IV Małopolski Piknik Lotniczy z udziałem Petera Besenyei’a

June 26th, 2007

Od 30 czerwca do 1 lipca po raz czwarty na terenie Krakowskiego Muzeum Lotnictwa w Czyżynach odbędzie się Małopolski Piknik Lotniczy.
Tegoroczna impreza będzie przebiegać pod znakiem akrobacji lotniczych oraz oldtimerów. Wystąpią powietrzne grupy akrobatyczne – Zespół Żelazny i Biało-Czerwone Iskry, które istnieją już od 31 lat i godnie reprezentują Polskie Siły Powietrzne.

Zobaczymy również akrobacje indywidualne w wykonaniu znakomitych pilotów z zagranicy: Turka Ali Ozturk na samolocie Acromach Super S2S Purple Violet – wyczynowej maszynie – istniejącej tylko w jednym egzemplarzu oraz najbardziej znanego pilota z Węgier Petera Besenyei’a z Red Bull Air Race, wielokrotnego mistrza Węgier, mistrza Europy i dwukrotnego mistrza świata w akrobacjach lotniczych.

Dla miłośników wiropłatów przygotowano pokazy akcji ratowniczej TOPR- owskiego Sokoła oraz policyjnej Kani, pojawią się polskie konstrukcje PZL, M26, Iskierka i wiele innych. Swoje umiejętności zaprezentują spadochroniarze WKS Wawel, piloci paralotni i modelarze. Organizatorzy przygotowali ponadto wiele atrakcji naziemnych.

Autor artykułu: Jerzy Tomaszewski

Bohater

June 25th, 2007

- W końcu się złamał i wybrał jeden z pilników. Piłowali mu zęby dopóty, dopóki nie “zrobił pod siebie” – opowiadał na spotkaniu w Krakowie skazany na 25-lat więzienia Sławomir Sikora, pierwowzór bohatera filmu Krzysztofa Krauzego.

W piątek 22 czerwca młodzieżówka SDPL zorganizowała w Krakowie spotkanie z pierwowzorem bohatera “Długu” – Sławomirem Sikorą, skazanym w połowie lat 90′ za zamordowanie dwóch prześladujących go gangsterów na 25 lat więzienia i ułaskawionym po dziewięciu latach “odsiadki” przez prezydenta Aleksnadra Kwaśniewskiego pod koniec jego ostatniej kadencji.

Przed spotkaniem odbyła się projekcja inspirowanego historią Sikory i jego przyjaciela Artura Brylińskiego filmu “Dług” w reżyserii Krzysztofa Krauzego. Po prezentacji obrazu, gość krakowskiego SPDL-u przedstawił różnice między fabułą filmu, a bardziej brutalną rzeczywistością.
- Prowadziliśmy z Arturem biznes. Nie zawsze czysty, jeśli chodzi o cła i sprawy skarbowe – przyznał Sikora.

Opowiada, jak Grzesiek (w filmie Gerard) – jego kumpel z lat młodzieńczych, który spotkawszy po latach młodego przedsiębiorcę, postanowił zrobić z niego kolejną ofiarę swojej gangsterskiej działalności, ustanawiając jemu i jego wspólnikowi fikcyjny dług – zawlókł go za miasto, by pokazać ostatecznie swoją przewagę.

- Przede mną siedział na krześle związany mężczyzna. Jego rosyjskojęzyczni wspólnicy pobili go, po czym pokazali mu dwa pilniki: do metalu i drewna, by wybrał jeden z nich. Nie chciał tego zrobić, więc bili go nadal. W końcu się złamał i wybrał jeden z pilników – nie pamiętam już który, ale pamiętam dobrze co z nim zrobili. Piłowali mu zęby dopóty, dopóki nie “zrobił pod siebie”.

Jak zareagował Sikora?
- Powiedziałem: “OK, stary – powiedz czego chcesz, ile dokładnie jestem Ci winien” – myślę, że każdy tak by zareagował. Tak rozpoczął się trwający ponad rok (w filmie: trzy miesiące) dramat dwóch szantażowanych i zastraszanych przyjaciół i ich nie zawsze świadomych sytuacji bliskich.

