Archive for July, 2004

Bezmyślnie zabił

Friday, July 23rd, 2004

21-letni kierowca zginął, a jedna osoba została ranna w wypadku, do którego doszło wczoraj przed południem na drodze z Bierunia do Bojszów.

24-letni mężczyzna kierujący dostawczym mercedesem wyjechał z drogi podporządkowanej, wymusił pierwszeństwo i uderzył w prawidłowo jadącego poloneza-trucka. Siła uderzenia była tak duża, że furgonetka przecięła poloneza na pół, po czym przewróciła słup trakcji telefonicznej. Kierowca poloneza poniósł śmierć na miejscu. W wypadku brał udział także trzeci samochód – kierowca fiata 126 p po zderzeniu trucka z furgonetką, nie zdążył zahamować i uderzył w jeden z pojazdów. Odniósł niegroźne obrażenia.

Ze wstępnych ustaleń wynika, że winę ponosi kierujący furgonetką. Nie dość, że przekroczył prędkość, to na dodatek wymusił pierwszeństwo. Kierowca tłumaczył, że podczas jazdy spadły mu faktury i schylił się, aby je podnieść.

Autor artykułu: mk

Czyszczenie oddziału

Friday, July 23rd, 2004

Powodów zamknięcia oddziału było kilka. Ale zdecydował brak kadry medycznej. W tym samym czasie, kiedy nowa pani dyrektor zwolniła ordynatora, wypowiedzenie złożyli wszyscy lekarze i oddziałowa.

Brak kontroli nad funkcjonowaniem oddziału, marnotrawienie mienia zakładu, brak nadzoru nad dokumentacją medyczną, wadliwe tworzenie harmonogramów dyżurów lekarskich – to zaledwie część z wielu zarzutów, jakie postawiła Ewa Świderska, nowa dyrektor Szpitala Miejskiego nr 1 w Gliwicach Markowi Pankowi, ordynatorowi oddziału urologicznego. Z tego powodu pod koniec czerwca zwolniła go z pracy. W ramach protestu przeciwko decyzji pani dyrektor wypowiedzenia z pracy złożyli także wszyscy czterej lekarze i oddziałowa. Trzeba więc było zamknąć oddział i poradnię przyszpitalną.

- Wszystko, co przedstawiła pani dyrektor to po prostu absurd – twierdzi Panek. – Już sam zarzut, że przetrzymywanie od niemal 20 lat nic niewartych cewników z darów z czasów stanu wojennego to niegospodarność, jest bezsensowny.

Ewa Świderska jest innego zdania. Twierdzi, że podczas kontroli znaleziono cztery worki sprzętu jednorazowego, a ordynator chciał je przed nią ukryć. Poza tym dostrzegła nieprawidłowości w wydawaniu posiłków. – Straty z tego powodu tylko w ciągu ostatniego półrocza wyniosły ponad 17 tysięcy zł. A szpital jest zadłużony na około 13 milionów zł.

- Dla mnie najbardziej miarodajne, jeśli chodzi o moje zarządzanie oddziałem, są wyniki finansowe. Nigdy nie przenieśliśmy straty – twierdzi były ordynator. – A tak naprawdę to najbardziej ucierpieli na tej decyzji pacjenci.
I ten argument odpiera Ewa Świderska: – Kiedy przed tygodniem zamknęłam oddział, przebywało na nim 8 pacjentów. Tylko jeden wymagał dalszego leczenia i przewieźliśmy go do kliniki do Zabrza. Poza tym leczenie tutaj odbywało się na bardzo niskim poziomie. Żałuję, że trzeba było zlikwidować też przyszpitalną poradnię urologiczną. Teraz chorzy muszą jeździć do Zabrza czy do Katowic. Wkrótce to się jednak zmieni. Przypuszczam, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to na początku sierpnia oddział będzie znowu działał. Nowy ordynator ma przywieźć z sobą pięciu lekarzy – twierdzi Świderska. Marek Jarzębowski, rzecznik prasowy gliwickiego Urzędu Miasta popiera działania pani dyrektor: – Cztery miesiące temu została powołana do tego, aby “posprzątać” w tym szpitalu. Placówka jest nierentowna. Poza tym ma być to miejsce dla pacjentów, a nie dla lekarzy.

Dr Marek Panek odwołał się od decyzji o zwolnieniu do sądu. Ewa Świderska złożyła do prokuratury doniesienie o popełnieniu przez niego przestępstwa.

Autor artykułu: Małgorzata Himmel

Lista zarzutów coraz dłuższa

Wednesday, July 21st, 2004

Pojawił się kolejny akt oskarżenia przeciwko Antoniemu L. pseud. Don Antonio. Prokuratura zarzuca mężczyźnie, o którym mówi się nieoficjalnie, że “rządził” Gliwicami, m.in. działalność w zorganizowanej grupie o charakterze zbrojnym. To już kolejna partia zarzutów przeciwko Antoniemu L. – od lutego tego roku w Gliwicach toczy się proces, w którym L. odpowiada za wymuszenia rozbójnicze i grożenie świadkom. – Ustaliliśmy, że Antoni L. działał w grupie przestępczej Zygmunta L. pseud. Sandokan – mówi prokurator Ireneusz Kunert z Prokuratury Okręgowej w Katowicach. – Nie tylko pomagał gangsterom i udzielał im schronienia, ale też brał aktywny udział w przestępstwach grupy Sandokana.

Antoniemu L. zarzuca się również kierowanie działalnością związaną z handlem kradzionymi samochodami i fałszowanie dokumentów. Z pomocą Dariusza N. i Mariana C. Don Antonio sprzedał ponad 40 luksusowych aut. W procederze pomagały mu m.in. sfałszowane dokumenty z odpraw celnych i rachunki zakupu wozów. – Oprócz tego Antoni L. odpowie za nielegalne posiadanie broni – uzupełnia prokurator Kunert.

Don Antonio przez lata uchodził za najbardziej wpływowego biznesmena w Gliwicach. Jego działalnością Centralne Biuro Śledcze interesowało się od ponad dziesięciu lat. Antoni L. na początku lat 90. otworzył sieć kantorów. Później został prezesem Gliwickiego Centrum Kapitałowego. Inwestował też w nieruchomości i lombardy. Policja ustaliła, że mężczyzna pozyskiwał pieniądze m.in. dzięki lichwie. Don Antonio pożyczał a później żądał niebotycznych odsetek.

Pożyczkobiorcy, którzy nie chcieli płacić, byli zastraszani. Każdy z nowych zarzutów przeciwko Antoniemu L. obwarowany jest górną granicą – od 5 do 8 lat więzienia.

Autor artykułu: am

Pomogli obcy ludzie

Wednesday, July 21st, 2004

Wczoraj do Krakowa zostały przywiezione zwłoki Bogusława Pilcha. Mimo braku pomocy ze strony ambasady polskiej w Rzymie i urzędu miasta w Katowicach rodzinie udało się sprowadzić ciało do kraju. Pilchom pomogli Włosi.

- Za wszystko zapłacili mieszkańcy miasteczka Visciano – mówi żona Bolesława Marzena Pilch, która trzy dni temu wróciła do kraju. Powrót również opłacili jej Włosi. – Nie mogę wyrazić słowami wdzięczności dla całego miasta, pani Joli Gazdzie i Włochom, którzy mi pomogli.

Jola Maria Gazda, właścicielka restauracji w Visciano zajęła się organizowaniem pomocy rodzinie Pilchów. Bolesława widziała zaledwie 2 minuty, ale wstrząsnęła nią wiadomość o jego śmierci. – Byłam w ambasadzie polskiej, ale urzędnicy poinformowali mnie, że nie pomogą, bo “wszelkie koszty ponosi rodzina zmarłego” – oburza się – To gmina, burmistrz i mieszkańcy Visciano pomogli ludziom, którymi pogardziły polskie placówki!

