeniu referendum – Nigdy nie podważaliśmy kompetencji pomysłodawców tej idei. SLD zawsze wspierał i wspiera wszystkie inicjatywy płynące od mieszkańców Czeladzi, które mogą polepszyć byt i warunki życia w naszym mieście – stwierdził.

Autor artykułu: ps

Specżandarmi

Friday, July 30th, 2004

Batalion obrony terytorialnej zostanie zlikwidowany. Zamiast niego w Gliwicach powstanie 600-osobowy specjalny oddział żandarmerii wojskowej. Na razie szczegóły są owiane tajemnicą. Udało nam się jednak dowiedzieć, że garnizon w Gliwicach znowu czeka trzęsienie ziemi! A już od kilku lat wojskowi kadrowcy eksperymentują na tamtejszych żołnierzach.

- W najbliższym czasie w Gliwicach powstanie Oddział Specjalny Żandarmerii Wojskowej, przeznaczony do wyjazdów na misje zagraniczne. Służyć w nim będzie 600-700 żołnierzy zawodowych – mówi nasz informator w Komendzie Głównej ŻW. Będzie jednym z trzech w Polsce.

- To miałyby być wojskowe jednostki bojowe o charakterze policyjnym. Oddziały przygotowywane raczej jako siły specjalne, niż brygady zmechanizowane – do walki wręcz, do działania w małych i większych grupach, do zapobiegania i zwalczania terroryzmu. Takie oddziały są potrzebne nie tylko na misjach, ale także w kraju. Zwłaszcza w najbardziej zagrożonych regionach: w pobliżu Warszawy, na Górnych Śląsku i Wybrzeżu – mówił gen. bryg. Bogusław Pacek, komendant główny Żandarmerii.

Komendant unikał szczegółów. Nam udało się dowiedzieć, że pierwszy powstanie w Mińsku Mazowieckim, kolejny w Gliwicach. Na końcu trzeci – niedaleko Gdańska. Sam dowódca gliwickiej jednostki, podpułkownik Marek Sielski nie chciał niczego komentować. – Dopóki nie dostaniemy konkretnych decyzji, nie będziemy poruszać się w sferze przypuszczeń – mówił nam podpułkownik.

Razem z Czechami i Słowakami
Podwarszawski oddział ma odpowiadać za bezpieczeństwo w stolicy. Zostanie też zgłoszony jako polska jednostka działająca w ramach Unii Europejskiej. Gliwicki będzie przeznaczony do misji zagranicznych oraz akcji wewnątrz kraju. Ma też być bazą do tworzenia międzynarodowej jednostki żandarmów. Chce ją powołać Polska razem z Czechami i Słowacją. Wstępnie zainteresowane są też Litwa, Bułgaria i Łotwa. Najpóźniej powstanie oddział na Pomorzu. Otrzyma zadania podobne do bliźniaka z Gliwic.

W przyszłorocznym budżecie MON przewidziano już finanse na sprzęt dla oddziałów specjalnych.

Niespecjalnie specjalni
Nazwa “oddziały specjalne ŻW” jest złudna. – Po prostu nowy twór trzeba było jakoś nazwać. Więc w odróżnieniu od “normalnych” jednostek żandarmerii, nowe nazwano “specjalnymi”. Dodatkowo myli fakt, że tak samo nazywa się Oddział Specjalny w komendzie głównej, przeznaczony do ochrony VIP-ów z resortu obrony. To prawdziwa jednostka specjalna, wojskowe Biuro Ochrony Rządu – mówi nasz informator.

Na pewno będą to jednak elitarne jednostki. Złożone tylko z żołnierzy zawodowych, znających języki obce, lepiej sytuowanych, bo jeżdżących na misje zagraniczne.
Żandarmeria jest wojskowa policją. Ściśle współpracuje z policja “cywilną”. Jednostki wojskowe mogą działać na terenie kraju w czasie wojny lub stanów nadzwyczajnych, np. kataklizmów. Żandarmeria ma o wiele szersze uprawnienia, wiec w razie potrzeby może najszybciej (o wiele szybciej niż np. wojskowy GROM) wesprzeć policję.

