Archive for October, 2004

Wybitnie dochodowy nauczyciel

Monday, October 25th, 2004

Adam Zoń dostał 1,6 tys. zł nagrody od starosty Andrzeja Zielińskiego przeznaczonej dla wybitnych nauczycieli, choć nikt z jego przełożonych o to nie wnioskował. Czy jakieś znaczenie miał tu fakt, że Zoń jest wiceprzewodniczącym rady powiatu?

- Nagród jest mało, wybieram więc tylko najwybitniejszych pedagogów – mówi Jan Lubiński, dyrektor żywieckiego Zespołu Szkół Budowlano-Drzewnych. Wytypował dwoje nauczycieli, których uczniowie brali udział nawet w konkursach międzynarodowych.

Właściwie dyrektor Lubiński powinien się cieszyć, bo dwoje jego nauczycieli dostało nagrody starosty. Z tym, że tylko jeden z nich został wytypowany przez dyrektora.

Drugim zaś był Adam Zoń, półetatowy nauczyciel przysposobienia obronnego. – Wywiązuje się sumiennie ze swoich obowiązków. Ale za wypełnianie swoich obowiązków nauczyciele otrzymują pensje, a nagroda jest dla nauczycieli wybitnych – dodaje dyrektor.

Adam Zoń pracuje także w Zespole Szkół Ogólnokształcących w Łodygowicach. Stamtąd także nikt nie wnioskował o przyznanie mu nagrody. – Nie musi nikt występować. Skoro nagroda została mi przyznana, to znaczy, że starosta miał podstawę, aby to zrobić – wyjaśnia sam Zoń.

Adam Zoń nie jest jednak tylko zwykłym nauczycielem. Jest prominentnym powiatowym radnym, wiceprzewodniczącym całej rady powiatu. A to rada wybiera starostę, rada też decyduje o propozycjach przedkładanych przez starostę.

- Dlaczego miałem nie przyjąć nagrody? – dziwi się Zoń. Na pytanie, czy nie widzi nic niestosownego w fakcie, że jest wiceprzewodniczącym rady i dostaje nagrodę od starosty, odpowiedział, że nie jest to rozmowa na telefon. Nie znalazł jednak wczoraj czasu, aby się z nami spotkać.

- Odwróćmy pytanie. Czy przez to, że jest radnym, ma mieć ograniczony dostęp do wyróżnień i nagród dla nauczycieli? – pyta z kolei Stanisław Kucharczyk, rzecznik starosty Zielińskiego.

Jaki zatem dorobek pedagogiczny Zonia docenił starosta, że uznał go za wybitnego nauczyciela? – Połączył pracę pedagogiczną z wymiernymi korzyściami finansowymi dla powiatu – wyjaśnia Kucharczyk. To bowiem Zoń zorganizował letni obóz dla młodzieży w szkole w Moszczanicy. Obóz zarobił dla powiatowej szkoły ok. 20 tys. zł.

- To ciężko uznać nawet za niezręczność. Nagroda starosty jest uznaniowa. Trzeba było wybrać 19 osób spośród wszystkich 634 nauczycieli powiatowych. Zawsze w takich wypadkach będą kontrowersje – wyjaśnia Kucharczyk.

Autor artykułu: Mirosław Łukaszuk

Piast Gliwice – Świt Nowy Dwór Mazowiecki 2:1

Monday, October 25th, 2004

Piłkarze Piasta Gliwice wreszcie zgarnęli trzy punkty pokonując Świt Nowy Dwór Mazowiecki. Szczególne powody do zadowolenia miał nowy trener zwycięzców, Wojciech Borecki, który ledwie przed tygodniem został zwolniony z GKS Katowice. Rzednie za to mina jego kolegów po fachu: Janusz Białek (Szczakowianka) i Jan Żurek (Podbeskidzie) na pewno nie wypełnią warunków, jakie postawili przed nimi szefowie klubów. Kto wie, czy już w tym tygodniu nie ruszy
na dobre trenerska karuzela…

Od zwycięstwa ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki 2:1 (2:1) rozpoczął pracę z Piastem Gliwice Wojciech Borecki. Były bramkarz gliwickiej jedenastki tchnął w zespół nowego ducha i w sobotę wystarczyło to do wygranej. Teraz trzeba myśleć nad poprawą piłkarskiego rzemiosła, bo nie zawsze Piast będzie miał tyle szczęścia, co w meczu ze Świtem. Goście uważali nawet, że gliwiczanie grali w dwunastu, a tym dwunastym zawodnikiem Piasta… był sędzia.

Borecki rozpoczął pracę w klubie z dużym kredytem zaufania. “Nie chcemy cudów, żądamy twardej ręki” – napisali kibice na powitalnym transparencie.
- Nie będę autokratą, ale wierzę, że z całą drużyną będziemy grać do jednej bramki. Przecież wszyscy żyjemy z piłki i musimy traktować swoje obowiązki profesjonalnie – zapowiedział szkoleniowiec.