Przypominamy: Bolesław Pilch na początku lipca wyjechał do Włoch, gdzie miał pracować. Po jego śmierci ambasada w Rzymie, jak i urząd miasta w Katowicach nie chciały pomóc zasłaniając się wypełnianiem “dokumentacyjnych obowiązków”. Żona zmarłego pojechała na miejsce. Z góry wiedziała, że nie ma tylu pieniędzy, ile żądają firmy włoskie i polskie za przewiezienie zwłok jej męża. Wróciłaby z niczym, gdyby nie mieszkańcy miasteczka pod Neapolem.

Autor artykułu: not. dobry

Zapomniana Perla

Wednesday, July 21st, 2004

Właściciele jednorodzinnych domków znajdujących się przy ul. Perla w częstochowskiej dzielnicy Raków twierdzą, że władze miejskie o nich zapomniały. Od lat upominają się o kanalizację sanitarną i deszczową – bez rezultatu

Wszyscy kojarzą tylko bloki przy ul. Perla – opowiada Anna Krupa. – O tym, że za zakrętem też jest ulica, że żyją tutaj ludzie pozbawieni kanalizacji chyba wszyscy zapomnieli. My tymczasem mamy z tego powodu spore problemy. Wodę, owszem w domu mamy podłączoną, ale wywozem ścieków musimy się już martwić sami. Problem dotyczy ponad dziesięciu rodzin.


Kłopot z długim wężem

Mieszkańcy domów skarżą się, że z wywozem nieczystości i oczyszczaniem szamb mają coraz większe kłopoty. Działki przy ich ulicy są niewielkie, często stoi na nich po kilka domów, jest więc ciasno. Na niektórych posesjach duży wóz wypompowujący ścieki z szamba ma problemy z wjazdem.
– U nas na przykład potrzebny jest wóz z długim wężem – opowiada Anna Krupa. – Ostatnio pan, który miał taki samochód nie może już zajmować się wywozem naszych ścieków, inne firmy nie mają tymczasem takich wozów i są problemy z oczyszczaniem szamba.


Spływa deszczówka

Problemem dla mieszkańców jest jednak nie tylko brak kanalizacji sanitarnej, ale również kanalizacji deszczowej. Ulica nie ma nawierzchni, chodników, nie ma także praktycznie przydrożnych rowów.
– Po każdym deszczu na naszą posesję spływa cała deszczówka – żali się Otylia Krakowiak, jedna z mieszkanek ulicy Perla. – Ta ulica przez lata była naprawiana i wyrównywana w ten sposób, że nasypywano na wierzchu tylko kolejne warstwy jakiegoś żwiru i stąd taka różnica poziomów. Ja mam niestety pecha – mieszkam niżej i cała woda, także ta z rynny sąsiada, spływa do mojego ogródka.


Mogą dopłacić

Jak opowiadają mieszkańcy, od wielu lat próbowali swoimi sprawami zainteresować władze miejskie, niestety na próżno. Tymczasem, jak przekonują lokatorzy domów, są gotowi nawet partycypować w kosztach budowy kanalizacji, byle wreszcie mieć spokój.
– Teraz można łatwo całą sprawę rozwiązać – twierdzi Anna Krupa. – Tutaj nie ma właściwie ulicy, nie ma chodników, roboty zimne byłyby ułatwione i nie byłoby żadnych problemów z podłączeniem naszych domów do sieci, tym bardziej, że na sąsiedniej ulicy kanalizacja jest.



Urząd – To da się załatwić

Tomasz Kucharski z biura prasowego Urzędu Miasta w Częstochowie:

– Być może ci państwo zwracali się do gminy w tej sprawie, ale z pewnością nie robili tego ostatnio, nie mamy bowiem żadnych śladów ich interwencji. Proponuję, aby złożyli teraz swoje podanie. Powinni się zwrócić do wydziału inwestycji Urzędu Miasta. Muszą wypełnić specjalne druki, które są do pobrania w urzędzie. Jeżeli chcieliby współfinansować inwestycję jest spora szansa, że miasto pokryje 80 procent wydatków i załatwi sprawę dokumentacji. Radzę, aby mieszkańcy złożyli podania jak najszybciej. Trudno mi powiedzieć, czy w tegorocznym budżecie znajdą się na ten cel pieniądze, ale jeżeli będziemy mieć aktualny wniosek mieszkańców łatwiej będzie umieścić tę inwestycję w wydatkach gminy.

Autor artykułu: Irena Bazan

Czy w Zawodziu zburzą pomoc?

Tuesday, July 20th, 2004

Władze miasta chcą zamknąć punkt terenowy MOPS-u w Katowicach i rozebrać budynek – zaalarmowali nas Czytelnicy. Postanowiliśmy to sprawdzić.

Budynek punktu terenowego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej stoi na środku pustej działki. – Na tym terenie od kilku lat powstaje osiedle Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Stare domy wyburzono. Został tylko dom kultury, szkoła i nasz budynek – mówi Krystyna Kupka-Birnbach. – Słyszałam, że rozważane jest m. in. przeniesienie punktu MOPS. Mówi się o tym od kilku miesięcy, ale z tego, co wiem nie ma ostatecznej decyzji. Jeśli taka zapadnie, miasto na pewno wskaże odpowiedni lokal.

Obecnie oprócz punktu pomocy społecznej w budynku mieści się świetlica dla dzieci oraz centrum pomocy dla osób uzależnionych i ich rodzin. Z pomocy korzysta prawie 1200 osób z całych Bogucic, Dąbrówki Małej i Zawodzia. Tutaj składają wnioski, skargi i interwencje, korzystają z porad prawnych i spotykają się z pracownikami socjalnymi.
– To oczywiste, że punktu MOPS-u nie zlikwidują, bo jest tu po to, żeby ludzie potrzebujący pomocy mieli ją na miejscu. Chodzi raczej o to, że niedawno władowano sporo pieniędzy w remont budynku, a teraz mówi się o jego zburzeniu – komentuje Pan Roman, jeden z podopiecznych.

– To była jedna duża hala i nic więcej – potwierdza Beata Tabaka, kierownik Punktu Terenowego. – Prawdopodobnie była tu jakaś hurtownia, ale potem przez wiele lat pomieszczenia stały puste.
– Remont skończył się 5 lat temu – mówi Krystyna Kupka- Birnbach. – Żeby się tam wprowadzić, musieliśmy zaadaptować budynek do naszych potrzeb, bo był w bardzo złym stanie technicznym. Ale to miasto zadecyduje o jego przyszłości.



Co na to urząd?

Na razie nie burzymy

Waldemar Bojarun, rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Katowicach:

Dzielnica Zawodzie się zmienia. Wstępna koncepcja zakłada, że w tym miejscu powstanie osiedle budynków Katowickiego TBS-u, nawiązujące architektonicznie, do tych, które już stoją w tym rejonie. Ten budynek nie będzie pasował do nowego otoczenia, ale to jeszcze nie znaczy, że zostanie wyburzony. Taka decyzja jeszcze nie zapadła. Na pewno zostanie poprzedzona dokładną analizą kosztów wykonanego kilka lat temu remontu. Również ewentualne przeniesienie stamtąd punktu MOPS-u nie musi oznaczać wyburzenia budynku. Być może zostanie on zaadaptowany do innej działalności. not.

Autor artykułu: azg

Śrutwa na boisku

Monday, July 19th, 2004

Piłkarze Ruchu Radzionków zremisowali ze swoim imiennikiem z Chorzowa. Wydarzeniem meczu był występ w chorzowskim zespole Piotra Mosóra i Mariusza Śrutwy.

Obaj piłkarze po powrocie z wakacji zagrali po raz pierwszy. Nie oznacza to jednak, że pozostaną w Chorzowie.

- Jak odejdzie Krystian Rogala (prezes Ruchu – przy. red.) zostaniemy. Staramy się też ściągnąć do zespołu naszych kolegów. Może ktoś nowy pojawi się w poniedziałek – mówił Śrutwa.

Trener chorzowian, Jerzy Wyrobek w meczu w Radzionkowie testował kolejnych pretendentów do gry w drużynie “niebieskich”: Rafała Oprzondka z Orła Mokre, Dariusza Drewniaka z Podbeskidzia Bielsko-Biała, Tomasza Kasprzyka z Grunwaldu Ruda Śląska, Krzysztofa Janickiego ze Stasiaka/KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, Grzegorza Ury z Unii Skierniewice, Artura Toborka z Arki Gdynia i Davora Tasicia ze Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. Tyko dwaj ostatni mają szansę na pozostanie w Chorzowie. Będą jeszcze dalej testowani. Tasić zdobył nawet bramkę we wczorajszym meczu.
– Sprawy transferowe powinny się wyjaśnić do końca tygodnia. Chciałbym aby został z nami Leszek Pokładowski – wyjaśnił Wyrobek.

Opiekunowie chorzowskiego zespołu zdecydowali się natomiast, na którego z dwójki bramkarzy – Sławomir Rydel czy Michał Podolak – postawią. Wybór padł na tego drugiego.
W zespole gospodarzy również nie brakowało nowych zawodników. Zagrali byli piłkarze “Cidrów”: Marcin Klaczka (Podbeskidzie) i Łukasz Wesecki (GKS Bełchatów), oraz nowi Rafał Jabłoński ze Sparty Zabrze, Konrad Grosma i Dawid Mosler obaj ze Stadionu Chorzów.

Ruch Radzionków – Ruch Chorzów 1: 1 (1: 1)
1:0 – Galeja (9 min),
1:1 – Tasić (13 min, głową).

RADZIONKÓW: Urbańczyk – Banaś, Klaczka, T. Krzęciesa, Wrześniewski – Tokarz, Bonk, Galeja, Kałwak – Wesecki, Rudyk; po przerwie weszli: Różanka, Pajączkowski, Jabłoński, A. Krzęciesa, Żaba, Sobala, Wloka, Gorka, Szyguła, Grosman, Mosler.

CHORZÓW: I połowa: Podolak – Ura, Mosór, Janicki – Bartos, Błażejewski, Toborek, Smarzyński – Tasić, Śrutwa. Ćwielong. II połowa: Franke – Ura, Janicki, Oprzondek – Kasprzyk, Toborek, Wawrzyńczok, Drewniak, Molek – Pokładowski, Lindner.

Autor artykułu: mim

Piast Gliwice – RKS Radomsko 0:0

Monday, July 19th, 2004

Piłkarze gliwickiego Piasta rozegrali pierwszy sparing po powrocie z obozu w Dzierżoniowie. Bezbramkowo zremisowali z innym drugoligowcem RKS Radomsko.

Obie drużyny wypracowały sobie po kilka dobrych sytuacji do zdobycia goli. Pierwsi groźnie zaatakowali goście. Już w 6 minucie Jacek Gorzyca, bramkarz Piasta musiał się wykazać swoim kunsztem. Potem do głosu doszli gliwiczanie, ale również mieli kłopot z umieszczeniem piłki w siatce.

W ataku Piasta bardzo aktywny był Przemysław Pałkus. Byłemu piłkarzowi Odry Wodzisław zabrakło jednak szczęścia. W 34 minucie piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę, w 66 minucie w sytuacji sam na sam z bramkarzem RKS nie trafił w bramkę.

Gliwiczanie zagrali bez trzech podstawowych zawodników. Wciąż kontuzjowani są: Piotr Uss, Marcin Chyła i Krzysztof Kolasiński.

W sobotnim spotkaniu w Piaście pojawiło się trzech nowych piłkarzy: Maciej Michniewicz z Polonii Warszawa, Jakub Ławecki z Wisły Kraków i Arkadiusz Stępień ze szkółki piłkarskiej z Wodzisławia. Dwaj ostatni to młodzi zawodnicy, którzy jednak nie przekonali do swoich umiejętności Józefa Dankowskiego, trenera Piasta.

Większe szansę na pozostanie w Piaście ma Michniewicz. 27 letni obrońca będzie jeszcze sprawdzany w kolejnych sparingach.

Piast Gliwice – RKS Radomsko 0:0
Piast: Gorczyca – Kędziora, Gamla, Zadylak – Kaszowski, Kocyba, Stolarz, Podgórski, Ławecki – Pałkus, Wysogląd; po przerwie weszli: Grymel, Bodzioch, Szmatiuk, Gontarewicz, Kocur, Procek, Michniewicz, Stępień, Kołsut, Sierka.

Autor artykułu: mim

Tragedia na moście

Saturday, July 17th, 2004

Ośmioletni Patryk z Bytomia Szombierek podczas zabawy na wiadukcie kolejowym został porażony prądem. Walczy o życie w szpitalu. Most, na którym doszło do wypadku, jest przeznaczony wyłącznie dla ruchu kolejowego, ale od kilkudziesięciu lat służy okolicznym mieszkańcom jako wygodny skrót. Gdyby przejmowali się umieszczonym przed wiaduktem zardzewiałym znakiem zakazu, nadkładaliby kilka kilometrów drogi. Wczoraj w ciągu godziny naliczyliśmy kilkadziesiąt osób, które łamiąc przepisy przechodziły po feralnym wiadukcie.

Czworo dzieci w wieku od 8 do 12 lat bawiło się na wiadukcie kolejowym w Szombierkach, gdzie jeździ kolejka wąskotorowa. Patryk nagle spadł na przewody wysokiego napięcia. Ma amputowane nogi, przeszedł operację czaszki. Po tym moście nikt nie powinien chodzić…

Czwartek, późne popołudnie. Wiaduktem między ulicą Podhalańską a Towarową przechodzą jak zwykle mieszkańcy. – Widziałem na moście grupkę dzieci. Minąłem wszystkich, gdy dziesięć minut później to się wydarzyło – opowiada trzynastoletni Kamil. – Wróciłem, żeby zobaczyć, co się dzieje, była już karetka. Znałem Patryka. Widziałem, jak nieśli go do karetki. Na torach stał i płakał jego brat, mama też płakała – opowiada.
Chłopczyk porażony prądem spadł z siedmiometrowego wiaduktu na tory kolejowe.

Był cały czarny
- Mój syn wracał akurat z pracy. Przyszedł do domu i ani obiadu nie chciał – relacjonuje Jerzy Mrozek. – Mówił, że gasił chłopaka kurtką, że on był cały czarny. A kobieta krzyczała, żeby ratować dziecko. Syn wrócił i od razu powiedział, żeby mu rzeczy wyprać. Zresztą nic nie chciał dużo mówić, w piątek rano miała do niego dzwonić policja. Był zszokowany – opowiada.
Ośmioletni Patryk bawił się z dziećmi na moście. Wraz z nim były dwie dziewczynki wieku 9 i 11 lat oraz 12-letni kolega. Z boku stał i przypatrywał się im również ośmioletni chłopak.
- Sprawdzamy dwie wersje wydarzeń. Jedna mówi o tym, że chłopczyk chciał się popisać przed znajomymi i pokazać, że potrafi huśtać się na moście. Jeśli zahaczył nogą o linię wysokiego napięcia, to wtedy mogło dojść do zamknięcia obwodu i porażenia prądem – mówi młodszy inspektor Tadeusz Ostrowski, zastępca komendanta miejskiego policji w Bytomiu. – Druga wersja jest taka, iż ktoś mu w tym pomógł.
Jednak ta pierwsza jest bardziej prawdopodobna – podkreśla.
Po osiedlu jednak już poszła plotka, że ktoś zrzucił czapeczkę Patrykowi. Ten chciał ją podnieść i doszło do tragedii. Wczoraj dzieci były przesłuchiwane w obecności psychologów, policja przesłuchiwała też dorosłych świadków tragedii.