Koniec obrony terytorialnej
Obronę terytorialną lansował Romuald Szeremietiew, były wiceminister obrony. Wtedy zaczęły powstawać brygady OT. Miały się składać z żołnierzy mieszkających na pobliskim terenie, którzy w czasie wojny broniliby ojcowizny. Minęło kilka lat i okazało się, że nie grozi nam wojna, tylko terroryści. Więc jednostki OT zaczęto zmniejszać, likwidować, a teraz przekształcać w Żandarmerię.

Autor artykułu: Krzysztof Skrobot

Złodzieje na kościele

Friday, July 30th, 2004

Nie lada zadania podjęli się dwaj złodzieje z Siemianowic Śląskich. Zamierzali zdemontować piorunochron chroniący miejscowy kościół parafii ewangelickiej. Nie straszna była im ani wysokość, ani pochyłości kościelnego sklepienia. Plan był dobry, ale nie obejmował jednego szczegółu: pastora!

Funkcjonariusze siemianowickiej policji bez żadnych problemów zatrzymali dwóch mężczyzn, którzy dopiero co zeszli z dachu kościoła. Wystraszył ich pastor opiekujący się parafią.

Ksiądz nie żartuje…
W nocy z 28 na 29 lipca mieszkańców domów znajdujących się w okolicy parafii ewangelickiej obudził dziwny hałas. To dachówki spadające z dachu kościoła rozbijały się o bruk. Ktoś był na dachu. Tylko co miał kto do roboty na dachu w środku nocy? Zajęcie znaleźli sobie dwaj amatorzy łatwego zarobku. Zamierzali zdjąć miedziane piorunochrony pokrywające cały budynek.

Rozbudzony duchowny wyjrzał zobaczyć, co się dzieje. Na wysokościach “pracowało” zaciekle dwóch dwudziestolatków. I nie byli to bynajmniej konserwatorzy siemianowickich zabytków. Wypłoszeni amatorzy wysokości po krótkim namyśle postanowili zejść na ziemię.

- Ksiądz najpierw stanowczym głosem kazał złodziejom zejść z dachu, a kiedy wybiegł na zewnątrz, chwycił metalowy pręt, który normalnie służy do ryglowania drzwi – relacjonuje świadek zdarzenia. – Kiedy złodzieje nie reagowali, zaczął krzyczeć, że będzie strzelał. Chyba pomyśleli, że ksiądz nie żartuje…

Po łup ze śrubokrętem
Przybyli na miejsce policjanci nie mieli kłopotów z zatrzymaniem wystraszonych złodziei. Przy jednym z nich znaleziono narzędzie zbrodni: śrubokręt, którym starali się dokonać “demontażu” całej instalacji.

Jak udało się nam ustalić, aresztowani mężczyźni byli już wcześniej karani za podobne wykroczenia i rozboje.

- Jeden i drugi są nam dobrze znani. Zostali zatrzymani na 48 godzin. Przedstawiono im już zarzuty kradzieży – mówi komisarz Robert Sokołów z Komendy Miejskiej Policji w Siemianowicach Śląskich. – Wartość piorunochronu, który złodzieje zdążyli zdjąć, wyceniona została na około 1000 złotych. Wobec zatrzymanych, jako środek zapobiegawczy, zastosowany zostanie dozór policyjny, a o ich dalszych losach zadecyduje sąd.

Miedziany piorunochron z “odzysku” miał prawdopodobnie wzbogacić zbiory najbliższego skupu złomu.

Skromny do końca
Dzielnie broniący swej parafii pastor chce pozostać anonimowy. – To nie jest żadna nadzwyczajna sprawa i nie zasługuje na rozgłos.

Autor artykułu: Maciej Dobrowolski, Łukasz Bielski

Kołecki: Nic nie brałem!

Wednesday, July 28th, 2004

Wicemistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów z Sydney, Szymon Kołecki kategorycznie zaprzeczył, że świadomie brał niedozwolone środki dopingowe. Dodał, że bardzo się w tym roku pilnował, miał przecież w perspektywie start na igrzyskach w Atenach, gdzie chciał walczyć o olimpijskie złoto.

Badanie próbki “B” pobranej u sztangisty 26 czerwca podczas mistrzostw Polski w Ciechanowie, dało wynik pozytywny i potwierdziło w jego organizmie obecność nandrolonu.

Czyste sumienie
Kołecki był w tym roku trzy razy badany przez przedstawicieli krajowej komisji do zwalczania dopingu w sporcie. Poprzednio, przed kontrolą przeprowadzoną 26 czerwca, badanie odbyło się 15 maja.

- Wszystkie wyniki były dla mnie korzystne. Co się stało między 15 maja a 26 czerwca – nie wiem. Uznaję wynik badania przeprowadzonego przez komisję do zwalczania dopingu w sporcie, ale sam mam czyste sumienie – nic świadomie nie brałem. Wiedziałem, że wszyscy zawodnicy objęci programem przygotowań do igrzysk będą poddawani bardzo dokładnym kontrolom, nie tylko przez instytucje krajowe, ale także międzynarodowe. Tylko człowiek nie myślący, nieodpowiedzialny, świadomie by się na coś takiego zdecydował – przekonywał zawodnik.

Wyniki badania próbki “A” kierownictwo Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów otrzymało w dniu, gdy Kołecki leciał na turniej do Finlandii, który miał być dla niego ostatnią szansą uzyskania kwalifikacji olimpijskiej. Po otrzymaniu tej informacji władze PZPC natychmiast zdecydowały o wycofaniu Kołeckiego z zawodów.

- Teraz, po otrzymaniu wyniku badania próbki “B”, podejmiemy czynności wyjaśniające, które mogą potrwać nawet do czterech tygodni – zapowiedział wiceprezes PZPC, Zygmunt Wasiela.
Na pytanie, co grozi Kołeckiemu – Wasiela nie odpowiedział. – Decyzję podejmie komisja dyscyplinarna. Osobiście wierzę zawodnikowi – przyznał.

Brudne odżywki?
O tym, że sztangista jest niewinny i “nic” świadomie nie brał, jest także przekonany dyrektor ds. medycznych w europejskim centrum krioterapii i rehabilitacji, dr Tomasz Rybak.

- Poziom nandrolonu był u Kołeckiego podwyższony minimalnie. Gdyby zawodnik zażył choćby tylko jedną fiolkę tego specyfiku, poziom byłby podwyższony kilkadziesiąt razy. Dlatego nie wierzę w winę Kołeckiego. Moim zdaniem, coś się wydarzyło między 15 maja a 26 czerwca. Może zabroniony specyfik dostał się do organizmu w odżywkach, może mamy przypadek tzw. “brudnej” odżywki. Kołecki, którym opiekuję się od kilku miesięcy, w tym czasie zbił 11 kg wagi. Stosował w tym czasie preparaty białkowe, w których mogły się, przez nieuwagę, znaleźć środki zabronione – wyjaśniał Rybak.
Część odżywek stosowanych w ostatnich miesiącach przez Kołeckiego, zawodnik otrzymał z PZPC. Co do nich nikt nie ma żadnych zastrzeżeń. Ale używane były także inne środki zachodniej produkcji, które mogły zawierać elementy zabronione. To ma wyjaśnić śledztwo, które będzie prowadzone przez komisję dyscyplinarną PZPC.

- Mam nadzieję, że wszystko się wyjaśni. Teraz mam przerwę w treningach, jadę na urlop, muszę wypocząć. Wierzę w obiektywizm komisji dyscyplinarnej. Poddam się każdemu jej orzeczeniu – zakończył Kołecki.


Szymon Kołecki miał już problemy z wynikiem badań antydopingowych. Po raz pierwszy został na dwa lata zdyskwalifikowany przez Międzynarodową Federację Podnoszenia Ciężarów w 1996 roku. Przez dwa lata nie startował w zawodach międzynarodowych, ale… startował w kraju, m.in. w mistrzostwach Polski w 1997 i 1998 roku.

- W tym czasie nie pracowałem w związku, nie znam kulis tamtej sprawy – mówił wiceprezes PZPC Zygmunt Wasiela pytany, jak to możliwe, że zawodnik zdyskwalifikowany przez władze międzynarodowe, mógł startować w kraju. – Musimy dokładnie sprawdzić wszystkie dokumenty, być może PZPC skrócił mu nałożoną karę…

Autor artykułu: tocha

Spór wokół śmieci

Wednesday, July 28th, 2004

Około stu osób protestuje przeciw likwidacji punktu przeładunkowego śmieci przy ul. Szyb Walenty. Wczoraj blokowali samochody przewożące odpadki, na dzisiaj zapowiedzieli pikietę przed siedzibą Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych.

