Fikcyjne metry

May 1st, 2007

Grzegorz Kiełbasa od wielu lat płaci czynsz za 18 metrów kwadratowych „powierzchni garażowej”. Tymczasem wynajmowany przez niego garaż przy ulicy Siemiradzkiego w Nowym Sączu ma… 16 metrów. Pan Grzegorz płaci więc częściowo za powietrze.
Musiał zostać członkiem spółdzielni
Sześć lat temu sądeczanin został szczęśliwym użytkownikiem jednego z ponad osiemdziesięciu garaży, zarządzanych przez Grodzką Spółdzielnię Mieszkaniową. By kupić taki garaż, musiał zostać członkiem spółdzielni.
Przez sześć lat parkował w nim samochód, ale teraz się zaniepokoił. Okazało się bowiem, że od 1 lipca tego roku, stawka eksploatacyjna za metr kwadratowy garażu ma wzrosnąć z 1,65 zł do 2,05 złotych.
Utrzymuję klub i trawniki
– Moim zdaniem, podniesienie czynszu aż o jedną czwartą nie jest niczym uzasadnione. Nie wiem dlaczego nagle garaże zaczęły generować takie koszty – mówi Grzegorz Kiełbasa. – Z tytułu członkostwa w spółdzielni muszę dodatkowo płacić za utrzymanie klubu osiedlowego Piast, czyli działalność społeczno–wychowawczą spółdzielni, albo za utrzymanie skwerów na terenach miasta, które należą do spółdzielni. Koszty te nie powinny mnie w żaden sposób dotyczyć. Mieszkam przecież w zupełnie innej części miasta.
– Dokładnie zbadam sprawę metrażu garażu pana Kiełbasy i opłat, które uiszczał przez te wszystkie lata – mówi Ryszard Jasiński zastępca prezesa Grodzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej do spraw eksploatacyjno–inwestycyjnych. – Nic nie wiedziałem o takich rozbieżnościach w metrażu garaży. Muszę to dokładnie posprawdzać.
Wszystkim po równo
Wątpliwości pana Grzegorza budzi także sposób naliczania opłat za energię elektryczną.
– Po co każdy ma licznik w swoim garażu, jeśli spółdzielnia i tak uśrednia ilość kilowatów z licznika głównego? – pyta. – Jeśli zachodzi podejrzenie, że ktoś kradnie prąd, to powinno się wszcząć postępowanie. Ale oczywiście najłatwiej obciążyć wszystkich po równo. Nie używam prądu w garażu od dłuższego czasu, a i tak za to płacę.
Kolejna kwestia, która denerwuje naszego rozmówcę, to fundusz remontowy i konserwacja garażu – 77 gr za metr wedle nowej stawki. Grzegorz Kiełbasa zarzeka się, że od sześciu lat dopiero tej wiosny pierwszy raz zabrano się za prace remontowe lepikowanie dachów.
Jak wystąpić ze spółdzielni?
– Chcę wystąpić z tej spółdzielni, ale kiedy zapytałem księgową, jak mogę to zrobić, usłyszałem, że nie wie do kogo mam się zwrócić. Chciałem też wykupić teren pod garażem, ale okazało się, że kwestie prawno–własnościowe nie są tu do końca uregulowane.
Połowa gruntu jest własnością miasta, a połowa Grodzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
– Kto chce się zrzec członkostwa w spółdzielni, powinien złożyć odpowiedni wniosek – tłumaczy Ryszard Jasiński zastępca prezesa GSM ds. eksploatacyjno–inwestycyjnych. – Jeśli chodzi o wykup terenu pod garażem, sprawa jest rzeczywiście skomplikowana, bo teren ma dwóch właścicieli. Pracujemy nad uregulowaniem tej sprawy.
rafał kamieński
(imię i nazwisko bohatera tekstu zostało zmienione)

Autor artykułu:

Lektor na „urlopie”

April 5th, 2007

Jeden z lektorów z parafii św. Kazimierza w Nowym Sączu bardzo źle będzie wspominał zimowy wyjazd do Tylicza. Bicie, obnażanie się przed nim kolegów, dosypywanie środków przeczyszczających do jedzenia… Jak mówi – koledzy sprzed ołtarza zafundowali mu takie atrakcje, że sprawa będzie rozpatrywana przez sąd rodzinny.

