Archive for September, 2004

Chłopcy, alkohol i seks

Saturday, September 25th, 2004

Bielscy policjanci zatrzymali dwóch mężczyzn podejrzanych o pedofilię. Wykorzystywali oni seksualnie nieletnich, 15-, 16-letnich chłopców. W domach podejrzanych zabezpieczono dużą ilość materiałów pornograficznych. Nie znaleziono nagrań, na których utrwalone byłyby akty seksualne z udziałem podejrzanych. Obaj mężczyźni przyznali się do winy.

Ludzie nie chcą mówić

To pierwszy przypadek zatrzymania w Bielsku-Białej pedofili. – Pewnie takie zjawiska w naszym mieście istnieją, ale ludzie boją się o tym mówić. Pokrzywdzeni boją się przyznać do tego, co ich spotkało. Nie chcą być potem wytykani przez sąsiadów – mówi Krzysztof Chrobak, naczelnik wydziału dochodzeniowo-śledczego Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej.
Policja nie chce ujawniać kulisów śledztwa. – Mamy polecenie od prokuratury, by nie ujawniać szczegółów tej tej sprawy. Prokurator musi bowiem ustalić, czy mężczyźni ci nie popełnili innych przestępstw – mówi podkom. Sławomir Zynek, p. o oficera prasowego bielskiej policji.

Najpierw upijali

Według naszych ustaleń, jeden z mężczyzn ma 38, a drugi 51 lat. Jeden z pedofilów mieszka w Bielsku-Białej, drugi w jednej z sąsiednich wiosek. Mężczyźni by móc wykorzystywać seksualnie nastolatków, wynajmowali pokoje w różnych częściach Bielska-Białej. – Tam upijali nastolatków. Puszczali filmy pornograficzne. Gdy chłopcy byli już pijani, zmuszali ich do czynności seksualnych. W domach tych mężczyzn znaleźliśmy wydawnictwa pornograficzne, głównie dla homoseksualistów, a także akcesoria erotyczne – wylicza podkom. Zynek.
Policja ustaliła, że mężczyźni wykorzystali czterech nieletnich chłopców. – Z pewnością nie była to siatka pedofilów. O ile jesteśmy przekonani, że zatrzymaliśmy wszystkich podejrzanych, mamy wątpliwości co do tego, czy odnaleźliśmy wszystkich poszkodowanych – mówi naczelnik Chrobak.
Obaj mężczyźni byli wcześniej notowani. Młodszy z nich odpowiadał za czynności na tle seksualnym. – Są to ludzie prowadzący obecnie ustabilizowane życie. Jeden z nich był w swoim środowisku znany jako dobry mąż i ojciec – przyznał Krzysztof Chrobak.

Pomógł przypadek

Ten proceder uprawiali od września 2002. Bielscy policjanci sygnał o ich działalności otrzymali jednak dopiero w kwietniu tego roku. Dlaczego wcześniej nie potrafili namierzyć przestępców? – Niestety, nie możemy kontrolować każdego dziecka mieszkającego w Bielsku-Białej. Możemy mieć jedynie żal do opiekunów chłopców za to, że pozwalali im wracać do domu późną nocą, pod wpływem alkoholu. Na trop tych mężczyzn wpadliśmy zupełnie przypadkowo – usprawiedliwia policjantów Zynek.
W czwartek Sąd Rejonowy w Bielsku-Białej zastosował wobec pedofilów trzymiesięczny areszt. Przed sądem będą odpowiadać za doprowadzenie do obcowania płciowego oraz poddanie się innym czynnościom seksualnym wobec czterech nieletnich chłopców, a także za niezgodne z prawem prezentowanie niepełnoletnim pornografii. Mężczyźni przyznali się do winy.

Autor artykułu: Mariusz Hujdus

Zboczeniec porwał dziecko

Saturday, September 25th, 2004

Dwuletniego chłopczyka porwał mieszkaniec powiatu zawierciańskiego podejrzany o seksualne wykorzystywanie dzieci. Wczoraj sad wydał nakaz o jego tymczasowym aresztowaniu. Niestety, decyzja taka powinna była zapaść przy pierwszym zatrzymaniu pedofila, który wpadł w ręce policji w sierpniu tego roku.

Ustalono wtedy, że wykorzystał on seksualnie dwie 14-letnie dziewczynki. Sąd jednak zastosował wobec niego jedynie dozór policyjny. Z policyjnych ustaleń wynika, iż do porwania dziecka doszło w nocy z 18 na 19 września. Matka chłopca źle się poczuła i udała się w nocy na pogotowie zostawiając otwarte drzwi do swego domu. Kiedy wróciła nie zastała synka w łóżeczku. Na własną rękę szukała go przez dwa dni. Poszukiwania doprowadziły ją do domu swego sąsiada, którym okazał się 38-letni pedofil. Na szczęście lekarz nie stwierdził na ciele chłopczyka śladów przemocy seksualnej. Prokuratura przedstawiła porywaczowi zarzut uprowadzenia dziecka. Ciążą więc na nim teraz dwa zarzuty, gdyż uprzednio zarzucono mu molestowanie seksualne. Tym razem sprawca został aresztowany na trzy miesiące, w więzieniu może posiedzieć nawet 10 lat.

Autor artykułu: kd

Znowu głupie bramki

Thursday, September 23rd, 2004

Od porażki rozpoczęli grupowe zmagania w Pucharze Polski piłkarze Piasta Gliwice. W meczu z GKS Bełchatów już po pierwszej połowie przegrywali 0:2. W drugich 45 minutach strat nie udało się odrobić.
Trener Piasta, Józef Dankowski we wczorajszym spotkaniu dał szansę gry rezerwowym. W wyjściowym składzie znalazło się nawet miejsce dla Tomasza Podgórskiego. 19-latek debiutował w pierwszej drużynie.

– Zaprezentował się dobrze, nie można mieć do niego większych pretensji, ale czeka go jeszcze sporo pracy – przyznał Dankowski.

Pierwsza połowa należała do gospodarzy, którzy już w 4 minucie objęli prowadzenie. Do dośrodkowania z rzutu rożnego najwyżej wyskoczył Jacek Popek i strzałem głową pokonał Marcina Fecia. Potem bełchatowianie jeszcze kilkakrotnie zagrozili bramce Piasta, ale z wielu dogodnych sytuacji wykorzystali tylko jedną. W 41 min na uderzenie z około 25 metrów zdecydował się Grzegorz Król. Wydawało się, że strzał nie powinien sprawić kłopotów bramkarzowi. Piłka przeleciała jednak pod brzuchem Fecia i wleciała do siatki.

Po przerwie gliwiczanie zagrali znacznie bardziej ofensywnie. Zdobyli zdecydowaną przewagę i na kwadrans przed końcem meczu strzelili kontaktowego gola. Ale choć w ostatnim kwadransie praktycznie nie schodzili z połowy GKS nie zdołali wyrównać. – Szkoda, że znów przegraliśmy, bo była szansa na wywiezienie korzystnego rezultatu. Tak jak ze Szczakowianką straciliśmy dwie głupie bramki, które zdecydowały o wyniku – żałował Dankowski.

Grupa 4

GKS Bełchatów – Piast Gliwice 2:1 (2:0). Popek (4, głową), Król (4) – Chyła (74).

PIAST: Feć – Michniewicz, Bodzioch, Zadylak – Gamla, Kocyba (46’ Kędziora), Podgórski, Sierka (55’ Stolarz), Żyrkoski – Wysogląd (46’ Chyła), Pałkus.

Żółte kartki; Pietrasiak, Wiechowski.

Sędziował: Adam Konarski (Poznań). Widzów: 1.000.

Autor artykułu: mim

Kasa zakwitnie… wiosną

Thursday, September 23rd, 2004

Kwota 2,5 miliona złotych, jaką PZPN rozdysponuje między uczestników rozgrywek o Puchar Polski, podziałała na wyobraźnię klubowych działaczy. Wygląda jednak na to, że gra o wielką kasę zacznie się dopiero wiosną w fazie play-off.
– Ktoś napisał, że za wygranie grupy klub zarobi 300 tys. złotych. Wygląda jednak na to, że będzie to znacznie mniejsza kwota, około 75 tys., a za drugie miejsce jeszcze mniej. Trudno więc na razie mówić o premiach dla piłkarzy, zresztą to dopiero początek rozgrywek – stwierdził prezes GKS Katowice, Piotr Dziurowicz po wygranym 3:0 (1:0) przez jego piłkarzy pierwszym meczu grupowym z IV-ligowym Skalnikiem Gracze.

Trener Wojciech Borecki miał przed tym spotkaniem problemy z zestawieniem wyjściowej jedenastki.
– Chciałem sprawdzić szeroką kadrę, tymczasem Mieczysław Agafon i Roman Madej zgłosili mi zatrucie pokarmowe, podobna niedyspozycja dotknęła bramkarza Dariusza Klyttę, który znów miał stanąć między słupkami – opowiadał szkoleniowiec.
Na murawie pojawili się więc nie tylko piłkarze, którzy dopiero na swoją wielką szansę czekają (m. in. Grzegorz Górski, Łukasz Wijas, Wojciech Krauze), którzy chcą odzyskać zaufanie trenera (Tadeusz Bartnik) i debiutujący w zespole GKS (Łukasz Nawotczyński), ale i ci, którzy systematycznie walczą o ligowe punkty. Ta mieszanka wystarczyła, by spokojnie wypunktować czwartoligowca, który jednak pokazał się z niezłej strony.

Bohaterem gospodarzy okazał się Stanisław Wróbel. Napastnik Katowic wykorzystał rzut karny, dał się sfaulować na rzut wolny z którego Krzysztof Markowski wyjątkowo efektownym strzałem zdobył drugą bramkę, wreszcie w doliczonym czasie gry po akcji „z klepki” z Grzegorzem Kmiecikiem, ustalił wynik meczu.

– W kadrze trwa walka o miejsce w ataku podstawowego składu. Ten mecz był okazją, żeby się pokazać – nie ukrywał Wróbel.
Ze swojej gry zadowolony był także Nawotczyński.
– Ciągle mam opuchliznę i czuję ból w miejscu, w którym miałem złamaną kość jarzmową. Ale nie mam już problemów psychicznych podczas walki na murawie, nie boję się starć, no chyba, że ktoś przyłożyłby mi łokciem. Widać jeszcze u mnie braki kondycyjne, nie da się od razu nadrobić trzymiesięcznej przerwy, ale dużych błędów nie popełniłem – mówił pozyskany z Krakowa obrońca GKS.

Pucharowe grupowe rozgrywki dobiegną końca dopiero w grudniu, nieco wcześniej planowany jest festyn z okazji 40-lecia klubu.
– Impreza odbędzie się pod namiotami, nie ma obaw, że będzie w nich zimno – stwierdził Dziurowicz.
Jeszcze bardziej dalekosiężne plany dotyczą współpracy z Szombierkami Bytom, które miałyby się stać klubem satelickim GKS.
– Do tematu wrócimy wiosną – poinformował prezes Katowic.

Autor artykułu: Rafał Musioł

Zróbcie Ruch

Thursday, September 23rd, 2004

Już się wydawało, że wokół Ruchu Chorzów, przynajmniej na pewien czas, zapadnie cisza i spokój. Tymczasem wciąż odżywają echa dawnych spraw. I oczywiście wciąż chodzi o pieniądze.

Niebieska mgła

Zrodziło się na dniach nieodparte wrażenie, że w Ruchu Chorzów nic nie układa się tak, jak miało się układać. Mimo że w lipcu nastąpiła zmiana na stanowisku prezesa stowarzyszenia – Krystiana Rogalę zastąpił Stefan Mleczko – mimo że powołano do życia spółkę akcyjną, mimo że udało się „odkręcić” kłopoty z zamkniętym stadionem.

Dawne upiory odżyły, a wywołane zostały informacjami o tym, że Ruch jak miał długi, tak je ma; że nie została jeszcze zarejestrowana w sądzie rejestrowym spółka akcyjna, choć minęły dwa miesiące od złożenia podpisów pod aktem notarialnym; że następuje iskrzenie na linii stowarzyszenie – spółka; że we mgle rozpływa się wizja zagranicznego wsparcia dla Ruchu, do czego dołączyć należy ten konkret, iż ponadnarodowy hutniczy koncern LNM oficjalnie zdementował chęć inwestowania w Ruch – w piłkę nożną w ogóle; że w kolejce roszczących sobie prawa do finansowej rekompensaty za okres gry w drużynie „niebieskich” ustawił się Piotr Pierścionek, który podpiera się dodatkowo dwiema umowami o świadczenie piłkarskich usług; że w ogóle Ruch nie ma politycznego zaplecza, o czym świadczą jego przepychanki o możliwość gry na własnym obiekcie i z udziałem publiczności.
Czy zatem Ruch ma przed sobą przyszłość? A jeśli tak, to jaką?

Nikt nie zakłada, że świetlaną, ale może przynajmniej stabilną, opartą na zdrowych finansowych zasadach. No a przede wszystkim I-ligową, bo trudno, żeby wśród sympatyzujących z 14-krotnym mistrzem Polski byli tacy, których satysfakcjonowałaby II liga.

Czy zatem to, co działo się w minionych tygodniach, pozwala zakładać optymistyczne prognozy, czy też raczej czarne scenariusze? Oto próba odpowiedzi na te pytania, choć bez aspiracji do wyczerpania tematu.

Bałkański zaciąg

Niebawem Ruch wzbogaci się o trzech nowych zawodników: Czarnogórca Aleksandra Madzara, Serba Vladimira Nenadicia i Chorwata Milosa Drobnjaka. Dwaj pierwsi na Cichej pojawili się w ub. tygodniu, ten ostatni, 28-letni obrońca, przyjechał w poniedziałek. Wszyscy swoimi umiejętnościami piłkarskimi zadowolili trenera Jerzego Wyrobka, ale w pewnym momencie wydawało się, że z transferu nic nie wyjdzie. Wczoraj jednak zapadła ostateczna decyzja na „tak”.