Na niewielki plac na uboczu od kilku lat trafiały odpadki z terenu miasta. Tu były przeładowywane na większe samochody i wywożone na wysypiska poza miastem. Część śmieci wywozili pracownicy rudzkiego Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych, resztę na własną rękę okoliczni mieszkańcy.

- Zbieramy do worków plastikowe butelki, puszki czy makulaturę. Potem organizujemy samochód, który wywozi to do skupu. W ciągu dnia na dwóch uda się zarobić ze 20 złotych – wylicza Piotr Konieczny. – Za stary jestem, żeby mnie wzięli do roboty, a przecież kraść nie pójdę. Dzięki tym śmieciom idzie przeżyć – dodaje.

Od wczoraj na ul. Szyb Walenty śmieci już jednak nie trafiają. – Dzierżawiliśmy ten teren od miasta i umowa wygasła. Wybudowaliśmy nową ekologiczną stację przeładunkową na terenie naszego zakładu – tłumaczy Grzegorz Szmuc, dyrektor PUK.

- Z dnia na dzień okazało się, że nie będzie co do garnka włożyć. Dla większości z nas to jedyne źródło utrzymania. Tu chorzy zbierają na leki, rodzice na jedzenie dla dzieci – podkreśla Iwona Sikorska, która ma 194 zł zasiłku i dwoje dzieci.

- Teraz ten cały brud będą wywozić do centrum miasta. Przecież zaraz obok jest urząd skarbowy, sklepy, dzieci się uczą. Smród w trzy dni wszystkich zaleje – przekonują zbieracze.

- Mogliby nam dawać jakieś przepustki i wpuszczać do tego nowego punktu – uważa Iwona Sikorska.

- Nie mogę wpuszczać na teren zakładu postronnych osób – przekonuje dyrektor Grzegorz Szmuc.

Dziś rano protestujący zamierzają zjawić się przed siedzibą firmy. Chcą spotkać się z jej szefem, żeby znaleźć satysfakcjonujące obie strony rozwiązanie.

Autor artykułu: ic

Ławnik nie posiedzi…

Wednesday, July 28th, 2004

Dwa lata ograniczenia wolności w zawieszeniu na cztery i 30 tys. zł grzywny – to kara, jaką poniesie częstochowski ławnik sądowy Leszek G. za przyjęcie 50-tysięcznej łapówki w zamian za obietnicę załatwienia oskarżonemu korzystnego wyroku.

Aferę, po której 74-letni Leszek G. trafił na ławę oskarżonych, ujawnił były konkubent jego wnuczki, Cezary K. Chcąc uniknąć kary za próbę wyłudzenia odszkodowania i fałszywe zeznania zwrócił się Leszka G. z prośbą o pomoc, obiecując mu 50 tys. złotych łapówki. Jednocześnie jesienią 2003 roku zawiadomił policję, że ławnik obiecał mu załatwić po apelacji uchylenie wyroku pierwszej instancji lub karę w zawieszeniu. Rozmowa została nagrana ukrytą kamerą przez telewizję TVN. Na taśmie słychać było wyraźnie, jak Leszek G. powołuje się na swe wpływy i zapewnia, że tylko z dwoma sędziami “nie da się pogadać”. Kilka godzin po rozmowie i wręczeniu ławnikowi łapówki, do jego mieszkania wkroczyli funkcjonariusze z policyjnego wydziału do walki z korupcją. Znaleźli wszystkie banknoty.

Na początku śledztwa Leszek G. twierdził, że jest niewinny, a cała sprawa jest konsekwencją prowokacji przygotowanej przez Cezarego K. (Leszek G. nie zgodził się ponoć na jego ślub z wnuczką). Potem jednak wyraźnie “zmiękł”. Przestał kwestionować stawiane mu zarzuty i wystąpił z wnioskiem o tzw. samoukranie (dwa lata w zawieszeniu na cztery i 30 tys. zł grzywny – na co wyraziła zgodę prokuratura i sąd). Pod koniec czerwca oficjalnie przyznał się do wzięcia łapówki. Stwierdził jednak, że nie miał zamiaru załatwiać z sędziami wyroku dla Cezarego K. Niestety, nie potrafił wytłumaczyć jakie były motywy jego działania.

Ławnik-łapówkarz orzekał 25 lat w sprawach karnych w częstochowskim sądzie (był nawet przewodniczącym rady ławniczej). Miał nieposzlakowaną opinię. Był oficerem konspiracyjnego wojska polskiego, otrzymał szereg odznaczeń państwowych. Kadencja podczas której przyjął 50 tys. zł łapówki miała być jego ostatnią. Odszedł w niesławie, rzucając cień na wymiar sprawiedliwości.

Autor artykułu: mp

Wspólnota niezgody

Tuesday, July 27th, 2004

Paweł Smagieł z Tarnowskich Gór nie jest zadowolony z administratora swojej wspólnoty mieszkaniowej, któremu zarzuca m. in. niegospodarność. Chce go zmienić. Choć trudno mu znaleźć poparcie wśród innych właścicieli i zarządu oddał sprawę do sądu.

Leją wodę
Wspólnota Mieszkaniowa, do której należy Czytelnik powstała w 2000r. Paweł Smagieł został wybrany do trzyosobowego zarządu. Początkowo administratorem było PKP. W 2002r. zrezygnowano z PKP i wybrano Zarząd Wspólnot Mieszkaniowych “Mieszko” Łucji Tkacz, która została nowym administratorem. – Po sześciu miesiącach okazało się nagle, że wspólnota mieszkaniowa jest zadłużona na kwotę ponad 20 tys. zł tylko za zimną wodę i kanalizację. To nieprawdopodobne – mówi pan Paweł. – Sprawozdania nie podpisał nikt z zarządu. Było ono firmowane jedynie przez panią Tkacz, co z mocy prawa czyni je nieważnym.

Nieoczekiwana zmiana planu
Paweł Smagieł stawia wiele zarzutów pod adresem zarządcy i zarządu, ale jego zdaniem właściciele nie mają nawet możliwości oceny ich pracy, bo taki punkt nie może znaleźć się w planie zebrania. O zwoływanych zebraniach właściciele dowiadywali się z ogłoszenia wywieszonego na tablicy. Pan Paweł podkreśla, że zgodnie z prawem, o zebraniu zarządca powinien zawiadomić każdego właściciela lokalu na piśmie przynajmniej na tydzień przed terminem zebrania. W zawiadomieniu należy podać dzień, godzinę, miejsce i porządek obrad.

Kolejne zastrzeżenia dotyczą planowania remontów na 2003 rok.
– Plan gospodarczy łącznie z kwotami jakie będą potrzebne do jego realizacji powinien być podany przez Zarząd w formie propozycji. U nas powstawał na zebraniu, gdzie jego poszczególne punkty podawali właściciele. W następnej uchwale zarządca z radą wspólnoty zmienili ten plan w 90 proc. nie pytając nikogo o zdanie i łamiąc art. 32 Ustawy o Własności Lokali wywieszając na 2 godziny przed spotkaniem ogłoszenie o zebraniu. Anulowany został m. in. punkt mówiący o tym, że w razie przekroczenia kwot remontów podanych w planie o więcej niż 10 proc. zarząd musi uzyskać akceptację właścicieli.

Do sądu
Wątpliwości Smagła budzi m. in: pakietowe przegłosowanie uchwał (połączenie remontu dachu z uchwałą o zgłaszaniu dłużników do Krajowego Rejestru Dłużników), wydawanie pieniędzy bez wiedzy i zgody wyrażonej w formie uchwały ponad plan gospodarczy, przesunięcie bez zgody większości nadwyżek za c. o. i gaz na pokrycie zadłużenia wspólnoty.

W ubiegłym roku Czytelnik oddał sprawę do sądu. Poprosił o ustalenie zarządcy przymusowego. – Byłem jedną z nielicznych osób, która interesowała się funkcjonowaniem naszej wspólnoty. Domagałem się wglądu do dokumentów, sprawdzałem wydatki i wszystkie poczynania zarządcy.