Z wycieczki wrócił sam
– Gdy syn zadzwonił z zimowych ferii do domu, od razu wiedziałam, że coś się stało. Za dobrze go znam. Głos w słuchawce łamał się nienaturalnie, choć mówił: Jesteśmy na Jaworzynie, jest naprawdę super, muszę kończyć, pozdrowienia – mówi matka chłopaka. – Syn jest lektorem w parafii św. Kazimierza.
Stamtąd grupa młodzieży i lektorów pod opieką księdza Pawła Brońskiego wybrała się do Krynicy. Wycieczka trwała cztery dni, ale syn pani Beaty wrócił wcześniej. Sam, kursowym autobusem.
– Nie poznawałam własnego dziecka. Był zdenerwowany i roztrzęsiony, mówił jak człowiek zdesperowany. Na ciele i twarzy zobaczyłam siniaki. To, co mi opowiedział – zjeżyło mi włos na głowie. Mówił, że był bity i maltretowany psychicznie. Do jedzenia dosypano mu środki przeczyszczające, obnażano się przed nim. Syn jest osobą wrażliwą. Ma taki charakter, że nie da rady sam się obronić.

Są przecież lektorami i służą do mszy świętej!
– Jak mówił syn, uczestnikami zajścia byli chłopcy głównie z jednego z sądeckich gimnazjów, ale to nie najważniejsze – szokujące jest to, że niektórzy z nich są lektorami i służą do mszy świętej – mówi pani Beata. – Syn nie chcąc pogarszać swojej sytuacji skarżąc, nie powiedział o praktykach kolegów księdzu opiekunowi. Wielokrotnie próbowałam się skontaktować z proboszczem i księdzem Pawłem. Byli nieuchwytni – dodaje pani Beata. – Gdy udało mi się wreszcie porozmawiać z proboszczem, był nie mniej zdziwiony niż ja po powrocie syna z wycieczki. Zapytałam, czy wie jak zachowują się lektorzy na wyjazdach. Rozmawiałam też z opiekunem lektorów – on też nie krył zdziwienia. Nie dał jednak wiary temu, co mówiłam. Więcej – nawet uczynił mojego syna współwinnym całego zajścia. Efekt końcowy jest taki, że mój syn został odsunięty od służby liturgicznej. Nazwano to dyplomatycznie „urlopem”.
Po paru tygodniach skontaktowałam się z proboszczem. Pytałam czy podjął jakieś kroki w tej sprawie. W odpowiedzi usłyszałam: – Czego się pani jeszcze spodziewa po nagłośnieniu sprawy? Samo to jest dla nich karą.
Zupełnie tego nie rozumiem. Mam ogromny żal do księży. Nic nie zrobili w tej sprawie. Skierowaliśmy więc całą sprawę na policję.

Policja potwierdza
– Zdarzenia miało miejsce na wycieczce w Tyliczu 26 stycznia. Chodzi o naruszenie nietykalności cielesnej jednego z uczestników, którego dopuścili się dwaj nieletni. Sprawa jest skierowana do rozpatrzenia przez sąd rodzinny – mówi Rafał Leśniak, zastępca komendanta policji w Nowym Sączu.
Zadzwoniliśmy też do księdza Pawła Brońskiego, opiekuna lektorów przy parafii św. Kazimierza. Co prawda odmówił oficjalnego komentarza, ale powiedział, że o całej sprawie dowiedział się zbyt późno – nie miał więc dowodów, aby wyciągnąć jakiekolwiek konsekwencje w stosunku do lektorów i wierzyć akurat temu jednemu chłopakowi.
rafał kamieński
imię matki chłopca zostało zmienione

Autor artykułu:

Kto wpadnie do Sieci?