– Być może z wszelkimi formalnościami zdążymy na mecz z Piastem Gliwice – informuje dyrektor sportowy, Mirosław Jaworski. – Ale teraz wszystko w rękach samych zawodników, którzy muszą udać się z powrotem do swoich krajów i otrzymać polskie wizy z prawem do pracy. My ze swojej strony musimy dla nich załatwić pozwolenia na pracę w Polsce.

Trener Wyrobek chciałby mieć ich do swojej dyspozycji możliwie najszybciej. – Kiedy dojdą do zespołu, niektórzy przestaną być pewni swoich etatów w wyjściowej jedenastce. Nic tak nie pobudza jak zdrowa konkurencja – twierdzi szkoleniowiec.

Jak pozyskanie trzech graczy z Bałkanów ma się do zakazu transferów nałożonego na Ruch?

– Korzystamy z uchwały PZPN z 30 sierpnia br. dopuszczającej pozyskiwanie przez kluby, które są ukarane tym zakazem, trzech zawodników dodatkowo, pod warunkiem oczywiście, że są to zawodnicy wolni. Ci, którzy znaleźli się u nas spełniają ten warunek – mówi Stefan Mleczko.

Sprawa Piotra Pierścionka

“Z czegoś musi żyć”

Kilka dni temu, były piłkarz Ruchu, Piotr Pierścionek, poinformował publicznie, że zamierza pójść do sądu, jeśli klub z Cichej nie ureguluje wszystkich kwestii finansowych związanych z jego grą w niebieskich barwach.

Problem piłkarza polega na tym, że latem ub. roku podpisał dwie umowy. Najpierw kontrakt zawodowy na dwa lata. Kiedy jednak okazało się, że Ruch został ukarany przez PZPN zakazem transferów, zaproponowano mu podpisanie aneksu, w którym złożył deklarację, że za swoją grę nie pobiera pieniędzy – czyli że jest amatorem. Jednocześnie zaproponowano mu podpisanie umowy o pracę, w myśl której miał być specjalistą do spraw reklamy, za kwotę 1000 złotych miesięcznie. Pierścionek podpisał, a Ruch dzięki temu mógł zawrzeć kolejne umowy z innymi piłkarzami – w ten właśnie sposób obchodząc zakaz transferów.

Jak twierdzi piłkarz, pieniądze z tytułu wypełniania kontraktu, miał otrzymywać „pod stołem”. Nigdy żadnych nie otrzymał, zarobił jedynie 7600 zł z tytułu umowy o pracę na stanowisku pracownika reklamy.
Wiosną poprzedniego sezonu Pierścionek rozchorował się i w Ruchu więcej nie zagrał. Po wyleczeniu kontuzji został trenerem Zapory Przeczyce. – Ale nigdy nie figurowałem w żadnym protokole – zapewnia piłkarz, który dzisiaj jest grającym trenerem w Czarnych Sosnowiec (IV liga), podkreślając w ten sposób, że od strony formalnej jest czysty.

– Jestem zdesperowany – mówił nam wczoraj Pierścionek. – Walczę o swoje pieniądze, bo muszę z czegoś żyć. Według moich wyliczeń Ruch zalega mi z wypłatą ok. 30 tysięcy złotych plus odsetki. Zdaję sobie sprawę, że to ja podpisałem dwie umowy, ale też nie ja je wymyśliłem i nie mam zamiaru ponosić konsekwencji tego oszustwa. Ja chciałem po prostu grać. Teraz zbieram odpowiednie dokumenty. We wtorek wystąpiłem do Śląskiego Związku Piłki Nożnej o skserowanie zawartych umów pomiędzy mną a klubem.

Piłkarz, który wspiera się wiedzą i doświadczeniem adwokata, twierdzi, że jest gotowy do rzeczowych negocjacji z Ruchem i odstąpienia od drogi sądowej. – Musimy jednak zawrzeć precyzyjną umowę, która oczywiście później będzie rzetelnie realizowana. Boję się tylko, by klub z Cichej, który naprawdę darzę wielką sympatią, znów nie grał na zwłokę. Tak jak w przypadku wielu innych piłkarzy – dodał Piotr Pierścionek.

Andrzej Chrzanowski, prezes S. S. A Ruch Chorzów

“Nie poganiać spraw”

Zarzuca się nam, że jeszcze nie zarejestrowaliśmy spółki w Sądzie Rejestrowym. A ja twierdzę, że spraw nie należy poganiać. Dzień po dniu, krok po kroku przybliżamy się do tego celu. Ale chcemy być dobrze przygotowani. Najważniejsze jest bardzo precyzyjne przygotowanie umowy pomiędzy spółką a stowarzyszeniem odnośnie przejęcia drużyny i prowadzenia jej w rozgrywkach ligowych, znaku firmowego, a także ustalenia zasad, kto za co będzie odpowiadał w okresie przejściowym. Dla przykładu, na najbliższym posiedzeniu przyjmiemy regulamin dyscyplinarny dla zespołu.

Nie zapominajmy o tym, że Ruch funkcjonował wcześniej w pewnym bałaganie. Nie da się więc zrobić wszystkiego i od razu.
Dość powszechne jeszcze do niedawna było przekonanie, że kiedy zmieni się w Ruchu pod względem personalnym, to sponsorzy będą walić drzwiami i oknami. Nie wiem, dla kogo stworzono to wrażenie, ale pozostało ono wyłącznie… wrażeniem. Trochę było w tym swego rodzaju polityki, trochę gadania.

Oczywiście, już teraz moglibyśmy wystąpić do Urzędu Skarbowego o przyznanie tymczasowego zezwolenia na działalność gospodarczą, ale przecież na razie nie planujemy żadnych przychodów, więc po co tworzyć struktury złożone z księgowych, sekretarek i innych urzędników?

Zarejestrowanie spółki planujemy do końca tego roku, tak by w rundzie wiosennej mogłaby już ona prowadzić drużynę w rozgrywkach. Choć nie wykluczam i takiego rozwiązania, że przejmiemy ją dopiero od nowego sezonu. Nie mamy zamiaru spieszyć się tylko po to, by komuś sprawić przyjemność.
Na razie mogę powiedzieć, że zgromadziliśmy 600 tysięcy z przeznaczeniem na kapitał zakładowy, a do końca roku powinien być już milion złotych. A zimą zamierzamy tak wzmocnić drużynę, by zaczęła odgrywać w II lidze znacznie większą rolę niż dotychczas. W zależności od stanu finansów określimy, czy podejmujemy atak na I ligę czy też dbamy tylko o to, by nie powtórzyła się tegoroczna nerwowa wiosna.
Jeśli chodzi o domniemanych sponsorów z zagranicy, to wszystkie te informacje które dotychczas błądziły w mediach, można uznać za bardzo nieprecyzyjne bądź nieprawdziwe. Owszem, toczą się bardzo zaawansowane rozmowy, ale ich kierunek jest zupełnie inny. Jeśli dojdziemy do porozumienia z naszym kontrahentem, nie omieszkamy o tym powiadomić opinii publicznej.

Czy jestem optymistą? W odniesieniu do życia – umiarkowanym. W odniesieniu do Ruchu? Czas ciągle to weryfikuje.


Za czym kolejka ta stoi?

Rozmowa ze Stefanem Mleczką, prezesem Ruchu Chorzów

Raz po raz o Ruchu Chorzów słychać w nieciekawym kontekście. Nie żałuje pan, że zdecydował się objąć stanowiska prezesa tego klubu?

Mimo wszystko, to bardzo nobilitujące kierować takim klubem. Ale rzeczywiście wszystkie zaszłości dają o sobie mocno znać. Mam na myśli przede wszystkim zadłużenie finansowe, które ciąży nam jak okrutny garb.

To może lepiej byłoby pójść śladem innych klubów – odciąć się od zaległości poprzez powołanie do życia nowej struktury? Wiele klubów wskazało już ten kierunek. Ostatnio Widzew Łódź.

Trudno mi to sobie wyobrazić, choć to taka wygodna droga na skróty. No, a skoro zdecydowałem się, muszę ponosić wszelkie konsekwencje.

Sporządził pan sobie coś w rodzaju bilansu zamknięcia i otwarcia? Tak, by dla własnego spokoju wiedzieć, co pana winą i zasługą, a co nie?

Taki bilans został sporządzony na dzień 30 czerwca pod względem majątkowym, księgowym, inwentaryzacyjnym. Ale pamiętajmy o czymś takim jak ciągłość firmy. Nie mogę powiedzieć: to mnie obchodzi, a tamto już nie. Tak jak nie mogę w rozmowach z firmą dostarczającą nam wodę czy z telekomunikacją, posługiwać się argumentem, że jestem tu od dwóch miesięcy i że płacę na bieżąco, a zaległości wobec nich mnie nie obchodzą.

Woda płynie, światło się pali…

Choć bywa, że się dziwię, dlaczego? Pewnie właśnie dlatego, że staramy się regulować na bieżąco, zarówno zobowiązania wobec firm, jak i piłkarzy. Choć czasem mam wątpliwości, czy głośno mówić, że cokolwiek płacimy, gdyż od razu ustawiają się kolejki wierzycieli – byłych pracowników, którzy szukają swojej szansy na odzyskanie przynajmniej części pieniędzy.

Kolejki?

No, codziennie przychodzi kilka osób, widać czasem na pierwszy rzut oka, że w bardzo trudnej sytuacji materialnej.

Na Ruchu ciążą wyroki sądowe z tytułu niespłaconych zobowiązań. Dużo ich jest?

Kilkanaście. Ale mam oprócz tego protokoły z kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, nakazujące uregulowanie zaległości finansowych wobec 78 osób fizycznych. Za brak wypłat, za niewykorzystane urlopy itd. Takich, które już w Ruchu nie pracują i takich, które nadal tutaj są. Swoją drogą, podziwiam tych ostatnich, że wytrwali tu wbrew wszelkim przeciwnościom.

Może nie mieli alternatywy?

Może, ale na pewno większość z nich jest bardzo z Ruchem związana, choć nawet na umowach o pracę nie mieli zagwarantowanych wielkich pieniędzy.

To jaka jest, właśnie teraz, kondycja finansowa Ruchu?

Powiedziałbym, że w dalszym ciągu nie jest stabilna. Wynika to z braku stałych i regularnych wpływów. Na przykład z działalności gospodarczej czy handlowej. Te wpływy były i są „akcyjne”. Ale też Ruch wziął na siebie w przeszłości obowiązki, których brać nie musiał. Już dawno mógł oddać stadion pod zarząd Miejskiego Ośrodka Rekreacji i Sportu w Chorzowie, a nie gospodarzyć na nim samodzielnie. Po pierwsze, sytuacja pracowników byłaby o wiele lepsza, w każdym razie pewniejsza, po drugie, jeśli popatrzeć na sposób zarządzania przez dyrektora Janusza Stachowskiego MORIS-em i na obiekty, które leżą w jego gestii, to i stadionowi krzywda by się nie działa. Mam jednak nadzieję, że 1 stycznia stadion przejdzie pod zarząd MORIS-u.

A jak ze starymi zobowiązaniami wobec piłkarzy, trenerów, instytucji?

Zacząłbym od tego, że w odzyskaniu pełnej płynności finansowej przeszkadzają nam wspomniane zaszłości. Biją w nas nie tylko kwoty zasadnicze, ale i odsetki od nich. Dość powiedzieć, że niedawno musieliśmy zapłacić 50 tysięcy złotych Toniemu Jurjevovi za okres jego gry w Ruchu. Pamięta pan kiedy to było? Pięć lat temu! A co ten Jurjev nagrał się w Ruchu?

A tu jeszcze pojawiają się nowe żądania, na przykład Piotra Pierścionka.

Powiem tak: ze wszystkimi naszymi wierzycielami – również z Pierścionkiem – chcemy ugody, ale ponieważ tych spraw jest bardzo dużo, zarząd Ruchu przekazał swoje pełnomocnictwa biuru prawnemu „Alegat” z Katowic. Są i optymistyczne wieści. Między innymi taka, że jesteśmy blisko ugody z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, nasz dług wobec tej instytucji stopnieje o 1 milion 100 tysięcy złotych. Próbujemy też układać się z różnymi wierzycielami. Staramy się zamieniać długi na reklamę, rozkładać poszczególne kwoty na raty…

Na duże zaległości skarży się również sztab szkoleniowy pierwszej drużyny.

Ten problem uwiera mnie wyjątkowo. W pierwszych ustaleniach wszelkie zobowiązania wobec nich miała wziąć na siebie spółka. Do tego na razie nie doszło, mam nadzieję, że dojdzie niebawem. Zarówno w odniesieniu do wysokości płac, jak i tego, kto będzie płacił.

O czym pan marzy?
O tym, by w bieżącej działalności mieć trochę oddechu.

Autor artykułu: Andrzej Grygierczyk

Najbogatszy bezrobotny

Tuesday, September 21st, 2004

35-letni Robert Ciuk z Piekar Śląskich jest najbogatszym bezrobotnym na Śląsku, a może i w Polsce. Miesięcznie odbiera w kasie 4,6 tys. zł zasiłku! To nie pomyłka. Robert Ciuk jest pierwszym bezrobotnym na Śląsku, który dostaje zasiłek w euro. Takich jak on jest w regionie tylko pięciu.

- Ludzie – łapie się za głowę pan Marek, który dostaje 12-krotnie mniej, również klient Powiatowego Urzędu Pracy w Piekarach. – Żyć nie pracować! Ja to w życiu takich pieniędzy nie widziałem.

Informacja o najbogatszym bezrobotnym w historii piekarskiego urzędu pracy zelektryzowała pracowników od sprzątaczki po dyrektora. Zarejestrowanych jest tu 4 tys. 300 bezrobotnych, ale tylko 619 osób ma prawo do zasiłku. Najmniejszy wynosi 403 zł, największy – 605 zł.