W kwietniu br. Paweł Smagieł złożył doniesienie do prokuratury o działaniu zarządcy i rady wspólnoty na szkodę wspólnoty mieszkaniowej. Agnieszka Nowak


Zarzuty są bezpodstawne
Stanowisko Zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej przy ulicy Francuskiej 4-6-8 w Tarnowskich Górach i Zarządcy ZNiWM “Mieszko”:

Zebrania Wspólnoty zwoływane są zgodnie z Ustawą o Własności Lokali, minimum jeden raz w roku. Pierwsze zebranie po zawarciu umowy z ZNiM “Mieszko”, tj. od dnia 1 lipca 2002 roku, za rok gospodarczy 2002 – zwołane zostało w dniu 26 marca 2003 roku. Właściciele lokali powiadomieni zostali o terminie, miejscu, godzinie i porządku obrad w formie ogłoszenia zamieszczonego na tablicy ogłoszeń w każdej klatce schodowej Wspólnoty Mieszkaniowej. Ponadto w dniu 20 marca 2003 roku dostarczone zostały właścicielom za potwierdzeniem odbioru rozliczenia finansowe za 2002 rok. Nadmienia się jednocześnie, że zebranie za rok gospodarczy 2003 odbyło się w dniu 24 marca 2004 roku, o czym właściciele powiadomieni zostali indywidualnie na piśmie z zachowaniem ustawowo wymaganego okresu.

Plan gospodarczy na rok 2003 w zakresie rzeczowym przedstawiony został na zebraniu w dniu 26 marca 2003, co zawarte jest w protokole z zebrania. W formie uchwały przyjęty został plan gospodarczy z określeniem przewidywanych kosztów, który następnie uchwałą został zmodyfikowany. Ponadto przyjęty plan gospodarczy w okresie 2003 roku został rozszerzony o dodatkowe zadania uchwałami Wspólnoty.

W wyniku przedłożonych sprawozdań finansowych Zarządca uzyskał za rok 2002 oraz 2003 absolutorium z działalności gospodarczej, co świadczy, że sprawowany zarząd i wydatkowane środki nie budziły istotnych zastrzeżeń członków wspólnoty. Wszelkie wydatki z funduszu remontowego realizowane są oparciu o podjęte przez Wspólnotę uchwały i dotyczą wspólnej części nieruchomości. Wszelkie wydatki z funduszu remontowego realizowane są zgodnie z podjętymi uchwałami Wspólnoty Mieszkaniowej. Ich realizacja została omówiona na zebraniu Wspólnoty i uzyskała akceptacje w formie udzielenia absolutorium. Powstałe nadwyżki oraz niedobory zostały rozliczone zgodnie z podjętą uchwałą. O wynikach rozliczenia właściciele zostali powiadomienie indywidualnie na piśmie za potwierdzeniem odbioru.

Należy jednocześnie nadmienić, że p. Paweł Smagieł do 26 marca 2003 roku był członkiem zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej i miał bezpośredni wpływ na wszelkie podejmowane działania oraz realizowane zadania. W wielu przypadkach z ramienia Zarządu Wspólnoty nadzorował realizacje zadań gospodarczych podpisując protokoły odbioru robót, współuczestniczył w weryfikacji przedkładanych przez wykonawców kosztorysów robót i ofert. Z chwila zmiany Zarządu, co nastąpiło w dniu 26 marca 2003 roku, kiedy to kandydatura pana Smagła nie została zgłoszona do zarządu Wspólnoty nastąpiła eskalacja zarzutów w stosunku do Zarządu i Zarządcy oraz całkowita negacja wszelkich działań podejmowanych zarówno przez Zarządcę jak i przez Zarząd Wspólnoty.

Swoim postępowaniem pan Smagieł narusza postanowienia art. 13 Ustawy o własności lokali jest uciążliwy i złośliwy w stosunku do innych właścicieli lokali. Stawianie wniosku przez pana Smagła o ustanowienie zarządu przymusowego przez sąd jest nieuzasadnione tym bardziej, ze nie ma on poparcia współwłaścicieli lokali. Stanowisko Pana Smagła stoi w sprzeczności z poglądem właścicieli lokali stanowiących ponad 90-procentowy udział oraz wybranego w dniu 26 marca 2003 r. Zarządu Wspólnoty. Należy nadmienić, że Wspólnota dwukrotnie za lata 2002 oraz 2003 udzieliła Zarządcy absolutorium, natomiast na zebraniu w dniu 24 marca 2003r. uznając dotychczasowy wkład pracy Zarządcy, Wspólnota postanowiła podwyższyć wynagrodzenie Zarządcy na 2004 rok.

Autor artykułu: anok

Ordynator bez konkursu

Tuesday, July 27th, 2004

Nie będzie konkursu na nowego ordynatora oddziału urologii w Szpitalu Miejskim nr 1. Ewa Świderska, dyrektor szpitala, samodzielnie podjęła decyzję, kto będzie zarządzał oddziałem. Dla Jadwigi Rudnickiej, przewodniczącej miejskiej komisji zdrowia, takie działanie to skandal. – Nie można wybierać ordynatora bez rozpisania konkursu. Dziś odbędzie się spotkanie komisji. Ponownie zaprosiliśmy na nie Ewę Świderską. Poprzednim razem nie przyszła – twierdzi Rudnicka.

- W środę oficjalnie powiadomię, kto jest nowym dyrektorem. Na razie mogę tylko zdradzić, że jest to mężczyzna, lekarz z kliniki w Katowicach – mówi dyrektor Ewa Świderska. – Nowy ordynator ma przywieźć do Gliwic trzech lekarzy specjalistów.
Przypomnijmy: Dawny ordynator urologii, dr n. med. Marek Panek został zwolniony z pracy na początku lipca. Decyzję podjęła Świderska, która od czterech miesięcy piastuje stanowisko dyrektora szpitala. Zarzuciła Pankowi m. in. niegospodarność i brak kontroli nad oddziałem.

Ordynator uważa zarzuty za bezzasadne. Solidarnie z przełożonym zrezygnowali z pracy nad oddziale wszyscy lekarze i oddziałowa. Oddział i poradnię urologiczną zamknięto z powodu braku kadry.

Marek Jarzębowski, rzecznik gliwickiego Urzędu Miasta popiera decyzję Świderskiej: – Nie może tak być, żeby lekarz urządzał na oddziale prywatny folwark. Ewa Świderska ma za zadanie tak rządzić szpitalem, aby wyprowadzić go z katastrofalnego stanu finansowego.

Szpital ma 13 mln zł długu. mah

Autor artykułu:

Najbardziej zaniedbana ulica w Bielsku-Białej

Tuesday, July 27th, 2004

Mieszkańcy ulicy Jeździeckiej w Bielsku-Białej mówią, że mieszkają na najgorszej ulicy w Bielsku-Białej. Gdy pada, samochody zapadają się w jezdnię. W zimie nie można dojechać do domów. Miejscy urzędnicy odpowiadają jednak, że na Jeździeckiej szybko się nie poprawi.

Ulica Jeździecka to fragment bielskiej dzielnicy Straconka. Zakwaterowano tam ludzi wysiedlonych z terenów zalewowych Jeziora Żywieckiego oraz dawnej Fabryki Samochodów Małolitrażowych. Nikt nie zadbał o to, by mieli oni odpowiedni dojazd do domu.

- Spokój mamy tylko w lecie. Najlepiej, gdy nie pada. Największa tragedia jest na wiosnę, gdy śniegi topnieją. Strach tutaj chodzić, bo człowiek boi się, że utonie w tym bagnie. Najgorzej jest jechać tutaj samochodem, bo można tak się zakopać, że trudno stąd w ogóle wyjechać – mówi Jacek Szołtysek, mieszkaniec Jeździeckiej. – Mało ciekawie jest też w zimie. Pamiętam, że w święta Bożego Narodzenia ludzie przejeżdżali i nie wiedząc, że tutaj są dziury, wpadali w nie i nie mogli wyjechać. W kilku domach byliśmy jak pogotowie drogowe. Nie oglądając się na to, że są święta, wybiegaliśmy z domu i pomagaliśmy nieszczęśnikom – mówi Barbara Szołtysek.

Z Jeździeckiej korzystają również mieszkańcy ulic Wczasowej i Łęgowej. To najszybszy skrót z dzielnicy Mikuszowice do Straconki. – Ale gdy przychodzimy do prezydenta ze skargą na opieszałość urzędników, słyszymy, że nie można załatwić naszej spraw, y bo dotyczy tylko pietnastu domostw. To skandal. Gdyby chociaż dano nam korytka odprowadzające wodę, problem przynajmniej na razie udałoby się rozwiązać – dodaje Iwona Szemraj z Jeździeckiej.