Dowodem na to, że nowy trener jest zwolennikiem polityki “grubej kreski” było wystawienie w podstawowym składzie Michała Stolarza, który nie tak dawno został przez działaczy… odsunięty od pierwszego zespołu.
- Długo musiałem namawiać prezesa Żemajtisa, aby przywrócił Michała do zespołu. Chcę jednak, aby wszyscy mieli równe szanse. Czas pokaże, kto swoją szansę wykorzystał – wyjaśnił Borecki.

Po meczu ze Świtem rachunek strat i zysków jest na koncie Stolarza zerowy. Pomocnik Piasta stracił piłkę w środku pola i od tego rozpoczęła się akcja, z której goście zdobyli gola w 22 min. W 31 min Stolarz popisał się jednak pięknym rajdem lewym skrzydłem i dośrodkowaniem, po którym Piast – na raty – strzelili drugiego gola. Strzał z kilku metrów Jarosława Kaszowskiego instynktownie obronił Rafał Misztal, ale przy dobitce Piotra Ussa był już bezradny.

Uss miał także swój udział przy pierwszym golu dla gospodarzy. To on uderzył głową po rzucie rożnym, piłkę zbyt krótko wybił stojący na linii obrońca Świtu i Marcin Chyła zdobył swojego trzeciego gola tej jesieni.
- Trener Borecki ustawił nas tak, żeby gra była bardziej ofensywna. Chodziło o to, aby napastnicy otrzymywali większe wsparcie od bocznych pomocników. Coś już z tego wychodziło, ale wymaga to jeszcze dogrania – nie krył po meczu Uss.

Piast musi także popracować nad grą pod presją rywala. W drugiej połowie, gdy piłkarze Świtu agresywniej zaatakowali, gliwiczanie mieli kłopot z utrzymaniem się przy piłce. Goście nie zdołali wyrównać, bo dobrze i szczęśliwie bronił Gorczyca. Zdaniem działaczy i trenera Świtu w odniesieniu wygranej pomógł drużynie Piasta także sędzia, który po jednym z zagrań Gorczycy miał odgwizdać karnego.
- Nie zostawimy tego w ten sposób. Kasetę z meczu wyślemy do PZPN. Będzie miał prezes Listkiewicz prezent przed wyborami – grzmiał w czasie spotkania jeden z działaczy z Nowego Dworu Mazowieckiego.
Gorąco było także po meczu pod szatnią gości, gdzie szkoleniowiec Świtu nie przyjął podziękowań za spotkanie od trenera Boreckiego.

ZDANIEM TRENERÓW

Wojciech Borecki, Piast
Patrząc na umiejętności piłkarskie Świt był lepszy, ale my wygraliśmy dzięki cechom wolicjonalnym – ambicji, zaangażowaniu, woli walki.

Jerzy Masztalerz, Świt
To był dziwny mecz. Byliśmy o klasę lepsi, ale niezasłużenie przegraliśmy. Dlaczego sędzia nie podyktował dla nas rzutu karnego pozostanie jego tajemnicą. Jeśli tak ma wyglądać piłka nożna to ja dziękuję. Będziemy pisać do PZPN, aby pan Rutkowski już nie prowadził naszych spotkań. Sędziuje nam po raz trzeci i po raz trzeci przegrywamy…

Autor artykułu: Grzegorz Mikuła

Seks może być nałogiem

Friday, October 22nd, 2004

O uzależnieniu od seksu możemy mówić wówczas, gdy myśli na ten temat zajmują zbyt wiele miejsca w życiu człowieka – twierdzi dr Adam Sipiński, seksuolog. – Jednak, aby mieć pewność, czy rzekomo nadmierny popęd jest już nałogiem, należy skonsultować się ze specjalistą.

Objawów nałogu w tym wypadku jest kilka. Pierwszy etap cechuje fakt podporządkowania życia seksowi. Kolejny to rytualizacja, polegająca na uprawianiu miłości w określonych, niezmiennych sytuacjach lub pozycjach albo zrytualizowana masturbacja. Osoba uzależniona nie potrafi podniecić się w innych sytuacjach. Następnie zaczynają pojawiać się natręctwa myślowe, przypominające chorobę psychiczną. Powodują one komplikacje w życiu osobistym, w pracy lub w szkole. Nałogowiec nie potrafi skupić się na żadnej czynności, jest nieustannie zdekoncentrowany, cierpi na bezsenność. Ostatni etap to wyrzuty sumienia, spowodowane świadomością własnego uzależnienia, odczucie dyskomfortu psychicznego. W takiej sytuacji trzeba jak najszybciej zgłosić się do seksuologa na leczenie. – Ostatnio modna i skuteczna jest terapia grupowa, przypominająca spotkania anonimowych alkoholików – dodaje dr Adam Sipiński. – Moim zdaniem najlepsze efekty przynosi leczenie w parach. Nie zawsze partnerzy czy małżonkowie są w stanie zrozumieć, a tym bardziej zaakceptować, chorobę swojej drugiej połowy. Zadaniem lekarza jest wtedy wyjaśnienie, że za nadmierny popęd seksualny jednego z nich, nie można nikogo winić, lecz starać się w drodze kompromisu rozwiązać problem.