April 4th, 2007

Po Wielkanocy, Ministerstwo Zdrowia ma ogłosić tzw. Sieć szpitali, które uzyskają gwarancję zachowania kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia, a tym samym – gwarancję istnienia.
Żeby nie dokładać
Idea pomysłu zakłada, żeby zasoby polskiej służby zdrowia były racjonalnie wykorzystane, dostępność do specjalistów – taka sama w całym kraju, a państwo nie musiało co parę lat oddłużać szpitali. W Sieci mają się znaleźć najlepiej wyposażone i najlepiej zarządzane placówki lecznictwa zamkniętego, z dobrą kadrą, ważne dla społeczności lokalnych. Pozostałe lecznice czeka niepewny los. Wydaje się, że w naszym regionie szanse na znalezienie się w Sieci mają przede wszystkim szpitale powiatowe: w Nowym Sączu, Gorlicach i Limanowej. Choć ich sytuacja finansowa nie jest cudowana, to trudno sobie wyobrazić, aby te placówki miały zniknąć.
Co ze Szczyrzycem?
Niepewna za to może być przyszłość szpitala w Krynicy, dla którego organem założycielskim jest powiat nowosądecki, a najbardziej zagrożony wypadnięciem z Sieci jest jednooddziałowy szpital w Szczyrzycu w gminie Jodłownik.
– Nie wiemy co się z nami stanie. Bez kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia trudno będzie nam funkcjonować. Być może szansą byłoby przekształcenie się w zakład opieki paliatywnej – zastanawia się lek. med. Tomasz Krupiński, założyciel i dyrektor Niepublicznego Szpitala im. św. Jana Jerozolimskiego w Szczyrzycu, który niedawno otrzymał certyfikat zarządzania jakością ISO dla swojego oddziału chorób wewnętrznych z 40 łóżkami.
Nie martwię się na zapas
Pogodnie w przyszłość patrzy za to dyrektor krynickiej lecznicy Marek Surowiak. – Nie ma jeszcze ustawy – tłumaczy. – Dysponuję jej piątą wersją, przedstawioną przez wiceministra zdrowia na spotkaniu w Gorlicach i tych kryteriów przynależności do Sieci jest milion. Po drugie, nie ustalono żadnej hierarchii ważności. Surowiak uważa, że gdyby jako kryterium przyjąć posiadanie przez szpital rezonansu magnetycznego, to nie spełnia go 80 proc. szpitali w Polsce. Dyrektor czeka na konkrety. Krynicki szpital, razem z oddziałem położniczym, posiada ponad 200 łóżek. Dzięki mecenatowi starostwa, szpital pod względem finansowym wyszedł na prostą.
(hsz)

Autor artykułu:

Zajmij kolejkę!

April 4th, 2007

W Nowym Sączu dramatycznie brakuje miejsc w przedszkolach. Aby umieścić malucha w placówce o przeciętnej reputacji, trzeba mieć potężne znajomości – zwykłe znajomości nie wystarczą. Do parafialnego przedszkola w Dąbrówce, założonego przez ks. Stanisława Janasa, przyjmowane są zapisy na 2009 rok! Co zapobiegliwsze mamusie już w okresie ciąży… rezerwują dla dziecka miejsce w przedszkolu. – Niedługo trzeba będzie zapisać dziecko przed poczęciem – mówi zdenerwowana pani Marzenka, która od dwóch tygodni rozpaczliwie szuka przedszkola dla synka.
Dlaczego tak się dzieje?
Jak ustaliliśmy, w ponad 85–tysięcznym Nowym Sączu działa 8 przedszkoli samorządowych i 9 niepublicznych, prowadzonych przez osoby prywatne lub stowarzyszenia. Razem dysponują ok. 1500 miejscami. Czesne w publicznej i niepublicznej placówce kształtuje się na zbliżonym poziomie: ok. 100 –130 zł za miesiąc. Do tego dochodzi odpłatność za posiłki i dodatkowe zajęcia (teatrzyk, angielski), co już zależy od ustaleń rodziców z kierownictwem placówek. Miasto dotuje prywatne placówki w wymiarze 75 procent tego, co otrzymują publiczne placówki.
Przy sądeckich podstawówkach działa ponadto 80 oddziałów zerowych dla 6–latków. Według Waldemara Olszyńskiego, dyrektora wydziału edukacji UM w Nowym Sączu, sytuacja nie jest dramatyczna.
Bez dramatu?
– Według mojego rozeznania, brakuje około 60 miejsc w przedszkolach. Tak wynika z ankiety, którą przeprowadziliśmy niedawno wśród dyrektorów tych placówek – tłumaczy Olszyński. Dyrektor uważa, że problem jest wyolbrzymiany i wynika częściowo z zapisywania dzieci na listy rezerwowe jednocześnie do dwóch i więcej placówek. – To tak jak z gimnazjami przed rozpoczęciem roku szkolnego – dodaje. Szef miejskiej oświaty ma pomysł, jak zaradzić rosnącemu popytowi na opiekę przedszkolną. Niebawem powstanie dodatkowy oddział integracyjny w Przedszkolu nr 20, działającym przy SP nr 21. – Ponadto dyrektorom szkół podstawowych, w których ubywa uczniów w związku z niżem demograficznym, pozwolimy na przyjmowanie do zerówek również pięciolatków. Dwa prywatne przedszkola zapowiedziały już utworzenie dodatkowych oddziałów – wszystko razem powinno rozładować sytuację – tłumaczy Olszyński. Nie chce układać listy rankingowej przedszkoli. Mówi tylko, że świetne jest przedszkole nr 14 na osiedlu Millenium i bardzo dobrą opinię ma Przedszkole Katolickie na ul. Nadbrzeżnej. Nie ustępuje mu „Jaś i Małgosia” z ul. Broniewskiego, „10” z ul. Paderewskiego dla dzieci autystycznych i Danapis na os. Millenium. Zresztą – wszystkie są dobre.
Załóż przedszkole
Żeby założyć przedszkole, oprócz przedszkolanek trzeba dysponować budynkiem odpowiadającym normom sanitarnym i budowlanym. Reporter Krakowskiej wcielił się wczoraj w ojca czteroletniej dziewczynki. – Czy można zapisać dziecko do waszego przedszkola? – dzwonię do przedszkola Danapis. – W tej chwili nie ma żadnych szans – usłyszałem w słuchawce. W przedszkolu Promyczek z ul. Żywieckiej powiedziano: „Nie mamy wolnych miejsc. Na wrzesień, na liście rezerwowej jest już zapisanych 30 dzieci”. W Przedszkolu nr 18 przy ul. Sucharskiego dano mi nadzieję. – Proszę zadzwonić jutro, jak będzie dyrektorka, podobno rodzice zabrali jedno dziecko.
henryk szewczyk

Autor artykułu:

Karawan i mleko?

March 21st, 2007

Rozszerza się protest przeciwko budowie spopielarni zwłok ludzkich dla miasta Nowego Sącza i powiatu nowosądeckiego w Dąbrowej, gm. Chełmiec (przy drodze krajowej, na wysokości kamieniołomów). Z kontrowersyjnym pomysłem wystąpił przedsiębiorca z Krakowa, który wcześniej w tym miejscu chciał postawić salon samochodowy. W poniedziałek na biurko wójta Bernarda Stawiarskiego trafił protokół niedzielnego zebrania wiejskiego w Dąbrowej z 32 podpisami przeciwników krematorium.
– Podpisów przybywa, jest już kilkaset – mówi wójt. – W tej sytuacji nie wyobrażam sobie, aby spalarnia zwłok mogła powstać w Dąbrowej.
Jak się dowiedzieliśmy, podpisy przeciwko krematorium zbierane są również w Wielogłowach, Wielopolu, Klimkówce, Kurowie, Ubiadzie, a nawet po drugiej stronie Dunajca, w Marcinkowicach. Na wniosek sołtysa Dąbrowej, Marka Rzeźniczaka, sprawa została włączona do programu piątkowej sesji Rady Gminy Chełmiec, ale ostateczną decyzja będzie należeć do starosty wydającego pozwolenia budowlane. Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego gm. Chełmiec dopuszcza w tym miejscu usługi komercyjne (rzemiosło, handel detaliczny i hurtowy, gastronomia) o uciążliwości w granicach działki.
Biznes to biznes
Zdaniem krakowskiego przedsiębiorcy, w zakres tego pojęcia wchodzi wszelka działalność handlowo–usługowa prowadzona dla osiągnięcia zysku. „Natomiast od samego przedsiębiorcy, zapotrzebowania społecznego na towary bądź usługi oraz spełnienia właściwych norm ekologicznych, sanitarnych, i studium dla określonego terenu, zależy jakiego rodzaju działania komercyjne będzie on prowadził na swoim terenie” –tłumaczy krakowski biznesmen w piśmie do UG Chełmiec. Starosta ma twardy orzech do zgryzienia.
„Krakowska” dotarła do wstępnych założeń projektu: „Wydajność: 15–20 zwłok na dobę; wyposażenie: 2 szt. wysokowydajnych urządzeń do spalania, spełniających wymogi UE; zasilanie: gaz propan–butan; emisja spalin – zgodna z wymogami UE”.
Przeciwko krematorium najbardziej protestują właściciele mleczarni Dominik w Dąbrowej, przerabiającej dziennie 30 tys. litrów mleka. Wczoraj Zofia Dominik towarzyszyła Waszemu reporterowi w wizji lokalnej. Stanęliśmy przy szosie na Kraków, z tyłu szum aut, u góry kamieniołom, a przed oczyma pustkowie, zwane „maliniskiem”, gdyż dawniej była tu plantacja malin. – Mamy obok działki budowlane, syn Ryszard jest lekarzem. Planował tu budowę małej przychodni – tłumaczy matka. Zofia Dominik nie wyobraża sobie w tym miejscu krematorium. – Widzi pan te podjeżdżające jeden za drugim karawany z trumnami i ten snujący się po okolicy gryzący dym, jak nie przymierzając podczas wojny w Auschwitz–Birkenau? – pyta retorycznie producentka twarożków i kefirów.
Kościół nie mówi “nie”!
Na temat krematorium w Dąbrowej bardzo ostrożnie wypowiadają się proboszczowie chełmieckich parafii. Przypominają, że stanowisko Kościoła ewoluowało: od całkowitej negacji do warunkowej akceptacji kremacji w 1963 r. – Kościół usilnie zaleca zachowanie pobożnego zwyczaju grzebania ciał zmarłych. Nie zabrania jednak kremacji, jeśli nie została wybrana z pobudek przeciwnych nauce chrześcijańskiej – głosi kanon 1176,3 Kodeksu Prawa Kanonicznego.
(hsz)

Autor artykułu:

40 lat kapłaństwa

March 20th, 2007

Mieszkańcy Łyczanej (gmina Korzenna) są bardzo dumni. Z ich miejscowości pochodzi bowiem arcybiskup Juliusz Janusz, będący obecnie nuncjuszem papieskim w Budapeszcie. Właśnie gościł w rodzinnej miejscowości. Okazja była wyjątkowa – arcybiskup obchodził wczoraj 40–lecie kapłaństwa. Z tej okazji, w niedzielę w Korzennej została odprawiona uroczysta msza święta dziękczynna, podczas której kapłan otrzymał między innymi 40 czerwonych róż. Wczoraj gościł w Krakowie, gdzie 19 marca 1967 roku otrzymał święcenia kapłańskie z rąk ówczesnego biskupa Karola Wojtyły. Od 35 lat arcybiskup Juliusz Janusz jest watykańskim dyplomatą. Chociaż zwiedził niemal cały świat, chętnie przyjeżdża w rodzinne strony i do Nowego Sącza, gdzie kończył I Liceum Ogólnokształcące im. Jana Długosza.
(olsz)

Autor artykułu:

Odkopią zamek?

March 20th, 2007

Burmistrz Muszyny Waldemar Serwiński chce stworzyć murowaną konkurencję dla małopolskiego szlaku architektury drewnianej – szlak podkarpackich zamków. Aby zwabić na Sądecczyznę i do Muszyny miłośników wędrówek i odkrywania tajemnic historii, zamierza we współpracy z gospodarzami sąsiednich gmin pokazać w pełnej krasie i w „opakowaniu” rozmaitych turystycznych atrakcji nadpopradzkie i naddunajeckie warownie – w Rytrze, Muszynie, Wytrzyszczce, Czorsztynie, w słowackiej Starej Lubovli.
Wzdłuż bursztynowego szlaku biegnącego przed Podkarpacie jest ich mnóstwo.
Na początek – jeszcze w tym roku – Serwiński ma w planie „wydobyć” ruiny średniowiecznego muszyńskiego zamczyska spod ziemi i z bujnych zarośli.
Archeolodzy, którzy fachowym okiem przyglądali się resztkom XV–wiecznej budowli na wzgórzu Baszta szacują, że widoczne fragmenty to zaledwie jedna piąta warowni. Reszta od ponad trzystu lat spoczywa pod ziemią.
– To prawdopodobnie efekt naturalnego procesu chowania się pod ziemię murów bujnie porośniętych roślinnością – mówi Waldemar Serwiński. – Na odsłonięcie ruin zarezerwowaliśmy w budżecie 20 tysięcy złotych. Mamy nadzieję, że drugie tyle dołoży marszałek Małopolski. Wystąpimy też z wnioskiem do Ministerstwa Kultury. Dokumentacja prac jest gotowa. Nie chciałbym zapeszyć, ale może uda się przynajmniej częściowo odbudować ruiny.
Nie jest wykluczone, że za kilka lat średniowieczne zamczysko, o którego istnieniu do niedawna wiedzieli nieliczni pasjonaci historii, stanie się wizytówką Doliny Popradu. Na wzgórzu Baszta mieszkańcy Muszyny już wyobrażają sobie regionalną karczmę i park z alejkami spacerowymi, a niedowiarkom dają za przykład piękny dziś zamek Tropsztyn nad Jeziorem Rożnowskim, który odbudowano niemalże ze sterty kamieni.
Prace planowane na najbliższe kilkanaście miesięcy na wzgórzu wznoszącym się nad Muszyną, to także nadzieja na kolejne odkrycia archeologiczne.
Ziemia w tym miejscu oddała już ludziom bezcenne pamiątki sprzed wieków – między innymi średniowieczne monety i groty strzał.
Nie jest wykluczone, że dla wszystkich eksponatów znalezionych w wykopalisku znajdzie się kiedyś miejsce na specjalnej ekspozycji urządzonej w ruinach odmienionych nie do poznania.
Warownia w Muszynie była siedzibą starostów „państwa muszyńskiego” – autonomicznej własności biskupów krakowskich. Zamek składał się z prostokątnego korpusu o wymiarach 80 x 20 m, przedzielonego murem wewnętrznym oraz z dwóch wież. Do 1645 r. pełnił podwójną funkcję: wygodnej, reprezentacyjnej rezydencji oraz strażnicy granicznej na ważnym szlaku biegnącym doliną Popradu.
Niestety średniowieczny architekt nie przewidział „wybuchowych” wynalazków służących wojskom artylerii. Już na początku XVII uznano, że warownia nie ma szans obronić się przed regularnym oblężeniem, a w 1645 roku starosta Wojciech Bedleński przeniósł się do dworu wzniesionego u stóp góry zamkowej.
2 lata później biskup Piotr Gembicki nakazał chłopom konserwację zamku, ale zarządzenia nikt nie respektował. Skutek był przewidywalny – czas i wojenne zawieruchy zamieniły warownię w gruzowisko. Jest jednak nadzieja, że nie na zawsze.
(ik)

Autor artykułu:

Ja albo nikt!