– Te pretensje o stan drogi są uzasadnione, bo rzeczywiście brakuje tam odpowiedniej melioracji. Zrobienie korytek jest raczej niemożliwe, gdyż taka inwestycja jest połączona z położeniem nowej nawierzchni asfaltu, a takiej inwestycji na Jeździeckiej nie planujemy. Jeżeli środki na to pozwolą, to w ciągu dwóch, trzech lat powinny tam powstać rowy melioracyjne. Nie mogę obiecać mieszkańcom, że zmian dokonamy w tym roku, gdyż w planie inwestycyjnym mamy jeszcze kilka innych ulic, gdzie remonty są niezbędne – mówi Wojciech Waluś z Miejskiego Zarządu Dróg w Bielsku-Białej.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

Złote rączki

Friday, July 23rd, 2004

Gdzieniegdzie wystają kable i widać ślady wilgoci. Ale klatki schodowe wyglądają schludnie. Są odnowione. Mimo to, lokatorzy familoka przy ul. Cieszyńskiej 15 w Chorzowie skarżą się na swoją spółdzielnię mieszkaniową. Dlaczego? Bo wszystko zrobili sami i za własne pieniądze.

Lokatorzy mają dość
Familok ma jakieś sto lat, ale na palcach jednej ręki można policzyć prowadzone tu remonty. Co miesiąc wpłacamy na fundusz remontowy po 40 zł. A efektów nie widać – mówi Edyta Kuśnierz. Lokatorzy mają dość tłumaczenia, że spółdzielnia “Barbara” nie ma pieniędzy. Słuchali tego przez lata. Dla porównania wskazują siedzibę administracji. – Pracownicy przychodzą do pracy tylko na 8 godzin i mają lepsze warunki od nas. A my musimy tu przecież żyć – mówią.

Chwycili za pędzle
Mieszkańcy sami dbali o wygląd familoka. Kilka lat temu lokatorzy z lewej klatki złożyli się po 50 zł. Za te pieniądze kupili farbę. Spółdzielnia przysłała fachowców, którzy pomalowali ściany na piętrach. Ci z prawej klatki nie tylko z własnej kieszeni kupili farbę. Sami też chwycili za pędzle i wszystko odnowili. Okna na klatkach również.
Podobnie było z dojściem do familoka. – Po opadach tworzyło się błoto. Sąsiad, pan Nowacki, to złota rączka. Położył przed budynkiem płyty betonowe – chwali Wiktoria Dybek. Inni przytakują.

Spółdzielnia kręci

Ludzie nie potrafią zrozumieć, dlaczego spółdzielnia robi problemy nawet przy drobnych naprawach. – Drzwi wejściowe do budynku mają szczelinę, przez którą w czasie deszczu wpada woda i zalewa sień. Wtedy do ubikacji trzeba chodzić w kaloszach. Po telefonicznej interwencji przyszedł fachowiec i zakleił szczelinę kitem. Po paru tygodniach kit wypadł, bo drzwi mające 45 lat nadają się jedynie do wymiany – opowiada pani Maria, która opiekuje się 92-letnią mamą mieszkającą w familoku.

O papier nie proszą
Czytelniczka w imieniu mamy stara się o nowe okna, bo stare mają ponad 40 lat i już nawet farba nie pomaga. – W 1999 r. interweniowałam w sprawie sypiącej się stolarki.

Powiedziano mi, że w familokach stopniowo będzie wymieniana. Nie doczekaliśmy się jej do 2003 r. Wtedy napisałam pismo. Przyszła komisja i zatwierdziła okna do wymiany. Ponieważ zbliżała się zima, zadzwoniłam z pytaniem o datę montażu. Pan kierownik arogancko stwierdził, że nie mają pieniędzy. Fundusz, który płacimy jest niewielki, są inne osiedla. A w ogóle to niedługo lokatorzy poproszą o zakup papieru toaletowego, bo ubikacje są na klatce.

Obok okien największym problemem jest piwnica. – Tu ciągle stoi woda. Mieszkam na piętrze i w domu na ścianach ciągle pojawia się grzyb – opowiada Edyta Kuśnierz.


Wkrótce remont
Andrzej Bielski
, inspektor nadzoru budowlanego SM “Barbara” w Chorzowie:

Spółdzielnia nie pobiera dodatkowych pieniędzy od lokatorów z przeznaczeniem na remonty. Przypuszczam, że była to inicjatywa własna mieszkańców. Problem wody zalewającej piwnice nie dotyczy tylko budynku numer 6, ale całej ulicy Cieszyńskiej. W sprawie wymiany okien wpłynęły do nas trzy wnioski, które zostały zatwierdzone. W 2005 r. będą naprawione lub wymienione drzwi wejściowe do budynku.

Autor artykułu: Agnieszka Nowak