Winny: testosteron

Od seksu częściej uzależniają się panowie. Nie oznacza to jednak, że panie nie mają takich kłopotów. Przeciwnie, nimfomania, czyli wewnętrzny przymus do poszukiwania wciąż nowych partnerów lub niezaspokojenie seksualne u kobiet, nie jest akceptowane w społeczeństwie. Przyczyny takich zachowań są różne. Najczęściej wynikają z buntu przeciwko restrykcyjnemu wychowaniu i ortodoksyjnemu podejściu do seksualności człowieka. Inna to burza hormonalna w okresie dojrzewania, zwłaszcza u nastoletnich chłopców. Skłonności do uzależnienia leżą też w indywidualnych cechach osobniczych albo w przykrych doświadczeniach z dzieciństwa, związanych np. z molestowaniu seksualnym. – Warto dodać, że uzależnienie od seksu może wynikać także z przyjmowania leków psychotropowych i testosteronu, nadużywania alkoholu i narkotyków – twierdzi seksuolog. Od seksu mają dużą szansę uzależnić się kobiety cierpiące na hiperandrogynizm (zbyt duży poziom testosteronu, objawiający się m. in. nadmiernym owłosieniem nóg i wąsikiem). Panie te mają także skłonności do nimfomanii oraz zachowań homoseksualnych.

Na terapię

Nałogowi seksoholicy niekoniecznie muszą masturbować się czy bez przerwy uprawiać seks. Niektórzy stają się skatofilami (podnieca ich rozmowa erotyczna, np. przez telefon), ekshibicjonistami albo podglądaczami. Inni dopuszczają się czynów patologicznych, tj. pedofilia czy gwałt.
- Leczenie seksualnych nałogowców nie jest łatwe. Czasami wystarczą tygodnie. Ale są też przypadki beznadziejne – dodaje dr A. Sipiński.
Według statystyk seksoholicy najczęściej uprawiają miłość w kontaktach pozamałżeńskich (68 proc.) lub z prostytutkami (15 proc.).

Autor artykułu: Małgorzata Himmel

Hula sufit

Friday, October 22nd, 2004

Anna Kulig chce, żeby spółdzielnia ociepliła jej mieszkanie. Boi się, że kolejnej zimy nie wytrzyma i będzie musiała się wyprowadzić.

Mieszkanie Anny Kulig położone jest na poddaszu bloku przy ul. Podgrodzie w Będzinie. Nie ma tradycyjnego sufitu, bo zastępuje go dach, który jest specjalnie ocieplany, a od wewnątrz wykończony boazerią. Dach tworzy tzw. podsufitkę. Poważne braki w ociepleniu podsufitki lokatorka zauważyła już zeszłej wiosny.

Strach przed zimą

- Ptaki wydłubują watę, którą ocieplony jest dach i to niestety ja mam takiego pecha, bo te ptaki szczególnie upodobały sobie odcinek dachu właśnie nad moim mieszkaniem – mówi Anna Kulig.
Latem nie jest tak źle, horror zaczyna się późną jesienią. – Po mieszkaniu hula wiatr. Mimo że kaloryfery miałam odkręcone na cały regulator, było zimno jak na dworze. Zeszłej zimy byłam zmuszona wyprowadzić się do znajomych – twierdzi zdenerwowana lokatorka.

Spółdzielnia stwarza problemy

Chociaż lokatorka zgłosiła usterkę już na wiosnę 2003 roku, to do zimy nikt z administracji Spółdzielni Mieszkaniowej “Wspólnota” nie wziął na poważnie jej skarg. – Najpierw pracownik administracji poinformował mnie, że powinnam naprawić dach we własnym zakresie. Uznałam to za skandal i napisałam do spółdzielni oficjalne pismo. W odpowiedzi dowiedziałam się, że niestety spółdzielnia nie dysponuje specjalistyczną zwyżką, aby wymienić fragment nieszczelnego dachu oraz ocieplenia – dodaje zbulwersowana lokatorka.
Niestety, w zeszłym roku nic nie wskórała i z mieszkania na zimę musiała się wyprowadzić. Przed tegoroczną zimą zapowiada, że wyprowadzać się nie ma zamiaru, a kosztami ewentualnego leczenia, jeśli zachoruje z niedogrzania, obciąży spółdzielnię.

Nie dam zdewastować mieszkania

Pracownicy administracji znaleźli wyjście z sytuacji i chcą przeprowadzić wymianę ocieplenia podsufitki od wewnątrz. Ale lokatorka nie chce wpuścić ekipy do swego mieszkania. – Zdemolują mi cały dom – twierdzi pani Anna. – Denerwuje ich fakt, że od ponad roku chodzę, monituję i piszę pisma w tej sprawie i będą chcieli się zemścić, zostawiając po sobie rozgardiasz.
Mimo to lokatorka wpuściła do mieszkania ekipę wymieniającą okna. Cały czas jednak nie godzi się, by przy okazji rozebrano wewnętrzną boazerię i uzupełniono ubytki w podsufitce. – Jeśli oni to zrobią w ten sam sposób co okna, to będę zmuszona poprawiać na własną rękę i za własne pieniądze. Ocieplenie zostało uszkodzone od zewnątrz, a jeśli oni wymienią je od wewnątrz, to na przyszły rok problem powróci, bo ptaki wciąż tam mieszkają.


Wymienimy w każdej chwili
Jolanta Daczkowska, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej “Wspólnota” w Będzinie:
Nasze ekipy deklarują wymianę izolacji w każdej chwili, pod warunkiem, że lokatorka wpuści pracowników do mieszkania. Najtaniej i najefektywniej byłoby wykonać tę pracę od wewnątrz, a nie podstawiać specjalistyczną zwyżkę i ściągać płyty acekolowe, którymi kryty jest dach. Choć muszę przyznać, że planujemy również wymianę pokryć dachowych w naszych zasobach. To jest jednak kwestia przynajmniej 3 następnych lat. Nie możemy w tym momencie, kiedy spółdzielnię nie stać na wymianę wszystkich pokryć dachowych, dokonać takiej wymiany tylko nad mieszkaniem jednej lokatorki. Spółdzielnia to wspólnota mieszkańców i wszyscy muszą uzbroić się w cierpliwość i poczekać na wymianę pokryć dachowych. Natomiast wymianę ocieplenia w podsufitce pani Anny Kulig możemy zrobić w każdej chwili, ale od wewnątrz jej mieszkania.

Autor artykułu: Krzysztof Dulko

Zabrakło na dodatki

Friday, October 22nd, 2004

Od trzech miesięcy lokatorzy czynszowych kamienic w Chorzowie nie otrzymują dodatków mieszkaniowych. Ośrodek Pomocy Społecznej tłumaczy, że jego konto jest puste. Magistrat twierdzi, że pieniądze przekazał. Właściciele i zarządcy kamienic upominają się o zapłatę od lokatorów, a od władz miasta żądają wywiązywania się z realizacji ustawy o dodatkach mieszkaniowych.

Pełnomocnik właścicielki kamienicy przy ul. 23 Czerwca Zenon Podwórny przesłał prezydentowi miasta Markowi Koplowi wezwanie do zapłaty zaległych dodatków. – W mojej sytuacji chodzi o kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, ale w skali miasta suma urasta w grube miliony – twierdzi Podwórny. – Jeśli będę zmuszony wypowiedzieć umowy najmu lokatorom, odpowiedzialność spadnie na prezydenta.
Lokatorzy kamienicy żyją w strachu. – Od sierpnia nie otrzymuję dodatku mieszkaniowego i gdyby nie dobra wola właściciela budynku, już mogłabym być na bruku – mówi Iwona Nita, jedna z lokatorek. – Kiedy poszłam do Urzędu Miejskiego nikt nie chciał ze mną rozmawiać, a sekretarka wiceprezydenta Joachima Otte powiedziała, żeby szefowi głowy nie zawracać, bo sprawa jest już wyjaśniona i pieniądze zostały do OPS przesłane.

Gdzie są pieniądze?

Ustawa o dodatkach mieszkaniowych mówi, iż świadczenie należy wypłacić na konto zarządcy bądź lokatora do 10 dnia każdego miesiąca. Jeszcze w środę konto OPS w Chorzowie było puste, mimo iż władze miasta zapewniały, że pieniądze zostały przekazane. – Prezydent obiecał, że w najbliższym czasie na nasze konto wpłynie 2 mln zł i będzie można wypłacić zaległe dodatki – wyjaśnia dyrektorka OPS Bożena Antończyk. – Niestety transze, jakie otrzymujemy z budżetu gminy, są zbyt małe. W ciągu 8 miesięcy zrealizowaliśmy roczny plan – dodaje.
W budżecie miasta zarezerwowano 14 mln zł na dodatki mieszkaniowe. Do OPS trafiło 9 mln 200 tys. Resztę miał dołożyć Urząd Wojewódzki, ale od tego roku ustawodawca zwolnił wojewodów od wspomagania gmin w finansowaniu dodatków mieszkaniowych.

Lokatorom, nie zarządcom

Prezydent Chorzowa poinformował wczoraj, że podjął decyzję o przesunięciu 2 mln zł w budżecie miasta na zaspokojenie najważniejszych roszczeń. Stwierdził, że nie zamierza respektować nakazów zapłaty, jakie otrzymuje od zarządców prywatnych nieruchomości. – Jeśli jesteśmy coś komuś winni, to lokatorom i do nich kierujemy pomoc – wyjaśnia Marek Kopel.
Innego zdania jest Podwórny. – Pieniądze powinny wpływać bezpośrednio na nasze konta – irytuje się Podwórny. – Jeśli ja zalegam z jakimiś opłatami, to jestem straszony windykatorem bądź komornikiem. Nie widzę powodu, by ze swych roszczeń rezygnować. Jeśli nie otrzymam pieniędzy, skieruję sprawę na drogę sądową.


Uprawnionych do otrzymywania dodatków mieszkaniowych jest w Chorzowie ponad 7 tys. rodzin. Otrzymują średnio dopłatę w wysokości połowy czynszu. W Chorzowie nawet miejska spółka, jaką jest Przedsiębiorstwo Gospodarki Mieszkaniowej, upomina się u lokatorów o pieniądze, które powinna otrzymać z budżetu miasta.

Autor artykułu: Krzysztof Dulko

Zwycięzcy z Brynowa

Wednesday, October 20th, 2004

Zespół TKKF Lechia Katowice został zwycięzcą 23. edycji piłkarskiego turnieju drużyn amatorskich “I Ty możesz zagrać na Stadionie Śląskim”. W niedzielnym finale na głównej płycie chorzowskiego giganta drużyna z Brynowa pokonała jedenastkę FHU Oliwii Katowice w rzutach karnych 4:3. W regulaminowym czasie wynik był bezbramkowy.

- Tym zwycięstwem powetowaliśmy sobie słaby sezon w Śląskiej Lidze Amatorów, w której zajęliśmy dopiero szóste miejsce – mówi kapitan drużyny Mirosław Dziedzic.

Drużyna TKKF Lechia działa przy katowickim klubie Rozwój, gdzie raz w tygodniu jej zawodnicy spotykają się na treningach. Większość piłkarzy wcześniej związana była ze śląskimi klubami niższych lig, choć dwóch z nich ma za sobą występy na zapleczu ekstraklasy. Dziś na co dzień pracują na kopalni Wujek lub w prywatnych firmach. Najstarszy z zawodników, Andrzej Kaczmarczyk ma 44 lata, najmłodszy, Artur Wodniak – 21.

- Spotykamy się i gramy dla czystej przyjemności. A zagrać na murawie Stadionu Śląskiego to naprawdę duża satysfakcja – dodaje Dziedzic.

Dodajmy jeszcze, że w meczu o trzecie miejsce Bar Karolinka Ruda Śląska pokonał Partner Hutę Katowice 3:1. Wszystkie cztery zespoły, które dotarły do decydującej fazy turnieju otrzymały pamiątkowe puchary i dyplomy.

W tegorocznej edycji imprezy wystartowało 16 zespołów. Turniej został zorganizowany przez Śląskie Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej, Miejski Ośrodek Rekreacji i Sportu w Chorzowie oraz Wojewódzki Ośrodek Sportu i Rekreacji Stadion Śląski.


KKF Lechia Katowice
Bramkarze – Marek Rajmund, Ryszard Behr; zawodnicy z pola – Mirosław Dziedzic, Andrzej Kaczmarczyk, Łukasz Śpiewakowski, Damian Materla, Artur Wodniak, Maciej Szmelcerczyk, Witold Rzeszutek, Grzegorz Bosowski, Marian Langer, Krzysztof Konik, Mariusz Krawczyk, Tomasz Pożyc.

Autor artykułu: tocha

Mecz ich ostatni?

Wednesday, October 20th, 2004

Koszykarze pierwszoligowego Tytana Częstochowa grają dzisiaj z Basketem Kwidzyn. Wszystko wskazuje na to, że będzie to ich pożegnalny występ w rozgrywkach. – Sytuacja jest dramatyczna. W tej chwili nie mamy żadnych pieniędzy – przyznaje Sławomir Gajda, wiceprezes Tytana.

Podczas ostatniego posiedzenia zarządu szefowie klubu, nie widząc wyjścia z trudnej sytuacji finansowej, podjęli decyzję o wycofaniu zespołu z pierwszoligowych rozgrywek.

- Zostaliśmy sami. Niestety sponsorzy nie wywiązali się ze swoich zobowiązań i nie było wyjścia – mówi Gajda.
Przed rozpoczęciem rozgrywek budżet klubu, po dużych oszczędnościach, ustalono na 800 tysięcy złotych. Większość pieniędzy miały pochodzić z firm Tytan i Press Glas. Sponsorzy szybko ograniczyli jednak wpłaty na klub. Koszykarze za swoją grę nie otrzymują pieniędzy, a klub balansuje na krawędzi bankructwa.

- A dlaczego w ogóle wystartowaliśmy? – Decyzję podjęliśmy na dzień przed inauguracją. Wtedy myśleliśmy, że firmy, które deklarowały nam pomoc, wywiążą się ze zobowiązań. Zaryzykowaliśmy – odpowiada wiceprezes Tytana.

Częstochowianie, zgodnie z terminarzem, grają dzisiaj ligowe spotkanie z Basketem. Jak zapewnia Gajda, zespół do meczu przystąpi.

- Na pewno zagramy. W ostatniej chwili udało nam się zgromadzić pieniądze na zorganizowanie tego meczu. Kibice deklarują, że licznie przybędą na mecz i w ten sposób wspomogą drużynę. Może z przychodów z biletów uda się uzbierać na wyjazd na kolejne spotkanie? – marzy Gajda. – Ale zdaję sobie sprawę, że trudno opierać się wyłącznie na naszych fanach. Dlatego nie wykluczam, że może to być pożegnalne spotkanie Tytana w I lidze – dodaje.
Szefowie Tytana cały czas liczą, że uda się jednak uratować koszykówkę i nie rezygnują z walki. W ostatnich dniach pojawiła się na to nadzieja.

- Rozmawiałem z władzami miasta. Zadeklarowano, że nam pomogą, mam też sygnały z kilku firm zainteresowanych współpracą. Na razie jednak to tylko deklaracje – twierdzi wiceprezes częstochowskiego klubu.

Działacze Tytana nie mają zbyt wiele czasu.

- Do końca października wszystko powinno być jasne. Wówczas kończy się okres transferowy, a trudno oczekiwać, by zawodnicy grali za darmo. Mają rodziny na utrzymaniu i muszą poszukać sobie nowych klubów – wyjaśnia Gajda.

Łukasz Bąk nie czekał tak długo. Już odszedł do drugoligowego CKS Czeladź, trzej inni koszykarze rozpatrują propozycje z innych zespołów.

Zgodnie z regulaminem Polskiej Ligi Koszykówki wycofanie z rozgrywek oznacza degradację o dwie klasy rozgrywkowe, czyli do III ligi. Ta rozpoczyna rozgrywki w najbliższy weekend i teoretycznie częstochowianie mogliby w niej wystąpić. Szefowie klubu nie zdecydowali jeszcze, czy zgłoszą zespół do III ligi.

- W tej chwili wciąż skupiamy się na poszukiwaniach pieniędzy na przetrwanie i nie podjęliśmy decyzji, co będzie później – kończy Gajda.

Autor artykułu: mim

Podsłuch w gabinecie szefa śląskiego SLD

Wednesday, October 20th, 2004

Nielegalny podsłuch zdemaskowano w gabinecie szefa śląskiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej posła Zbyszka Zaborowskiego. Pluskwa została zainstalowana za obrazem, wiszącym niewiele ponad metr od biurka, przy którym pracuje przewodniczący Sojuszu.

Nie tylko podsłuch

Zaborowski do pomieszczenia przeprowadził się w lipcu tego roku. Prawdopodobnie wtedy założono tam podsłuch. Sprawca wybrał idealne miejsce – olejny obraz nie zwracał niczyjej uwagi.
Pluskwa nadal tkwiłaby bezpiecznie za ramą, gdyby Zaborowski i jego najbliżsi współpracownicy nie zauważyli innych niepokojących sygnałów.
Ktoś “przeglądał” komputer sekretarki i robił bałagan na biurku przewodniczącego. Gdy sytuacja powtórzyła się i nie było wątpliwości, że z pokoju i sprzętu korzysta ktoś niepowołany, zarządzono kontrolę gabinetu, a także wszystkich pokoi, z których korzystają działacze SLD. Kompleksowa kontrola antypodsłuchowa została przeprowadzona kilka dni temu.

O czym mówią VIP-y?

Okazało się, że pluskwa jest jedna. Prawdopodobnie podsłuchującemu chodziło tylko i wyłącznie o zdobycie informacji o rozmowach toczonych przez szefa partii. To on w cztery oczy spotyka się z najważniejszymi osobami w województwie.
Natychmiast po odkryciu podsłuchu, Zaborowski poinformował o sprawie premiera, marszałka Sejmu oraz ministra sprawiedliwości. – Gdy już ochłonąłem ze zdziwienia, poradziłem mu natychmiastowe podjęcie tych czynności – wyjaśnia nam Wacław Martyniuk, sekretarz klubu parlamentarnego SLD.
Na razie Zaborowski urzęduje w gabinecie sekretarza Rady Wojewódzkiej Dariusza Nejmana.
Okazało się, że podsłuch był nielegalny. Nie maczały w jego zakładaniu swych palców polskie służby specjalne, tak jak było w przypadku byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka, którego śledzono i podsłuchiwano, bowiem rosyjski szpieg Władimir Ałganow posądził go o wzięcie łapówki. Gdyby zakładali go fachowcy, prawdopodobnie nigdy nie zostałby odkryty.

Takie obyczaje

Na temat ewentualnych sprawców już krążą różne hipotezy. Nie wyklucza się, że podłożenie pluskwy to dzieło sfrustrowanych działaczy Sojuszu, szukających haka na Zaborowskiego. Warto przypomnieć okoliczności w jakich przejął władzę zastępując na stanowisku Andrzeja Szarawarskiego. W Sojuszu powstały dwa nieprzychylne sobie obozy. Wielu dotychczasowych liderów zepchnięto na boczny tor. Czy któryś był tak zdeterminowany, by posunąć się do złamania prawa?
Podsłuchiwanie i nagrywanie nie jest czymś nowym w szeregach SLD. Kilka miesięcy temu jeden działacz nagrał drugiego, gdy ten w bardzo niepochlebnych słowach wypowiadał się o ważnym urzędniku państwowym z nadania Sojuszu. Sprawa rozeszła się jednak po kościach.
Przewodniczący Sojuszu nie wiąże podsłuchu w gabinecie ze swoim udziałem w komisji obrony narodowej. – Jestem jej szeregowym członkiem. Nie mam dostępu do tajemnic – wyjaśnia.
Sprawę prowadzi Prokuratura Rejonowa Centrum Zachód. Wczoraj w siedzibie Sojuszu przebywali policjanci. Zaborowski już został przesłuchany w charakterze świadka.

Kupić? Żaden problem!

Pluskwa z SLD działała na odległość. Miała niezależne zasilanie. Taki profesjonalny sprzęt można kupić bez żadnego wysiłku – wystarczy poczytać ogłoszenia w gazetach. Jedna z firm wysyłkowych działa w Gdańsku i oferuje sprzęt podsłuchujący już od 450 do 3 tysięcy złotych. Można je instalować w telefonach lub pomieszczeniach.
Trzeba mieć jednak do nich swobodny dostęp. Tak było w tym przypadku. Odbiornik zainstalowano latem, w tzw. martwym sezonie, gdy niewiele osób kręci się po korytarzach zajmowanych przez Wojewódzkie Biuro Parlamentarne SLD.


Zbyszek Zaborowski, szef śląskiego SLD:
Mam nadzieję, że śledztwo ujawni sprawców. Nie chcę snuć żadnych spekulacji, w ogóle nie chcę mówić o tej sprawie. Była to bardzo przykra niespodzianka. Śpię spokojnie, choć nie ukrywam, że nie czuje się zbyt komfortowo.

W ostatnim czasie odkryto podsłuchy:
- w gniazdku elektrycznym w gabinecie Zygmunta Holewy, zastępcy byłego prezydenta Zabrza Romana Urbańczyka, który był m. in. odpowiedzialny za nadzór geodezyjny i architekturę.
- w doniczce z juką i futrynie drzwi w gabinecie prezydenta Dąbrowy Górniczej Jerzego Talkowskiego, dwie pluskwy a jedną w gabinecie szefa dąbrowskiego MZUM.
- we własnym gabinecie kamerę wraz z systemem monitorującym ujawnił Rafał Kołakowski prezes zarządu Tramwajów Śląskich S. A.

Autor artykułu: Agata Pustułka

Dzikie skóry

Tuesday, October 19th, 2004

Przecież coś takiego nadaje się do prokuratora. Takie śmierdzące świństwo wywalili. O mało mnie szlag nie trafił – mówi pan Jacek Cieślik z Rydułtów, który znalazł pozostawione worki w lesie i natychmiast zaalarmował redakcję “Trybuny Śląskiej”. – Będzie tego chyba z tonę.

Worki w lesie
Worki znajdują się kilka kilometrów za Suminą w gminie Lyski, tuż przy zjeździe na wieś Adamowice. Do lasu prowadzi dróżka – 20 metrów dalej, przy drewnianym szlabanie, rozrzucono cuchnące odpady po obydwu stronach zarośli. Pan Jacek natknął się na znalezisko przypadkiem kilka dni temu.
- Do tej pory były to moje ulubione tereny spacerowe. Zawsze chodzę tamtędy na grzyby. Tym razem czekała mnie niemiła niespodzianka – denerwuje się nasz Czytelnik. – Pewnie jakaś firma zamiast wywieźć skóry do utylizacji i płacić, wymyśliła “oszczędniejszy” sposób – pokpiwa Jacek Cieślik.

“Śląska” interweniuje

W kilkunastu czarnych, olbrzymich workach kłębią się wilgotne resztki brązowej, czarnej i białej skóry. W lesie musiały się pojawić prawdopodobnie w ciągu ostatniego tygodnia.
- Wcześniej tędy przechodziłem i nic tam nie było. Była nawet akcja sprzątania świata na tym terenie i było czysto – dodaje Jacek Cieślik, który na dzikie wysypisko natknął się w tym samym lesie już wcześniej, ale kilkaset metrów dalej. – Ktoś zostawił worki ze zdechłymi kurczakami. Makabra!
“Śląska” o sprawie powiadomiła Urząd Gminy w Lyskach, który natychmiast na miejsce wysłał inspektora z wydziału ochrony środowiska.
- Zabezpieczymy najpierw cały teren. Wygląda na to, że to odpady poprodukcyjne wyrzucone z jakiejś garbarni. Będziemy szukać winnych, ale niestety, ustalenie sprawcy może być bardzo trudne – przyznaje Kornelia Siodmok z wydziału ekologii UG w Lyskach.

Straż dopilnuje

O podrzuconych śmieciach poinformowaliśmy także Nadleśnictwo Rybnik. Janusz Fidyk, szef Nadleśnictwa powiedział nam, że odrębne postępowanie przeprowadzi w tej sprawie straż leśna.
- Niestety, bardzo często koszty wywozu takich niespodzianek musimy pokrywać z naszego budżetu. Rocznie wydajemy na takie rzeczy dziesiątki tysięcy złotych. Wywóz jednej zdechłej krowy to koszt około 1 tysiąca złotych, a takie rzeczy też nam podrzucają – oburza się nadleśniczy Fidyk.
Nie jest wykluczone, że uda się znaleźć sprawców. Straż leśna może wlepić za taki występek kilkusetzłotowy mandat, a w poważniejszych przypadkach sprawa trafia do sądu grodzkiego. – Tam już nie ma żartów, bo grzywna może wynieść nawet 5 tysięcy złotych. Poza tym sądy obarczają takich dowcipnisiów także kosztami wywozu pozostawionych śmieci – ostrzega nadleśniczy Fidyk.

Autor artykułu: jac

Wstawił kit zamiast okien

Tuesday, October 19th, 2004

Do rybnickiej prokuratury zgłaszają się ludzie, którzy zapłacili za okna firmie Władysława Latosińskiego, ale nigdy ich nie zobaczyli. Do tej pory wiadomo o oszukanych kilkudziesięciu osobach, ale ciągle zgłaszają się kolejni klienci. Siedziba firmy jest zamknięta, trzy tygodnie temu zlikwidowano sklep w centrum Rybnika, choć zamówienia na okna przyjmowano tu do samego końca. Na kontaktach z firmą Latosińskiego niektórzy stracili nawet 14 tys. zł Odzyskanie ich nie nie będzie łatwe, bo zniknął też jej właściciel…

Stanisław Olek stracił 900 złotych. Dziś mówi, że to tylko 900 złotych zaliczki, które wpłacił na początku lipca. W połowie września udało mu się jeszcze spotkać właściciela firmy, Władysława Latosińskiego. – Najpierw powiedział, że pieniędzy nie odda, ale kiedy go postraszyłem sądem obiecał przelew w ciągu dwóch tygodni – mówi Olek i dodaje, że na obietnicy się skończyło.

Firma nieczynna

Dziś ani firmy, ani samego Latosińskiego już upolować nie sposób. Jej siedziba w rybnickiej dzielnicy Grabownia jest zamknięta na cztery spusty. Tuż obok stoi niedokończona willa właściciela, a terenu pilnuje stróż, który powtarza wciąż, że nic nie wie.
- Bywa tu Latosiński? – pytamy.
- Nie, nikt tu nie przyjeżdża – odpowiada mężczyzna w zielonym drelichu.
- A ludzie którzy zapłacili za okna ale ich nie dostali przyjeżdżają?
- Nie, spokojnie jest. Zresztą ja nic nie wiem, tylko pilnuję.
Ludzie z Grabowni twierdzą jednak, że zdenerwowani klienci przyjeżdżają i szukają pracowników Latosińskiego. Starsza kobieta mieszkająca w sąsiedztwie twierdzi, że czasami nawet kilka razy dziennie ktoś pyta, czy ta firma jeszcze działa. – Ale gdzie tam panie, tu od dawna nic się nie dzieje. A ludzie za okna popłacili i teraz zostali na lodzie – mówi.

Zostały długi

Pierwsi poszkodowani przez nieuczciwą firmę zgłosili się do rybnickiej prokuratury pod koniec września. Od tego czasu ich liczba systematycznie wzrasta, ale prokurator cały czas milczy. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że jest ich na razie 40 i zostali naciągnięci na ok. 200 tys. zł…
- Dla dobra sprawy nie mogę podawać takich informacji – wyjaśnia prokurator rejonowy z Rybnika Bernadetta Breisa. – Mogę tylko powiedzieć, że liczba poszkodowanych cały czas się zwiększa, tak samo jak suma, którą firma winna jest klientom.
Na interesach z Latosińskim niektórzy stracili oszczędności całego życia. Jan Bizoń zapłacił w kwietniu 13,5 tys. złotych w gotówce za okna, które miał dostać w czerwcu. Potem termin wciąż się przesuwał – o tydzień, dwa, miesiąc…
- Nie mam pieniędzy, nie mam okien. Mówił mi, że wyśle list z przeprosinami i obietnicą, że dług kiedyś ureguluje, tylko nie chciał powiedzieć kiedy – denerwuje się mężczyzna.
Po raz ostatni rozmawiał z Latosińskim we wrześniu. Pamięta, że wielkie biurko prezesa było zawalone zamówieniami od ludzi takich jak on. – Zachowywał się dziwnie – ja mówiłem o pieniądzach które jest mi winien, a on nie reagował, tylko kiwał głową. Wyszedłem, bo to nie miało sensu – wspomina Bizoń.

Właściciel zniknął

Bizoń już napisał wniosek do prokuratury w swojej sprawie. Stanisław Olek mówi, że liczba oszukanych będzie coraz większa. – Kiedy chodziłem pytać o swoje pieniądze zawsze na korytarzu mijałem kilku takich jak ja – przekonuje Olek.
A Latosiński zniknął – szukaliśmy go wczoraj w zamkniętej siedzibie firmy, szukaliśmy też na osiedlu przy Elektrowni Rybnik, na którym mieszka. Telefon jest jednak odłączony, drzwi nikt nie otwiera, a sąsiedzi mówią, że nie widzieli go co najmniej od kilku dni. Nieczynny jest także sklep firmowy w Rybniku przy ul. Wiejskiej, po którym nie został nawet szyld…

Autor artykułu: Maciej Kołodziejczyk