System zastrajkował

Panie w okienkach czekały na najbogatszego bezrobotnego, który miał się pojawić po odbiór tak wysokiej zapomogi, jak na szpilkach. On sam żartował: – A gdzie kwiaty i szampan? Śmiały się, że to on powinien je obdarować kwiatami.
Okazało się również, że w związku z wysoką kwotą zasiłku zastrajkował system komputerowy. Komputer nie chciał potwierdzić tak wysokiej wypłaty, sugerując, że wkradł się błąd – czyli wpisano o jedno zero za dużo.
Ale w przypadku Roberta Ciuka błędu być nie mogło. Pod koniec lipca, po 15 latach życia w Niemczech pan Robert wrócił do kraju. Jeśli mu się powiedzie, chce tu zostać na zawsze. Ma podwójne obywatelstwo i po rozstaniu z żoną, układa sobie życie od nowa. W Niemczech dostawał ponad tysiąc euro zasiłku. Nie starczało na wiele. Na wynajem mieszkania szło połowę pensji, resztę zżerały alimenty.

Pensja mniejsza od zasiłku

Robert Ciuk wyjechał do Niemiec w 1989 r., za chlebem w wieku 21 lat. W Polsce skończył samochodówkę. Zamieszkał z żoną w Essen. Po siedmiu miesiącach, kiedy to nauczył się języka, rozpoczął pracę w fabryce dywanów, potem przeszedł do firmy, która zajmowała się konserwacją kominów wysokościowych. Od dwóch lat szukał nowej pracy, chciał przeprowadzić się do Berlina. W połowie sierpnia dowiedział się, że w Warszawie znana niemiecka firma produkująca ekskluzywne kominki otwiera filię sklepu. Potrzebowali osobę z doskonałą znajomością niemieckiego i polskiego.
Spełniał te warunki.
Robert Ciuk przez ostatnie półtora roku dostawał w Niemczech zasiłek socjalny. W PUP w Piekarach zarejestrował się w sierpniu. Przez trzy miesiące dostawać będzie zasiłek w wysokości 4,6 tys. zł. A właściwie przez dwa, bo od 1 października zaczyna pracę w Warszawie jako sprzedawca w niemieckiej firmie. Od dwóch tygodni jest na stażu. Pensja sprzedawcy jest mniejsza od niemieckiego zasiłku – 3 tys. zł plus 6 proc. od sprzedaży.
Nie żałuje. – Cieszę się, że mam pracę i mieszkanie i zaczynam wszystko od początku – śmieje się. – Mam nadzieję, że jeszcze w tym miesiącu zacznę, oficjalnie już, pracę w Polsce – dodaje.

Nie jedyny…

Robert Ciuk jest pierwszym, ale nie ostatnim bezrobotnym na Śląsku, który pobiera “europejski” zasiłek. Wojewódzki Urząd Pracy w Katowicach do wczoraj wydał pięć takich decyzji – wśród uprawnionych są obywatelka Hiszpanii, Irlandczyk oraz trzech obywateli Niemiec. – Kolejnych osiem wniosków już jest złożonych i czeka na rozpatrzenie – mówi Elżbieta Ługowoj, starszy inspektor WUP w Katowicach.
Najmniejszy zasiłek wynosi 1423 zł, trzy są w wysokości ok. 3 tys. zł, największy należy do pana Roberta.
W tym tygodniu najbogatszy bezrobotny na Śląsku przyjedzie zgłosić swą pierwszą pracę w urzędzie pracy w Piekarach i rezygnację z zasiłku. – Czy żałuję? Skąd?! Mam pracę i mieszkanie, a wie pani jak w Polsce trudno o zatrudnienie – mówi.


Od 1 maja osoby, które – pracując w którymś z krajów Wspólnoty – nabyły prawo do pobierania zasiłku, mogą ubiegać się o wypłatę jego równowartości również po powrocie do Polski, ale tylko na okres trzech miesięcy i w przypadku stałego lub tymczasowego zameldowania w Polsce.
Zasiłek wypłacają, z własnych pieniędzy polskie urzędy pracy, ale tylko czasowo. Zasiłki dla swoich obywateli refundują urzędy krajów, z których pochodzi bezrobotny.
Pozwala na to zasada transferu świadczeń obowiązująca we wszystkich krajach Unii.

Co na to inni?

Joanna Krzemińska, lat 27, ekonomistka
Ponad 4 tys. złotych co miesiąc? Pierwsze słyszę?! Ja też mam obywatelstwo niemieckie, ale nawet nie dostaję zasiłku. Przez trzy miesiące dostawałam tylko 400 zł, ale za te pieniądze utrzymać się nie można. Przez pięć lat prowadziliśmy z mężem własną działalność. Niestety, splajtowaliśmy. Teraz szukam pracy w zawodzie.

Jerzy Wirstiuk, lat 48, mistrz wędliniarski
Dostaję od stycznia 530 zł zasiłku, na nic nie starcza. Na szczęście żona ma pracę, jest położną. Zastanawialiśmy się, czy nie wyjechać za granicę, ale mamy 13-letnią córkę, i to nas trzyma w kraju. Szukam pracy i nie mam złudzeń. Ja to bym chciał zarabiać nawet tysiąc złotych.

Autor artykułu: Izabela Kacprzak

Na każdego znajdzie się paragraf…

Tuesday, September 21st, 2004

Ludmiła Sordyl z ulicy Mickiewicza w Bielsku-Białej każdego dnia budzi się zlana zimnym potem. Wciąż powtarza się senny koszmar: oto stoi z tobołkami na mrozie, przed kamienicą, w której mieszkała od kilkudziesięciu lat. Patrzy na “swoje” okna i nie wie, dokąd pójść. – Straszliwie się tego boję – wyznaje. – Co zrobię bez mieszkania? Co zrobi mój wnuk, który się mną opiekuje?

Koszmar nie ma jednak twarzy bezlitosnego kamienicznika, który wywala ludzi na bruk. Koszmar ma twarz administratora, który samowolnie uznał, że pani Ludmiła, ponadsiedemdziesięcioletnia kobieta, chora na Parkinsona nie zasłużyła, by nadal mieszkać u siebie. To co, że regularnie płaci – już i tak znacznie podwyższony – czynsz, i że otrzymała mieszkanie z przydziału. Ma “opróżnić” zajmowany lokal w “stanie posprzątanym i odnowionym 1 lutego 2005 roku o godz. 9.”. Podpisał: Ryszard Południkiewicz, kierownik Beskidzkiego Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości.

Na każdego znajdzie się paragraf!

Dziś pani Ludmiła już wie, dlaczego spotkała ją kara. To ona bowiem – w imieniu wszystkich lokatorów – podpisywała wszelkie pisma, które lokatorzy wysyłali najpierw do zarządcy, potem do sądu. To jej nazwisko widnieje pod kolejną skargą na bezczynność administratora, pod wnioskami o przeprowadzenie niezbędnych remontów. – I za to chcą mnie wyrzucić – skarży się kobieta – Mam się wynieść w ciągu sześciu miesięcy, choć nie dostałam wyroku eksmisji. – A przecież nawet komornik nie wyrzuca staruszków na bruk, na dodatek w środku zimy – wyklinają sąsiedzi. Kiedy pytali administratora, dlaczego zastosował takie drastyczne sankcje, usłyszeli: “na każdego znajdzie się paragraf!”.
– Skoro na każdego, to na zarządcę także – stwierdzili lokatorzy. I skierowali sprawę do prokuratury.

Prawem kaduka

Dziś wspominają o początkach swojej walki. W 2001 roku w kraju aż szumiało o bezprawnie przejmowanych – najczęściej pożydowskich kamienicach – w Krakowie czy Poznaniu. Aferę ujawniono także w Bielsku, kiedy ówczesny kierownik Zrzeszenia Właścicieli Nieruchomości, Jan B. został oskarżony o bezprawne zasiedzenie bezpańskich budynków. – Ze Zrzeszeniem nigdy nie mogliśmy się dogadać. Po aresztowaniu kierownika, kiedy powołano nowe władze i zmieniono nazwę Zrzeszenia na Beskidzkie Stowarzyszenie myśleliśmy, że będzie inaczej – opowiada Barbara Ficoń z III piętra.
Ponieważ nikt nigdy na oczy nie widział właściciela kamienicy, lokatorzy zwrócili się do sądu, prosząc o zmianę zarządcy. Mniej więcej w tym samym czasie do sądu wystąpiło też Stowarzyszenie, by objąć oficjalnym już zarządem dziewięć bielskich budynków (w tym kamienicę przy Mickiewicza). Okazało się bowiem, iż przez kilkadziesiąt lat Zrzeszenie administrowało wieloma z nich… “bez zlecenia” (tzn. bez pisemnej umowy z właścicielem), czyli – jak mówią dosadnie miejscy urzędnicy – “prawem kaduka”.
Jak mogło do tego dojść? Niewiele zachowało się dokumentów. Najczęściej odręcznie zapisane w pośpiechu kartki, np. wyjeżdżający do Izraela właściciel prosi o nadzór nad swoim majątkiem sąsiada lub znajomego. Ten zaś po latach przekazuje tę prośbę kolejnej osobie, ona zaś np. w latach siedemdziesiątych (jak było w przypadku Mickiewicza) – przekazuje nieruchomość Zrzeszeniu. Nie zawsze dokumentacja może być wiarygodna (fałszerstwo wielu dokumentów zarzuca się byłemu kierownikowi Janowi B.)

Po staremu

- Wniosek Stowarzyszenia o przejęcie zarządu nad kamienicą został jednak odrzucony. Apelacja, którą wnieśli – oddalona. A mimo to jest po staremu i wciąż nie wiemy, kto ma w świetle prawa nami zarządzać – mówi jeden z lokatorów Paweł Szatkowski. I cytuje fragment sądowego uzasadnienia: “Ustanowienie takiego zarządu może nastąpić wtedy, gdy między współwłaścicielami dochodzi stale do konfliktów (…) Niniejsze okoliczności nie zachodzą, gdyż właścicielem nieruchomości przy ul. Mickiewicza 29 jest tylko Berta Ringer”.
Co to oznacza dla ludzi? Właściwie nic, bo kamienicą zarządza nadal Stowarzyszenie. I nadal “bez zlecenia”. Mogłaby to zmienić pani Ringer, ale od półwiecza nie ma z nią żadnego kontaktu. Nie zgłaszają się też spadkobiercy. Mieszkańcy liczą jedynie na pomoc miasta, które może przejmować niczyje mienie.

Grzyb na suficie

Na Mickiewicza ludzie płacą różne czynsze: na poddaszu – 5,5 zł za metr kwadratowy; kobieta mieszkająca poniżej, ale w tym samym pionie – 5 zł, choć nie ma łazienki; ktoś inny – 4 zł – choć ma większy komfort. – Gdy pytamy o sposób naliczania czynszu, wysłuchujemy różnych absurdów, m. in. takich, że kto ma mniejsze mieszkanie powinien płacić… więcej za metr kwadratowy – ironizuje pani Ficoń. Ludzie skarżą się na brak pieców (dysponują kilkoma ekspertyzami, które mówią o nawet o zagrożeniu ich życia), na spróchniałe okna, odpadające sufity. – Podczas mrozów temperatura w pokoju spada nawet do dziesięciu stopni. Siedzę wtedy opatulona we wszystkie kołdry i koce, ale i tak dygoczę z zimna – mówi Ludmiła Sordyl. – Proszę spojrzeć jakiego grzyba wyhodowaliśmy na sufitach – dodają sąsiedzi – czy tak dobry zarządca powinien pilnować interesu właściciela?
Na takie pytanie administrator odpowiedział im krótko: – Nie ma pieniędzy, kamienica jest zadłużona!
Kiedy zapadną konkretne decyzje dotyczące bezpańskiego na razie budynku – nie wiadomo. Pani Ludmiła z niepokojem oczekuje zimy. Zbliża się widmo wyprowadzki. Wyprowadzki donikąd.


Ryszard Południkiewicz, kierownik biura Stowarzyszenia, przedstawiciel zarządu:
- Lokatorka otrzymała wypowiedzenie, bo doszły nas słuchy, że od 12 miesięcy nie przebywa w swoim mieszkaniu. Chcemy rozwiązać ten węzeł gordyjski i – po rozmowie z panią Sordyl i jej córką – wyjaśnić sytuację. O rozwiązaniu problemu osobiście powiadomimy najemcę.

Waldemar Jędrusiński, wiceprezydent Bielska-Białej:
- Z wielu kamienic zarządzanych przez Stowarzyszenie płyną do ratusza skargi. Lokatorzy żyją w strachu i domagają się od nas natychmiastowej interwencji. Występują także do Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego o ekspertyzy, które zobowiązywałyby zarządcę do przeprowadzenia koniecznych remontów. W rezultacie otrzymaliśmy m. in. pismo, podpisane przez prezesa Ryszarda Południkiewicza, w którym zarzuca władzom miasta, iż “nie powiadomiły Stowarzyszenia o szkalujących paszkwilach ze strony lokatorów”. By bronić interesu mieszkańców występujemy obecnie w sądzie o przejęcie zarządu w bezpańskich kamienicach (chodzi o kilka budynków). Zamierzamy przejąć je – zgodnie z prawem – na rzecz skarbu gminy. Zanim to jednak uczynimy, robimy to, co jest statutowym obowiązkiem Stowarzyszenia: na całym świecie poszukujemy dawnych właścicieli lub spadkobierców.

Autor artykułu: AGATA PARUCH

Wystarczyło jedno pismo

Tuesday, September 21st, 2004

We czwartek Halina i Paweł Grabiakowie z Rudy Śląskiej podpisali umowę o wynajem lokalu socjalnego. Udało im się ominąć 800-osobową kolejkę oczekującą dzięki przekwalifikowaniu mieszkania, które zajmowali do tej pory.
Problem w tym, że gdyby sprawą nie zajął się Społeczny Komitet Obrony Mieszkańców, o takiej możliwości nie wiedzieliby do dzisiaj. Tymczasem prawo stanowi, że urzędnicy mają obowiązek informować ludzi o tym, jak można załatwić ich sprawę.

O małżeństwie Grabiaków i ich synku pisaliśmy miesiąc temu. Rodzina popadła w długi wobec MPGM, bo nie miała z czego płacić czynszu. I mąż i żona od lat nie mają stałego zatrudnienia, utrzymują się z zasiłków z pomocy społecznej. Jednak mimo stale rosnącego długu ani zarządca budynku gdzie mieszkają, ani pracownicy pomocy społecznej, nie pomogli im w uzyskaniu dodatku mieszkaniowego. Jedyną propozycją było rozłożenie długu na raty, co jednak nie rozwiązywało problemu.

W końcu gdy dług sięgnął prawie 4 tys. zł, sprawa znalazła swój finał w sądzie. W kwietniu Grabiakowie otrzymali wyrok eksmisyjny z prawem do lokalu socjalnego i znowu zostali z problemem sami. Z urzędu odesłano ich jednak z kwitkiem, bo lista oczekujących na takie mieszkanie jest tak długa, że mogliby je dostać dopiero za kilka lat.

Impas trwał do sierpnia, kiedy sprawą zajął się Społeczny Komitet Obrony Mieszkańców Rudy Śląskiej i “Trybuna Śląska”. Okazało się, że wystarczy jedno pismo do prezydenta i kilka podpisów, by przekwalifikować dotychczasowe mieszkanie rodziny na lokal socjalny.

- Bez czekania i wyprowadzania się z domu otrzymaliśmy lokal socjalny, z czynszem 87 groszy za metr kwadratowy. Teraz zamiast 133 zł wynosi on 25 zł za miesiąc, plus koszty wody i wywozu nieczystości – mówi Paweł Grabiak. – Przyznano nam również dodatek mieszkaniowy, więc nie musimy się już martwić o to, skąd wziąć pieniądze, by to zapłacić. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, ale czy nie można tego było załatwić wcześniej? Czemu nikt nam nie powiedział, że jest taka możliwość?

Grabiakowie podpisali nową umowę najmu na dwa lata. W tym czasie zobowiązali się stopniowo, po kilkadziesiąt złotych miesięcznie spłacać zadłużenie. Jednocześnie zaczęli już starania o umorzenie długu.

- Mamy nadzieję, że tym razem urzędnicy bardziej przejmą się naszą sprawą – mówi Halina Grabiak.


Ewa Jędryka, naczelnik Wydziału Spraw Lokalowych w Urzędzie Miasta w Rudzie Śląskiej:
Mieszkanie może zostać przekwalifikowane na lokal socjalny tylko wtedy, gdy jest wyrok eksmisyjny, albo przynajmniej kiedy została lokatorom wypowiedziana umowa najmu. O tym, że istnieje możliwość takiego przekwalifikowania powinien poinformować lokatorów zarządca budynku – w tym wypadku MPGM. Jego obowiązkiem jest dbać o interesy gminy i zapobiegać sytuacjom, kiedy nadmiernie rośnie czyjeś zadłużenie. W przypadku osób, które nie mają stałego źródła dochodu, zamiana mieszkania na lokal o niższym standardzie lub lokal socjalny może być jedynym wyjściem z sytuacji. Tylko wtedy, kiedy czynsz będzie niższy oraz kiedy lokatorzy tacy otrzymają dodatek mieszkaniowy, pojawia się szansa, że będą ten czynsz płacić. MPGM pewnie informuje o tym mieszkańców, ale być może taka informacja nie do wszystkich dociera.

Instrukcja jak załatwić sprawę to również informacja publiczna
W tym samym budynku z problemami mieszkaniowymi borykają się także inne osoby. Sąsiadka z pierwszego piętra czeka na lokal socjalny od 4 lat, a prawdopodobnie mogłaby go również dostać w drodze przekwalifikowania.
Sąsiadka z naprzeciwka z piątką dzieci w wieku od roku do 15 lat gnieździ się na 27 metrach – w pokoju bez kuchni i bez wody. Starała się o zamianę na większy, ale przez 6 lat zawsze słyszała odmowę. Jej sprawa również nabrała tempa tylko dzięki interwencji stowarzyszenia. Dostała mieszkanie do remontu w ciągu trzech tygodni od ich interwencji.
Tymczasem ustawa o dostępie do informacji publicznej mówi, że każdy ma prawo m.in. do uzyskania informacji o zasadach funkcjonowania jednostek samorządu terytorialnego i instytucji, które im podlegają w tym sposobach przyjmowania i załatwiania przez nie spraw, ich stanie oraz kolejności ich załatwiania lub rozstrzygania. Wlicza się tu także zasady dotyczące przyznawania przez gminy dodatków mieszkaniowych i lokali socjalnych oraz zamiany lokali. Taka informacja z reguły znajduje się w Internecie na stronie Biuletynu Informacji Publicznej, ale nie każdy ma do niego dostęp lub umie się nim posługiwać.
Jeśli więc urząd miasta i MPGM jako podległa mu jednostka nie odpowiedziały rodzinie na pytanie co zrobić, by np. przyspieszyć przyznanie lokalu socjalnego, nie udzieliły jej informacji publicznej.

Autor artykułu: Anna Góra

Śląsk powiększy się o 13-tysięczny Kietrz?

Monday, September 20th, 2004

Władze nadgranicznego Kietrza mają już dość Opolszczyzny. Oficjalnie zgłosili chęć przyłączenia do powiatu raciborskiego. – Na Śląsku będzie nam lepiej. W Opolu nas lekceważą, traktują jak piąte koło u wozu – biadoli Józef Matela, burmistrz Kietrza.


Bliżej do Raciborza

Kietrz, malownicza rolnicza miejscowość, granicząca aż z sześcioma czeskimi gminami, leży na południu województwa opolskiego. Mieszka tam prawie 12,5 tysiąca ludzi. – Przeprowadziliśmy ankiety wśród mieszkańców, z których wynika, że 53 procent jest związanych z Raciborzem. W większości tam pracują, leczą się, uczą, jeżdżą na zakupy, wycieczki – wyjaśnia burmistrz Kietrza.

Mając przyzwolenie mieszkańców, radni wystąpili z oficjalną informacją w tej sprawie do zarządów województwa opolskiego i śląskiego, prosząc o opinie.

– Już podczas ostatniej reformy administracyjnej chcieliśmy znaleźć się w Raciborzu, który miał być częścią opolskiego. Jednak został na Śląsku – dodaje Matela.

Obecnie Kietrz jest częścią powiatu głubczyckiego. Do Głubczyc jest 23 kilometry, do Raciborza przez Pietrowice Wielkie zaledwie 15 km.


Śląskowi jest… miło

– To na razie tylko informacja, gmina musi zrobić referendum. Droga do przyłączenia jest długa – mówi dyplomatycznie Wojciech Zamorski, rzecznik Urzędu Marszałkowskiego w Katowicach. – Jest nam oczywiście bardzo miło, że ktoś chce się do nas przyłączyć, że właśnie na Śląsku widzi szansę.

Starosta raciborski Henryk Siedlaczek jakoś nie wybucha entuzjazmem na myśl, że Kietrz stanie się częścią jego powiatu.

– Temat praktycznie nie jest mi znany. Poczekamy na oficjalny ruch władz Kietrza – stwierdził krótko Siedlaczek.
Mirosław Szypowski, wiceprezydent Raciborza, nieco powątpiewa, by było to najlepsze rozwiązanie. – A co będzie, gdy u nas też im się nie spodoba? – zastanawia się.


Chodzi o kasę

Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Kietrz ma za złe zarządowi województwa opolskiego, że nie dzieli solidarnie pieniędzy. – Po raz kolejny z kontraktu nie przyznano ani grosza, nasze projekty są odrzucane. Tak się nie da. Może na Śląsku będziemy poważniej traktowani – żali się Matela.

Zarząd województwa opolskiego wystosował specjalnie oświadczenie sugerując, że Śląsk więcej kasy nie da, bo sam nie ma. – Kietrz będzie położony na krańcach regionu, a problemy tej gminy są dość odległe od problemów restrukturyzowanego Górnego Śląska – czytamy w oświadczeniu.
Dlaczego Opole skąpi grosza dla Kietrza? – Nie skąpimy. Projekty Kietrza składane do nas były po prostu gorsze od innych i nie uzyskały akceptacji – wyjaśnia szczerze Wioletta Ruszczewska, rzecznik Urzędu Marszałkowskiego w Opolu. – Nieprawda, że nie dbamy o Kietrz. Wspieraliśmy w Ministerstwie Rolnictwa projekt uznania tamtejszego kombinatu rolnego za strategiczny, przygotowaliśmy wniosek o dofinansowanie budowy zbiornika retencyjnego Włodzienin, który chroni Kietrz przed powodzią. Najprawdopodobniej wkrótce inwestycja będzie realizowana – dodaje Wioletta Ruszczewska. Władze Kietrza chcą, aby odpowiedni wniosek dotyczący secesji trafił do MSWiA do 31 grudnia. – Stalibyśmy się częścią Śląska od 2006 roku – marzy burmistrz Matela.



Secesja krok po kroku

1. utworzenie stowarzyszenia ds. referendum o przynależności do województwa śląskiego,
2. referendum na terenie gmin, które są zainteresowane zmianą przynależności wojewódzkiej,
3. wniosek stowarzyszenia o zmianę granic województw poparty decyzjami władz powiatu,
4. decyzja MSWiA, która jednak nawet w przypadku zwycięskiego referendum może odmówić zmiany granic województw.

Autor artykułu: Jacek Bombor

Odsłonił, złożył, skrytykował

Saturday, September 18th, 2004

Prawie dwudziestu oficerów Biura Ochrony Rządu towarzyszyło goszczącemu wczoraj w Katowicach premierowi Markowi Belce. Nawet tak silna obstawa nie uchroniła jednak szefa rządu przed korkiem, w jakim utknął na ulicy Murckowskiej.

Spowodowany stłuczką korek sprawił, że premier nie dojechał o czasie na cmentarz przy ul. Sienkiewicza. Marek Belka miał tam odsłonić tablicę upamiętniającą Henryka Sławika. Spóźnienie umknęło prowadzącemu uroczystość, który powitał premiera, zgodnie z planem, o 9.30. – Myślałem, że już przyjechał – tłumaczył po chwili.

Kobiety przed urzędem

Z cmentarza premier przejechał do oddalonej o kilkaset metrów Komendy Wojewódzkiej Policji. Ponoć przejazd planowano pierwotnie na… 17 minut. Udało się zmieścić w jednej. W komendzie premier długo nie zabawił. Złożył kwiaty na grobie Policjanta Polskiego, wpisał się do księgi pamiątkowej i popędził do Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego.
Przed gmachem na szefa rządu czekało około 30 ubranych na czarno kobiet z kopalni „Śląsk”. – Bokiem z tym transparentem, bokiem, bo nie zauważy – instruowały się w pośpiechu.

– Walczymy o miejsca pracy. Może premier zwróci na nas uwagę. Łapiemy się, czego się da – podkreślały Jolanta Janysek i Grażyna Konieczna z administracji kopalni „Śląsk”, zakładu, który Katowicki Holding Węglowy chce przyłączyć do kopalni „Wujek”. Premier zerknął na kobiety i… zniknął za drzwiami urzędu.

Żale przed premierem

W urzędzie premier spotkał się z przedsiębiorcami. Potem swoje żale wylewali samorządowcy. Narzekali na finansowanie służby zdrowia, VAT i niedofinansowanie policji. Pojawił się też temat Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku. Pomysł przekazania zadłużonego parku samorządom lokalnym krytykował prezydent Chorzowa Marek Kopel.

– Część tego zadłużenia to zaległy gminie Chorzów podatek od nieruchomości. Może pan prezydent wykaże odrobinę dobrej woli i go umorzy? Mam nadzieję, że to nie zemsta za to, że swego czasu zamknąłem stadion Ruchu Chorzów – ripostował wojewoda śląski Lechosław Jarzębski.

– Nie mogę sobie wyobrazić, by co roku park kultury miał oczekiwać dofinansowania z budżetu. Trzeba być szalonym, by na to liczyć. Jeśli sprawy nie uporządkuje się inaczej, będzie dramat – podkreślał premier Marek Belka.
Od szefa rządu dostało się tarnogórskiemu staroście Józefowi Korpakowi. – Czy kiedykolwiek ten powiat będzie miał inną sytuację niż kryzysowa? Nie należałoby połączyć powiatu ziemskiego z grodzkim? – pytał premier.

Barszcz i rydze

Po dyskusji przyszła pora na coś dla ciała. Obiad dla szefa rządu przygotował kucharz ze stołówki Urzędu Wojewódzkiego. W Sali Złotej gmachu podano rydze na maśle, barszcz z uszkami i sandacza z grilla. Jak smakowało, nie wiadomo, bo „borowcy” szczelnie obstawili wszystkie drzwi sali.

Powiedzieli:

Zbyszek Zaborowski, szef śląskiego SLD
„Dobrą koniunkturę na węgiel mamy dzięki Bogu, Chińczykom i premierowi Belce.”
„Pan premier określił kres swojego rządu na czerwiec, nad czym ubolewam.”

Wacław Martyniuk, poseł SLD
„Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku jest dla Śląska tym, czym Central Park dla Nowego Jorku.”

Bohater na antenie

W czasie II wojny światowej Henryk Sławik uratował przed śmiercią kilka tysięcy Żydów. Film dokumentalny przedstawiający historię śląskiego bohatera wyemituje Telewizja Polonia. Będzie go można zobaczyć 26 września o godzinie 16.05 i 23.25 lub dzień później o godzinie 10.50.

Autor artykułu: Igor Cieślicki