Archive for September, 2004

Po remisie GKS z Podhalem

Thursday, September 30th, 2004

Hokeiści GKS Katowice są sprawcami największej niespodzianki w tym sezonie. We wtorek zremisowali z mającym ambicje sięgające mistrzostwa Polski, Wojasem Podhale Nowy Targ. – Wierzę, że teraz będzie lepiej, że najgorsze za nami – mówi Andrzej Tkacz, trener GKS.

Od początku sezonu katowiccy hokeiści przeżywają ciężkie chwile. Przegrywają mecz za meczem, często w dwucyfrowych rozmiarach, kibice się od nich odwrócili. Na ostatnim spotkaniu z Podhalem, na trybunach lodowiska w Spodku, zasiadło jedynie około stu widzów. Nawet oni jednak nie wierzyli, że GKS jest w stanie powalczyć z nowotarską drużyną. Tymczasem nasz zespół sprawił ogromną niespodziankę, remisując po heroicznym boju z faworytami.
- Udowodniliśmy, że nie jesteśmy chłopcami do bicia, że potrafimy grać w hokeja – cieszył się Jacek Zając, bramkarz GKS i bohater wtorkowego meczu.

Trener katowickiego zespołu daleki jest jednak od euforii.
- Niewykluczone, że to taki jednorazowy występ. Było dużo przypadku, a do tego nasz bramkarz, Jacek Zając miał “dzień konia”. Dopisało nam też szczęście. Dla nas najważniejsza jest budowa drużyny na play off i utrzymanie się w ekstralidze – tonuje nastroje Tkacz.
- Nie zapominajmy, że na lodzie trenujemy dopiero od miesiąca i potrzeba nam czasu. Jestem przekonany, że ten wynik da zawodnikom motywację do dalszej pracy. Zobaczyli, że to nie bajki, że można walczyć z najlepszymi. To, że jesteśmy ubodzy poza lodem, nie oznacza, że tak samo ma być na lodzie – przekonuje opiekun katowickich hokeistów.

Kadra GKS nie jest zbyt liczna i aby myśleć o utrzymaniu się w hokejowej elicie powinna zostać wzmocniona. Na testach przebywa 20-letni Czech, Petr Ivanka, który próbował też szczęścia w innym klubie z naszego regionu, GKS Tychy.
- Dotychczas był na jednym treningu. Na łyżwach umie jeździć. Pod tym względem przewyższa prawie wszystkich – ocenia Tkacz. Decyzja, o tym czy Czech pozostanie w Katowicach, prawdopodobnie zapadnie na początku przyszłego tygodnia.
- Potrzebuję jeszcze jednego lub dwóch napastników oraz obrońcę. Wówczas można myśleć o utrzymaniu się w ekstralidze. Wolałbym hokeistów młodych, chętnych do pracy, pełnych motywacji – wyjaśnia trener. Tkacz liczy na pozyskanie któregoś z młodych zawodników Unii Dworów Oświęcim.

- Prezes Unii obiecał mi, że w grudniu kogoś nam wypożyczą. Liczę, że dotrzyma słowa i nie wycofa się z danego słowa. Byłoby znacznie lepiej, gdyby przyszedł ktoś z zewnątrz, wokół którego można budować zespół. Na takie rozwiązanie nas jednak nie stać. Wypożyczeni hokeiści pograją u nas i wrócą do swojego zespołu. Ale to lepsze niż nic – twierdzi Tkacz.

Autor artykułu: mim

Zarząd Alby Chorzów odwołał Zbigniewa Mardonia!

Thursday, September 30th, 2004

Przez ostatnie dwanaście lat chorzowska Alba kojarzyła się nieodłącznie z osobą Zbigniewa Mardonia. Był sterem, żeglarzem, okrętem – prezesem, trenerem, menedżerem. We wtorek wieczorem, podczas posiedzenia zarządu, Mardoń podał się do dymisji, a ta została jednogłośnie przyjęta. Iskrą, która podpaliła fotel prezesa, było samowolne rozwiązanie grup młodzieżowych działających od lat w klubie. Nowy prezes klubu ma zostać wybrany podczas walnego zebrania członków 14 października.

- Zbyszek rozwiązał grupy młodzieżowe nie pytając o zdanie innych członków zarządu. Podobno powodem podjęcia takiej decyzji było przejście Romana Powęzki, który zajmował się w klubie młodzieżą, na stanowisko pierwszego trenera (wcześniej przez wiele sezonów piastował je Mardoń – przyp. red.). Ja dowiedziałem się o tym z gazet i byłem zupełnie zaskoczony. Podczas wtorkowego spotkania nie zgodziliśmy się z takim kierunkiem działania. Zbyszek podał się do dymisji, która, chyba ku jego zaskoczeniu, została przyjęta – wyjaśnia wiceprezes Mirosław Koźliński, który do czasu wyborów przejął obowiązki prezesa.

Koźliński nie zgadza się, że rozwiązanie grup młodzieżowych było tylko pretekstem do zmiany na stanowisku prezesa.

- Praca z młodzieżą jest bardzo ważna. Nie wolno z niej rezygnować, ani jej zaniedbywać. Dlatego chcemy zacieśnić współpracę z uczniowskimi klubami sportowymi, aby tam szukać zdolnej młodzieży. Ostatnio objęliśmy patronatem UKS Hajduki – tłumaczy Koźliński. – Przez wiele lat Zbyszek był podobnego zdania. Z tej drogi zepchnęła go wizja gry w ekstraklasie, kupowania “dzikiej karty”. To był jego autorski pomysł, który zarząd starał się pomóc zrealizować, choć nie do końca się z nim zgadzał.

Co zatem teraz stanie się ze sportem wyczynowym, marzeniami o ekstraklasie, tworzeniu sportowej spółki akcyjnej?
- Spółki na razie nie będzie, bo nie ma inwestorów gotowych wykupić udziały. Drużyna będzie istniała, nie musi obawiać się o swoją przyszłość, choć będziemy chcieli renegocjować kontrakty z zawodnikami i bardziej wciągnąć ich – wzorem chociażby NBA – do wpierania młodzieżowej koszykówki – uspokaja wiceprezes. – Jeśli zespół wywalczy awans w walce na parkiecie, to będzie super, ale nie sądzę, aby to się udało w tym sezonie. Na kupowanie “dzikiej karty” nas nie stać.

Jaki jest stan finansów klubu, okaże się za kilka dni, gdy były prezes przekaże dokumentację finansową swojemu tymczasowemu następcy. Podobno w ostatnim czasie dostęp do tych spraw był dla członków zarządu – nazwijmy to delikatnie – utrudniony.

Czy tak było naprawdę? Co ma na swoją obronę były prezes? Jak ocenia swoje lata rządzenia Albą? Nie sposób było się wczoraj dowiedzieć.
- Bez komentarza – powtarzał jak katarynka Zbigniew Mardoń, słysząc kolejne pytania.

Podobno w poniedziałek były prezes ma być bardziej rozmowny. Na razie wiadomo, że zostaje w klubie jako członek zarządu.
- Chyba że całkiem się obrazi – mówi Koźliński. – Ze mną od wtorku nie rozmawia. Ja mimo to powiem. Tego co zrobił w Chorzowie, jeśli chodzi o wyczynową koszykówkę, nikt mu nie odbierze. To tylko jego zasługa, że Alba gra dzisiaj w I lidze. Ale na koszykarskim show basket się nie kończy…

Autor artykułu: Grzegorz Mikuła

Podróż moich marzeń

Thursday, September 30th, 2004

Wczoraj w katowickim Domu Kultury “Zawodzie” odbyła się druga edycja konkursu plastycznego dla dzieci niepełnosprawnych. Mali artyści mieli za zadanie przedstawić podróż swoich marzeń.

W konkursie wzięo udział 136 dzieci z siedmiu ośrodków wychowawczo-rehabilitacyjnych naszego regionu. Dzięki konkursowi dzieci niepełnosprawne miały okazję wyrazić własną osobowość, rozwinąć możliwości własnej ekspresji, a także otworzyć się na nowe formy działalności artystycznej. Ponadto konkurs miał uzmysłowić społeczeństwu lokalnemu problemy niepełnosprawnych dzieci.

W nagrodę za udział w konkursie dzieci otrzymały sprzęt rehabilitacyjny, zabawki rehabilitacyjne i edukacyjne wykonane przez osadzonych w Areszcie Śledczym w Katowicach oraz słodycze, kosmetyki i bilety do kina. Dziś odbędzie się spektakl Teatru Lalki i Aktora Ateneum, który zaprezentuje widowisko “Kowol” przeznaczone specjalnie dla uczestników konkursu.

Autor artykułu: mah

Polski plan zajęć

Wednesday, September 29th, 2004

Dwa konkursy w Hakubie zakończyły w miniony weekend zmagania w Letniej Grand Prix. Polacy nie zakończyli jednak na tym startów na igelicie. 9 i 10 października w Zakopanem odbędą się mistrzostwa Polski i dopiero po nich podopieczni Heinza Kuttina myśleć będą o startach na śniegu. Nim kadrowicze stawią się w stolicy Tatr, by walczyć o medale mistrzostw kraju, przepracują dwa zgrupowania – od 1 października w Zakopanem, a następnie w Spale oraz przejdą specjalistyczne badania w Warszawie. Po mistrzostwach Polski kadrowicze odpoczną kilka dni, by w połowie października wyjechać na zgrupowanie do Predazzo. Dalsze plany są pewną niewiadomą – reprezentacja pojedzie tam, gdzie będzie śnieg, aby jak najszybciej rozpocząć „zimowe” skakanie. Puchar Świata rusza w tym sezonie 26 listopada konkursem w Kuusamo.


Niemcy w Italii

Po nieudanym letnim sezonie niemiecka kadra udała się do Włoch. Z Predazzo podopieczni podopieczni Wolfganga Steierta pojadą na obóz do Bischofshofen. Niemiecki trener nie kryje, że całość przygotowań podporządkowana jest mistrzostwom świata w Oberstdorfie. To tam – przed własną publicznością – Niemcy chcą być w najwyższej formie.


Skocznia na… pustyni?

Szalony projekt zrodził się w głowie szejka z Bahrajnu, Hamada Ibna Isaa Al–Khalifa. W kraju o gorącym klimacie zapragnął mieć swoją „krainę lodową”, a jednym z obiektów ma być… skocznia narciarska. Koszt tego przedsięwzięcia opiewa na 500 milionów dolarów! Zapewne nie będzie to obiekt rozmiarów Wielkiej Krokwi, ale jedna z turystycznych atrakcji, za którą trzeba będzie słono zapłacić.


Kierownica go kręci

Od dawna wiadomo, że życie Janne Ahonena wypełniają nie tylko skoki narciarskie. Fin kocha sztukę. Jego umiejętności można było podziwiać na kaskach kolegów, na ramieniu Ahonena, który wykonał projekt swojego tatuażu oraz w domu skoczka, gdzie w pokoju syna zaprojektował i wykonał większość dekoracji. Tego lata okazało się, że równie dobrze jak z pędzlem zwycięzca ubiegłorocznego cyklu Pucharu Świata czuje się za… kierownicą wyścigowych pojazdów. Ahonen wygrał mistrzostwa Finlandii oraz Skandynawii w drag racing! Drugie miejsce zajął jego partner ze stajni Eagle Racing, Antti Horto. Po zakończeniu konkursu obaj zawodnicy ogłosili, iż przedłużą kontrakt na przyszły sezon.


Liczba

75.000 złotych zarobił podczas Letniej Grand Prix Adam Małysz – zwycięzca czterech z siedmiu konkursów oraz triumfator klasyfikacji końcowej. Pozostali nasi reprezentanci zarobili znacznie mniej: Robert Mateja (2946 zł), Wojciech Tajner (2946 zł), Mateusz Rutkowski (2806 zł), Wojciech Skupień (140 zł).

Autor artykułu: mik

Ze świadczenia na emeryturę

Wednesday, September 29th, 2004

Od 1 lipca zmieniły się przepisy dotyczące przechodzenia na emeryturę z renty i ze świadczenia przedemerytalnego. Przede wszystkim uściśliły sposób obliczania emerytury w takich przypadkach. Na prośbę Czytelników przypominamy te zasady.
Lechosław Ostrowski z Dąbrowy Górniczej od 1 grudnia 2001 r. przebywał na świadczeniu przedemerytalnym. Udało mu się odejść z pracy z hutniczego pakietu socjalnego i dzięki temu nie stracił wiele ze swych dochodów. Otrzymywał świadczenie w wysokości 100 proc. przewidywanej emerytury.

– Dowiedziałem się, że emerytura przysługuje mi od 55 lat, bo pracowałem przez kilka lat w ołowiu – mówi Lechosław Ostrowski. – Zacząłem szukać przepisów, które mówiłyby o przechodzeniu ze świadczenia przedemerytalnego na emeryturę.


Nowa lub stara podstawa

W zasadzie, w jego przypadku powinno być obojętne, które świadczenie dostaje, bo świadczenie przedemerytalne było równe emeryturze. Jednak wyczytał, że są dwie metody przechodzenia ze świadczenia na pełną emeryturę, a dokładnie obliczania jej wysokości. Może ona albo zostać przyjęta według wysokości wcześniej pobieranego świadczenia przedemerytalnego, albo zostać obliczona zupełnie na nowo, zgodnie z artykułem 15 ustawy emerytalno-rentowej.

W przypadku dostarczenia nowych dokumentów mógł mieć emeryturę obliczoną z nowej kwoty bazowej – wyższej niż dwa lata wcześniej, a zatem i wyższą emeryturę. – Ponieważ znalazłem swoją starą dokumentację ubezpieczeniową i pobrałem nowe RP-7, mogłem składając w ZUS-ie wniosek o emeryturę, poprosić o naliczenie jej według nowej podstawy. Ale w ZUS-ie pracownica powiedziała mi, że nie ma takiej możliwości.


Dowód na piśmie

Dociekliwy Czytelnik postanowił sam sprawdzić to w ustawie. Z jej tekstem poszedł do ZUS-u przekonać urzędniczkę. Musiała przyznać mu rację.

– Nie mam o to pretensji. Przepisy zmieniają się tak często, że trudno nawet pracownikom ZUS-u się w nich zorientować. Trzeba jednak częściej o tym pisać, bo osób przechodzących ze świadczenia przedemerytalnego na emeryturę będzie coraz więcej.


Takie same zasady obliczania emerytury dotyczą osób, które uprzednio przed uzyskaniem uprawnień emerytalnych, były na rencie. W ich przypadku również możliwe jest przyjęcie starej podstawy wymiaru lub obliczenie jej na nowo. Czasem nie muszą nawet składać w tym celu nowych dokumentów płacowych, bo ZUS je posiada. Jednak, żeby wyliczyć podstawę wymiaru od początku i z nowej kwoty bazowej, ZUS musi mieć w czym wybierać. Dlatego warto się upewnić, czy ma w zapasie zaświadczenia o zarobkach, które do tej pory nie były jeszcze brane pod uwagę.

Jeśli przebywasz na zasiłku przedemerytalnym, Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie ma twojej dokumentacji płacowej. Zasiłki przedemerytalne, w przeciwieństwie do świadczeń przedemerytalnych, nie były obliczane w odniesieniu do hipotetycznej emerytury. Dlatego musisz zgromadzić wszystkie świadectwa i zaświadczenia dotyczące okresów zatrudnienia i zarobków i przedstawić je w ZUS-ie w momencie składania wniosku o emeryturę. Będziesz traktowany w taki sam sposób jak osoba, która przechodzi na emeryturę bezpośrednio z zatrudnienia.

Autor artykułu: Anna Góra

Samoochrona

Wednesday, September 29th, 2004

22-letni Andrzej Sierpatowski i jego trzej koledzy zostali pobici przez ośmiu rosłych mężczyzn. Wszystko działo się w centrum handlowo-rozrywkowym Plaza Centers w Rudzie Śląskiej, na oczach ochroniarzy, którzy nie zareagowali. Dlaczego? Bo, jak twierdzi dyrektor obiektu, „doszłoby do regularnej bitwy”.

Andrzej Sierpatowski cztery dni przeleżał w szpitalu. Ma rozciętą głowę, wybity kciuk, naruszoną szczękę i potłuczoną głowę. Tak skończył się jego sobotni wypad do dyskoteki Fantasy Park.

– Miałem urodziny i zaprosiłem kolegów – opowiada Andrzej. Przyjechali około 22. Siedli przy stoliku, blisko baru. Niedaleko bawiła się grupa chłopaków. – W toalecie usłyszeliśmy zaczepkę: „Koleś, masz jakiś problem? ”. Nie reagowaliśmy, bo już nas zaczepiali na parkingu hasłem „Ale kozaki” i wiedzieliśmy, że trzeba siedzieć cicho.

Około północy Andrzej i jego koledzy postanowili wyjść z lokalu. – Intuicyjnie odwróciłem się i wtedy dostałem w twarz – opowiada chłopak. Kolegów Andrzeja dopadła reszta napastników. Zaczęli ich okładać. Andrzej zemdlał od ciosu w głowę. – Widziałem ochroniarzy. Stali i nie reagowali – mówi z żalem Andrzej.

Obsługa Plazy twierdzi, że wszystko trwało około minuty. Agresywni klienci dyskoteki po wszystkim zabrali swoje rzeczy i jak gdyby nigdy nic… wyszli z centrum i odjechali w siną dal.

Maciej Grędziak, dyrektor rudzkiej Plazy tłumaczy, że ochroniarze nie mogli zareagować ze względu na… bezpieczeństwo innych klientów. – Doszłoby do regularnej bitwy na terenie całego obiektu – broni się Grędziak. – Poza tym przy dyskotece miałem tylko jednego ochroniarza, który wezwał kolegę, ale i tak nie byli w stanie zareagować. Nie jest wskazane, by ochrona lokalu uczestniczyła w tego typu zajściach. Poszkodowani powinni wcześniej poinformować ochronę, że są zaczepiani. Wtedy można byłoby uniknąć całego tego przykrego incydentu.

Na pytanie ilu ochroniarzy było w całej Plazie, dyrektor nie chciał nam odpowiedzieć, zasłaniając się wymogami bezpieczeństwa. Okazuje się jednak, że dyskotekę Fantasy Park, w której bawiło się około 700 osób, ochraniał… tylko jeden ochroniarz.

Dlaczego nikt nie gonił uciekających bandytów? – Bo mamy aż siedem wejść – dodaje dyrektor.

Właściciel obiektu zawiadomił pogotowie, którego zabrało do szpitala nieprzytomnego Andrzeja. Jego koledzy są potłuczeni.

Całe zajście zostało zarejestrowane przez kamery.
– Udostępnimy je prokuraturze, by były dowodem w sprawie. Na ich podstawie bez problemu można zidentyfikować osoby, które uczestniczyły w zajściu. Te osoby nigdy już nie wejdą do naszego centrum – obiecuje Maciej Grędziak.

Andrzej zgłosił całą sprawę na policji. Poskarżył się na bezczynność ochrony.

– Nie chodzi mi o odszkodwanie od Plazy. Chcę, żeby tam było bezpiecznie – mówi.

Autor artykułu: ika

Okradali “na krewnego”

Tuesday, September 28th, 2004

Trzyosobowy gang ze Śląska ponad pół roku wykorzystując ludzką naiwność wyłudzał, głównie od starszych osób, duże kwoty pieniędzy. Metoda była prosta i oryginalna: jedna z kobiet z przestępczej grupy kontaktowała się z upatrzoną ofiarą powołując się na pokrewieństwo bądź bliskie kontakty rodzinne, po czym prosiła o pożyczkę. Mówiła, że po pieniądze zgłosi się inna osoba, gdyż ona sama nie może ich odebrać. Oszuści wyłudzili kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wszyscy troje wpadli w ręce policji.

Mózgiem gangu był 27-letni Michael M., zabrzanin z niemieckim paszportem. Pomagały mu 24-letnia Katarzyna R. i 45-letnia Grażyna K. Na ogół do ofiary dzwoniła jedna z nich. Przedstawiała się jako daleka krewna albo kuzynka. Po pieniądze przychodził Michael M. Najwyższa kwota, na jaką naciągnęli swoje ofiary wynosiła 15 tys. zł.

Być może poi raz kolejny udałoby im się wyłudzić pieniądze, gdyby nie trafili na sprytnego i podejrzliwego staruszka. Kilka dni temu do mieszkania 64-letniego Waltera D. z Siemianowic zadzwonił Michael M. podając się za wnuka. Chciał pilnie pożyczyć 11 tysięcy złotych na zakup samochodu. – Początkowo starszy pan zatroskał się losem ,wnuczka” w potrzebie. Zapytał nawet, czy nie potrzebuje więcej, bo akurat ma 13 tysięcy – mówi jeden z policjantów. Walter D. umówił się z “wnuczkiem”, ale gdy usłyszał, że po pieniądze przyjdzie znajoma, nabrał podejrzeń i zadzwonił na policję. Policjanci otoczyli budynek, w którym mieszkał.

- Co ciekawe, zadzwoniła do niego wspólniczka złodzieja. Powiedziała, że jest policjantką, pytała o interwencję w jego mieszkaniu. Sprawdzała czy nie poinformował policji. Potem w mieszkaniu zjawił się Michael M.. Przyszedł z dywanem, oferując jego sprzedaż. Wreszcie, gdy wszyscy oszuści byli pewni, że nic im nie grozi, do drzwi zapukała Katarzyna R. Gdy wyciągnęła rękę po “pożyczkę”, wpadła w ręce policji – relacjonuje kom. Piotr Bieniak z zespołu prasowego śląskiej policji.

Kiedy Michael M i Grażyna K. zorientowali się, że wpadli w pułapkę, próbowali uciec. Ich bmw zostało zatrzymane po krótkim pościgu. Michael M. wyrywał się policjantom, w końcu ugryzł jednego z nich. Obezwładnienie go trwało kilka minut. Cała trójka trafiła do policyjnego aresztu. Będą odpowiadali za usiłowanie oszustwa. Michaelowi M. został postawiony ponadto zarzut naruszenia nietykalności policjanta. Grażyna K. odpowie dodatkowo za posiadanie narkotyków. Policjanci znaleźli przy niej kilka porcji haszyszu i tabletki extasy.
Lista oszustw dokonanych przez szajkę jest najprawdopodobniej dość długa. Zatrzymanym grozi 8 lat więzienia.

Autor artykułu: Marcin Król

Bigos na czwartym

Tuesday, September 28th, 2004

W barze na katowickim dworcu PKP doszło do awantury. Piotr Skupiewski czuje się poszkodowany i domaga się materialnego zadośćuczynienia za poniesione straty. Piotr Skupiewski prowadzi bar na katowickim dworcu PKP. Kilka dni temu jeden z klientów wszczął awanturę i rozbił szybę.

- Straty są duże, jedzenie musiałem wyrzucić – opowiada właściciel. – Policja spisała notatkę, ale nie wiem, czy sprawa będzie dalej prowadzona I co mam zrobić, żeby ten człowiek pokrył straty? – pyta nasz Czytelnik.

Kolejarz w dzierżawie

Bar “Kolejarz” działa na czwartym peronie. – Prowadzę go od czterech lat, oprócz kucharza pracuje tutaj jeszcze jedna osoba – opowiada Piotr Skupiewski. – Wszystko dzierżawię od PKP, chcę ten bar nawet odstąpić, ale nie ma chętnych. Jest ciężko, nie mogę zatrudnić nawet kolejnego pracownika, bo mnie na to nie stać. Bar czynny jest codziennie godz. do 22. Można tu zjeść obiad, a także hot-doga czy hamburgera.

Golonka do kosza

W jedną z niedziel około godz. 20.30 Piotr Skupiewski był jeszcze w barze. – Nagle wszedł mężczyzna, którego znałem z widzenia, bo czasami je u nas obiad. Zresztą tego dnia wcześniej zjadł tu bigos – wspomina właściciel. – Był pijany i zaczął krzyczeć, że zabrałem mu torbę z piwem. Gdy zaprzeczyłem, on ze złości rzuciłem we mnie cukiernicą i zaczął demolować ladę.
Napastnik wybił szybę oddzielającą sprzedawcę od klienta. – Wezwałem policję, szybko przyjechali. Przeszukali mój bar, czy nie mam tu torby, ale nic nie znaleźli. Potem spisali notatkę – relacjonuje Skupiewski.
Sprawca wylądował na izbie wytrzeźwień. – Dzień później widziałem go z torbą, która niby zaginęła – mówi właściciel.
– A ja zacząłem liczyć straty… Sama szyba kosztuje 245 złotych. Do tego trzeba doliczyć montaż i stratę żywności. Przy szybie leżały między innymi przygotowane na tackach golonka. Wszystko wyrzuciłem, bo tam mogło być szkło – dodaje pan Piotr.

Po 10 złotych

Dzień po zdarzeniu Piotr Skupiewski rozmawiał z napastnikiem. – Chciałem, żeby mi wstawił szybę, a on do mnie, że będzie mi oddawał po 10 złotych miesięcznie. Nie wierzę w to – dodaje właściciel baru. – Zresztą policja go zna.
Bar “Kolejarz” nie jest ubezpieczony. – Jest tylko krata, ale kradzieże i tak są nagminne. Raz kucharz robił kiełbaskę, odwrócił się na chwilę i już było po kiełbasce – mówi właściciel. – Najbardziej mnie martwi, że policjanci spisali notatkę i nie wiem, czy na tym się skończy, czy mogę liczyć na jakieś wyjaśnienia. Bo sam sobie nie poradzę. Nie mam pojęcia, jak zmusić napastnika do naprawy szkody – kończy.


Prowadzimy postępowanie

Magdalena Szymańska-Mizera, oficer prasowy KMP w Katowicach:
Właściciel baru nie złożył zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, choć policjanci podczas interwencji dokładnie go o wszystkim poinformowali. Powiadomili go m.in., że dzień później, w poniedziałek ma się zgłosić na policji. Jednak nie zrobił tego. Policjanci wytłumaczyli mu również, że w tej sprawie może być prowadzone postępowanie karne lub sprawa może trafić do sądu z powództwa cywilnego.
Postępowanie na pewno będzie cały czas prowadzone w VI komisariacie policji w Katowicach. Nie wiadomo, jak zostanie zakwalifikowany ten czyn – jako wykroczenie lub przestępstwo. Na razie nie są znane dokładnie straty.

Autor artykułu: mokr

Drogie grzanie

Tuesday, September 28th, 2004

Całą zimę oszczędzaliśmy ciepło, mieliśmy niedogrzane mieszkania. I co z tego, skoro za centralne ogrzewanie musimy płacić dużo więcej, niż w poprzednich latach – żalą się mieszkańcy bloku przy ul. Moniuszki 7 w Cieszynie.
- Mam prawie 90 lat i zimą marznę. Bo jak za te nasze emerytury można wszystko opłacić? Oszczędzałam na ogrzewaniu – mówi Apolonia Simon, lokatorka z Moniuszki 7.

Musi być zimno
W całym trzypokojowym mieszkaniu Apolonii Simon grzał zimą tylko jeden kaloryfer i to na połowę regulatora. Reszta ze względu na oszczędności była wyłączona. – Marzłam, ale myślałam, że przynajmniej zaoszczędzę. A tu okazuje się, że jeszcze mam zapłacić prawie 300 zł – skarży się pani Apolonia.

- Po trzy godziny dziennie grzałem i to tylko w jednym pokoju, bo inaczej bym się nie wypłacił – mówi Jan Czyrzak, sąsiad. – Byłem u prezesa, żeby zapytać, jak to możliwe? Usłyszałem, żebym się cieszył, bo za ogrzewanie takiego mieszkania jak moje, na czwartym piętrze, płaci się dużo więcej. Ale to nieprawda, w sąsiednich blokach należących do spółdzielni Cieszynianka płacą po 45 zł miesięcznie. I mają zimą ciepło – denerwuje się lokator.

Działki parowania
W budynku przy Moniuszki 7 od kilku lat energię cieplną rozlicza się za pomocą podzielników zamontowanych na kaloryferach. Skala na urządzeniach pokazuje, ile przez rok wyparowało wody. Wyniki z całego bloku podawane w tzw. działkach parowania porównuje się ze sobą.

W ten sposób można określić, kto zużył więcej ciepła, kto mniej. – I wychodzi nam, że z roku na rok zużywamy mniej ciepła – mówi Budzik. Przyznał to sam Stanisław Juroszek, prezes firmy Gestor, która zarządza budynkiem. Lokator dostał z Gestora pismo, w którym prezes wyjaśnia, że w 2002 r. wyparowało z podzielników 566 działek, natomiast w ubiegłym roku już tylko 402 działki.

Jednak konkluzja tego pisma jest zadziwiająca: zużyto mniej działek, “stąd wzrosła tzw. cena 1 działki” – pisze prezes.
Mniej działek wyparowało w całym bloku, ale też w poszczególnych mieszkaniach. – Ja wykorzystałem tylko 16,4 działki, gdy rok wcześniej 18,3. Ale nie płacę mniej, bo wtedy działka była warta 55,5 zł, a teraz już 84,3 zł! To więcej o ponad połowę – denerwuje się Budzik.

Protest
Aby oszczędzać energię zlikwidowano prawie wszystkie kaloryfery na klatkach schodowych. – W bloku są dwie suszarnie, z których rzadko się korzysta. A tam ogrzewanie włączone jest cały czas, bo nawet pokręteł nie ma – mówi Rudolf Mrowiec.

Mieszkańcy zaczęli więc zbierać podpisy pod petycją, aby zlikwidować podzielniki. – Nie zdają egzaminu, skoro oszczędzamy, a i tak musimy płacić coraz więcej – mówi Jan Czyrzak.


Płacą więcej, ale mniej
Odpowiada Stanisław Juroszek, prezes przedsiębiorstwa Gestor, zarządcy budynku:

Będziemy odradzać mieszkańcom bloku przy ul. Moniuszki 7 rezygnację z podzielników ciepła. Przed kilku laty, zanim objęliśmy zarząd, ten blok płacił rocznie za ciepło o 28 tys. zł więcej, niż obecnie. W dużej mierze stało się tak dzięki podzielnikom ciepła. Dlaczego mieszkańcy muszą płacić więcej, mimo że podzielniki ciepła wykazały mniejsze zużycie energii? Podzielniki wykazały mniejsze zużycie tylko w tych miejscach, gdzie są zamontowane, czyli “na kaloryferach” w pokojach. Nieopomiarowane są rury, kaloryfery w łazienkach, na klatkach, w piwnicy. Ktoś więc mógł dogrzewać w ten sposób, że otwierał drzwi do łazienki.

Cały blok nie zużył mniej energii, niż w poprzednim sezonie. Tak wykazuje licznik ciepła, który jest co miesiąc sprawdzany. Blok to wspólnota mieszkaniowa, wszystkie koszty trzeba podzielić pomiędzy użytkowników. Mieszkańcy zgodzili się na rozliczanie kosztów ogrzewania za pomocą podzielników.
Ale w każdej chwili można to zmienić. W najbliższym czasie odbędzie się spotkanie wspólnoty mieszkaniowej tego budynku. Jeszcze raz wyjaśnię wszystko mieszkańcom. Poproszę też chyba firmę montującą podzielniki i rozliczającą ciepło, aby jej przedstawiciele pojawili się na spotkaniu i wyjaśnili zasady.

Podwyżek nie było
- Specjalnie pisałem do urzędu regulacji energetyki, żeby się dowiedzieć, czy w ostatnich miesiącach były jakieś podwyżki energii. Odpisano mi, że nie w Cieszynie. No to dlaczego mimo mniejszego zużycia energii płacę za ciepło więcej? – denerwuje się Czesław Budzik, lokator z bloku przy Moniuszki.

Pokazuje roczne rozliczenia za ciepło z ostatnich lat. W 2001 r. zapłacił 1,3 tys. zł, nieznacznie więcej w następnym roku (ale też zużył więcej). Za ubiegły rok musiał zapłacić już 2 tys. I to pomimo, że według przyrządów zużył mniej energii, niż rok wcześniej.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Bezpieczeństwo po szwedzku

Saturday, September 25th, 2004

3200 dąbrowskich dzieci zostanie przeszkolonych podczas rozpoczynającej się w mieście akcji “Bezpieczne życie”. Kurs bezpiecznego zachowania adresowany jest do najmłodszych dzieci, uczniów klas 1 – 3 szkół podstawowych, a wzorowany jest na materiałach i podręcznikach przygotowanych przez szwedzką Ligę Obrony Cywilnej.

- Chodzi o to, aby zaszczepić w dzieciach odpowiednie wzorce zachowania się w niebezpiecznych sytuacjach – wyjaśnia naczelnik wydziału zarządzania kryzysowego w Urzędzie Miejskim w Dąbrowie Górniczej, Jan Bogus. – Oprócz stosowania najprostszych zasad bezpieczeństwa w szkole, w domu czy na ulicy, dzieci po tym kursie będą umiały zwrócić się przez telefon o pomoc i powinny znać na pamięć numery ratunkowe.

Kurs przewiduje również naukę zachowania dzieci w przypadku, kiedy zgubią się w lesie, w mieście, czy w supermarkecie. – Rocznie w różnego rodzaju wypadkach uczestniczy około miliona dzieci, z czego ponad 900 tys. trafia do szpitali, a 2300 umiera – dodaje Bogus. – Te ogólnopolskie dane bardzo przemawiają do wyobraźni, bo co roku w Polsce umierają dwie szkoły dzieci tylko dlatego, że nikt ich wcześniej nie ostrzegał przed grożącymi niebezpieczeństwami.

Specjaliści ze szwedzkiej Ligi Obrony Cywilnej już w czerwcu tego roku przeszkolili nauczycieli nauczania początkowego z dąbrowskich podstawówek i zaopatrzyli szkoły w odpowiednie podręczniki.

Kurs bezpiecznego życia zakończy się przed przyszłorocznymi wakacjami, a biorące w nim udział maluchy otrzymają specjalne certyfikaty bezpiecznego zachowania.

Autor artykułu: kd