March 8th, 2007

Strach przed konkurencją może być paraliżujący, albo wręcz odwrotnie – mobilizować do działania. W ośrodku zdrowia w Dobrej miała powstać apteka. Przynajmniej tak się niektórym wydawało, bo wójt o otwieraniu apteki w ośrodku nie myślał.
Konkurencja
W Dobrej działa do tej pory tylko jedna apteka prowadzona przez prywatną osobę w domu oddalonym od ośrodka zdrowia o… 8 metrów. Następna jest w Jurkowie, ale aby tam się dostać, trzeba pokonać około 10 kilometrów.
– Druga apteka by się przydała, bo jak nie ma tutaj leku, to musimy jechać dalej – mówi jedna z mieszkanek Dobrej.
Innego zdania jest właścicielka istniejącej apteki.
– Nie mogłam pozwolić na to, żeby w Dobrej była inna apteka. To moje jedyne źródło utrzymania – mówi właścicielka Krystyna Okońska. W momencie, kiedy do aptekarki dotarły informacje o planowanym wydzierżawieniu pomieszczenia przez ośrodek innemu zainteresowanemu otwarciem biznesu, Krystyna Okońska rozpoczęła batalię o pozostanie na rynku. Także złożyła wniosek o wynajem pomieszczenia, choć, jak mówi, wcale nie chciała się przeprowadzać do ośrodka.
Po co zamieszanie?
– Dla mnie walka o kolejną aptekę była walką o być albo nie być – mówi Krystyna Okońska. – Przecież kolejna apteka w tak bliskiej odległości od mojej byłaby bez sensu. Mijałoby się to z celem – dodaje. Z porady prawnej, jakiej zasięgnęła wynikało, że jeżeli zostaną złożone dwa wnioski – musi być ogłoszony przetarg. Później dotarła do zapisów, z których wynikało, że jeżeli ośrodek zdrowia wydzierżawi pomieszczenie, to gmina będzie musiała zwrócić środki uzyskane na modernizację. – Gmina Dobra nie jest zainteresowana otwieraniem apteki w ośrodku zdrowia. Przecież nie pozwolilibyśmy sobie na utratę pieniędzy – mówi wójt gminy Benedykt Węgrzyn.
Krystyna Okońska, nie dając za wygraną w walce o swoją pozycję na rynku, wysyłała pisma skarżące gminę m.in. do komisji europejskiej i do urzędu wojewódzkiego.
Ośrodek zdrowia
Ośrodek został wyremontowany z funduszy pochodzących ze Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Dzięki temu udało się zmodernizować i powiększyć zaplecze diagnostyczne. Przychodnia przyjmuje też więcej pacjentów. Co za tym idzie – apteka ma więcej klientów. Ale jak zaznacza wójt, w całej sprawie chodzi o dobro pacjenta.
– O wszystkim decyduje pacjent realizujący receptę, którego pierwsze pytanie brzmi: ile lek kosztuje, a dopiero potem czy w ogóle jest – zaznacza wójt. Gmina nie może zakazać czy nakazać otwarcia kolejnej apteki. – My jedynie opiniujemy wniosek. Osoby same decydują czy podejmują ryzyko i czy im się to opłaca czy nie. Bez względu na to czy aptek będzie 5 czy 6 – tłumaczy Benedykt Węgrzyn.
Nie ma jak w Unii
– W Unii są przepisy i u nas też tak powinno być. Jasno określone odległości pomiędzy aptekami – mówi Krystyna Okońska.
Na razie w Polsce te jeszcze nie weszły w życie i takich uwarunkowań nie ma. Nadal decyduje wolny rynek.
sylwia golonka

Autor artykułu:

Rekiny czy płotki?

March 8th, 2007

Nie proszę o łagodny wyrok, proszę o sprawiedliwy – powiedział Sebastian W. w swoim ostatnim słowie w procesie grupy Tomasza G., ps. „Tomera”, toczącym się przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu. Piętnastu oskarżonych stoi pod zarzutem przynależności do zorganizowanej grupy przestępczej, która w latach 1999–2004 zmonopolizowała sądecki rynek narkotykowy i szmuglowała środki odurzające do stolicy Norwegii. Oskarżeni mieli się też dopuścić rozbojów, wymuszeń, kradzieży i oszustw.
Los sprawił, że końcowe mowy w procesie gangu „Tomery”, słynnego w latach 90. nad Dunajcem zawodnika kick-boxingu, przypadły w przeddzień Wielkiej Gali Bokserskiej w Nowym Sączu. Tomasz G. był bohaterem takich imprez przed 10 laty.
Łagodny jak baranek
We wtorek „Tomera” prosił sąd o łagodny wymiar kary. Żalił się, że wkraczając na przestępczą ścieżkę zniszczył sobie karierę sportową, a najbardziej ucierpiała jego rodzina. Trudno było w bladym jak ściana oskarżonym, ubranym w bluzę od dresu, rozpoznać słynnego boksera, który na zamówienie publiczności nokautował rywali.
Wczoraj ostatnie słowo wygłosili pozostali oskarżeni. Odpowiadający z wolnej stopy Jacek O. prosił sąd o uniewinnienie, twierdząc, że został pomówiony przez głównych świadków oskarżenia: Leszka Z., Jacka T. i Krzysztofa Ł. – Nigdy nie przyłożyłem ręki do narkotyków – podkreślił ceniony w Nowym Sączu protetyk. Z kolei Łukasz K. zaprzeczył, jakoby kilkanaście raz przemycał w gaśnicy samochodowej narkotyki do Norwegii.
Sebastian W., uznany przez prokuraturę za założyciela grupy razem z Piotrem K., pomniejszał swoją rolę w całym procederze i wskazywał na niekonsekwencje aktu oskarżenia.
– Prokuratura tworzy wirtualną rzeczywistość, bo prokuratura wszystko może, za nią stoi aparat przymusu, można ją porównać do Cyklopa – mówił Sebastian W. Ciąży już na nim wyrok 25 lat więzienia z procesu bandy Władysława Ch., ps. „Al Capone”.
Łańcuch na nogach
Sebastian W. został deportowany z USA razem z bratem „Alem Capone” – Ryszardem. W czasie procesu miał skute ręce i nogi, ubrany był w pomarańczowy kombinezon. Wczoraj prosił sąd o przeniesienie do więzienia w Raciborzu.
– Tam też jest oddział dla niebezpiecznych, a mogłaby mnie odwiedzać rodzina – tłumaczył. Inny z liderów gangu, Sebastian Ż., który zdaniem prokuratury zorganizował przemyt narkotyków do Oslo (wynajmował tam mieszkanie), wczoraj przez dwie godziny podważał wiarygodność zeznań Leszka Z. i Jacka T. Mówił, że pomawiając go o handel narkotykami chcą się zemścić za nieudany zamach na jego życie. Faktem jest, że na obu mężczyznach ciążą prawomocne wyroki za ten czyn. Dali się podejść oficerom CBŚ, którzy przyjęli od nich zlecenie „mokrej roboty” na Sebastianie Ż.
W kuluarach wczorajszej rozprawy można było usłyszeć, że akt oskarżenia opiera się na kruchych podstawach.
– Prokurator robi z oskarżonych rekinów rynku narkotykowego, a prawda jest taka, że znaleziono przy nich tylko kilogram marihuany i trochę tabletek ekstazy – usłyszała ”Krakowska„.
Wyrok zapadnie 15 marca.
henryk szewczyk

Autor artykułu:

Groźne skutki kaca

March 8th, 2007

W środę późnym popołudniem jeden z pacjentów przychodni Antidotum z ul. Broniewskiego w Nowym Sączu poinformował policję o tym, że wyczuwa woń alkoholu w oddechu lekarza. Wysłany na miejsce patrol, przy użyciu alkomatu sprawdził trzeźwość pediatry. Jak się okazało w powietrzu wydychanym przez lekarza było 0,7 promila alkoholu.
– Kiedy dowiedziałam się o zdarzeniu, natychmiast odsunęłam lekarza od przyjmowania pacjentów w tym dniu – mówi Grażyna Kazana–Węglowska, prezes zarządzającej przychodnią spółki Antidotum.
– Lekarz bez protestu poddał się badaniu – mówi rzecznik sądeckiej policji Beata Frohlich. – Zapewniał, że tego dnia nie pił alkoholu. Dzień wcześniej miał natomiast wypić sporą ilość piwa.
Pediatra W. Sz. to doświadczony lekarz z ponad 25–letnim stażem. Grażyna Kazana–Węglowska zapewnia, że wcześniej nie docierały do niej żadne niepokojące sygnały dotyczące jego pracy.
– Lekarz na pewno otrzyma upomnienie. Na dyscyplinarne zwolnienie nie mogę sobie pozwolić – przyznaje prezes Kazana–Węglowska. – W każdej przychodni brakuje lekarzy, znalezienie nowego pediatry byłoby trudne. Przeprowadziłam z nim jednak poważną rozmowę i mam zapewnienie, że to się nie powtórzy.
Policja poinformowała o zdarzeniu prokuraturę. Sprawa na razie traktowana jest jako wykroczenie. Jeśli jednak któryś z pacjentów zgłosi oficjalną skargę, wówczas nie jest wykluczone, że lekarz będzie musiał odpowiadać za popełnienie przestępstwa.

Autor artykułu: (wros)