Przecież jest tabliczka…
W feralnym miejscu są dwa wiadukty, mniejszy i większy. Przed mniejszym stoi zardzewiała tabliczka z napisem: “Teren PKP. Wstęp wzbroniony”. Żaden z miejscowych nic sobie z tego nie robi. Co więcej, ruch pieszych na wiadukcie jest ogromny.
Wiaduktami przejeżdża kolejka wąskotorowa z centrum miasta do Karbia. Są w fatalnym stanie, choć uchowały się barierki i klepki. Pod wiaduktem biegną tory kolejowe, gdzie jeżdżą normalne, kursowe pociągi.
Ludzie przechodzą albo przejeżdżają przez wiadukt rowerami.
– Tutaj ludzie chodzą od kilkudziesięciu lat, górnicy na kopalnię – mówi Janina Zboch. – Najgorsze, że dzieci ganiają po wiadukcie. i to takie małe, kilkuletnie. Już nieraz pomyślałam, że tu dojdzie do tragedii. Aż cierpłam, jak widziałam, co one wyprawiają – dodaje.

Od zawsze tędy chodzą

- Do szkoły się tędy chodziło albo nawet na zawody – mówi Daniel, który zdał właśnie do gimnazjum.
Wiaduktami chodzić nie można, ale miejscowi chodzą. Dlaczego? – Bo żeby dostać się do centrum miasta trzeba by nadłożyć kilka kilometrów. Albo do Huty Bobrek albo do dworca kolejowego. Tu jest najprędzej – tłumaczą starsze panie. – Tylko te kładki powinni wyremontować.
- To nie jest przejście dla pieszych, w ogóle nie można tam chodzić – tłumaczy Jacek Wicherski, rzecznik UM w Bytomiu. – Przecież tam są tory kolejowe!
Tymczasem wąskotorówka jeździ tamtędy od 151 lat, jest jedną z najstarszych w Europie. Dzisiaj kolejka należy do Stowarzyszenia Miłośników Kolei Wąskotorowych. Jednak dwa lata temu miasto postanowiło wyremontować jej obiekty, w tym wiadukty. – Mamy plany remontów, jest dokumentacja. Ale nawet po remoncie ten wiadukt nie będzie przeznaczony dla ruchu pieszego.

Mama w szoku
Patryka przewieziono najpierw do Centrum Pediatrii w Chorzowie, a stamtąd do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach Ligocie.
Chłopak miał zwęglone nogi, poparzony brzuch. Od razu musiał przejść operację ratującą życie. – Pracowały dwa zespoły, chłopczyk przeszedł operację ortopedyczną i neurochirurgiczną – wyjaśnia dr nauk med. Ludwik Stołtny, ordynator oddziału anestezjologii i intensywnej terapii w klinice.
Matka chłopca cały czas czuwa przy łóżeczku Patryka. Chłopczyk ma amputowane nogi, jest w śpiączce. Dostaje m.in. leki przeciwbólowe, oddycha za niego respirator.

Autor artykułu: Monika Krężel

Naczelnik już bez munduru

Saturday, July 17th, 2004

Były naczelnik sekcji ruchu drogowego Komendy Powiatowej Policji w Kłobucku przestał być policjantem. Mirosław W. został zwolniony ze służby po tym, jak 23 maja spowodował wypadek drogowy na drodze między Kłobuckiem a Krzepicami, a następnie uciekł z miejsca wypadku.

- Ten człowiek został zwolniony w trybie administracyjnym – poinformował nas kom. Piotr Bieniak, rzecznik KWP w Katowicach. – Były naczelnik z Kłobucka nie został zwolniony dyscyplinarnie, gdyż zdarzenie, o którym mowa nie miało związku z pełnioną służbą. Wypadek wydarzył się, gdy mężczyzna był na urlopie, a do zderzenia dwóch aut policjant doprowadził jadąc prywatnym samochodem.

Przypomnijmy: w wypadku, który spowodował były funkcjonariusz ucierpiały dwie osoby: dorosły mężczyzna i jego 15-letni syn. Mirosław W., który uciekł z miejsca wypadku nie udzielając pomocy poszkodowanym, przez osiem godzin ukrywał się przed policją. Został zatrzymany przez funkcjonariuszy dopiero we własnym domu.

Autor artykułu: ib