Mimo, że Sikora przeżył 43 lata, z czego niemal jedną czwartą w więzieniu, wygląda na zdrowego, pełnego energii i optymizmu 30-latka. Prosi, by zwracać się do niego “na ty”. Zebrani zasypują gościa pytaniami.

- Dlaczego nie zgłosiłeś sprawy na policję? Czy rzeczywiście nie dało się rozwiązać problemu legalnie?
- Artur, który zawsze był człowiekiem bardziej przywiązanym do prawa, raz spróbował. Zapytał, co – jeśli coś takiego by zgłosił – policja może mu zaoferować. Usłyszał, że na ochronę nie mamy co liczyć – mogą wezwać podejrzanego i go pouczyć. – Przynajmniej nie będzie czuł się bezkarnie – mówili.

Sikora przypomniał też, że Grzegorz straszył ich swoimi ludźmi, których rzekomo mają w policji. Groził, że jeśli się tam zgłoszą, to pożałują.

Wyjaśnił również, dlaczego gangsterzy mówią o “długu”, a nie wprost – o haraczu. Jest to związane z zapisami w prawie. Okazuje się, że za wmawianie komuś długu, na który nie ma się dowodów i straszenie w celu jego egzekucji, kara jest znacznie niższa, niż za wymuszanie haraczu. Nie jest to więc zabieg psychologiczny, czy gangsterska figura retoryczna, ale zabezpieczanie się na wypadek wpadki przed wyższą karą.

Prelegent mówił również o swoich doświadczeniach wyniesionych z więzienia i o wnioskach, które z nich płyną. Opowiadał o ludziach, którzy siedzą za przypalanie “dłużników” żelazkiem, a mdleli na fotelach w gabinecie dentystycznym, w którym miał okazję pracować. Wspomniał również o człowieku skazanym za kradzież kilkunastu samochodów, który uważał swoją działalność za zwykły zawód, różniący się od innych wyłącznie dodatkowym ryzykiem.

- Kiedy ktoś sprzedał mu kartę telefoniczną pozbawioną impulsów, poszedł do naczelnika i był święcie oburzony. – Przecież on mnie okradł! Jak on mógł mi coś takiego zrobić!? – krzyczał.

Sikora wyjawił też swoje plany.

- Jestem w Krakowie, bo prowadzę rozmowy z jednym z portali internetowych. Ma to związek moją nową fundacją: “4 3dom” (fon. for freedom). Chcemy zmieniać polskie prawo. Będziemy też walczyć o ułaskawienie dla Artura.

Wyjaśnił, że Lech Kaczyński obiecał w kampanii wyborczej, że ułaskawi Artura Brylińskiego. – Obecnie Artur dzięki ministrowi Ziobro jest na tak zwanej przerwie w karze. Liczymy na to, że pan prezydent wywiąże się z obietnicy.

Sikora chciałby również zmian w prawie dotyczących ułaskawień. Chodzi o to, by wnioski były rozpatrywane w ciągu kilku miesięcy, a nie tak jak teraz – dowolnie długo. – Chcielibyśmy uniknąć takich sytuacji, jaka była w moim przypadku, kiedy to Aleksander Kwaśniewski ułaskawił mnie za drugim razem, ale dopiero pod koniec swojej kadencji.

Niecodzienny gość opowiedział się również za powszechnym dostępem do broni palnej. – Uważam, że obywatele powinni mieć możliwość skutecznej obrony, ale broń powinni trzymać wyłącznie w swoim domu, a nie wynosić ją na ulicę – powiedział.

Po spotkaniu można było kupić książki Sławomira Sikory, które chętnie podpisywał. Znalazł również czas na bezpośrednie rozmowy z tymi, których ciekawości spotkanie nie zdołało zaspokoić.

