Już się wydawało, że wokół Ruchu Chorzów, przynajmniej na pewien czas, zapadnie cisza i spokój. Tymczasem wciąż odżywają echa dawnych spraw. I oczywiście wciąż chodzi o pieniądze.
Niebieska mgła
Zrodziło się na dniach nieodparte wrażenie, że w Ruchu Chorzów nic nie układa się tak, jak miało się układać. Mimo że w lipcu nastąpiła zmiana na stanowisku prezesa stowarzyszenia – Krystiana Rogalę zastąpił Stefan Mleczko – mimo że powołano do życia spółkę akcyjną, mimo że udało się „odkręcić” kłopoty z zamkniętym stadionem.
Dawne upiory odżyły, a wywołane zostały informacjami o tym, że Ruch jak miał długi, tak je ma; że nie została jeszcze zarejestrowana w sądzie rejestrowym spółka akcyjna, choć minęły dwa miesiące od złożenia podpisów pod aktem notarialnym; że następuje iskrzenie na linii stowarzyszenie – spółka; że we mgle rozpływa się wizja zagranicznego wsparcia dla Ruchu, do czego dołączyć należy ten konkret, iż ponadnarodowy hutniczy koncern LNM oficjalnie zdementował chęć inwestowania w Ruch – w piłkę nożną w ogóle; że w kolejce roszczących sobie prawa do finansowej rekompensaty za okres gry w drużynie „niebieskich” ustawił się Piotr Pierścionek, który podpiera się dodatkowo dwiema umowami o świadczenie piłkarskich usług; że w ogóle Ruch nie ma politycznego zaplecza, o czym świadczą jego przepychanki o możliwość gry na własnym obiekcie i z udziałem publiczności.
Czy zatem Ruch ma przed sobą przyszłość? A jeśli tak, to jaką?
Nikt nie zakłada, że świetlaną, ale może przynajmniej stabilną, opartą na zdrowych finansowych zasadach. No a przede wszystkim I-ligową, bo trudno, żeby wśród sympatyzujących z 14-krotnym mistrzem Polski byli tacy, których satysfakcjonowałaby II liga.
Czy zatem to, co działo się w minionych tygodniach, pozwala zakładać optymistyczne prognozy, czy też raczej czarne scenariusze? Oto próba odpowiedzi na te pytania, choć bez aspiracji do wyczerpania tematu.
Bałkański zaciąg
Niebawem Ruch wzbogaci się o trzech nowych zawodników: Czarnogórca Aleksandra Madzara, Serba Vladimira Nenadicia i Chorwata Milosa Drobnjaka. Dwaj pierwsi na Cichej pojawili się w ub. tygodniu, ten ostatni, 28-letni obrońca, przyjechał w poniedziałek. Wszyscy swoimi umiejętnościami piłkarskimi zadowolili trenera Jerzego Wyrobka, ale w pewnym momencie wydawało się, że z transferu nic nie wyjdzie. Wczoraj jednak zapadła ostateczna decyzja na „tak”.
– Być może z wszelkimi formalnościami zdążymy na mecz z Piastem Gliwice – informuje dyrektor sportowy, Mirosław Jaworski. – Ale teraz wszystko w rękach samych zawodników, którzy muszą udać się z powrotem do swoich krajów i otrzymać polskie wizy z prawem do pracy. My ze swojej strony musimy dla nich załatwić pozwolenia na pracę w Polsce.
Trener Wyrobek chciałby mieć ich do swojej dyspozycji możliwie najszybciej. – Kiedy dojdą do zespołu, niektórzy przestaną być pewni swoich etatów w wyjściowej jedenastce. Nic tak nie pobudza jak zdrowa konkurencja – twierdzi szkoleniowiec.
Jak pozyskanie trzech graczy z Bałkanów ma się do zakazu transferów nałożonego na Ruch?
– Korzystamy z uchwały PZPN z 30 sierpnia br. dopuszczającej pozyskiwanie przez kluby, które są ukarane tym zakazem, trzech zawodników dodatkowo, pod warunkiem oczywiście, że są to zawodnicy wolni. Ci, którzy znaleźli się u nas spełniają ten warunek – mówi Stefan Mleczko.
Sprawa Piotra Pierścionka
“Z czegoś musi żyć”
Kilka dni temu, były piłkarz Ruchu, Piotr Pierścionek, poinformował publicznie, że zamierza pójść do sądu, jeśli klub z Cichej nie ureguluje wszystkich kwestii finansowych związanych z jego grą w niebieskich barwach.
Problem piłkarza polega na tym, że latem ub. roku podpisał dwie umowy. Najpierw kontrakt zawodowy na dwa lata. Kiedy jednak okazało się, że Ruch został ukarany przez PZPN zakazem transferów, zaproponowano mu podpisanie aneksu, w którym złożył deklarację, że za swoją grę nie pobiera pieniędzy – czyli że jest amatorem. Jednocześnie zaproponowano mu podpisanie umowy o pracę, w myśl której miał być specjalistą do spraw reklamy, za kwotę 1000 złotych miesięcznie. Pierścionek podpisał, a Ruch dzięki temu mógł zawrzeć kolejne umowy z innymi piłkarzami – w ten właśnie sposób obchodząc zakaz transferów.
Jak twierdzi piłkarz, pieniądze z tytułu wypełniania kontraktu, miał otrzymywać „pod stołem”. Nigdy żadnych nie otrzymał, zarobił jedynie 7600 zł z tytułu umowy o pracę na stanowisku pracownika reklamy.
Wiosną poprzedniego sezonu Pierścionek rozchorował się i w Ruchu więcej nie zagrał. Po wyleczeniu kontuzji został trenerem Zapory Przeczyce. – Ale nigdy nie figurowałem w żadnym protokole – zapewnia piłkarz, który dzisiaj jest grającym trenerem w Czarnych Sosnowiec (IV liga), podkreślając w ten sposób, że od strony formalnej jest czysty.
– Jestem zdesperowany – mówił nam wczoraj Pierścionek. – Walczę o swoje pieniądze, bo muszę z czegoś żyć. Według moich wyliczeń Ruch zalega mi z wypłatą ok. 30 tysięcy złotych plus odsetki. Zdaję sobie sprawę, że to ja podpisałem dwie umowy, ale też nie ja je wymyśliłem i nie mam zamiaru ponosić konsekwencji tego oszustwa. Ja chciałem po prostu grać. Teraz zbieram odpowiednie dokumenty. We wtorek wystąpiłem do Śląskiego Związku Piłki Nożnej o skserowanie zawartych umów pomiędzy mną a klubem.
Piłkarz, który wspiera się wiedzą i doświadczeniem adwokata, twierdzi, że jest gotowy do rzeczowych negocjacji z Ruchem i odstąpienia od drogi sądowej. – Musimy jednak zawrzeć precyzyjną umowę, która oczywiście później będzie rzetelnie realizowana. Boję się tylko, by klub z Cichej, który naprawdę darzę wielką sympatią, znów nie grał na zwłokę. Tak jak w przypadku wielu innych piłkarzy – dodał Piotr Pierścionek.
Andrzej Chrzanowski, prezes S. S. A Ruch Chorzów
“Nie poganiać spraw”
Zarzuca się nam, że jeszcze nie zarejestrowaliśmy spółki w Sądzie Rejestrowym. A ja twierdzę, że spraw nie należy poganiać. Dzień po dniu, krok po kroku przybliżamy się do tego celu. Ale chcemy być dobrze przygotowani. Najważniejsze jest bardzo precyzyjne przygotowanie umowy pomiędzy spółką a stowarzyszeniem odnośnie przejęcia drużyny i prowadzenia jej w rozgrywkach ligowych, znaku firmowego, a także ustalenia zasad, kto za co będzie odpowiadał w okresie przejściowym. Dla przykładu, na najbliższym posiedzeniu przyjmiemy regulamin dyscyplinarny dla zespołu.
Nie zapominajmy o tym, że Ruch funkcjonował wcześniej w pewnym bałaganie. Nie da się więc zrobić wszystkiego i od razu.
Dość powszechne jeszcze do niedawna było przekonanie, że kiedy zmieni się w Ruchu pod względem personalnym, to sponsorzy będą walić drzwiami i oknami. Nie wiem, dla kogo stworzono to wrażenie, ale pozostało ono wyłącznie… wrażeniem. Trochę było w tym swego rodzaju polityki, trochę gadania.
Oczywiście, już teraz moglibyśmy wystąpić do Urzędu Skarbowego o przyznanie tymczasowego zezwolenia na działalność gospodarczą, ale przecież na razie nie planujemy żadnych przychodów, więc po co tworzyć struktury złożone z księgowych, sekretarek i innych urzędników?
Zarejestrowanie spółki planujemy do końca tego roku, tak by w rundzie wiosennej mogłaby już ona prowadzić drużynę w rozgrywkach. Choć nie wykluczam i takiego rozwiązania, że przejmiemy ją dopiero od nowego sezonu. Nie mamy zamiaru spieszyć się tylko po to, by komuś sprawić przyjemność.
Na razie mogę powiedzieć, że zgromadziliśmy 600 tysięcy z przeznaczeniem na kapitał zakładowy, a do końca roku powinien być już milion złotych. A zimą zamierzamy tak wzmocnić drużynę, by zaczęła odgrywać w II lidze znacznie większą rolę niż dotychczas. W zależności od stanu finansów określimy, czy podejmujemy atak na I ligę czy też dbamy tylko o to, by nie powtórzyła się tegoroczna nerwowa wiosna.
Jeśli chodzi o domniemanych sponsorów z zagranicy, to wszystkie te informacje które dotychczas błądziły w mediach, można uznać za bardzo nieprecyzyjne bądź nieprawdziwe. Owszem, toczą się bardzo zaawansowane rozmowy, ale ich kierunek jest zupełnie inny. Jeśli dojdziemy do porozumienia z naszym kontrahentem, nie omieszkamy o tym powiadomić opinii publicznej.
Czy jestem optymistą? W odniesieniu do życia – umiarkowanym. W odniesieniu do Ruchu? Czas ciągle to weryfikuje.
Za czym kolejka ta stoi?
Rozmowa ze Stefanem Mleczką, prezesem Ruchu Chorzów
Raz po raz o Ruchu Chorzów słychać w nieciekawym kontekście. Nie żałuje pan, że zdecydował się objąć stanowiska prezesa tego klubu?
Mimo wszystko, to bardzo nobilitujące kierować takim klubem. Ale rzeczywiście wszystkie zaszłości dają o sobie mocno znać. Mam na myśli przede wszystkim zadłużenie finansowe, które ciąży nam jak okrutny garb.
To może lepiej byłoby pójść śladem innych klubów – odciąć się od zaległości poprzez powołanie do życia nowej struktury? Wiele klubów wskazało już ten kierunek. Ostatnio Widzew Łódź.
Trudno mi to sobie wyobrazić, choć to taka wygodna droga na skróty. No, a skoro zdecydowałem się, muszę ponosić wszelkie konsekwencje.
Sporządził pan sobie coś w rodzaju bilansu zamknięcia i otwarcia? Tak, by dla własnego spokoju wiedzieć, co pana winą i zasługą, a co nie?
Taki bilans został sporządzony na dzień 30 czerwca pod względem majątkowym, księgowym, inwentaryzacyjnym. Ale pamiętajmy o czymś takim jak ciągłość firmy. Nie mogę powiedzieć: to mnie obchodzi, a tamto już nie. Tak jak nie mogę w rozmowach z firmą dostarczającą nam wodę czy z telekomunikacją, posługiwać się argumentem, że jestem tu od dwóch miesięcy i że płacę na bieżąco, a zaległości wobec nich mnie nie obchodzą.
Woda płynie, światło się pali…
Choć bywa, że się dziwię, dlaczego? Pewnie właśnie dlatego, że staramy się regulować na bieżąco, zarówno zobowiązania wobec firm, jak i piłkarzy. Choć czasem mam wątpliwości, czy głośno mówić, że cokolwiek płacimy, gdyż od razu ustawiają się kolejki wierzycieli – byłych pracowników, którzy szukają swojej szansy na odzyskanie przynajmniej części pieniędzy.
Kolejki?
No, codziennie przychodzi kilka osób, widać czasem na pierwszy rzut oka, że w bardzo trudnej sytuacji materialnej.
Na Ruchu ciążą wyroki sądowe z tytułu niespłaconych zobowiązań. Dużo ich jest?
Kilkanaście. Ale mam oprócz tego protokoły z kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, nakazujące uregulowanie zaległości finansowych wobec 78 osób fizycznych. Za brak wypłat, za niewykorzystane urlopy itd. Takich, które już w Ruchu nie pracują i takich, które nadal tutaj są. Swoją drogą, podziwiam tych ostatnich, że wytrwali tu wbrew wszelkim przeciwnościom.
Może nie mieli alternatywy?
Może, ale na pewno większość z nich jest bardzo z Ruchem związana, choć nawet na umowach o pracę nie mieli zagwarantowanych wielkich pieniędzy.
To jaka jest, właśnie teraz, kondycja finansowa Ruchu?
Powiedziałbym, że w dalszym ciągu nie jest stabilna. Wynika to z braku stałych i regularnych wpływów. Na przykład z działalności gospodarczej czy handlowej. Te wpływy były i są „akcyjne”. Ale też Ruch wziął na siebie w przeszłości obowiązki, których brać nie musiał. Już dawno mógł oddać stadion pod zarząd Miejskiego Ośrodka Rekreacji i Sportu w Chorzowie, a nie gospodarzyć na nim samodzielnie. Po pierwsze, sytuacja pracowników byłaby o wiele lepsza, w każdym razie pewniejsza, po drugie, jeśli popatrzeć na sposób zarządzania przez dyrektora Janusza Stachowskiego MORIS-em i na obiekty, które leżą w jego gestii, to i stadionowi krzywda by się nie działa. Mam jednak nadzieję, że 1 stycznia stadion przejdzie pod zarząd MORIS-u.
A jak ze starymi zobowiązaniami wobec piłkarzy, trenerów, instytucji?
Zacząłbym od tego, że w odzyskaniu pełnej płynności finansowej przeszkadzają nam wspomniane zaszłości. Biją w nas nie tylko kwoty zasadnicze, ale i odsetki od nich. Dość powiedzieć, że niedawno musieliśmy zapłacić 50 tysięcy złotych Toniemu Jurjevovi za okres jego gry w Ruchu. Pamięta pan kiedy to było? Pięć lat temu! A co ten Jurjev nagrał się w Ruchu?
A tu jeszcze pojawiają się nowe żądania, na przykład Piotra Pierścionka.
Powiem tak: ze wszystkimi naszymi wierzycielami – również z Pierścionkiem – chcemy ugody, ale ponieważ tych spraw jest bardzo dużo, zarząd Ruchu przekazał swoje pełnomocnictwa biuru prawnemu „Alegat” z Katowic. Są i optymistyczne wieści. Między innymi taka, że jesteśmy blisko ugody z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, nasz dług wobec tej instytucji stopnieje o 1 milion 100 tysięcy złotych. Próbujemy też układać się z różnymi wierzycielami. Staramy się zamieniać długi na reklamę, rozkładać poszczególne kwoty na raty…
Na duże zaległości skarży się również sztab szkoleniowy pierwszej drużyny.
Ten problem uwiera mnie wyjątkowo. W pierwszych ustaleniach wszelkie zobowiązania wobec nich miała wziąć na siebie spółka. Do tego na razie nie doszło, mam nadzieję, że dojdzie niebawem. Zarówno w odniesieniu do wysokości płac, jak i tego, kto będzie płacił.
O czym pan marzy?
O tym, by w bieżącej działalności mieć trochę oddechu.
Autor artykułu: Andrzej Grygierczyk