Archive for August, 2004

Górnik Łęczna – Odra Wodzisław 1:2

Monday, August 30th, 2004

Drugie zwycięstwo na wyjeździe odnieśli piłkarze Odry Wodzisław. Po wygranej z Krakowie z beniaminkiem Cracovią, tym razem podopieczni Ryszarda Wieczorka pokonali w Łęcznej Górnika 2:1 (1:0). Tym samym wodzisławianie zrehabilitowali się za dwie porażki poniesione przed własną publicznością.

W Łęcznej wodzisławianie od pierwszych minut uzyskali przewagę i nie pozwalali rywalom na rozwinięcie skrzydeł. W 13 minucie po rzucie rożnym bliski zdobycia bramki był Tomasz Szewczuk, ale piłka po jego uderzeniu głową minimalnie minęła cel. Wkrótce jednak napastnik Odry miał powody do radości. Jego dokładne, dalekie podanie wykorzystał Piotr Rocki i Odra objęła prowadzenie.

Najdogodniejszej dla Górnika nie wykorzystał w 33 min Remigiusz Jezierski. Jego strzał z największym trudem wybił na róg świetnie spisujący się bramkarz Odry Mariusz Pawełek. Niewykorzystana sytuacja mogła się zemścić, ale po szybkiej kontrze Marek Kubisz nie trafił w piłkę będąc dwa metry przed pustą bramką.

W przerwie trener Kaczmarek dokonał zmian w składzie i gra Górnika nabrała rumieńców. Gospodarze kilka razy groźnie strzelali na bramkę Odry, jednak Pawełek wychodził obronną ręką.

W końcu piłkarze Górnika dopięli swego. Jezierski wykorzystał dośrodkowanie Sebastiana Szałachowskiego i głową umieścił piłkę w bramce. Kiedy wydawało się, że piłkarze z Łęcznej pójdą za ciosem, zespół z Wodzisławia wyprowadził błyskawiczną kontrę. Zganiacz zagrał ze środka boiska do Wojciecha Grzyba, ten posłał piłkę na pole karne, gdzie Kubisz najpierw trafił w słupek, ale za chwilę odbitą piłkę skierował do bramki gospodarzy. Od tego momentu Odra znów umiejętnie kontrolowała przebieg wydarzeń na boisku.
– Chcielibyśmy przeprosić kibiców za dwie porażki u siebie na początku sezonu – powiedział po meczu strzelec pierwszej bramki dla Odry Piotr Rocki.


Zdaniem trenerów

Bogusław Kaczmarek, Górnik

Do przerwy zagraliśmy bardzo słabo. Nie potrafiliśmy uporządkować gry w środku pola. Po przerwie to my byliśmy bliscy szczęścia. Mamy jednak problemy z dyscypliną taktyczną i to było widać, przy obu straconych bramkach. Jesteśmy dopiero na początku etapu tworzenia nowego oblicza zespołu, na to trzeba trochę czasu i cierpliwości.


Ryszard Wieczorek, Odra

Po słabej postawie w końcówce poprzedniego sezonu i na początku tego, drużyna wyraźnie zaczyna grać lepiej i skuteczniej. Cieszyć może to, że młodzi w zespole nabierają większej pewności.


Noty

ODRA
Pawełek 3
Myszor 2
Krysiński 3
Dymkowski 2
Szary 2
Grzyb 3
(86’ Masłowski)
Malinowski 3
Zganiacz 3
Rocki 3
(89’ Bednarek)
Szewczuk 3
Kubisz 2
(77’ Nosal)

Razem 29
Statystyka

Łęczna Odra

Strzały celne 9 4
Strzały niecelne 6 7
Rzuty rożne 3 3
Żółte kartki 2 3


Zobacz inne wiadomości o Odrze

Autor artykułu: l. jaź.

W bloku jak w baraku

Monday, August 30th, 2004

Mieszkańcy ulicy P. Cierpioła w Rybniku z niecierpliwością czekają, aż Zakład Gospodarki Mieszkaniowej przeprowadzi w ich blokach gruntowny remont.

Janina i Franciszek Łodzińscy do bloku nr 6 przy ulicy P. Cierpioła wprowadzili się pod koniec lat 60. Jak mówią, mimo że dwupiętrowy budynek od dawna znajduje się w opłakanym stanie, lokatorzy nie mogą doczekać się na jakikolwiek remont.

– Ostatnie prace remontowe, z tego co sobie przypominam, wykonywane były w 1986 roku. Wtedy pomalowane zostały klatki schodowe, zrobiono elewację i częściowo dach. Od tamtego czasu ZGM o nas zapomniał – rozkłada bezradnie ręce pan Franciszek. – Blok wygląda jak barak – dodaje jego żona.


Dziurawy dach

Mieszkańcy budynku boją się, że któregoś dnia dach zawali im się na głowę. Zgodnie twierdzą, że na strych, to aż strach wchodzić.

– Stropy gniją, a w dachówce są takie dziury, że jak deszcz pada, to zalewa nam mieszkania. Wiem, co mówię, bo mieszkam na ostatnim piętrze. Na strychu, w miejscach, gdzie dach jest najbardziej popękany, ustawiłem słoiki i miednicę i teraz do nich kapie woda. Kiedyś stała tam nawet wanna, ale po kilku latach moich próśb i nalegań wreszcie te największe dziury zostały załatane i obecnie nie ma już takiej potrzeby – wyjaśnia Herbert Buchcik.


Stare, nieszczelne okna

Nasi Czytelnicy z coraz większą niecierpliwością czekają również na wymianę okien w swoich mieszkaniach. Cztery lata temu złożyli w tej sprawie oficjalny wniosek, pod którym podpisali się wszyscy lokatorzy bloku. W odpowiedzi przeczytali, że na nową stolarkę okienną mogą liczyć w 2002 roku.

– Czekaliśmy, czekaliśmy i nic, a okna mamy tak spróchniałe, że przestały spełniać swoją funkcję. Zresztą od początku, jak stoi ten blok, nie były wymieniane, więc co tu dużo mówić. Wystarczy niewielki deszcz, a w mieszkaniu jest mokro. Niektórzy sąsiedzi muszą kłaść ręczniki na parapet, żeby na podłodze pod oknami nie tworzyły się kałuże – wyjaśnia Jan Wrzesiński.

– No i proszę spojrzeć na klatkę schodową. Aż wstyd, jak ktoś przychodzi z wizytą, bo nie dość, że ściany są brudne, to jeszcze odpadają z nich ogromne płaty farby. Tak samo wygląda w sąsiednich budynkach – dodaje Zbigniew Fojcik.
O swoich kłopotach lokatorzy bloków z ulicy P. Cierpioła wielokrotnie informowali rybnicki ZGM. Jak mówią, wiele im obiecywano, ale na obietnicach się skończyło.


Zdaniem miasta

Pomalujemy klatki, naprawimy dach

Mówi Jerzy Frelich, zastępca prezydenta miasta Rybnika:
Problemy mieszkańców ulicy P. Cierpioła są nam znane. Na pewno ze swej strony podejmiemy odpowiednie działania i co tylko się da, to zrobimy. Do końca września będą pomalowane klatki schodowe i naprawiony dach. Jeśli chodzi o okna, to w tym roku nie ma szans, żeby je wymienić.


Telefon alarmowy

Twoja spółdzielnia przypomina twierdzę nie do zdobycia? Od dawna starasz się o to, by ktoś wreszcie zainteresował się zdemolowanym korytarzem? Przed Twoim blokiem nie ma podjazdu dla wózków? Płacisz regularnie czynsz, a jesteś traktowany w spółdzielni jak zło konieczne? Podziel się z nami swoimi problemami, postaramy Ci się pomóc!

Dzwoń do „Śląskiej”
(32) 42-38-100 (Rybnik),
(32) 358-33-49 (Katowice)

Autor artykułu: Katarzyna Wołczańska

Ostrożność na medal

Monday, August 30th, 2004

Anna Pytlik z Piekar Śląskich ma 87 lat, jej mąż, Alfred Pytlik 77. Czujność być może uchroniła ich przed nieszczęściem. Pan Alfred nie wpuścił do domu człowieka, który podawał się za pracownika ZUS-u

Za każdym razem, jak dostaję decyzję z ZUS, nic z niej nie rozumiem. W jednym miesiącu do mojej emerytury doliczono zasiłek pielęgnacyjny na żonę, a za chwilę go zabrano. Czy tak działa ZUS? – denerwuje się pan Alfred.

Pan Pytlik jest na emeryturze górniczej. Miesięcznie dostaje ponad 2 tysiące złotych. Ale na jego utrzymaniu jest żona Anna, która nie ma prawa ani do emerytury, ani do renty. Oboje ciężko chorują. Pani Anna niedowidzi, nie powinna zostawać sama w mieszkaniu, ani wychodzić poza dom. To mąż dba o nią, robi zakupy, prowadzi do lekarza, załatwia sprawy urzędowe. Sam niedawno przeszedł operację oczu, nie wiadomo, czy będzie widział. Aby przeczytać jakiekolwiek pismo, na przykład z ZUS, musi używać grubego szkła powiększającego. Przynajmniej raz w miesiącu sąsiedzi widzą go, jak wraca z apteki z reklamówką leków. Dla nich każdy grosz się liczy.


Dają i zabierają?

W kwietniu pan Pytlik dostał z ZUS jakieś dokumenty do wypełnienia. Od razu udał się z nimi do sąsiada, który pomógł mu wypisać wszystkie rubryki. Także sąsiad wysłał pismo na poczcie. Już w czerwcu emerytura pana Alfreda została powiększona o zasiłek pielęgnacyjny przypadający na żonę.

– Moja radość nie trwała jednak długo. Kiedy w lipcu listonosz przyniósł mi emeryturę, znów była mniejsza o 144 zł. Nic z tego nie zrozumiałem. Na decyzji przysłanej przez ZUS były wypunktowane jakieś rzeczy, ale nawet nie mogłem ich odczytać.


Tajemniczy inspektor

Pan Alfred połączył jednak kilka faktów. W czerwcu zjawił się u niego tajemniczy mężczyzna.

– Powiedział, że jest inspektorem ZUS, ale ja go nie wpuściłem. Słyszałem przecież w radio, czytałem w gazecie, że należy w takich sytuacjach zachować ostrożność. Mógł być zwykłym oszustem. Przecież gdyby rzeczywiście był z ZUS, przyszedłby jeszcze raz z którymś sąsiadem, a wtedy na pewno bym ich wpuścił – dodaje pan Alfred.

Kiedy jednak zorientował się, że jego emerytura została w lipcu zmniejszona uwierzył, że był to inspektor ZUS.
– Widocznie przyszedł do mnie, by sprawdzić stan zdrowia mojej żony, albo wziąć jakieś dokumenty, może rzeczywiście powinienem go wpuścić? – zastanawia się pan Alfred.



Zdaniem ZUS

Mówi Teresa Ludwik – z–ca naczelnika Wydziału II Zmian Emerytalno–Rentowych ZUS Tarnowskie Góry:

Zasiłek pielęgnacyjny przysługuje żonie świadczeniobiorcy w chwili ukończenia 75 lat życia, wyłącznie na wniosek osoby zainteresowanej.

Weryfikując wnioski o ponowne ustalenie prawa do zasiłków pielęgnacyjnych zgodnie z art. 16 ust. 2 ustawy z dnia 28. 11. 2003 r. o świadczeniach rodzinnych, oddział podejmował dalszą wypłatę tych świadczeń od miesiąca wstrzymania wypłaty tj. od miesiąca maja 2004 r. W związku z tym świadczeniobiorcy w miesiącu czerwcu 2004 r. otrzymywali zasiłek pielęgnacyjny za maj i czerwiec 2004 r. Zainteresowanej wypłaca się zasiłek pielęgnacyjny w prawidłowej wysokości od miesiąca powstania prawa do tego świadczenia.


Zapytaj eksperta

Mam 57 lat i od 1998 roku prowadzę własną firmę. Od stycznia 2004 roku mam problemy zdrowotne. Przez ostatnie 4 miesiące byłem na zwolnieniu lekarskim. Stan zdrowia uniemożliwia mi dalszą pracę. Nie chciałbym jednak od razu rozwiązać firmy, ponieważ jest ona moim jedynym źródłem dochodu. Czy mogę ubiegać się o rentę?

Andrzej Fryckowski
z Sosnowca

Odpowiada Joanna Biniecka – rzecznik ZUS Sosnowiec:
Renta z tytułu niezdolności do pracy przysługuje ubezpieczonemu, który łącznie spełnia następujące warunki:

* jest niezdolny do pracy,

* udowodni wymagany okres składkowy i nieskładkowy (w przypadku osób powyżej 30. roku życia jest to 5 lat w ostatnim 10–leciu przed zgłoszeniem wniosku lub przed powstaniem niezdolności),

* niezdolność do pracy powstała w okresie ubezpieczenia lub nie później niż w ciągu 18 miesięcy od jego ustania.
W przypadku ubiegania się o rentę nie ma wymogu zaprzestania działalności gospodarczej.


Warto wiedzieć

Dodatek i zasiłek pielęgnacyjny

* Emeryci i renciści, oprócz przysługującego im świadczenia, mogą się starać o różnego rodzaju dodatki, które zdecydowanie mogą podnieść świadczenie. Ustawa o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych przewiduje możliwość wypłacenia dodatku pielęgnacyjnego.

* Dodatek pielęgnacyjny przysługuje osobie uprawnionej do emerytury lub renty, jeżeli osoba ta została uznana za całkowicie niezdolną do pracy oraz do samodzielnej egzystencji albo ukończyła 75 lat życia.

* Orzeczenie o całkowitej niezdolności do pracy oraz do samodzielnej egzystencji wydaje się w przypadku stwierdzenia naruszenia sprawności organizmu w stopniu powodującym konieczność stałej lub długotrwałej opieki i pomocy innej osoby w zaspokojeniu podstawowych potrzeb życiowych. Oceny niezdolności do pracy, jej stopnia oraz trwałości lub przewidywanego okresu niezdolności do pracy dokonuje w formie orzeczenia lekarz orzecznik ZUS. Orzeczenie lekarza orzecznika o stwierdzeniu całkowitej niezdolności do pracy oraz do samodzielnej egzystencji u osoby pobierającej rentę lub emeryturę stanowi podstawę dla organu rentowego do wydania decyzji o ustaleniu prawa do dodatku pielęgnacyjnego.

* Decyzja o przyznaniu dodatku pielęgnacyjnego ze względu na stan zdrowia wnioskodawcy jest wydawana na wniosek osoby ubiegającej się o to świadczenie. W sytuacji, gdy świadczeniobiorca ukończy 75. rok życia, oddział ZUS z urzędu przyznaje prawo do dodatku pielęgnacyjnego.

* Osobie uprawnionej do emerytury lub renty przebywającej w domu pomocy społecznej, w zakładzie opiekuńczo-leczniczym lub w zakładzie pielęgnacyjno-opiekuńczym dodatek pielęgnacyjny nie przysługuje, chyba że przebywa poza tą placówką przez okres dłuższy niż 2 tygodnie w miesiącu.

* Od 1 marca 2004 roku dodatek jest wypłacany w kwocie 144,25 zł.

Dodatek pielęgnacyjny dla inwalidy wojennego uznanego za niezdolnego do samodzielnej egzystencji wynosi od 1 marca 2004 r. 216,38 zł. Kwoty dodatków podwyższa się z zastosowaniem wskaźnika waloryzacji emerytur i rent, w którym przeprowadzana jest waloryzacja.
>Osobie, która nie pobiera żadnego świadczenia, a ukończyła 75 lat, przysługuje zasiłek pielęgnacyjny. Przyznaje się go wyłącznie na wniosek osoby zainteresowanej. Jest wypłacany w wysokości 144 zł.



Policja

Zachować ostrożność

Mówi Magdalena Szymańska-Mizera rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Katowicach:

Należy zachować szczególną ostrożność, gdy przyjmujemy obce osoby u siebie domu. Oczywiście nie możemy popadać w paranoję i przed wszystkimi nieznajomymi zatrzaskiwać drzwi. Kiedy jednak ktoś podaje się za pracownika wodociągów, przedsiębiorstwa energetycznego czy jakiegoś kontrolera, za każdym razem trzeba poprosić go o legitymację służbową i w ten sposób sprawdzić jego autentyczność. Najlepiej podczas jego wizyty zaprosić do siebie sąsiadkę lub kogoś z rodziny. Nie powinno się zostawiać obcych samych w pokoju.
Starym sposobem naciągaczy i oszustów jest żądanie okazania odcinka emerytury. Złodzieje najczęściej wiedzą, że osoby starsze trzymają przy tego typu dokumentach także pieniądze. Kiedy już zorientują się, w której półce mają szukać, proszą o szklankę wody. W momencie, gdy nalewamy wodę, oszust kradnie nasze oszczędności.


ZUS ostrzega

Nie sprawdzamy emerytów!

Wyjaśnia Anna Warchoł rzecznik prasowy ZUS w Warszawie:

Nie ma żadnych powodów, aby nasi pracownicy odwiedzali i kontrolowali emerytów i rencistów. Wszystkie dokumenty dotyczące świadczeń, przebytych chorób, odwołań, sytuacji materialnej są przecież w ZUS-ie, a informacje o jakichkolwiek zmianach w emeryturach lub rentach wysyłamy pocztą. Jeżeli do jakiegoś emeryta lub rencisty zapuka ktoś, kto podaje się za pracownika ZUS-u, oznacza to, że jest to oszust i nie należy go wpuszczać do domu. Owszem, czasami wysyłamy naszych pracowników, ale tylko w celu sprawdzenia prawidłowości zwolnień lekarskich lub kontroli płatników składek. Ale na pewno nie sprawdzamy emerytów i rencistów.

Autor artykułu: Beata Wolańska, Przemysław Malisz

[ATENY 2004] Robert Korzeniowski przegrał… wybory

Friday, August 27th, 2004

Korespondencja własna z Aten: Robert Korzeniowski, który od środy przebywa w wiosce olimpijskiej, znalazł się wczoraj w jej strefie międzynarodowej w związku z ogłoszeniem wyników wyborów do Komisji Zawodniczej MKOl. Naszego świetnego chodziarza nie ma w czwórce wybranych zawodników, ale bynajmniej nad tym nie boleje. Trudno jednak było nie skorzystać z okazji i nie zapytać o to, czego oczekuje po dzisiejszym starcie na 50 km, w którym będzie bronić złotego medalu wywalczonego na igrzyskach w Sydney: – Panie Robercie, no więc czego możemy oczekiwać?

– Ani słowa o starcie, przepraszam. Po występie będę do państwa dyspozycji – odparł mistrz, po czym oddalił się, by… za chwilę wrócić do trójki polskich dziennikarzy.
– Ale możemy porozmawiać o wyborach – powiedział z uśmiechem. – Wyniki nie są nieoczekiwane i potwierdzają tylko siłę lekkoatletyki, która ma trzech na czterech przedstawicieli w komisji. Warto zwrócić uwagę, że jeszcze w Sydney wybierano do niej osiem osób, więc siłą rzeczy tutaj dostać się było jeszcze trudniej – dodał.

Komentarz do wyników też był obszerny.

– Siedemnaste miejsce nie jest złe, również dlatego, że otrzymałem dwa razy więcej głosów niż w Sydney. Może na moją niekorzyść przemawiało to, że nie przebywałem w wiosce? Chociaż… Nie sądzę, żeby miało to większe znaczenie, chociażby dlatego, że MKOl zabronił jakichkolwiek form kampanii. Powodem do satysfakcji było dla mnie to, że w polskiej ekipie było ok. 200 osób, a na mnie głos oddało blisko 600 sportowców – opowiadał „Korzeń”.

Wśród wybranych członków Komisji też znalazły się same sławy.

– To prawda, wolałbym tylko, żeby na przykład Jan Żelezny trochę więcej się udzielał. Czy moim zdaniem był za mało aktywny? Za mało to nie, bo on nie udzielał się właściwie wcale – ze śmiechem opowiadał Polak, który już dziś o świcie wyruszył na trasę, z której ma przynieść kolejny olimpijski medal.


Tak głosowali:

Wyniki głosowania do Komisji Zawodniczej MKOl.
1. Frank Frederiks (lekkoatletyka, USA) 1849
2. Jan Żelezny (lekkoatletyka, Czechy) 1411
3. Hicham El Guerrouj (lekkoatletyka, Maroko) 1260
4. Rania Elwani (pływanie, Egipt) 1186

17. Robert Korzeniowski (lekkoatletyka, Polska) 571

Autor artykułu: Andrzej Grygierczyk

[ATENY 2004] Bo kajak był zbyt lekki

Friday, August 27th, 2004

Korespondencja własna z Aten: – Nie przychodzi mi do głowy inne określenie niż dramat. Aneta wpadła w depresję, ogarnął ją spazmatyczny, nie do pohamowania płacz. Nie pozostało nam nic innego, jak oddać ją pod opiekę lekarzy. Ważne to tym bardziej, że przecież w sobotę startuje wraz z Beatą Sokołowską–Kuleszą w finałowym wyścigu dwójek na dystansie 500 metrów – Tadeusz Wróblewski, prezes Polskiego Związku Kajakowego hamował swoje emocje, ale czynił to z najwyższym trudem.

Aneta Pastuszka, jedna z naszych kajakowych żelaznych kandydatek do medalu zarówno na dystansie 500 metrów K-1, jak i na 500 metrów w K-2, została zdyskwalifikowana po wczorajszym wyścigu półfinałowym, w którym zajęła drugie miejsce, płynąc spokojnie, bez nerwów, nie śpiesząc się do mety. Poszło o wagę… kajaka. Ta dopuszczalna to równe 12 kg. Waga kajaka Pastuszki – zrobiono to jak zwykle po starcie – wynosiła 15 gramów mniej. Dokładnie 11.985 kg.
– Nie wiem, jak to wytłumaczyć – mówi Tadeusz Wróblewski. – Po pierwsze dlatego, że ten sam kajak ważony był również po eliminacjach i wtedy ważył 12.105 kg.

W tym momencie przygotowany do rozmowy prezes wyjął protokół tamtego ważenia.

Rzecz w tym, że zawodniczka, wraz z trenerem Piotrem Głażewskim, na swój użytek i tuż przed wczorajszym półfinałowym startem, zważyła kajak. – Na nieszczęście, zrobiono to na wadze pozbawionej homologacji – mówi główny trener naszej kajakowej ekipy, Witold Pawelec.

– Złożyliśmy protest, ale został on odrzucony – dodaje prezes Wróblewski. – Moglibyśmy protestować jeszcze w Międzynarodowej Federacji Kajakowej, ale nie zrobiliśmy, bo jednak fakty są dla nas nieubłagane. Bylibyśmy bez szans.
Za całość przygotowania sprzętu odpowiada bezpośrednio trener zawodniczki, Piotr Głażewski, ale i sam zawodnik także powinien dochować wszelkiej staranności, by jego sprzęt spełniał wszystkie wymogi regulaminowe. Zwłaszcza jeśli marzy się o medalu i jest się zaliczanym do grona faworytów. Gdyby jeszcze łódki były drewniane, warianty wytłumaczenia tej sytuacji byłyby różne. Z tym, że regułą byłoby to, iż po wyścigu są cięższe, a nie przed; ważenie – przypomnijmy – odbywa się po wyścigu. No, ale kajaki są zrobione z plastiku. Z tego wszystkiego można byłoby się nawet pośmiać, gdyby odbywało się to na igrzyskach młodzieży, a nie na igrzyskach olimpijskich. Bo to, że ktoś czegoś nie dopatrzył, albo w tej chwili wręcz kręci, jest ewidentne. Kto? Oliwy do ognia dolał szef Polskiej Misji Olimpijskiej, Ryszard Stadniuk, na co dzień prezes Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich: – To przejaw wyjątkowej nieodpowiedzialności, przecież łódki zawsze tracą na wadze przy słonecznej pogodzie.

– W tej chwili chodzi już wyłącznie o spokój w drużynie, która ma kilka szans medalowych. Na tym właśnie musimy się skupić – odcina się Wróblewski. A czy nad Anetą Pastuszką wisi w Atenach jakieś fatum? Pamiętamy przecież, że przed rozpoczęciem środowego wyścigu eliminacyjnego podmuch wiatr wrzucił ją do wody…

Autor artykułu: Andrzej Grygierczyk

O pogodzie nie kłamiemy

Friday, August 27th, 2004

Rozmowa z Tomaszem Zubilewiczem, prezenterem pogody w stacji TVN

Tak zupełnie szczerze: czy jesteśmy w stanie w stu procentach przewidzieć pogodę?
Oczywiście, że nie. Ale w 90 proc. jest to już całkiem możliwe. Na precyzję informacji wpływa jednak wiele czynników: temperatura powietrza, wskaźniki termometru suchego i zwilżonego, na podstawie którego określamy wilgotność powietrza, wartość ciśnienia itd. Jest tego cała masa pojęć, często trudnych do zrozumienia statystycznemu Kowalskiemu. Pogodę można też przewidywać na podstawie tzw. ksiąg pogodowych. Pogoda jak kobieta, zmienną jest, ale lubi się powtarzać. Cykle pogodowe na przestrzeni lat są do siebie zbliżone. I tak lato np. 2004 ma swoją analogię do lata w 1969 roku, a jesień 2002 jest prawie identyczna jak w 1959 roku. Nasze bieżące prognozy dotyczą najbliższych 16 dni. Z kolei prognozy np. na lipiec, sierpień i wrzesień, tworzone są kolejno w kwietniu, maju i czerwcu.

Zdarza się, że turyści spotykając pana np. na plaży wołają: “No panie Zubilewicz, miało być słońce, ale leje jak z cebra”?
Pewnie, że tak. Wtedy pytam, o której godzinie oglądali prognozę pogody. Jeśli odpowiadają, że rano, odbijam piłeczkę tłumacząc, iż prowadziłem program wieczorem i u mnie właśnie lało (śmiech). Lubię tak sobie pożartować. Już zupełnie poważnie, synoptycy też się mylą. Wystarczy przypomnieć sobie sytuację z lipca. Wszystkie stacje, łącznie z naszą podawały informację o nadciągającym froncie znad Niemiec, który miał przynieść obfite opady deszczu. Tymczasem front zatrzymał się u naszych zachodnich sąsiadów na 20 godzin i nazajutrz w całym kraju świeciło słońce. Każda ze stacji dała plamę.

Może lepiej wierzyć góralom? Swoją drogą, dlaczego darzymy ich tak wielkim zaufaniem?
Górale wiele czasu spędzają na zewnątrz. Bynajmniej nie tylko by wdychać świeże powietrze, ale pracować. Na stromościach i zboczach, warunki pogodowe odgrywają ogromne znaczenie i oni muszą na nich się znać. W styczniu pojechałem na kilka dni do Szczyrku. Pierwszego dnia pogoda była paskudna, okropnie mżyło, było wietrznie i nieprzyjemnie. Jedna z gospodyń pocieszała jednak turystów, że skoro teraz pada mżawka, to najdalej za dwa dni spadnie śnieg. I tak rzeczywiście się stało. Oczywiście, znam naukowo przyczynę tych zjawisk pogodowych. Górale nie potrzebują jednak wiedzy podręcznikowej. Przez lata poznają z autopsji zachowania i wahania pogody.

Zdarzają się telefony od właścicieli kwater w miejscowościach uzdrowiskowych, proszących o przychylne prognozy?
Nie tylko dzwonią letnicy, ale i przedstawiciele władz miejskich (śmiech). W ubiegłym roku pretensje mieli do nas włodarze Ustki, po tym jak przez kilka dni stał tam nasz wóz satelitarny. Twierdzili, że pokazujemy ich miejscowość, tylko wtedy, gdy leje i odstraszamy tym samym turystów. Przysłali nam nawet w tej sprawie list otwarty, do którego mieliśmy się ustosunkować. Czasami próbuje się wywrzeć na nas presję byśmy pokazali dane miasto czy miejscowość w korzystnym świetle, bo od tego zależy ich turystyczny marketing. Uwagi zgłaszają też zwaśnione ze sobą miasta, np. Toruń i Bydgoszcz, pytając dlaczego to właśnie konkurent znajduje się na mapie pogodowej. Wprost trudno w to uwierzyć, ale mapa pogodowa może stać się elementem rywalizacji pomiędzy miastami. Nie ma już na szczęście nacisków na pogodę jak w poprzednim ustroju (śmiech).

Tegoroczne lato?
Trafiliśmy z prognozami. Już w czerwcu informowaliśmy, że lipiec będzie beznadziejny i lepiej na tę porę nie planować urlopów, za to sierpień zrekompensuje jesienną aurę letnią porą i to z nawiązką. I proszę, wszystko się zgadza.

Panu trochę łatwiej wybierać odpowiednią porę na urlop.
Nie da się ukryć (śmiech). Dodam nawet, że staram się z tego dobrodziejstwa czasem korzystać.

Do której z pór roku ma pan szczególną słabość?
Do lata. Tylko dlatego, że mogę więcej czasu spędzać z dzieciakami.

Mamy teraz mnóstwo anomalii pogodowych. Czy np. śnieg w środku lata jest możliwy?
O takich anomaliach w Europie nie słyszałem. Jeśli nawet ktoś o nich informował, to odniósłbym się do takich rewelacji z dużą rezerwą. W tym czasie może on padać np. w Afryce. Tyle że tam jest teraz inna pora roku, dlatego nie ma w tym żadnej sensacji.

Pogoda może mieć wpływ na naszą aktywność seksualną?
Cóż, nie przeprowadzałem jak na razie takich badań (śmiech). Skoro pogoda wpływa na samopoczucie człowieka, to pewnie i przy okazji na te sprawy również. Wiadomo, że niskie ciśnienie przyspiesza porody. Oddziały porodowe mają wtedy pełne ręce roboty. Tą rewelacją podzieliły się ze mną znajome położne i jak się okazało, ma to pełne przełożenie w rzeczywistości. Myślę, że to duża podpowiedź dla pań znajdujących się w stanie błogosławionym.

Wakacje powoli się kończą. Jaką będziemy mieli jesień?
Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że wyjątkowo ciepłą i bardzo słoneczną. Ci, którzy planują urlop jesienią nie będą żałować. Będzie jednak sucho i to nie jest z kolei najlepsza wiadomość dla rolników. Za to grzybiarze powinni zacierać ręce. Po kurki i kozaki będzie można jechać kombajnem.

Autor artykułu: Rozmawiał: Marcin Król

Bezdomny bielszczanin walczy o minimum socjalne

Thursday, August 26th, 2004

Marek Bączkowski z Bielska-Białej od pięciu lat samotnie mieszka w kontenerze przerobionym na dom. Ostatni pracodawca go oszukał i nie wypłacił pieniędzy za pół roku pracy. Bączkowski zwrócił się o pomoc do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Bielsku-Białej. Otrzymał pracę interwencyjną na miesiąc. A co dalej?

Gdy ponad pięć lat temu Marek Bączkowski stracił pracę na kolei, stracił również prawo do mieszkania służbowego. Miał trochę odłożonych pieniędzy. Było to jednak zbyt mało, by kupić dom lub mieszkanie. Pan Marek postanowił kupić więc działkę. Na działce zaś postawił kontener mieszkalny.
Biednie, ale uczciwie

- Warunki do mieszkania w nim są straszne. Kiedy na zewnątrz jest upał, w środku jest powyżej 40 stopni Celsjusza. Gdy temperatura spada poniżej -10 stopni, nad ranem w tym pomieszczeniu jest minusowa temperatura. O bieżącej wodzie czy prądzie można tylko pomarzyć. Miałem mieszkać tutaj rok, najwyżej dwa, a teraz wszystko wskazuje na to, że spędzę tu szóstą zimę – mówi Bączkowski. W międzyczasie imał się różnych zajęć. Starał się zarobić na wyżywienie i ubranie. – Nigdy nic nikomu nie ukradłem. Zawsze chcę żyć uczciwie. Może i biednie, ale honorowo. Tylko ludzie nie są uczciwi. Gdy widzą, że nie mam adresu, starają się mnie wykorzystać. No bo komu taki biedny i bezdomny ma się poskarżyć? Człowiek pracuje porządnie, ale gdy przyjdzie pora zapłaty, większość pracodawców się miga. Pracę dostaje się jedynie u prywatnych, bo w dużych zakładach skreślają mnie już na starcie – mówi ze łzami w oczach.

Pół roku za darmo

Ostatni pracodawca nie zapłacił mu za sześć miesięcy pracy. Pan Marek pracował w prywatnej firmie do grudnia ubiegłego roku. Potem przez pół roku otrzymywał świadczenie, jako bezrobotny. Postanowił walczyć o swoje zarobione pieniądze. Oddał sprawę do sądu pracy. Wygrał. – Sąd zasądził mi ponad 5500 zł. Sąd rozłożył tę kwotę na trzy raty. Mam już część materiałów na budowę prawdziwego domu. Niestety, nie będę miał takiej możliwości – mówi Bączkowski. – Pieniądze z bezrobocia się skończyły, a z czegoś trzeba było żyć.
Zwróciłem się do MOPS-u z prośbą o dotację celową na wyżywienie. Otrzymałem odpowiedź negatywną. W piśmie napisano mi, że dysponuje pieniędzmi zasądzonymi przez sąd. Ja nie chciałem przejeść tych pieniędzy, tylko podnieść standard warunków życiowych, a z tego co wiem to też zakres opieki społecznej. Po drugie do tej pory odebrałem tylko jedną z trzech rat. Na pozostałe wciąż czekam – wyjaśnia bielski bezdomny.
- W tego typu przypadkach bierze się pod uwagę możliwy dochód osób. Jeżeli osoba starająca się o pomoc, ma zagwarantowane jakiekolwiek świadczenie pieniężne wynikające np. z wyroku sądu, nie może otrzymać doraźnej pomocy finansowej – tłumaczy Jan Jordanek, zastępca dyrektora MOPS-u.

Praca na miesiąc

- W przypadku pana Bączkowskiego, znając jego bardzo trudną sytuację mieszkaniową, postanowiliśmy jednak iść mu na rękę i zaproponowaliśmy, by przez miesiąc pracował przy robotach interwencyjnych. Dzięki temu ma szansę zarobić na tyle, by na poziomie minimum socjalnego utrzymać się przez najbliższy czas – tłumaczy Jordanek.
- Praca jest tylko na miesiąc. Dobre jednak i to. Chcę pracować. Jestem na tyle zdrowy, że dam sobie radę. Może jak będę się dobrze spisywał, zostawią mnie tutaj na dłużej? – zastanawia się Marek Bączkowski.
- Wszystko teraz jest w jego rękach. Jeżeli będzie się dobrze spisywał, wciągniemy go na listę rezerwowych. Jeżeli ktoś będzie potrzebny do pracy, on będzie miał duże szanse – zapewnia Jordanek.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

Ale naROBili

Wednesday, August 25th, 2004

Rozłam w Ruchu Obrony Bezrobotnych. Część działaczy założyła partię pod taką samą nazwą jak działające już stowarzyszenie. Funkcjonują dwa twory. Jeden wypiera się działalności drugiego. Wszystko, jak mówią działacze, w ramach walki na rzecz bezrobotnych.

Członkowie stowarzyszenia ROB w ramach protestu przeciw bezczynności władz wobec problemu bezrobocia maszerują obecnie do stolicy. – To niepotrzebna eksploatacja zdeterminowanych ludzi – uważa Mirosław Żeberek, który założył partię ROB i odcina się od wszelkiej, jak mówi negatywnej, działalności niedawnych kolegów. A ma od czego. Wystarczy wspomnieć skandal przy wyborach do Parlamentu Europejskiego. Członkowie ROB-u zapewniali, że każdy z bezrobotnych, który wpłaci im od 5 do 20 zł, będzie miał zagwarantowaną pracę w komisji wyborczej.

W jednym ze śląskich miast, gdzie wywalczono darmowe przejazdy dla szukających pracy, działacze ROB-u sprzedawali bezrobotnym legitymacje uprawniające do skorzystania z takich przejazdów.

– Pan Żeberek i inni uciekli przed problemami – mówi lider partii KPN-Obóz Patriotyczny i stowarzyszenia ROB, Adam Słomka. – Po raz pierwszy spotykam się z przypadkiem, że bezrobotni zakładają partię. Wszystko po to, żeby zdobyć władzę pod szyldem bezrobocia.

Nowy ROB nie tylko odcina się od przeszłości, ale i krytykuje dotychczasową działalność Słomki. – My nie chcemy, jak on, wykorzystywać ludzi bez pracy i jeździć z nimi np. na blokowanie sal sądowych czy inne tego typu akcje – tłumaczy inny działacz partii, Waldemar Janeda. – Rozstaliśmy się z nim bez żalu. To postać kontrowersyjna, która przysparza tylko przeciwników.

Partia, podobnie jak stowarzyszenie, też miała aspiracje by wystawić swoich kandydatów do wyborów uzupełniających do Senatu. Nie zgromadziła jednak odpowiedniej ilości podpisów i kandydatów nie udało się zarejestrować. Interesy partii ROB w Senacie mieli reprezentować właściciele prywatnych firm — Krystian Kaczmarek i Przemysław Sytek.

Podobnie zresztą jak w ROB-ie stowarzyszeniu. Z ramienia tego ugrupowania startować będzie (bo w przeciwieństwie do partii, przy rejestracji dopełniono wszystkich formalności) też właściciel prywatnej firmy — Krzysztof Dziwak.
Przedstawiciele partii zapowiadają, że teraz stoczą batalię o nazwę, pod jaką działają – i partia, i stowarzyszenie. – ROB jest jeden i ten ROB to my – mówi Żeberek. – Niektórzy podpinają się pod nazwę, którą wymyśliliśmy na początku my.

Autor artykułu: am

Dni Janasa policzone?

Wednesday, August 25th, 2004

Kompromitacja z Danią nie zaowocowała zmianą na stanowisku selekcjonera polskiej reprezentacji. Paweł Janas poprowadzi biało-czerwonych w meczach eliminacji mistrzostw świata. Ale jeśli w pierwszych występach przeciwko Irlandii Północnej (4 września w Belfaście) i Anglii (8 września w Chorzowie) znów da plamę, to niewątpliwie znajdzie się na bruku.


Było za gorąco

Janas spowiadał się już przed członkami Wydziału Szkolenia PZPN. Dyskusja nie zmierzała jednak w kierunku jego zdymisjonowania.

– Nie jesteśmy w gorącej wodzie kąpani, spokój jest w takich sytuacjach wskazany. Ktoś, kto oczekiwał kapturowego sądu na pewno się zawiódł, to było rutynowe spotkanie – oświadczył przewodniczący WSzk., Henryk Apostel.

Zdaniem jednego z członków Wydziału, rozmowa była „miękka”, a Janas sprawiał wrażenie pewnego siebie.

– Krótko mówiąc: byłem załamany tym, co zobaczyłem na posiedzeniu Wydziału. Janas nikogo nie przekonał, bo zamiast o błędach mówił coś o tym, że piłkarze w Poznaniu za długo byli przed meczem na stadionie i gorąco ich wykończyło – mówi nasz informator. – Dla wszystkich było jasne, że dopiero po meczach z Irlandią Północną i Anglią może dojść do konkretnych decyzji, bo ciężko byłoby znaleźć chętnego, który wszedłby na taką minę dwa tygodnie przed pierwszym meczem w eliminacjach. Tak więc to nie było wezwanie na dywanik, tylko na miękki dywan…


Listkiewicz jeszcze ufa

Prezes PZPN Michał Listkiewicz wyjechał do Mediolanu, ale z gorących Włoch próbuje studzić atmosferę.

– Dawanie trenerowi jakiegokolwiek ultimatum nie ma sensu, bo poddany takiemu obciążeniu człowiek, zaczyna zachowywać się nerwowo i irracjonalnie, a wtedy musi popełniać błędy – uważa Listkiewicz.

Po meczu z Danią szef polskiej piłki sam nie miał jednak tęgiej miny.

– Byłem w szoku, chyba podobnie jak wszyscy obserwatorzy tego spotkania. Ale potem, na chłodno, potwierdziłem, że wciąż ufam Janasowi. Proszę sobie przypomnieć mecze z Węgrami, Łotwą, Włochami czy Serbią i Czarnogórą. On naprawdę jako trener nie ma najgorszego bilansu – próbuje przekonywać Listkiewicz, zapominając, że jednocześnie konto Janasa obciąża kilka spektakularnych wpadek wynikających w dużej mierze z błędów taktycznych.


Kucharek sześć

Zamiast podjąć konkretne decyzje PZPN przystąpił do mnożenia bytów. Na zgrupowanie kadrowiczów w Niemczech, gdzie mają szlifować formę na starcie z Wyspiarzami, pojedzie kilku trenerów.

– Janasowi i jego asystentowi Skorży będą towarzyszyli Antoni Piechniczek i Apostel. Mają służyć selekcjonerowi pomocą – przyznaje Listkiewicz.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to czytelny sygnał: Janasa przerosła rola, jaką mu powierzono.

– Nie zgadzam się z takim stanowiskiem. Będziemy w Niemczech nie po to, by pilnować lub nadzorować, ale by doradzić, porozmawiać – irytuje się Apostel, który rolę „obertrenera” otrzymał już na początku pracy Janasa, ale jej efektów też nie było widać.

Listkiewicz także uważa, że jest to rozsądne rozwiązanie.
– Będzie to wszystko trochę kosztowało, bo przecież zdecydowaliśmy się na wysłanie liczniejszej niż zwykle ekipy, ale są to wydatki uzasadnione nadrzędnym celem, jakim jest walka o awans do finałów mistrzostw świata – uważa prezes PZPN.


Śmiać się czy płakać?

Nasz informator zgadza się tylko z tą ostatnią kwestią.
– Awans jest ważny, ale ja w niego nie wierzę. A ekipa będzie niesamowicie liczna, bo Listkiewicz nie dodał, że pozwolił Janasowi na powołanie takiej samej ilości piłkarzy z kraju, co z zagranicy. A przecież tych ostatnich powołał aż 14. No to od poniedziałku będzie miał w Niemczech 28 zawodników, kilku trenerów i pięć dni, żeby z tego zrobić zespół. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać – opowiada członek Wydziału Szkolenia. – Aaaa…. I jeszcze będzie Tomasz Hajto, bo zdaniem Janasa bez niego nie ma w drużynie odpowiedniej mobilizacji. To ja się pytam: co to za trener, który nie potrafi sam stworzyć w drużynie odpowiedniej atmosfery?

Odpowiedź na to pytanie wydaje się oczywista. Czy początek września może być dla Janasa początkiem końca?

– Nie będzie źle. Nawet zawodnicy po meczu w Poznaniu zagwarantowali, że w dwumeczu o punkty dadzą z siebie wszystko i zagrają nie dla pieniędzy czy trenera, ale dla siebie – z patosem kończy Listkiewicz, który na pewno zdaje sobie sprawę, że także jego losy mogą być uzależnione od wyników kadry Janasa.

Autor artykułu: Rafał Musioł

Rzeczne kąpieliska z salmonellą

Tuesday, August 24th, 2004

Groźne dla zdrowia bakterie salmonelli wykryli na dwóch dzikich kąpieliskach inspektorzy żywieckiego sanepidu. Prawdopodobnie ktoś w pobliżu wypuszcza gnojówkę. Kąpiący się tam ludzie nie wiedzą o zagrożeniu.

W czasie wakacji inspektorzy co kilka dni sprawdzają jakość wody na kąpieliskach. Dotyczy to zarówno kąpielisk legalnych, jak i dzikich, czyli takich, gdzie nie ma biletów wstępu, ratowników i gospodarza kąpieliska, ale gdzie od dawna ludzie korzystają z wody.

To rozróżnienie jest ważne dla sanepidu. – Gdy nasze badania wykryją wodę złej jakości, zagrażającą zdrowiu, to legalne kąpielisko można szybko zamknąć. Na dzikich kąpieliskach możemy jedynie poinformować władze lokalne, że coś takiego ma miejsce. Zamknąć się ich nie da – mówi Krzysztof Rabenda, żywiecki inspektor sanitarny.

Salmonella obecna

Właśnie na dwóch dzikich kąpieliskach w Żywcu: na Koszarawie w pobliżu kempingu “Dębina” i Sole przy ul. Tetmajera, w pobliżu pensjonatu “Nad Sołą”, pracownicy Sanepidu wielokrotnie tego lata wykrywali bakterie salmonelli. Dla większości ludzi zarażenie się salmonellą kończy się po kilkudniowej biegunce.
Jednak w przypadku wrażliwszych osób, a przede wszystkim małych dzieci, bakterie mogą stanowić śmiertelne zagrożenie. – Nie wystarczy się w takiej wodzie wykąpać, ona musi trafić do przewodu pokarmowego. Ale u małych dzieci o przypadkowe przełknięcie takiej wody nietrudno – mówi Rabenda.
Salmonella przenosi się przez układ pokarmowy ludzi i zwierząt. Toteż inspektorzy sanitarni podejrzewają, że bakterie do wody trafiają wraz z gnojówką. W pobliżu obu tych kąpielisk znajdują się dogodne zjazdy w koryto rzeki. Za wywóz beczkowozu z nieczystościami trzeba zapłacić ok. 300 zł, prawdopodobnie więc ktoś chciał w ten sposób zaoszczędzić. Jest to tym bardziej możliwe, że nie przy każdym tegorocznym badaniu stwierdzono obecność salmonelli, która w zimnej wodzie i pod wpływem promieni słonecznych po pewnym czasie ginie.
Obecność salmonelli w rzekach Sanepid bada dopiero od tego roku. Wcześniej nie słyszano na Żywiecczyznie o zarażeniu się bakteriami salmonelli poprzez wypicie wody z rzeki. – Ale nawet gdyby tak było, prawdopodobnie nikt nie skojarzyłby swojej choroby z rzeką – mówi Rabenda.

Tablice będą

Jeżeli ktoś nieczystości spuszcza do rzeki, robi to wieczorami tak, że nikt tego nie widzi. Zagrożenie można jednak ograniczyć przez wywieszenie tablic informujących o bakteriach. Władze gmin poinformowane przez sanepid powinny takie tablice wywiesić. Ale dotychczas ilekroć postawiono tego typu tablice, szybko były one niszczone przez wandali.
Mimo tego tablice mają się wkrótce pojawić nad brzegami kąpielisk. – A co one dadzą? – macha ręką Krzysztof, żywczanin. Co weekend nad brzegiem Koszarawy przy “Dębinie” setki dzieciaków rozkłada ręczniki i koce, kto wtedy zwraca uwagę na tablice.
On sam o obecności bakterii dowiedział się dopiero od dziennikarza “Trybuny Śląskiej”. – Nad Jeziorem Żywieckim kąpielisko niby jest czyste. A ile tam puszek i śmieci na brzegu. Tu przynajmniej tego nie ma. Gdyby było niebezpiecznie, to chyba nie pływałoby tak dużo ryb – dodaje Krzysztof.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk