Ośmioletni Patryk z Bytomia Szombierek podczas zabawy na wiadukcie kolejowym został porażony prądem. Walczy o życie w szpitalu. Most, na którym doszło do wypadku, jest przeznaczony wyłącznie dla ruchu kolejowego, ale od kilkudziesięciu lat służy okolicznym mieszkańcom jako wygodny skrót. Gdyby przejmowali się umieszczonym przed wiaduktem zardzewiałym znakiem zakazu, nadkładaliby kilka kilometrów drogi. Wczoraj w ciągu godziny naliczyliśmy kilkadziesiąt osób, które łamiąc przepisy przechodziły po feralnym wiadukcie.
Czworo dzieci w wieku od 8 do 12 lat bawiło się na wiadukcie kolejowym w Szombierkach, gdzie jeździ kolejka wąskotorowa. Patryk nagle spadł na przewody wysokiego napięcia. Ma amputowane nogi, przeszedł operację czaszki. Po tym moście nikt nie powinien chodzić…
Czwartek, późne popołudnie. Wiaduktem między ulicą Podhalańską a Towarową przechodzą jak zwykle mieszkańcy. – Widziałem na moście grupkę dzieci. Minąłem wszystkich, gdy dziesięć minut później to się wydarzyło – opowiada trzynastoletni Kamil. – Wróciłem, żeby zobaczyć, co się dzieje, była już karetka. Znałem Patryka. Widziałem, jak nieśli go do karetki. Na torach stał i płakał jego brat, mama też płakała – opowiada.
Chłopczyk porażony prądem spadł z siedmiometrowego wiaduktu na tory kolejowe.
Był cały czarny
- Mój syn wracał akurat z pracy. Przyszedł do domu i ani obiadu nie chciał – relacjonuje Jerzy Mrozek. – Mówił, że gasił chłopaka kurtką, że on był cały czarny. A kobieta krzyczała, żeby ratować dziecko. Syn wrócił i od razu powiedział, żeby mu rzeczy wyprać. Zresztą nic nie chciał dużo mówić, w piątek rano miała do niego dzwonić policja. Był zszokowany – opowiada.
Ośmioletni Patryk bawił się z dziećmi na moście. Wraz z nim były dwie dziewczynki wieku 9 i 11 lat oraz 12-letni kolega. Z boku stał i przypatrywał się im również ośmioletni chłopak.
- Sprawdzamy dwie wersje wydarzeń. Jedna mówi o tym, że chłopczyk chciał się popisać przed znajomymi i pokazać, że potrafi huśtać się na moście. Jeśli zahaczył nogą o linię wysokiego napięcia, to wtedy mogło dojść do zamknięcia obwodu i porażenia prądem – mówi młodszy inspektor Tadeusz Ostrowski, zastępca komendanta miejskiego policji w Bytomiu. – Druga wersja jest taka, iż ktoś mu w tym pomógł.
Jednak ta pierwsza jest bardziej prawdopodobna – podkreśla.
Po osiedlu jednak już poszła plotka, że ktoś zrzucił czapeczkę Patrykowi. Ten chciał ją podnieść i doszło do tragedii. Wczoraj dzieci były przesłuchiwane w obecności psychologów, policja przesłuchiwała też dorosłych świadków tragedii.
Przecież jest tabliczka…
W feralnym miejscu są dwa wiadukty, mniejszy i większy. Przed mniejszym stoi zardzewiała tabliczka z napisem: “Teren PKP. Wstęp wzbroniony”. Żaden z miejscowych nic sobie z tego nie robi. Co więcej, ruch pieszych na wiadukcie jest ogromny.
Wiaduktami przejeżdża kolejka wąskotorowa z centrum miasta do Karbia. Są w fatalnym stanie, choć uchowały się barierki i klepki. Pod wiaduktem biegną tory kolejowe, gdzie jeżdżą normalne, kursowe pociągi.
Ludzie przechodzą albo przejeżdżają przez wiadukt rowerami.
– Tutaj ludzie chodzą od kilkudziesięciu lat, górnicy na kopalnię – mówi Janina Zboch. – Najgorsze, że dzieci ganiają po wiadukcie. i to takie małe, kilkuletnie. Już nieraz pomyślałam, że tu dojdzie do tragedii. Aż cierpłam, jak widziałam, co one wyprawiają – dodaje.
Od zawsze tędy chodzą
- Do szkoły się tędy chodziło albo nawet na zawody – mówi Daniel, który zdał właśnie do gimnazjum.
Wiaduktami chodzić nie można, ale miejscowi chodzą. Dlaczego? – Bo żeby dostać się do centrum miasta trzeba by nadłożyć kilka kilometrów. Albo do Huty Bobrek albo do dworca kolejowego. Tu jest najprędzej – tłumaczą starsze panie. – Tylko te kładki powinni wyremontować.
- To nie jest przejście dla pieszych, w ogóle nie można tam chodzić – tłumaczy Jacek Wicherski, rzecznik UM w Bytomiu. – Przecież tam są tory kolejowe!
Tymczasem wąskotorówka jeździ tamtędy od 151 lat, jest jedną z najstarszych w Europie. Dzisiaj kolejka należy do Stowarzyszenia Miłośników Kolei Wąskotorowych. Jednak dwa lata temu miasto postanowiło wyremontować jej obiekty, w tym wiadukty. – Mamy plany remontów, jest dokumentacja. Ale nawet po remoncie ten wiadukt nie będzie przeznaczony dla ruchu pieszego.
Mama w szoku
Patryka przewieziono najpierw do Centrum Pediatrii w Chorzowie, a stamtąd do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach Ligocie.
Chłopak miał zwęglone nogi, poparzony brzuch. Od razu musiał przejść operację ratującą życie. – Pracowały dwa zespoły, chłopczyk przeszedł operację ortopedyczną i neurochirurgiczną – wyjaśnia dr nauk med. Ludwik Stołtny, ordynator oddziału anestezjologii i intensywnej terapii w klinice.
Matka chłopca cały czas czuwa przy łóżeczku Patryka. Chłopczyk ma amputowane nogi, jest w śpiączce. Dostaje m.in. leki przeciwbólowe, oddycha za niego respirator.
Autor artykułu: Monika Krężel