Autor artykułu: Iwo Szaleniec

Wystąpi w Sopocie

June 9th, 2007

Marta Florek, wokalistka z Limanowej, ma szansę wystąpić na 44. Międzynarodowym Festiwalu Sopot 2007. Jej kwalifikacja do koncertu finałowego zależy od ilości oddanych na nią głosów. Wystarczy wysłać SMS–a o treści 6 na numer 7123.
Komisja konkursowa wybrała 10 utworów, które rywalizują o półfinał 1 września w Operze Leśnej w Sopocie. Wśród nich jest piosnka „Szukam”, śpiewana przez rapera Owala z gościnnym występem Marty Florek.
– Owal usłyszał mnie na stronie internetowej. Napisał do mnie e-mail z zaproszeniem do nagrania. W zimie pojechałam do Poznania na nagranie, a dziś właśnie nakręciliśmy teledysk – mówi Marta.
Bursztynowy Słowik może trafić do Owala i Marty. Na razie potrzebna jest klasyfikacja do półfinału, do którego trafi 5 zespołów z 10. Aby oddać głos na Martę wystarczy wysłać SMS–a o treści 6 na numer 7123 (koszt 1,22 zł). Można też głosować na stronie www.radiozet pl. Szczegóły są dostępne na oficjalnej stronie festiwalu http://sopotfestival.onet.pl/. Głosowanie trwa tylko do 21 czerwca.
Marta Florek urodziła się 7 lipca 1987 r. w Limanowej. Tu uczęszczała do Zespołu Szkół Samorządowych nr 2. Jest absolwentką LO Radosna Nowina w Piekarach koło Krakowa i Krakowskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej na wydziale wokalnym. Obecnie studiuje na Akademii Muzycznej w Katowicach, na kierunku wokalistyka jazzowa. Zadebiutowała jako 13–latka, zdobywając nagrodę specjalną za talent i indywidualność na I Małopolskim Festiwalu Piosenki Dziecięcej i Młodzieżowej „Tęczowe Piosenki Jana Wojdaka” w Krakowie. Jest też m.in. laureatką II miejsca Międzynarodowego Festiwalu POP MUSIC Discovery 2004 Varna, wyśpiewała I miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki Litewskiej „Palanga 2005”. Została okrzyknięta wokalistką roku muzyki chrześcijańskiej. We wrześniu 2006 r. wygrała „Szansę na sukces” – program z Urszulą.
(jomb)

Autor artykułu:

Modny Żegiestów

June 9th, 2007

W Żegiestowie Zdroju, który po okresie międzywojennej sławy niemal umarł pod koniec XX wieku, znowu rozbrzmiewa gwar gości. W urokliwym zakątku doliny Popradu trwa I Międzynarodowy Festiwal Artystyczny „Odkrywanie Żegiestowa”.
Festiwal jest międzynarodowy, bo na zaproszenie organizatorów przyjechali na plenery twórcze poeci i artyści plastycy z odległych stron świata. Jest też międzynarodowy, gdyż każdy koncert można wysłuchać będąc po polskiej lub słowackiej stronie granicy, którą stanowi tutaj Poprad. Kolejne dni przynoszą coraz to nowe atrakcje.
Na głównym skwerze uzdrowiska przed ongiś wspaniałym Domem Zdrojowym, ustawiono scenę. Tam na początek odbył się koncert krakowskiej grupy „Old Metropolitan Jazz Band”. Do znaczących wydarzeń festiwalowych należy zaliczyć wieczór z Wojciechem Siemionem i recital Bogdana Łazuki, w którym aktor zaprezentował się jako wielki showmen. Pieśniami i piosenkami rosyjskimi oczarowała gości uzdrowiska Żanna Gierasimowa.
W Żegiestowie Zdroju, najpiękniejszym zakątku doliny Popradu, trwa I Międzynarodowy Festiwal Artystyczny „Odkrywanie Żegiestowa”.
Skomponował hymn
Stało się dobrą festiwalową tradycją, że każdą imprezę zaczyna estradowy „Hymn Żegiestowa” napisany, skomponowany i wykonywany przez Marka Kańskiego, muzyka zespołu „Duo swing” – grupy, która stara się mocno wpisać w pejzaż uzdrowiska.
Za sprawą organizatorów Festiwalu Artystycznego „Odkrywanie Żegiestowa” Jerzego Gasparskiego i Danuty Banach, którzy od kilku lat inwestują w gruntowny remont i modernizację zabytkowego Domu Zdrojowego, uzdrowisko nie tylko tętni teraz życiem koncertowym. Rozbrzmiewa też poezją, bo na spotkania twórcze przyjechali poeci z Chin, Iraku, Wietnamu, Serbii, Słowenii, Rosji, Estonii i Polski.
Jak zaparzyć herbatę?
Chińczycy zapowiadają recytowanie swych strof i naukę malowania znaków pisma chińskiego oraz tradycyjnego ceremoniału parzenia herbaty. Te dwie „lekcje” zaplanowane są na sobotę o godz. 16 po wernisażu wystawy poplenerowej plastyków uczestniczących w międzynarodowym plenerze twórczym „Żegiestów 2007”. Malarze i rzeźbiarze przyjechali z Rosji, Niemiec, Słowacji i Polski. Jednak największą atrakcją sobotniego wieczoru ma być „Dyskoteka niekoniecznie do tańczenia”, którą poprowadzi na żegiestowskim skwerze znany prezenter telewizyjny Marek Sierocki. Start zaplanowano na godz. 18.
Wymagający turyści
To oczywiście tylko niektóre z licznych imprez planowanych również na lato. Wszystko po to, aby słynny niegdyś uzdrowiskowy Żegiestów odzyskał dawną sławę i blask. Współczesnym turystom nie wystarczy już dobra baza noclegowa – muszą mieć zapewnione atrakcje, które zatrzymają ich w danym miejscu. Jeśli tego nie będzie – Żegiestów, będzie omijany i nikt o nim nie będzie pamiętał.
stanisław śmierciak

Autor artykułu:

Z bankiem trudno wygrać

June 6th, 2007

Wczoraj na naszych łamach przedstawiliśmy problem Teresy i Aleksandra Górów, mieszkańców Muszyny, z bankiem PKO BP. Spór i dochodzenie prawdy w sprawie nielegalnej budowy banku trwa 16 lat. Po lekturze dokumentów dotyczących sprawy zwróciliśmy się do dyrekcji banku w Warszawie z prośbą o wyjaśnienia. Wczoraj otrzymaliśmy odpowiedź. Oto ona: „Uprzejmie informuję, że budynek należący do PKO BP, mieszczący się przy ul. Kity 12 w Muszynie, został postawiony zgodnie z otrzymaną przez bank w 1991 roku decyzją pozwolenia na budowę. Nie mamy więc podstaw do uznania stawianych przez właścicieli sąsiadującej z bankową posesji zarzutów, że należący do banku budynek został postawiony nielegalnie, jak również do uznania stawianych z tego tytułu wobec banku roszczeń”. Pod wyjaśnieniem podpisał się Marek Kłuciński, rzecznik prasowy PKO Banku Polskiego. Ta lakoniczna odpowiedź nie odnosi się do stawianych bankowi zarzutów. Opinia i decyzja dyrektora Wydziału Gospodarki Przestrzennej i Architektury Urzędu Wojewódzkiego w Nowym Sączu Oktawiana Dudy z 20 listopada 1997 roku była jednoznaczna: „udzielenie pozwolenia na budowę budynku banku PKO przy ul. Kity w Muszynie wydane zostało z naruszeniem prawa”. O tym rzecznik prasowy nie wspomina.
– Nie chcemy odszkodowania, chcemy tylko stosowania prawa – mówi Aleksander Góra. – Żądamy przedłużenia i podwyższenia muru ogniowego oraz usunięcia w nim pęknięć, a także zlikwidowania okien od strony naszej posesji.
Znając życie państwo Górowie będą czekać latami.
(yes)

Autor artykułu:

Jeszcze trzy lata

May 23rd, 2007

Dom Dziecka w Rytrze musi się przenieść do innego budynku i ma na to niespełna trzy lata. Tak wynika z umowy spisanej pomiędzy starostwem powiatu nowosądeckiego i gminą żydowską w Krakowie.
Przed kilku laty gmina, jako prawowity właściciel nieruchomości, wystąpiła o jej zwrot. Przyznano jej to prawo.
Wybudują nowy dom?
Gmina żydowska zezwoliła, by do 2010 roku, dzieci przebywały w tym domu. Jednak władze powiatu nowosądeckiego muszą się postarać o pomoc finansową z budżetu państwa na budowę nowego obiektu. Wczoraj chęć niesienia pomocy wyraziła też posłanka Samoobrony, Elżbieta Wiśniowska.
Pokaźny budynek Domu Dziecka w Rytrze, z charakterystycznym pruskim murem, był przed II wojną światową miejscem wypoczynku młodzieży żydowskiej z organizacji Der Stern. Właściwie był całorocznym pensjonatem dla młodzieży, która tutaj spędzała też czas wakacji i ferii zimowych. Wypoczywali tutaj Żydzi z całego kraju. Po wojnie dom przeszedł na rzecz Skarbu Państwa.
Szukamy pomocy
– Osiem lat temu wojewoda małopolski przekazał naszemu powiatowi zadania z zakresu zapewnienia opieki i wychowania dzieci całkowicie lub częściowo pozbawionych opieki rodzicielskiej wraz z mieniem, czyli budynkiem w Rytrze – mówi starosta Jan Golonka. – W związku z umową z gminą żydowska, Dom Dziecka może tam funkcjonować do 2010 roku. Niezbędna jest pomoc w uzyskaniu pieniędzy z rezerwy celowej budżetu państwa w kwocie około 700 tysięcy złotych na zakup lokalu, do którego mógłby być przeniesiony ten Dom Dziecka.
Jak nam powiedziała Elżbieta Smul, dyrektor ryterskiej placówki opiekuńczo–wychowawczej, obecnie przebywa w Domu Dziecka 25 maluchów i młodzieży w wieku 13 – 20 lat. Najstarszym jest zdający teraz maturę i wybierający się na studia chłopak – przyszły absolwent Zespołu Szkół Budowlanych w Nowym Sączu.
Wiem, że musimy stąd odejść
– Warunki mamy bardzo dobre, ale zdaję sobie sprawę, że Dom Dziecka będzie przeniesiony – mówi Elżbieta Smul.
Jan Golonka czyniąc zabiegi wokół pozyskania pieniędzy zdaje sobie sprawę, że najlepszym rozwiązaniem byłaby budowa nowego obiektu, który stałby się własnością powiatu. Powiat ponosił koszty utrzymania obiektu i jego remontu. Kiedy przekazywał go nowemu właścicielowi, czyli gminie żydowskiej, nie otrzymał żadnej rekompensaty finansowej, a przecież jeszcze przez trzy najbliższe lata nakłady nadal będą ponoszone.
– Już rozpoczęłam rozmowy z wiceministrem gospodarki, a także Anną Kalatą – ministrem Pracy i Polityki Społecznej – mówi posłanka Elżbieta Wiśniowska. – Rozumiem, że budżet państwa jest napięty, ale prowadzenie prze powiat nowosądecki tego typu placówki, jest ze względów społecznych niezbędne. Zakup nowego budynku czy też jego budowa przekracza możliwości finansowe powiatu. Dlatego staram się pomóc młodym osobom pozbawionym opieki rodzicielskiej. Powiem szczerze, że akurat w takiej sprawie nie ma znaczenia, czy to są osoby mieszkające w powiecie nowosądeckim, chociaż wiem, że w Domu Dziecka w Rytrze jest ich sporo.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Gminna globalizacja

May 22nd, 2007

Godzina zero w składaniu wniosków rolników o dopłaty bezpośrednie w podlimanowskiej gminie Dobra nie wywołała paniki. W gminie jest ponad 1400 gospodarstw rolnych. Do 14 maja do Ośrodka Doradztwa Rolniczego wpłynęło ponad 500 wniosków. Do tego należy dodać 130 wniosków gospodarstw ekologicznych i te, które zbiera trzech innych pracowników zatrudnionych przez Urząd Gminy. Zdaniem Adama Piętonia z ODR, w gminie Dobra wnioski wypełni około 90 procent rolników.
Stosunek do Unii
– Nigdy nie będzie stu procent – mówi Piętoń. – Jest na przykład w naszej gminie rolnik, jeden z największych, który otrzymałby 20 tysięcy złotych samej dopłaty bezpośredniej. Ale nie chce. Ma taką filozofię życiową, że nie chce niczego od Unii. Dobra ma kiepskie ziemie – V i VI klasy. Nie udają się tu ani sady, ani warzywa, ani zboża. Większość gospodarstw jest nastawiona na samozaopatrzenie połączone ze sprzedażą nadwyżek. Wyłącznie z rolnictwa utrzymuje się 5–10 procent osób. Dużo jest tu łąk i pastwisk, bo w hodowli dominuje bydło. W hodowli występują wyraźne tendencje. Ponad połowę gospodarzy, którzy trzymali dawniej po cztery krowy, nie ma dziś ani jednej. Ale liczba krów prawie się nie zmieniła, bo część z tych, którzy mieli po kilka, ma dzisiaj po 20–30. Takich gospodarstw specjalistycznych jest w gminie około 30. Czyli że Spółdzielnia Mleczarska w Limanowej ma po co jechać do Dobrej. Taka mała gminna globalizacja.
Nie można jednak powiedzieć, że w Dobrej czas zatrzymał się na latach 50. ubiegłego wieku. Świadczy o tym chociażby liczba gospodarstw specjalistycznych, ale nie tylko. Nie bardzo wiadomo dlaczego (może ze względu na złe ziemie) w latach 80. nastąpił tutaj rozwój gospodarstw ekologicznych.
Rolnicy za granicą
Tu się nigdy nie sypało dużo nawozów, więc start był łatwiejszy. Jest ich 130 i w tym względzie Dobra zajmuje I miejsce w Polsce.
Pierwszych 13 gospodarstw zostało zarejestrowanych w 1983 roku. Rok później było już 80 wniosków i pracownicy ODR nie byli w stanie ich przerobić w ciągu dwóch tygodni. Do 130 gospodarstw ekologicznych dochodzi 25 gospodarstw agroturystycznych.
A o tym, że rolnicy tej gminy reagują na to, co dzieje się w Polsce najlepiej świadczy fakt, że w ostatnich kilku latach do Anglii, Irlandii, Niemiec i Włoch wyjechało kilkuset młodych rolników. Swoje gospodarstwa wydzierżawili tym, którzy pozostali. Czas zweryfikuje, kto wybrał właściwą drogę.
(jeg)

Autor artykułu:

Będzie przewrót?

May 22nd, 2007

Zapowiada się kolejna bitwa polityczna, tym razem, w radzie powiatu. Sesję rady zwołano na najbliższy piątek. Od burzliwych wyborów władz Rady Powiatu Nowosądeckiego i zarządu starostwa minęło prawie siedem miesięcy. Koalicja Sądeckiego Porozumienia Samorządowego, Ligi Polskich Rodzin oraz Prawa i Sprawiedliwości doszła właśnie do wniosku, że… czas na zmiany.
Zmiany w statucie, czyli…
Jan Gomułka z PiS złożył indywidualny wniosek dotyczący zmian statutu rady powiatu. Kolejny wpłynął do Komisji Statutowej od grupy 13 radnych PiS – również dotyczy zmian statutowych. Wczoraj 4-osobowa komisja rozpatrzyła te wnioski. W skład Komisji Statutowej wchodzą: Jarosław Giliński (PO), przewodniczący, Józef Pyziak (PiS), Jan Gomułka (PiS), Józef Zygmunt (Sądecki Ruch Samorządowy).
– Jan Gomułka, jak każdy radny, ma prawo zgłosić wniosek do naszej komisji – mówi Jarosław Giliński. – Proponuje zmianę w jednym z punktów statutu. Uważa on, że ze względów oszczędnościowych Rada Powiatu Nowosądeckiego powinna wybierać jedynie przewodniczącego rady i jednego wiceprzewodniczącego, a nie jak dotychczas dwóch wiceprzewodniczących.
Przewodniczącym Rady jest obecnie Stanisław Wanatowicz, który startował z Sądeckiego Porozumienia Samorządowego (koalicjanta PiS). Jednak podczas wyborów na przewodniczącego… uzyskał poparcie koalicji PO–SRS. Jego zastępcami są Jerzy Górka (PO) i Jan Dziedzina (SRS).

Kto zaoszczędzi?
Trzynastu radnych z PiS nie zamierza poprzestać jedynie na tych wnioskach. Kolejny również uzasadniają chęcią oszczędzania. Proponuje, by w skład zarządu wchodziły jedynie trzy osoby: starosta jako przewodniczący zarządu, wicestarosta i jeden członek zarządu. Obecnie w zarządzie jest pięć osób nie licząc sekretarza starostwa.
Po jesiennych wyborach zarząd starostwa opanowali działacze Sądeckiego Ruchu Samorządowego na czele z Janem Golonką. W skład tej grupy wchodzą oprócz niego: Mieczysław Kiełbasa – wicestarosta oraz członkowie zarządu: Józef Broński, Józef Zygmunt i społecznie Waldemar Olszyński. Ale on też pobiera dietę ponad 2 tysiące złotych. Jest jeszcze sekretarz powiatu Witold Kozłowski z PiS, wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa Małopolskiego.

Dlaczego teraz taki wniosek
– To dobrze, że te wnioski złożono, by podyskutować o roli, jaką ma spełniać samorząd powiatowy – mówi spokojnie Józef Zygmunt. – Zarząd opowiada się za rolą, w której powiat prowadzi aktywną i zaangażowaną politykę, zwłaszcza w czasie, gdy decydują się ważne inwestycje dla mieszkańców powiatu. Ze zdziwieniem przyjmuję fakt, że ten wniosek wpływa po 8–letnim funkcjonowaniu samorządu i właśnie w takiej formie. Mamy w zarządzie przydzielone określone zadania. Nie da się skutecznie wywalczyć wysokiej pozycji naszego powiatu w polityce regionalnej Małopolski bez naszej obecności. Być może komuś zależy na ograniczeniu naszej roli i braku polityki zarządu, aby po czterech latach grzmieć, że była to władza nieudolna. Dla mnie, „oszczędnościowe” uzasadnienie tych wniosków jest nietrafione i kłamliwe.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Kuźnia talentów przy ul. Długosza

May 2nd, 2007

Są młodzi, zdolni, przebojowi i wiedzą już, co chcą robić w życiu. Mogą spokojnie myśleć o wyborze kierunków studiów, bo indeksy mają już praktycznie w kieszeni.
Badanie tekstów
– Planuję studiować w Uniwersytecie Jagiellońskim komparatystykę literacką, czyli literaturę porównawczą – wyjaśnia Rafał Milan – laureat XXXVII Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. – Bardziej od pisania interesuje mnie badanie tekstów literackich, dlatego swoją przyszłość widzę w pracy naukowej.
Prócz Rafała, w ścisłym finale olimpiady znalazły się: Martyna Kronenberger i Magdalena Wąsowicz z I LO. Pierwsza to poetka i miłośniczka koni, zamierza studiować psychologię stosowaną w UJ. Druga pisze opowiadania i spróbuje swych sił również za rok, bo jest dopiero w klasie drugiej. Interesuje się kulturą japońską i rysunkiem.
Pisemnie i ustnie
– To wielkie wydarzenie dla szkolnej społeczności – powiedział Grzegorz Rapcia, polonista i opiekun Rafała Milana. – Pierwszy raz mamy tylu olimpijczyków finalistów. Dotarcie do ogólnopolskiego finału to wielki sukces, okupiony wyrzeczeniami i pracą.
W Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie w olimpijskie szranki stanęły 264 osoby z całej Polski. – Pierwszy etap to pięć godzin pracy pisemnej na jeden z czterech wybranych tematów – opowiada Rafał Milan. – Drugi, do którego zakwalifikowało się 109 osób, to część ustna – forma dyskusji nad wybranym problemem.
Biologia to nasza pasja
Uczniowie z I LO to nie tylko humaniści, ale i przyrodnicy. W ścisłym finale ogólnopolskiej olimpiady biologicznej znalazła się Ludmiła Sromek, przyszła studentka oceanografii. – Chcę połączyć pasję, jaką jest nurkowanie z przyszłym zawodem – mówi.
Druga finalistka, Wioletta Cabała, nie ma jeszcze sprecyzowanych planów co do studiów. – Wie tylko, że będą związane z naukami przyrodniczymi – mówi.
Niemały wkład w sukces przyszłych badaczy literatury i natury mieli ich opiekunowie: Grzegorz Rapcia – nauczyciel Rafała Milana, Maria Buszek przygotowująca Magdalenę Wąsowicz, Małgorzata Szewczuk – opiekunka Martyny Kronenberger, Małgorzata Kuźma – nauczycielka Wioletty Cabały oraz Małgorzata Szkarłat–Mleczko – opiekunka Ludmiły Sromek.
(raf)

Autor artykułu:

Archeologiczne badanie zamku

May 1st, 2007

Małopolski Wojewódzki Konserwator Zabytków w Krakowie przyznał gminie uzdrowiskowej Muszynie 30 tys. złotych na prace archeologiczne i konserwację ruin tamtejszego zamku.
Burmistrz Waldemar Serwiński wystąpił też o dodatkowe pieniądze na ten cel do ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

– Zamierzam wystosować pismo do funduszu unijnego Interreg, wspólnie z władzami samorządowymi powiatu Stara Lubowla. Zamierzamy bowiem utworzyć szlak zamków polskich i słowackich leżących nad Popradem – wyjaśnia burmistrz Serwiński. – Włączymy do projektu również ruiny zamku w Plawcu.
Powróćmy jednak do muszyńskiego zamku, słynnego z fraszki Jana Kochanowskiego. Otóż istnieje duże prawdopodobieństwo, że poetę gościł starosta Stanisław Kępiński (skoro mistrz poetycki z Czarnolasu „popełnił” o nim fraszkę pod tytułem „Do starosty muszyńskiego”). Fraszka została opublikowana w 1584 roku.
– Zamek, obecnie w ruinie, pochodzi z przełomu XIII i XIV wieku. Kazimierz Wielki w 1340 roku potwierdził wszystkie nadane wcześniej Muszynie prawa i przywileje. Zwieńczeniem tego stało się nadanie Muszynie praw miejskich w 1369 roku – mówi Barbara Rucka, kustosz miejscowego muzeum. – Wcześniej, naprzeciwko obecnych ruin, stał gródek ziemno–drewniany. Kiedy w 1391 roku król Władysław Jagiełło podarował biskupstwu krakowskiemu Muszynę i okolice (Muszynę, Tylicz i 35 wsi), powstała nowa jednostka administracyjna zwana Państwem Muszyńskim z własną administracją, wojskiem, policją i sądownictwem. Najwyższy urząd w tym państwie sprawował starosta. Miał swoją siedzibę na zamku.
Muszyna słynęła też… z win. Przed laty, w wyniku prac archeologicznych, na muszyńskim rynku odkryto sklepienia piwnic winnych.
Archeolodzy oczekują podobnych niespodzianek po badaniach ruin zamku.
– Piwnice pod rynkiem były tak potężne, że mogły do nich wjeżdżać wozy z beczkami ciągnięte przez cztery konie – opowiada Barbara Rucka. – Leżakowało w nich wino węgierskie, ale tutaj też torturowano zbójów, których nie brakowało na szlaku handlowym.
Starosta miał do dyspozycji swoich harników – straż miejską i siły zbrojne. Upadek Muszyny nastąpił wraz z pierwszym rozbiorem Polski w 1772 roku.
jerzy wideł

Autor artykułu: